fot. Timothy H. O'Sullivan / Library of Congress
Jakub Kuza wrzesień 2019

Wojna jest fotografią

„Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka” – pouczał kiedyś jeden z największych w dziejach dyktatorów, świadomy potencjału socjotechniki. I pewnie dlatego przykładał tak wyjątkową wagę do możliwości narzucenia własnej, zazwyczaj propagandowej, narracji o konflikcie dzięki fotografii, filmom oraz literackim i reporterskim tekstom. Ikoniczne zdjęcia odbijają się w naszej pamięci o wiele intensywniej niż daty, miejsca bitew czy nazwiska dowódców armii. Ale czy zawsze znamy całą historię, jaka kryje się za ich powstaniem?

Artykuł z numeru

Migawki z frontu

Migawki z frontu

Lipiec 1863 r., Gettysburg, grupa skał zwana Jaskinią Diabła, ciało młodego żołnierza konfederatów poległego w najkrwawszej bitwie wojny secesyjnej. Ze względu na ograniczone możliwości techniczne sprzętu fotograficznego uwiecznianie pobojowisk i trupów jest w zasadzie jedyną dostępną w tym momencie formą pokazania grozy wojny. Znany szkocki fotoreporter Alexander Gardner tytułuje swoje dzieło Dom rebelianckiego snajpera, dając wspaniały dowód potęgi emocjonalnego ładunku fotografii. Zdjęcie budzi powszechny zachwyt swoją kompozycją, wymową bezpańskiego karabinu, rozrzuconym ekwipunkiem żołnierskim i bezsensownością śmierci młodego człowieka. Gardner spekuluje, że rozchełstany konfederacki mundur to dowód, że żołnierz umierał powoli, myśląc o swojej rodzinie. Wracając cztery miesiące później na pole bitwy, fotoreporter relacjonuje, że ciało wciąż leży niepogrzebane, a karabin spoczywa w tym samym miejscu – cóż za przejmujący dowód na samotność umierania w tym zapomnianym przez ludzi zakątku, gdy rodzina nieszczęśnika wciąż łudzi się, że zaginiony powróci do domu! Dopiero 100 lat później drobiazgowy historyk William Frassanito będzie w stanie udowodnić Gardnerowi fałszerstwo. Ciało żołnierza pierwotnie leżało kilkadziesiąt metrów dalej. Po zrobieniu mu kilku innych zdjęć fotoreporter wraz ze swoim asystentem Timothy O’Sullivanem dostrzegli bardziej malownicze miejsce, po czym zdecydowali się przeciągnąć tam trupa (prawdopodobnie na kocu), aby nadać fotografii bardziej dramatyczny wydźwięk. Mężczyzna był żołnierzem piechoty, a jego karabin z całą pewnością nie był bronią snajperską. Niemożliwe było też, aby przez kilkanaście tygodni nikt nie odnalazł i nie pogrzebał ciała, a już na pewno nie uchowałaby się w tym miejscu sprawna broń. Jedno z najsłynniejszych zdjęć amerykańskiej wojny domowej stanie się również dowodem na to, że nieprzeparta pokusa udramatyzowania rzeczywistości towarzyszy (foto)reporterom od zawsze.

***

Wrzesień 1939 r., Warszawa, 12-letnia Kazia Kostewicz opłakuje śmierć dwa lata starszej siostry Andzi (Anny). Obie wychowywały się w biednej wielodzietnej rodzinie z niepracującym ojcem. W wakacje, jeszcze przed wybuchem wojny, Anna napisała list do „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” z prośbą o pieniądze na zakup podręczników i ubrania, tak aby mogła spełnić wielkie marzenie i uczyć się dalej. Jej radość nie miała końca, gdy zobaczyła swój list wydrukowany w gazecie z odpowiedzią redaktora: „Aniu, nie martw się. Dostaniesz odzież, dostaniesz książki. Tatuś twój dostanie pracę”. Niestety, wkrótce potem wybuchła wojna. Polujący na ludność cywilną z broni pokładowej niemieccy piloci junkersów Ju 87 dopadli Anię w trakcie wyprawy po żywność – na polu jednego z sąsiadów chciała wykopać trochę ziemniaków, kapusty, cebuli. Słysząc przeraźliwe wycie syren akustycznych stukasów, Anna Kostewicz próbowała się ukryć w zbożu, jednak doskonale widoczna z powietrza w szczerym polu, nie miała żadnych szans na ocalenie życia. Rozpaczającą nad jej ciałem siostrę uwiecznił amerykański fotoreporter Julien Bryan: „Nie miało znaczenia, czy mi się to podoba czy nie. Gdybym po powrocie do Stanów Zjednoczonych tylko opowiadał ludziom, co działo się w Warszawie, nikt by mi nie uwierzył. W moje zdjęcia uwierzyć musieli”. Po chwili jednak nie dał rady utrzymać maski zawodowca bez emocji, odłożył aparat i mocno przytulił dziewczynkę, płacząc razem z nią. Wywołane filmy ukryje w maskach gazowych ewakuowanych amerykańskich dyplomatów – tak dostaną się za ocean, wywołując tam szok okrucieństwem niemieckiej napaści. Po wojnie Bryan kilkakrotnie wróci do rządzonego przez komunistów kraju, starając się za każdym razem odwiedzić bohaterów swoich zdjęć i filmów, w tym także Kazimierę, którą odnajdzie dopiero w 1958 r., dzięki ogłoszeniu w „Expressie Wieczornym”.

***

Lipiec 1942 r., w okolicach Woroszyłowgradu (Ługańska), trwa kolejny mozolny szturm Wehrmachtu na pozycje Armii Czerwonej, ciężko ranny dowódca 220. Batalionu 4. Dywizji Strzeleckiej już nie dowodzi, radzieckie szyki na tym odcinku zaczynają się załamywać. Z ziemi podrywa się młody ochotnik, komisarz polityczny oddziału, Aleksiej Gordiejewicz Jeremienko i z okrzykiem: „Wpieriod, za rodinu, za Stalinu!”, zagrzewa kolegów do straceńczej szarży. W tym samym momencie uniesionego bitewnym szałem mężczyznę, z pistoletem tetetką na skórzanym pasku, z pobliskiego zagłębienia terenu fotografuje korespondent wojenny agencji TASS Max Alpert. Kilkanaście metrów dalej Jeremienkę kosi niemiecka seria z karabinu maszynowego, straty w ludziach są olbrzymie, ale niemiecki atak zostaje jeszcze raz odparty. Odłamek kuli trafia także w obiektyw aparatu Alperta, dlatego po bitwie fotoreporter nawet nie pyta w oddziale o tożsamość sfotografowanego politruka. Ostatecznie jednak kultowe zdjęcie Kombat zostanie uratowane, a radziecka propaganda natychmiast doceni artystyczne i propagandowe walory fotografii bezimiennego (wówczas) bohatera – jego wizerunek zostanie błyskawicznie powielony w tysiącach prasowych i książkowych publikacji, a po wojnie stanie się inspiracją do powstania niezliczonych pomników, medali i monet. Przez wiele lat do fotografa zgłaszać się będą kolejne osoby, twierdzące, że wiedzą, kim był anonimowy bohater masowej wyobraźni, ale dopiero w 1974 r., po analizie zdjęć sprzed wojny dostarczonych przez rodzinę, będzie można z całą pewnością potwierdzić, że chodzi właśnie o Jeremienkę. Oczywiście, jeżeli jesteśmy w stanie uwierzyć, że w tym konkretnym przypadku sowiecka propaganda i prawda nie odbiegły od siebie zbyt daleko…

 

***

Kwiecień 1945 r., Monachium, prywatny apartament Adolfa Hitlera, pracujący dla magazynu „Life” fotoreporter David Scherman uwiecznia swoją koleżankę po fachu Lee Miller („Vogue”), biorącą kąpiel w wannie dyktatora. Nierozłączna para współpracowników (i kochanków), słynąca z tego, że wszędzie pojawiają się pierwsi, przyjechała do Monachium prosto z Dachau, gdzie dokumentowali koszmar więźniów i ofiar wyzwolonego przez żołnierzy gen. George’a Pattona obozu koncentracyjnego. Tego samego dnia po południu spotykają w mieście słabo mówiącego po angielsku Niemca, który za karton papierosów kieruje ich do opuszczonej kamienicy przy Prinzregentenplatz 16, jednej z ulubionych rezydencji Führera. Błyskawicznie podejmują decyzję, aby na kilka dni wprowadzić się do jego apartamentów. W sterylnie czystej łazience dyktatora Miller zdejmuje swoje „ubrudzone w Dachau” wojskowe buty, rozbiera się i wchodzi do wanny, aby odświeżyć się przed drzemką w łóżku Hitlera. Scherman chwyta za aparat – powstaje jedno z najbardziej ikonicznych (a zarazem kontrowersyjnych) zdjęć drugiej II wojny światowej – to podeptanie prywatności kata Europy, jeszcze niedawno decydującego o życiu (czy raczej śmierci) milionów osób, teraz uwięzionego bez żadnej nadziei na ratunek w berlińskim bunkrze, ze szturmującymi radzieckimi wojskami zaledwie kilkaset metrów dalej. Miller i Scherman jeszcze nie wiedzą, że za kilka godzin Adolf Hitler i jego nowo poślubiona żona Eva Braun-Hitler popełnią samobójstwo. Koszmary wojny dopadną wkrótce i Lee Miller – przez resztę życia będzie zmagać się z depresją, atakami paniki i ciężkim alkoholizmem.

***

Maj 1954 r., Indochiny, Robert Capa (właściwie Endré Ernő Friedmann), wojenny fotoreporter wszech czasów, towarzyszy francuskiemu konwojowi mającemu ewakuować z delty Czerwonej Rzeki dwa posterunki wojskowe, bezlitośnie nękane przez wietnamską partyzantkę. Tak naprawdę w ogóle nie powinno go być pod Hanoi – jeden z przyjaciół, wiedziony złym przeczuciem, ostrzegał go: „Nie musisz tam jechać! To nie nasza wojna!”. Wielokrotnie ryzykujący życiem (np. uczestnicząc w desancie w Normandii) największy awanturnik wśród fotoreporterów wierzy jednak niezmiennie w swoją pomyślną madziarską gwiazdę: „Nie wystarczy mieć szczęście. Trzeba jeszcze być Węgrem”. Poza tym magazyn „Life” szukał na froncie szybkiego zastępstwa (dla kolegi po fachu, który wziął nagły urlop), zlecenie było dobrze płatne, a pokazanie się „po stronie” Francuzów mogło zaprzeczyć oskarżeniom, że Capa sympatyzuje z komunistami. „To będzie piękna historia” – mówi fotograf, wyruszając rano z konwojem. Ale dzień nie jest spokojny, żołnierze Vięˆt Minh wielokrotnie atakują konwój. Po południu, gdy nieprzyjaciel w końcu odpuszcza, Capa schodzi z głównego traktu w wysokie trawy, żeby jak zwykle „podejść jak najbliżej”. Robi ostatnie zdjęcie maszerującym przed nim żołnierzom. Kilka minut później mina przeciwpiechotna rozrywa 41-letniego fotoreportera na strzępy. Podczas skromnego pogrzebu w Stanach Zjednoczonych pogrążoną w bólu rodzinę zacznie mocno irytować bezczelny nastoletni chłopak z aparatem fotograficznym w ręku. W pierwszej chwili chcą mu dosadnie zwrócić uwagę na niestosowność jego zachowania, po chwili ktoś jednak reflektuje się: „Pamiętajmy, kogo tu chowamy”. Reprezentujący lokalną gazetę Dirck Halstead również zostanie znanym fotoreporterem, kilkanaście lat później przyleci do Wietnamu relacjonować kolejną, tym razem amerykańską, wojnę.

***

1972 r., Wietnam, z kłębów dymu wyłania się grupa zrozpaczonych dzieci, uciekających w panice przed skutkami omyłkowego nalotu z użyciem napalmu na wioskę Trang Bang, dokonanego przez sojusznicze wobec Amerykanów lotnictwo południowowietnamskie. „Za gorąco, za gorąco, umieram!” – krzyczy dziewięcioletnia dziewczynka Phan Thi Kim Phuc, która już wcześniej zdarła z siebie płonące ubranie. Mimo to z jej ciała płatami odchodzi gorejąca skóra. Lokalny fotograf Nick Ut po zrobieniu kilku fotografii odkłada aparat, bierze dziewczynkę na ręce, razem z innymi rannymi dziećmi pakuje do furgonetki i odwozi do szpitala polowego w Sajgonie. Dopiero potem wywołuje zdjęcia i przesyła je do centrali Associated Press. Tam początkowo zapada decyzja, że nie nadaje się do publikacji, ponieważ ukazuje od przodu nagie dziecko. Potem przeważa jednak argument o niesamowitym antywojennym przesłaniu fotografii. Nick Ut otrzyma za nią wszystkie możliwe nagrody (w tym World Press Photo i Nagrodę Pulitzera), a kilka miesięcy później Amerykanie podpiszą traktat pokojowy i rozpoczną proces wycofywania swoich wojsk z Wietnamu. Potwornie poparzona Kim Phuc, wbrew rokowaniom lekarzy, przeżyje bestialski atak, wyjdzie ze szpitala po 14 miesiącach i 16 operacjach. Wykorzystywana propagandowo przez wietnamski reżim komunistyczny, w 1992 r. wyemigruje do Kanady, gdzie, będąc w stałym kontakcie z Nickiem Utem, założy fundację pomagającą dzieciom – ofiarom wojny.

Kup numer