Czynił to autor Urodzonego w Święto Zmarłych jakby mimochodem, bez tego niezdrowego napięcia, które zwykle towarzyszyło debatom o „śląskości”. Swój projekt artystyczny utożsamił całkowicie z projektem egzystencjalnym, prowadząc pas transmisyjny między życiem i tworzeniem. Dzięki temu – niespektakularnie, ale z żelaznym uporem – wciąż od nowa interpretował i tłumaczył Śląsk. Udało mu się to zrobić lepiej niż wielu innym przede wszystkim dlatego, że nigdy nie był „stąd” – i nie mam tu na myśli prostego klucza biograficznego, lecz niezbywalny rodzaj dyspozycji wobec świata; coś, co sam nazwał legitymizacją egzystencji. W przypadku Feliksa Netza było nią poczucie obcości, które – widać to wyraźnie w jego pisaniu – towarzyszyło mu do końca życia.
Urodził się 26 grudnia 1939 r. w Kretkach, niewielkiej wsi na Pomorzu, jako najmłodszy syn Emila i Heleny de domoKamińskiej. W 1946 r. matka małego Felka podejmuje decyzję, że nie pojadą do przebywającego w Niemczech ojca. Zostają w Polsce, ale przenoszą się do Lubania, w dzisiejszym województwie dolnośląskim. To pierwsze ważne dla Netza miejsce – jako miasteczko L. pojawia się w prawie wszystkich jego książkach. Po dziewięciu latach, 13 marca 1955 r., Netz wysiada z pociągu na dworcu w Katowicach, które wtedy nazywają się jeszcze Stalinogród. Towarzysząca mu w podróży cioteczna…