Oficjalna wizyta premiera Węgier Viktora Orbana w Polsce. Na zdjęciu spotkanie z prezesem PiS-u Jarosławem Kacyńskim w Sejmie, 22 września 2017 r. / fot. Paweł Supernak / PAP
Stephen Holmes, Iwan Krastew marzec 2020

Naśladowanie i bunt. Co się dzieje z Europą Wschodnią?

Podczas gdy imitujący podziwia tego, kogo naśladuje, naśladowany patrzy z góry na tych, którzy go imitują. Nie jest zatem całkowitym zaskoczeniem, dlaczego wybrane trzy dekady temu przez Europę Wschodnią „naśladowanie Zachodu” ostatecznie doprowadziło do sytuacji ostrego sprzeciwu.

Artykuł z numeru

Jak mówi prawica?

Jak mówi prawica?

W horrorze Frankenstein, napisanym przez Mary Shelley w 1818 r., pewien wynalazca kierowany prometejskimi pobudkami stworzył potwora, składając go w humanoidalną istotę z części ciał zebranych z „prosektorium i rzeźni”, a nawet „niepoświęconych, wilgotnych mogił”. Eksperymentator Victor Frankenstein szybko zaczął żałować zbyt ambitnej próby stworzenia kopii własnego gatunku. Potwór, zaciekle zazdrosny o szczęście własnego stwórcy i w swoim poczuciu skazany na samotność i odrzucenie, zwrócił się przeciwko rodzinie i przyjaciołom wynalazcy, doprowadzając ich świat do ruiny i pozostawiając jedynie żal i boleść jako spuściznę po nierozważnym eksperymencie stworzenia przez ludzi swojej kopii.

Amerykańska socjolożka Kim Scheppele, nie rozciągając tej analogii zbyt daleko, opisuje (prowadzone przez innego Viktora) obecne Węgry jako „Frankenstan” (Frankenstate) – tj. antyliberalnego mutanta stworzonego z pozszywanych w wyrafinowany sposób elementów zachodnich liberalnych demokracji. Tym, co dość niespodziewanie Scheppele pragnie ukazać, jest fakt, że premierowi Viktorowi Orbánowi udało się zniszczyć liberalną demokrację, stosując sprytną politykę fragmentarycznej imitacji. Stworzył ustrój, będący radosnym mariażem polityki rozumianej w duchu Carla Schmitta jako ciągu melodramatycznych konfrontacji przyjaciel–wróg oraz instytucjonalnej fasady liberalnej demokracji. Gdy Unia Europejska krytykuje rząd Orbána za nieliberalny charakter wprowadzanych reform, jego gabinet zawsze szybko wykazuje, że każda z kontrowersyjnych zmian prawnych, każdy przepis czy instytucja zostały wiernie ściągnięte z systemu prawnego któregoś z państw członkowskich UE. Tak więc nie powinno dziwić, że wielu zachodnich liberałów patrzy na ustrój na Węgrzech i w Polsce z tą samą „grozą i wstrętem”, które wypełniły serce Victora Frankensteina, gdy ujrzał swe dzieło.

By zrozumieć źródła obecnej antyliberalnej rewolucji w Europie Środkowej i Wschodniej, powinniśmy przyjrzeć się nie tyle ideologii czy ekonomii, ile tłumionej animozji wywołanej przez kluczową rolę mimesis w procesach reform wprowadzanych w krajach bloku wschodniego po 1989 r. Nie można uchwycić antyliberalnego zwrotu w tym regionie w odosobnieniu zarówno od politycznego oczekiwania „normalności”, wykształconego przez rewolucję 1989 r., jak i od polityki naśladownictwa, którą ta uznała. Po upadku muru berlińskiego Europa nie była już dłużej podzielona pomiędzy komunistów a demokratów. Zamiast tego linia podziału została wytyczona między naśladującymi a naśladowanymi. Relacje Wschodu i Zachodu przeszły płynnie od zimnowojennego impasu pomiędzy dwoma nieprzyjaznymi systemami ku moralnej hierarchii w ramach jednego zachodniego liberalizmu. Podczas gdy imitujący podziwia tego, kogo naśladuje, to naśladowany patrzy z góry na tych, którzy go imitują. Nie jest zatem całkowitym zaskoczeniem, dlaczego dobrowolnie wybrane trzy dekady temu przez Europę Wschodnią „naśladowanie Zachodu” ostatecznie doprowadziło w niej do sytuacji ostrego sprzeciwu.

Przez dwie dekady po 1989 r. filozofię polityczną postkomunistycznej Europy Środkowej i Wschodniej można było sprowadzić do jednego imperatywu: „Naśladuj Zachód!”. Temu procesowi przypisywano różne nazwy – demokratyzacji, liberalizacji, poszerzenia Europy, konwergencji, integracji, europeizacji – ale cel, do którego dążyli postkomunistyczni reformatorzy, był prosty. Pragnęli, aby ich państwa stały się „normalne”, co oznaczało takie, jak zachodnie. Obejmowało to importowanie liberalno-demokratycznych instytucji, przyjęcie określonych wartości oraz zachodnich rozwiązań politycznych i ekonomicznych. Naśladownictwo było powszechnie rozumiane jako najkrótsza droga do wolności i dobrobytu.

Jednakże realizowanie ekonomicznych i politycznych reform przez imitację obcego modelu okazało się posiadać negatywne strony na gruncie moralnym i psychologicznym, znacznie istotniejsze, niż z początku mogłoby się zdawać. Życie naśladującego niezaprzeczalnie wiąże się z poczuciem niedowartościowania, niższości, zależności, zagubienia tożsamości i mimowolnej nieszczerości. W istocie próżny trud stworzenia wiarygodnej kopii wyidealizowanego modelu pociąga za sobą niekończącą się udrękę samokrytyki, a nawet pogardy względem siebie.

Tym, co czyni naśladownictwo tak dręczącym, jest nie tylko wyrażone nie wprost założenie, że naśladujący jest w jakiś sposób gorszy od naśladowanego modelu na poziomie moralnym czy jako człowiek w ogóle. Imitacja wiąże się także z założeniem, że papugujące narody Europy Środkowej i Wschodniej uznają prawo Zachodu do poddania ocenie ich sukcesu lub porażki w doganianiu zachodnich standardów. W tym znaczeniu naśladownictwo prowadzi do poczucia utraty własnej suwerenności.

Tak oto wzrost autorytarnego szowinizmu i ksenofobii w Europie Środkowo-Wschodniej ma swoje korzenie nie w politycznej teorii, ale w politycznej psychologii. Stanowi wynik głęboko zakorzenionego wstrętu do „imperatywu naśladownictwa” po 1989 r., wraz z jego wszystkimi poniżającymi i upokarzającymi konsekwencjami.

Źródła antyliberalizmu w tym regionie mają charakter emocjonalny i przedideologiczny, zakorzeniony w buncie przeciwko upokorzeniom, które muszą w sposób konieczny towarzyszyć projektowi uznającemu obcą kulturę za dominującą względem własnej. Antyliberalizm w ściśle teoretycznym rozumieniu jest tu zatem w dużej mierze przykrywką. Pudruje pozorami intelektualizmu sięgające trzewi pragnienie, by zrzucić kolonialną zależność, wpisaną immanentnie w projekt westernizacji.

Kontrrewolucja na drodze liberalizmu

Gdy w Polsce Jarosław Kaczyński oskarża „liberalizm” o bycie „przeciwko pojęciu narodu”[1] i gdy asystentka Orbána Mária Schmidt mówi: „Jesteśmy Węgrami i chcemy zachować naszą kulturę”[2], ich rozgorączkowany natywizm kulturowy wyraża odmowę bycia ocenianym przez obcych i ich standardy. W istocie mówią: „Nie próbujemy was kopiować, tak więc nie ma żadnego sensu, abyście myśleli o nas jako nieudanych lub niskiej jakości podróbkach”. Powtarzając zatem, samozwańcza „ideologia” antyliberalizmu ma mniejsze znaczenie od emocjonalnego pragnienia jej zwolenników, by przywrócić narodowi szacunek do samego siebie. Środkiem do tego jest odrzucenie myśli, że zachodni liberalizm dostarcza modelu, do którego muszą dostosowywać się wszystkie społeczeństwa. Nienawiść wobec przymusowego naśladownictwa jest tu elementarna, za to intelektualny krytycyzm względem naśladowanego modelu zaledwie drugorzędny i poboczny.

Niewątpliwie to oparte na upokorzeniu odrzucenie liberalnych idei i instytucji nie wyłania się z próżni. Pomyślny grunt pod antyliberalną kontrrewolucję został przygotowany przez parę istotnych zmian w polityce globalnej. Awans autorytarnych Chin do roli ekonomicznej potęgi podał w wątpliwość nieodłączny związek, który kiedyś dostrzegano między liberalną demokracją a materialnym dobrobytem. Podczas gdy w 1989 r. liberalizm kojarzono z kuszącymi ideami wolności indywidualnej, bezstronności prawa i przejrzystości władz, w 2010 r. już od dwóch dekad był splamiony powiązaniami z realnie istniejącymi i niewątpliwie wadliwymi postkomunistycznymi rządami. Fatalne skutki wojny w Iraku, rozpoczętej w 2003 r., skompromitowały ideę propagowania demokracji. Kryzys ekonomiczny w 2008 r. zrodził głęboką nieufność względem „kapitalizmu kasyna” i biznesowych elit, które prawie doprowadziły do zniszczenia światowego porządku finansowego. Środkowi i wschodni Europejczycy zwrócili się przeciwko liberalizmowi nie tyle z tego powodu, że zawiódł on na ich własnym podwórku, ile raczej dlatego, że w ich ocenie poniósł on porażkę na Zachodzie; jak gdyby powiedziano im, by imitować dominujący globalnie Zachód dokładnie wtedy, gdy Zachód tracił właśnie tę dominację. Taki kontekst nie mógł raczej zadziałać na korzyść polityki naśladownictwa.

Kontrrewolucje, które wybuchły w 2010 r. na Węgrzech i w 2015 r. w Polsce, reprezentują doskonale przewidywalny rewanż poniżanych. Próby imitowania przez tutejszych Europejczyków niemieckiego powojennego sposobu radzenia sobie z własną historią okazały się napotkać problemy nie do przezwyciężenia.

Niemiecka demokracja opiera się na założeniu, że nacjonalizm prowadzi nieuchronnie do nazizmu. Ponadnarodowa UE powstała jako część geopolitycznej strategii zablokowania potencjalnego niebezpieczeństwa, kryjącego się w ponownym zapewnieniu suwerenności Niemiec, poprzez ekonomiczne zintegrowanie państwa niemieckiego z resztą Europy oraz nadanie Republice Federalnej „postnarodowej” tożsamości. Skutkiem tego w Niemczech blisko było do uznania etnonacjonalizmu za niezgodny z prawem. Dla kontrastu Europie Środkowej i Wschodniej trudno podzielać równie negatywny pogląd na nacjonalizm – po pierwsze, z tego względu, że państwa tego obszaru to dzieci epoki nacjonalizmów, której towarzyszył upadek wielonarodowych mocarstw; po drugie, dlatego że nacjonalizm grał istotną rolę w zasadniczo pozbawionych przemocy rewolucjach roku 1989.

W Europie Środkowej i Wschodniej, w przeciwieństwie do Niemiec, nacjonalizm i liberalizm są postrzegane bardziej jako wzajemnie wspierające się siły niż konfrontacyjne stanowiska. Polacy uznaliby za absurd, by zaprzestać honorowania nacjonalistycznych przywódców, którzy stracili życie, broniąc kraju przed Hitlerem lub Stalinem. Przez dekady region ten był zmuszony cierpieć przez komunistyczną propagandę, która odruchowo, w rzeczy samej: otępiająco, atakowała nacjonalizm. To prawdopodobnie kolejny powód, dla którego środkowo-wschodni Europejczycy byli ostrożni względem niemieckiego, obsesyjnego pragnienia, by oddzielić obywatelstwo od genealogicznego rozumienia narodowej wspólnoty. W latach 90. wojna w Jugosławii doprowadziła na jakiś czas całą Europę (w tym jej postkomunistyczną część) do uznania (lub przynajmniej udawanego uznania) nacjonalizmu za źródło wszelkiego zła. Jednakże na dłuższą metę utożsamienie liberalizmu z antynacjonalizmem sprawiło nieco więcej niż tylko uczynienie ludzi w postkomunistycznych krajach mniej skłonnymi do wspierania liberalnych partii. W rezultacie liberalizm, włączając w to tzw. patriotyzm konstytucyjny, zdawał się nową „niemiecką ideologią”, stworzoną, by rządzić Europą pod dyktando Berlina.

Podwójne rozumienie normalności

Chociaż rewolucje 1989 r. wydawały się w swoim czasie ekscytujące, to jednak gdy spogląda się na nie z obecnej perspektywy, zdają się bezbarwne. „Ze Wschodniej Europy po roku 1989 nie wyłoniła się ani jedna nowa idea”[3], jak zauważył François Furet, wybitny historyk rewolucji francuskiej. Z tą słynną obserwacją zgodził się wiodący niemiecki filozof Jürgen Habermas. Nie był szczególnie zgorszony „brakiem idei, które byłyby albo innowacyjne, albo ukierunkowane na przyszłość”, ponieważ dla niego wschodnioeuropejskie rewolucje były tylko „korygujące”[4] lub „doganiające”[5]. Ich cel stanowił powrót społeczeństw wschodnioeuropejskich do głównego nurtu zachodniej nowoczesności poprzez dopuszczenie, by Europejczycy ze Wschodu uzyskali to, co Europejczycy na Zachodzie dawno już posiadali.

W 1989 r. w Europie Środkowej i Wschodniej ludzie nie marzyli o idealnym świecie, który nigdy nie istniał. Pragnęli „normalnego życia” w „normalnym kraju”.

Jak wyznał potem Adam Michnik: „To było moją obsesją, że powinniśmy przeprowadzić rewolucję, która nie będzie podobna francuskiej czy rosyjskiej, ale raczej przypominać będzie amerykańską, w tym sensie, że będzie za coś, a nie przeciwko czemuś. Rewolucja za konstytucję, nie za raj. Antyutopijna rewolucja. Ponieważ utopie prowadzą do gilotyny i gułagu”. Jego hasło brzmiało więc: „Wolność, Braterstwo, Normalność”[6]. Gdy Polacy z jego pokolenia mówili o „normalności”, to w oczywisty sposób nie mieli na myśli żadnego wcześniejszego, przedkomunistycznego okresu polskiej historii, do którego ich kraj mógłby szczęśliwie powrócić, gdy już skończy się sowiecka okupacja. Przez „normalność” mieli na myśli Zachód.

W Czechosłowacji Václav Havel opisał walkę własnego kraju, by zrzucić komunistyczne panowanie, jako „po prostu próbę pozbycia się jego anormalności, normalizację”[7]. Po dekadach wypatrywania rzekomo świetlanej przyszłości główną ideą dysydentów było życie w teraźniejszości i cieszenie się przyjemnościami codziennego życia.

To uwznioślenie zachodniej „normalności” jako głównego celu politycznej rewolucji miało dwa przewrotne skutki. Po pierwsze, podniosło kwestię tego, jak pogodzić „normalne” w znaczeniu „co jest rozpowszechnione w danym kraju” z „normalnym” w znaczeniu „czegoś, co na Zachodzie jakoś funkcjonuje, a na Wschodzie nie”. Po drugie, uczyniło emigrację naturalnym wyborem rewolucjonistów Europy Środkowej i Wschodniej.

Jednym z kluczowych problemów komunizmu było dostrzeganie ideału w społeczeństwie, które nigdy nie istniało i nikt nie miał pewności, czy kiedykolwiek zaistnieje. Jednocześnie jednym z głównych problemów westernizujących rewolucji było naśladowanie modelu zmieniającego się na naszych oczach. Socjalistyczna utopia mogła być na zawsze nieosiągalna, ale przynajmniej miała przez to pokrzepiająco stałą jakość. Z kolei zachodnia demokracja liberalna wykazuje się skrajną zmiennością i przybieraniem nowych form. Ponieważ zachodnia normalność nie jest definiowana jako ideał, ale istniejąca rzeczywistość, każda zmiana u zachodnich społeczeństw przynosi nowe rozumienie tego, co normalne. Tak jak firmy technologiczne przekonują, że powinieneś kupić ich najnowszy model i że trudno polegać na starszej wersji produktu, tak i Zachód twierdzi, że tylko ostatni europejski postnarodowy model polityczny jest wart kupienia.

Niepokojący efekt nieuchwytnie zmiennej „normalności” najlepiej ukazuje sposób, w jaki środkowo-wschodni Europejczycy reagują od dwóch dekad na przemiany norm kulturowych na Zachodzie. W czasach zimnej wojny społeczeństwa po drugiej stronie żelaznej kurtyny były postrzegane przez konserwatywnego Polaka jako normalne, bo, w odróżnieniu od komunistycznych systemów, pielęgnowały tradycję i zachowywały wiarę w Boga. Lecz nagle Polacy odkrywają, że obecnie zachodnia „normalność” oznacza sekularyzację, multikulturalizm i małżeństwa homoseksualne. Czy powinniśmy być zaskoczeni, że Polacy i ich sąsiedzi poczuli się „oszukani”, gdy odkryli, że zniknęło społeczeństwo, które chcieli naśladować, zmiecione przez błyskawiczny pęd nowoczesności?

Jeśli, jako bezpośrednie następstwo 1989 r., „normalność” była rozumiana przeważnie w politycznych kategoriach (jako wolne wybory, trójpodział władz, własność prywatna, prawo przemieszczania się), w ciągu ostatniej dekady coraz częściej interpretuje się ją kulturowo. W efekcie ludzie z Europy Środkowo-Wschodniej stają się nieufni i dotknięci normami nadchodzącymi z Zachodu. Ironia tkwi w tym, że, jak zostanie ukazane później, Europa Wschodnia zaczyna postrzegać samą siebie jako ostatni bastion prawdziwie europejskich wartości.

Świadomie lub nie, w celu pogodzenia idei „normalnego” (rozumianego jako coś rozpowszechnionego w czyjejś ojczyźnie) z tym, co normatywnie obowiązujące w naśladowanych państwach, Europejczycy ze Wschodu zaczęli „normalizować” modelowe kraje, dowodząc, że co jest powszechne na Wschodzie, przeważa przecież i na Zachodzie, nawet jeśli obywatele Zachodu w swej hipokryzji udają, że ich społeczeństwa są inne. Wschodni Europejczycy często dają ulżyć własnemu normatywnemu dysonansowi – np. między potrzebnym do przetrwania wręczaniem łapówek na Wschodzie a zwalczaniem korupcji dla uzyskania akceptacji Zachodu – poprzez uznanie, że Zachód jest w rzeczywistości równie skorumpowany jak Wschód, ale ludzie Zachodu to wypierają i ukrywają prawdę.

Liberalna rewolucja normalności nie była pomyślana jako skok w czasie z mrocznej przeszłości do świetlanej przyszłości. Zamiast tego wyobrażano ją sobie jako ruch w fizycznej przestrzeni, jak gdyby wszyscy Europejczycy ze Wschodu mieli przenieść się do Świątyni Zachodu, oglądanej wcześniej wyłącznie na fotografiach i filmach. Dostrzegano wyraźną analogię między zjednoczeniem Niemiec, stającym się faktem po upadku muru, a ideą zjednoczenia Europy. Wiadomo, że we wczesnych latach 90. wielu obywateli dawnego wschodniego bloku zieleniało z zazdrości względem mieszkańców NRD, którzy w ciągu jednej nocy zbiorowo przenieśli się na Zachód, budząc się w cudowny sposób z zachodnioniemieckimi paszportami w dłoniach i (jak niektórzy sądzili) portfelami wypełnionymi markami w ich kieszeniach. Jeśli rewolucja 1989 r. była obejmującą cały region migracją na Zachód, to główne pytanie brzmiało, które ze wschodnioeuropejskich państw dotrze pierwsze do tego wspólnie upragnionego celu.

Rozstanie, imitacja i nielojalność

13 grudnia 1981 r. gen. Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny w Polsce i dziesiątki tysięcy członków antykomunistycznej Solidarności zostało aresztowanych i internowanych. Rok później polski rząd zaproponował, by uwolnić zarówno tych, którzy byliby skłonni podpisać lojalkę, jak i tych, którzy są gotowi emigrować. W odpowiedzi na te oferty Adam Michnik napisał z celi dwa list otwarte. Jeden z nich nosił tytuł Dlaczego nie podpisujesz, drugi Dlaczego nie emigrujesz[8]. Argumenty za niepodpisywaniem były proste. Działacze Solidarności nie powinni przysięgać lojalności rządowi, bo ten okazał się nielojalny wobec Polski. Nie powinni podpisywać lojalki, ponieważ podpis, by uratować kogoś, oznaczałby upokorzenie i utratę godności, a także dlatego, że składając swój podpis, stanęliby w jednym szeregu z ludźmi, którzy zdradzili przyjaciół i ich ideały.

W kwestii powodów, dla których osadzeni dysydenci powinni unikać emigracji, Michnik uznał, że potrzebna jest bardziej zniuansowana odpowiedź. Dwanaście lat wcześniej, jako polski Żyd i jeden z liderów studenckiego Marca ’68, był przygnębiony widokiem jednego z najlepszych przyjaciół, opuszczającego kraj. Obserwował również komunistyczne władze próbujące przekonać zwykłych ludzi, że ci, którzy wyjechali, uczynili to, bo nie obchodziła ich Polska. Tylko Żydzi emigrowali – w ten sposób władza próbowała obrócić Polaka przeciw Polakowi.

W 1982 r. Michnik nie był już dłużej zły na przyjaciół, którzy wyemigrowali 14 lat wcześniej. Uznał także istotny wkład środowiska emigracyjnego w narodziny Solidarności. Jednak przyznając, że emigracja pozostaje wciąż wyrazem wolności osobistej, usilnie przekonywał działaczy solidarnościowych, by nie wyjeżdżali, ponieważ „każda decyzja, by emigrować, to prezent dla Jaruzelskiego”. Co więcej, dysydenci, którzy wyjechali po wolność poza Polskę, zdradziliby tych, pozostających w kraju, w szczególności zaś tych, którzy pracują dla wolnej Polski i za nią się modlą. Wyjazd osłabiłby także ruch demokratyczny i pomógłby komunistom uczynić społeczeństwo łatwym do spacyfikowania oraz powiązać przesłanki opozycji z samolubnością i nielojalnością względem narodu. Najlepszy sposób na ukazanie solidarności z cierpiącym rodakiem i oporu wobec rządzących to odmówienie niedźwiedziej przysługi, którą jest uzyskanie wolności na Zachodzie, tym bardziej że większość Polaków nie ma możliwości emigrowania i cieszenia się wolnością.

Jak argumentował Michnik, poprzez decyzję, by nie emigrować, uwięzieni działacze mogli nadać znaczenie tym, którzy zdecydowali się emigrować wcześniej i wspierali polską opozycję z zagranicy. Wolność sama w sobie oznacza, że ludzie mają prawo czynić, co chcą. Ale w okolicznościach 1982 r. „internowani działacze Solidarności, którzy zdecydowali się na wyjazd, popełniają czyn, który jest jednocześnie kapitulacją i dezercją”. Michnik przyznał, że to stanowisko brzmiało surowo i nietolerancyjnie i niektórzy mogą sądzić, że wchodzi w konflikt z przekonaniem, że „decyzja o emigracji jest bardzo osobista”. Ale w 1982 r. dylemat „emigrować lub nie” był ostatecznym testem lojalności dla członków opozycji. Tylko decydując się na pozostanie w więzieniu, zamiast przyjąć kuszącą ofertę wolności osobistej na Zachodzie, mogli zyskać zaufanie współobywateli, od których zależała przyszłość wolnego polskiego społeczeństwa.

Jeśli w 1982 r. emigracja była aktem zdrady, to już nie wydawała się nim w 1992 r. Po 1989 r. pragnienie, by mieć to, co Havel nazwał „normalnym życiem politycznym”, doprowadziło do masowej emigracji. Jeśli w NRD za „rozstaniem” podążała „krytyka” (by użyć słynnych terminów Alberta O. Hirschmana), to w Europie Środkowej i Wschodniej było odwrotnie: najpierw pojawiła się krytyka, dopiero potem rozstanie. Z początku euforia spowodowana upadkiem komunizmu wypełniła nadzieje na natychmiastową, radykalną poprawę. Europejczycy tego regionu chcieli budzić się z komunistycznego koszmaru ku bardziej wolnym, bardziej dostatnim i, przede wszystkim, bardziej zachodnim krajom. Kiedy żadne czary ani natychmiastowa westernizacja nie wyszły, wielu zabrało swoje rodziny i wyjechało na Zachód. Po zadziwiającym sukcesie rewolucji zmierzającej do imitacji zachodniej normalności surowe stanowisko Michnika z 1982 r., że emigracja na Zachód to kapitulacja i dezercja, nie miało już dłużej sensu. Osobisty wybór, by opuścić kraj, nie mógł być już dłużej stygmatyzowany jako nielojalność wobec narodów zaangażowanych w proces stawania się niczym te zachodnie. Rewolucja, która uczyniła naśladownictwo Zachodu swym celem, nie mogła podać mocnych powodów, by nie emigrować.

Z zasady rewolucje zmuszają ludzi do przekraczania granic – jeśli nie terytorialnych, to moralnych. Gdy wybuchła rewolucja francuska, wielu jej przeciwników musiało zbiec. Gdy bolszewicy ustanowili własną dyktaturę w Rosji, miliony z frakcji „białych” opuściło kraj i zamieszkało na emigracji, z walizkami w gotowości na wypadek upadku reżimu. Jednakże w tych przypadkach to pokonani wrogowie rewolucji byli tymi, którzy zmuszeni byli odejść. To przeciwstawienie uwypukla historyczną anomalię 1989 r. Po „aksamitnej rewolucji” wyjeżdżali nie przegrani, ale zwycięzcy. Ci, którzy najbardziej niecierpliwili się odnośnie do zmian w kraju, byli zarazem najbardziej skłonni, by zanurzyć się w świecie wolności obywatelskiej. Jako pierwsi wyjeżdżali za granicę, by studiować, pracować i żyć na Zachodzie, zabierając ze sobą owe prozachodnie skłonności.

Trudno wyobrazić sobie Lwa Trockiego, który po zwycięstwie bolszewików zdecydowałby, że pora postudiować w Oksfordzie; a na to właśnie zdecydowali się Viktor Orbán i wielu innych. Mieli dobre powody, by tak czynić. W odróżnieniu od rewolucjonistów francuskich czy rosyjskich – którzy wierzyli, że budują nową cywilizację, wrogą staremu porządkowi tronu i ołtarza, a Paryż i Moskwa staną się tymi miejscami, gdzie wykuwa się przyszłość – rewolucjoniści 1989 r. byli silnie zmotywowani, by podróżować na Zachód w celu przyjrzenia się z bliska, jak działa w praktyce to normalne społeczeństwo, które mieli nadzieję zbudować we własnych ojczyznach.

Każda rewolucja kroczy ku przyszłości, a skoro Niemcy miały stanowić obraz przyszłości Polski, to najzagorzalsi rewolucjoniści mogli równie dobrze spakować się i przeprowadzić do Niemiec.

Marzenie o zbiorowym powrocie do Europy uczyniło taki wybór zarówno logicznym, jak i uprawnionym. Dlaczego młody Polak czy Węgier powinni czekać, aż pewnego dnia ich kraj osiągnie poziom Niemiec, skoro może już teraz rozpocząć pracę i założyć rodzinę we Frankfurcie lub Hamburgu? Ostatecznie łatwiej zmieniać kraje, niż odmienić swój kraj. Gdy w 1989 r. otworzyły się granice, zamiast pracy u podstaw wybierano możliwość wyjazdu: reformy polityczne wymagają pogodzenia licznych interesów społecznych, podczas gdy emigracja wymaga jedynie ciebie i twojego dobra. Niewiara w narodowe lojalności i perspektywa zjednoczonej politycznie Europy także pomogły w wybraniu emigracji przez licznych liberałów Europy Środkowej i Wschodniej. To, razem ze zniknięciem antykomunistycznych dysydentów, jest powodem, dla którego argumenty Michnika przeciw emigracji straciły moralną i emocjonalną moc po 1989 r., co naprowadza nas na zagadnienie kryzysu uchodźczego lat 2015–2016.

Demografia jako los

Główna narracja antyliberalnej kontrrewolucji w Europie Środkowej i Wschodniej sprowadza się do odwrócenia znaczenia idei społeczeństwa otwartego. W 1989 r. otwarte społeczeństwo oznaczało obietnicę wolności, przede wszystkim do czynienia tego, czego wcześniej zakazywano, mianowicie podróży na Zachód. Obecnie dla licznych wyborców tego regionu otwartość na świat wiąże się nie z wolnością, lecz z zagrożeniem: inwazją imigrantów, depopulacją i utratą suwerenności narodowej.

W 2015 r. kryzys uchodźczy przyniósł w tej części Europy dojrzewający od dłuższego czasu bunt przeciwko indywidualizmowi i załamanie się wiary w uniwersalizm. W trakcie debaty nad imigrantami środkowi Europejczycy uświadomili sobie, że w naszym powiązanym, ale nierównym świecie migracja jest najbardziej rewolucyjną z rewolucji. XX-wieczne rewolty mas to rzecz przeszłości. Obecnie mierzymy się z XXI-wieczną rewoltą migrantów. Jako że prowadzona oddolnie, nie przez zorganizowane partie rewolucyjne, ale przez miliony niepowiązanych ze sobą jednostek i rodzin, ta przemiana nie musi stawiać czoła problemom, jakie zazwyczaj miały masowe działania. Nie pobudzają jej ideologicznie podkolorowane obrazy świetlanej, wyobrażonej przyszłości, ale kuszące obrazy życia po drugiej stronie granicy.

Globalizacja mogła uczynić ze świata wspólną wioskę, ale znajdującą się zarazem pod pewnego rodzaju dyktaturą: dyktaturą porównywania się w skali świata. Współcześni ludzie nie porównują dłużej własnego życia tylko do sytuacji swych sąsiadów; porównują się z najbogatszymi mieszkańcami planety. Jeśli zatem ktoś szuka ekonomicznej stabilizacji dla swoich dzieci, najlepsze, co może zrobić, jest upewnienie się, że urodzą się w Danii, Niemczech lub Szwecji; za to Czechy bądź Polska mogą stanowić ewentualnie plan B.

Starzenie się społeczeństwa przy niskim wskaźniku urodzeń i niekończącej się fali emigracji to połączenie będące głównym źródłem demograficznej paniki Europy Środkowo-Wschodniej, nawet jeśli objawia się politycznie w bezsensownym twierdzeniu, że inwazja migrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu stanowi zagrożenie dla egzystencji narodów tej części kontynentu.

Lęk przed imigrantami jest wzniecany przez obawę, że nieasymilujący się obcy wkroczą do kraju, rozcieńczając tożsamość narodową i osłabiając spójność społeczną. Ten strach z kolei odzwierciedla w głównej mierze niewygłaszaną głośno obawę o krach demograficzny. Między 1989 a 2017 r. Łotwa straciła 27% populacji, Litwa 22,5%, Bułgaria prawie 21%. Dwa miliony, a więc prawie 14%, obywateli byłej NRD przeprowadziło się do Niemiec Zachodnich, szukając pracy i lepszego życia[9].

Liczba obywateli Europy Środkowej i Wschodniej, którzy opuścili region w wyniku kryzysu ekonomicznego 2008 r. (kierując się głównie do Europy Zachodniej), przekracza całkowitą liczbę uchodźców, przybyłych na Zachód spoza Europy, wliczając w to imigrantów z Syrii. W 10 lat, licząc od 2007 r., ok. 3,4 mln ludzi opuściło Rumunię – jest to liczba, którą skojarzylibyśmy raczej z wojną lub inną katastrofą. Co więcej, trzy czwarte z nich miało w chwili emigracji 35 lat lub mniej. Zagrożenie, z którym mierzy się obecnie Europa Środkowo-Wschodnia, przypomina perspektywę depopulacji, z jaką zmagały się Niemcy Wschodnie, zanim komuniści wznieśli mur berliński. Chodzi o niebezpieczeństwo, że obywatele w wieku produkcyjnym opuszczą Wschód, żeby kontynuować życie na Zachodzie.

Panika w obliczu nieistniejącej inwazji uchodźców[10] powinna być rozumiana jako zniekształcone echo bardziej realistycznej obawy przed utratą znacznej części własnej populacji, przede wszystkim energicznych i młodych ludzi, którzy opuszczą kraj i osiedlą się na stałe za granicą. Ogrom migracji po 1989 r. tłumaczy, dlaczego byliśmy świadkiem tak głęboko wrogiej reakcji w tym regionie na kryzys uchodźczy pomimo faktu, że prawie żaden uchodźca nie został tam przydzielony (kraje te pełniły ewentualnie funkcję tranzytową).

Lęk przed różnorodnością stanowi sedno narodzin europejskiego antyliberalizmu, ale ma on inne znaczenie na Wschodzie niż na Zachodzie. W Europie Zachodniej antyliberalizm zrodził się z obawy, że liberalne społeczeństwa będą niezdolne do poradzenia sobie z różnorodnością. Na Wschodzie na pierwsze miejsce wysuwa się zagadnienie, jak w ogóle nie dopuścić do zróżnicowania. O ile jeszcze wiek temu Europa Wschodnia była najbardziej niejednorodną etnicznie częścią kontynentu, o tyle współcześnie charakteryzuje się niewiarygodną homogenicznością. Tylko 1,6% z obecnych polskich obywateli urodziło się poza granicami Polski, z kolei mniej niż 0,1% obywateli Polski to muzułmanie.

Wyjaśniając antyimigrancką histerię

Trauma masowo opuszczanego regionu tłumaczy to, co inaczej wydawałoby się niezrozumiałe – silne poczucie straty w krajach, które przecież zyskały na politycznych i ekonomicznych zmianach po 1989 r. Te obszary w Europie, które w ostatnich dekadach najbardziej ucierpiały ludnościowo, były najbardziej skłonne głosować na skrajnie prawicowe partie. Fakt ten wyraźnie wskazuje, że antyliberalny zwrot środkowej Europy jest także głęboko zakorzeniony w exodusie, szczególnie młodych ludzi[11], i demograficznym lęku, który pozostał po doświadczeniu tej masowej emigracji.

Drugi czynnik tłumaczący antyimigrancką histerię bez pojawienia się faktycznych imigrantów prowadzi na powrót do naszej głównej tezy. Podczas gdy nie doszło do żadnej „inwazji” próbujących się osiedlić imigrantów z Afryki czy Bliskiego Wschodu, stacje telewizyjne nieustannie bombardowały obywateli krajów środkowoeuropejskich sensacyjnymi materiałami, ukazując falę imigracji jako plagę Europy Zachodniej. W konsekwencji Wschód zaczął na nowo rozumieć zasadniczy podział kontynentu na dwie części: Wschód jako ten, który zachował homogeniczność i monoetniczość, a Zachód jako ten, który stał się heterogeniczny i multietniczny w rezultacie bezmyślnej i samobójczej polityki niepohamowanego przyjmowania imigrantów. Warto odnotować to przewartościowanie wartości. Zamiast postrzegania Zachodu jako przodującego i Wschodu jako nadganiającego retoryka ksenofobicznych populistów opisuje Europę Zachodnią jako zagubioną. W ich rozgorączkowanej wyobraźni Zachód stał się peryferiami Afryki i Bliskiego Wschodu.

Skutkiem tego Europa Zachodnia nie reprezentuje już dłużej kulturowo triumfującego modelu, który Wschód pragnął naśladować. Przeciwnie, otwarte społeczeństwa zachodnie, niezdolne do obrony własnych granic przed obcymi (w szczególności muzułmańskimi) „najeźdźcami”, stanowi negatywny wzorzec, żywy obraz porządku społecznego, którego wschodni Europejczycy gorliwie chcą uniknąć.

By wskrzesić moralną dezaprobatę, z którą kiedyś postrzegano emigrację, środkowoeuropejscy populiści muszą odrzucić stanowisko, że Węgry, Polska i pozostałe kraje regionu mogą odnieść polityczny i ekonomiczny sukces tylko poprzez naśladowanie Zachodu. Wzrost nacjonalistycznej retoryki i antyliberalny zwrot Wschodu podejrzanie wygląda na desperacką próbę zbudowania „muru lojalności”, który zatamuje utratę populacji i powstrzyma młodych ludzi przed opuszczaniem kraju. Mówiąc inaczej, populiści w Warszawie i Budapeszcie obrócili na własną korzyść imigracyjny kryzys na Zachodzie. Tylko jeśli naród przestanie zmieniać się na zachodnią modłę, ludzie przestaną wyjeżdżać na Zachód. By zatrzymać emigrację, trzeba zrujnować reputację Zachodu jako przestrzeni możliwości i zburzyć ideę zachodniego liberalizmu jako wyznacznika wyższego społecznego i ekonomicznego porządku. Otwarty system imigracyjny krajów Europy Zachodniej zostaje tu odrzucony w dużo mniejszym stopniu ze względu na migracje z Afryki czy Bliskiego Wschodu, ale głównie dlatego, że stanowi kuszącą propozycję dla samych obywateli Europy Środkowej i Wschodniej.

Dzisiejszą Europę gnębi widmo odwróconego naśladownictwa. Uczestnicy w grze „naśladowani i naśladujący” pod pewnymi względami zamienili się miejscem. W niektórych przypadkach imitujący zostali wzorem i vice versa. Ostateczna zemsta środkowo- i wschodnioeuropejskich populistów na zachodnim liberalizmie nie opiera się całkowicie na odrzuceniu „imperatywu naśladowania”, ale na jego odwróceniu. To my jesteśmy prawdziwymi Europejczykami, jak twierdzą Orbán i Kaczyński, i jeśli Zachód chce się ocalić, musi naśladować Wschód. Jak przyznał Orbán w przemówieniu wygłoszonym w lipcu 2017 r., w sposób odsłaniający te intencje: „27 lat temu tutaj, w Europie Środkowej, wierzyliśmy, że Europa będzie naszą przyszłością; dziś czujemy, że to my jesteśmy przyszłością Europy”[12].

Tłumaczenie Marek Maraszek

 

Powyższy esej pt. Explaining Eastern Europe: Imitation and Its Discontents został pierwotnie opublikowany w lipcu 2018 w „Journal of Democracy” wydawanym przez The John Hopkins University Press.

[1] Za: A. Leszczyński, Poland’s Leading Daily Feels Full Force of Jarosław Kaczyński’s Anger, „The Guardian”, 23 lutego 2016.

[2] Za: P. Oltermann, Can Europe’s New Xenophobes Reshape the Continent, „The Guardian”, 3 lutego 2018.

[3] Za: R. Dahrendorf, Rozważania nad rewolucją w Europie, tłum. M. Gottesman, Warszawa 1991, s. 24.

[4] J. Habermas, What Does Socialism Mean Today? The Rectifying Revolution and the Need for New Thinking on the Left, „New Left Review”, nr 183 (wrzesień–październik 1990), s. 5, 7.

[5] J. Habermas, Die Nachholende Revolution, Frankfurt 1990.

[6] R. Cohen, The Accommodations of Adam Michnik, „New York Times Magazine”, 7 listopada 1999.

[7] Za: B. Herman, The Debate That Won’t Die: Havel and Kundera on Whether Protest Is Worthwhile, rferl.org, 11 stycznia 2012.

[8] A. Michnik, Letters from Prison and Other Essays, tłum. M. Latynski, Berkeley 1985, s. 13–24.

[9] Te dane i liczby dotyczące demografii pochodzą z Eurostatu i z własnych obliczeń autorów opartych na zmiennej „Population on 1 January by age and sex (demo_pjan)”, http://appsso.eurostat.ec.europa.eu/nui/show. do?dataset=demo_pjan&lang=en (dostęp: 5 marca 2020 r.).

[10] „Musimy mierzyć się z zalewem ludzi pochodzących z (…) Bliskiego Wschodu, podczas gdy głęboka Afryka już ruszyła z posad. Miliony ludzi są przygotowani do wyruszenia. Na całym świecie narasta pragnienie, pęd i presja na ludzi, aby żyli w innym miejscu niż to, w którym przyszli na świat. To jedna z największych fal ludzi, która niesie z sobą niebezpieczeństwo tragicznych konsekwencji. To nowoczesna globalna masowa migracja, której końca nie widać: wymieszani z sobą migranci ekonomiczni marzący o lepszym życiu, uchodźcy i napływające masy. To niekontrolowany i nieuregulowany proces, dla którego – mówię to przed społecznością naukową – najbardziej precyzyjną definicją jest słowo »inwazja«”. V. Orbán, mowa otwierająca World Science Forum, 7 listopada 2015.

[11] „Pewnie wy [młodzi ludzie] czujecie się, jak gdyby cały świat należał do was (…). Ale także w waszym życiu nadejdzie moment, gdy uświadomicie sobie, że potrzebujemy miejsca, języka, domu, gdzie czujemy się u siebie, gdzie możemy żyć bezpiecznie otoczeni dobrą wolą innych. Miejsca, do którego możemy wrócić, w którym możemy poczuć, że to miejsce na całe życie, że nie popadnie ono w zapomnienie (…). Młodzi Węgrzy, ojczyzna was teraz potrzebuje (…). Chodźcie i walczcie z nami, a gdy będziecie potrzebować, ojczyzna będzie tu wciąż dla was”. V. Orbán, oficjalna mowa podczas 170. rocznicy węgierskiej rewolucji 1848, 15 marca 2018.

[12] Mowa Viktora Orbána podczas 28. Bálványos Summer Open University and Student Camp, 22 lipca 2017.

Kup numer