fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oficjalna wizyta premiera Węgier Viktora Orbana w Polsce. Na zdjęciu spotkanie z prezesem PiS-u Jarosławem Kacyńskim w Sejmie, 22 września 2017 r. / fot. Paweł Supernak / PAP

Naśladowanie i bunt. Co się dzieje z Europą Wschodnią?

Podczas gdy imitujący podziwia tego, kogo naśladuje, naśladowany patrzy z góry na tych, którzy go imitują. Nie jest zatem całkowitym zaskoczeniem, dlaczego wybrane trzy dekady temu przez Europę Wschodnią „naśladowanie Zachodu” ostatecznie doprowadziło do sytuacji ostrego sprzeciwu.

W horrorze Frankenstein, napisanym przez Mary Shelley w 1818 r., pewien wynalazca kierowany prometejskimi pobudkami stworzył potwora, składając go w humanoidalną istotę z części ciał zebranych z „prosektorium i rzeźni”, a nawet „niepoświęconych, wilgotnych mogił”. Eksperymentator Victor Frankenstein szybko zaczął żałować zbyt ambitnej próby stworzenia kopii własnego gatunku. Potwór, zaciekle zazdrosny o szczęście własnego stwórcy i w swoim poczuciu skazany na samotność i odrzucenie, zwrócił się przeciwko rodzinie i przyjaciołom wynalazcy, doprowadzając ich świat do ruiny i pozostawiając jedynie żal i boleść jako spuściznę po nierozważnym eksperymencie stworzenia przez ludzi swojej kopii.

Amerykańska socjolożka Kim Scheppele, nie rozciągając tej analogii zbyt daleko, opisuje (prowadzone przez innego Viktora) obecne Węgry jako „Frankenstan” (Frankenstate) – tj. antyliberalnego mutanta stworzonego z pozszywanych w wyrafinowany sposób elementów zachodnich liberalnych demokracji. Tym, co dość niespodziewanie Scheppele pragnie ukazać, jest fakt, że premierowi Viktorowi Orbánowi udało się zniszczyć liberalną demokrację, stosując sprytną politykę fragmentarycznej imitacji. Stworzył ustrój, będący radosnym mariażem polityki rozumianej w duchu Carla Schmitta jako ciągu melodramatycznych konfrontacji przyjaciel–wróg oraz instytucjonalnej fasady liberalnej demokracji. Gdy Unia Europejska krytykuje rząd Orbána za nieliberalny charakter wprowadzanych reform, jego gabinet zawsze szybko wykazuje, że każda z kontrowersyjnych zmian prawnych, każdy przepis czy instytucja zostały wiernie ściągnięte z systemu prawnego któregoś z państw członkowskich UE. Tak więc nie powinno dziwić, że wielu zachodnich liberałów patrzy na ustrój na Węgrzech i w Polsce z tą samą „grozą i wstrętem”, które wypełniły serce Victora Frankensteina, gdy ujrzał swe dzieło.

By zrozumieć źródła obecnej antyliberalnej rewolucji w Europie Środkowej i Wschodniej, powinniśmy przyjrzeć się nie tyle ideologii czy ekonomii, ile tłumionej animozji wywołanej przez kluczową rolę mimesis w procesach reform wprowadzanych w krajach bloku wschodniego po 1989 r. Nie można uchwycić antyliberalnego zwrotu w tym regionie w odosobnieniu zarówno od politycznego oczekiwania „normalności”, wykształconego przez rewolucję 1989 r., jak i od polityki naśladownictwa, którą ta uznała. Po upadku muru berlińskiego Europa nie była już dłużej podzielona pomiędzy komunistów a demokratów. Zamiast tego linia podziału została wytyczona między naśladującymi a naśladowanymi. Relacje Wschodu i Zachodu przeszły płynnie od zimnowojennego impasu pomiędzy dwoma nieprzyjaznymi systemami ku moralnej hierarchii w ramach jednego zachodniego liberalizmu. Podczas gdy imitujący podziwia tego, kogo naśladuje, to naśladowany patrzy z góry na tych, którzy go imitują. Nie jest zatem całkowitym zaskoczeniem, dlaczego dobrowolnie wybrane trzy dekady temu przez Europę Wschodnią „naśladowanie Zachodu” ostatecznie doprowadziło w niej do sytuacji ostrego sprzeciwu.

Przez dwie dekady po 1989 r. filozofię polityczną postkomunistycznej Europy Środkowej i Wschodniej można było sprowadzić do jednego imperatywu: „Naśladuj Zachód!”. Temu procesowi przypisywano różne nazwy – demokratyzacji, liberalizacji, poszerzenia Europy, konwergencji, integracji, europeizacji – ale cel, do którego dążyli postkomunistyczni reformatorzy, był prosty. Pragnęli, aby ich państwa stały się „normalne”, co oznaczało takie, jak zachodnie. Obejmowało to importowanie liberalno-demokratycznych instytucji, przyjęcie określonych wartości oraz zachodnich rozwiązań politycznych i ekonomicznych. Naśladownictwo było powszechnie rozumiane jako najkrótsza droga do wolności i dobrobytu.

Jednakże realizowanie ekonomicznych i politycznych reform przez imitację obcego modelu okazało się posiadać negatywne strony na gruncie moralnym i psychologicznym, znacznie istotniejsze, niż z początku mogłoby się zdawać. Życie naśladującego niezaprzeczalnie wiąże się z poczuciem niedowartościowania, niższości, zależności, zagubienia tożsamości i mimowolnej nieszczerości. W istocie próżny trud stworzenia wiarygodnej kopii wyidealizowanego modelu pociąga za sobą niekończącą się udrękę samokrytyki, a nawet pogardy względem siebie.

Tym, co czyni naśladownictwo tak dręczącym, jest nie tylko wyrażone nie wprost założenie, że naśladujący jest w jakiś sposób gorszy od naśladowanego modelu na poziomie moralnym czy jako człowiek w ogóle. Imitacja wiąże się także z założeniem, że papugujące narody Europy Środkowej i Wschodniej uznają prawo Zachodu do poddania ocenie ich sukcesu lub porażki w doganianiu zachodnich standardów. W tym znaczeniu naśladownictwo prowadzi do poczucia utraty własnej suwerenności.

Tak oto wzrost autorytarnego szowinizmu i ksenofobii w Europie Środkowo-Wschodniej ma swoje korzenie nie w politycznej teorii, ale w politycznej psychologii. Stanowi wynik głęboko zakorzenionego wstrętu do „imperatywu naśladownictwa” po 1989 r., wraz z jego wszystkimi poniżającymi i upokarzającymi konsekwencjami.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter