fot. National Archives
Honorata Zapaśnik wrzesień 2019

Trudna prawda reportera

Reporterzy wojenni z narażeniem życia zbierają informacje z pierwszej linii frontu. Mogą zginąć, zostać ranni lub uprowadzeni. Pomimo niebezpieczeństwa ludzie od dawna czuli potrzebę, żeby informować o tym, co się dzieje w miejscach konfliktów.

Artykuł z numeru

Migawki z frontu

Migawki z frontu

Kiedy pojawił się zawód reportera wojennego? Zdaniem wielu historyków prekursorem był John Bell, reporter „London Oracle”, który wyruszył do Flandrii z zamiarem zdawania relacji z europejskiej kampanii księcia Yorku w 1794 r. „Będąc przez jakiś czas w sąsiedztwie walczących armii, mam zamiar regularnie wysyłać wierny dziennik tego, co warte jest uwagi czytelników” – tłumaczył w liście do redakcji. Bitwę pod Courtray obserwował z pobliskiej wieży. Ze szczegółami przedstawił porażkę Anglików i uciekających z pola bitwy „zmęczonych żołnierzy”. Bell w Anglii szybko stał się celebrytą, ale rząd angielski nie był wcale zadowolony ze sposobu, w jaki przedstawiał armię i razem z konkurującymi gazetami podważał jego doniesienia. I nic w tym dziwnego. Napięcie między tym, co dziennikarz widział na własne oczy, a propagandowymi oczekiwaniami władz naznacza całą historię reportażu wojennego.

Najważniejszy korespondent na świecie

W 1853 r. w Europie wybuchła wojna krymska pomiędzy Cesarstwem Rosyjskim i imperium osmańskim oraz jego sprzymierzeńcami – Wielką Brytanią, Francją i Królestwem Sardynii. Wydawca „London Times” wysłał młodego reportera, 33-letniego Williama Howarda Russella, na Maltę, gdzie przez dwa lata pisał o tym, co robi brytyjska armia. Nikt nie miał nad nim kontroli i nie był w stanie wpływać na treść jego artykułów. Dowódcy bali się go i nie chcieli udzielać mu żadnych informacji. Niektórzy zabronili podwładnym rozmawiać z nim. Pomimo trudności Russellowi udało się zaprzyjaźnić z żołnierzami niższymi rangą i dzięki jego dramatycznym relacjom czytelnicy po raz pierwszy dowiedzieli się, jak naprawdę z bliska wygląda wojna.

W październiku 1854 r. Russell widział bitwę pod Bałakławą. Donosił: „O 11.00 nasza Brygada Lekkiej Kawalerii ruszyła do przodu”. Zakończył słowami: „O 11.35 nie było już ani jednego żołnierza brytyjskiego z wyjątkiem zmarłych i umierających przed zakrwawionymi moskiewskimi armatami”. Dziennikarz szczerze dzielił się spostrzeżeniami. „Jest to trudna prawda, ale Anglicy muszą jej wysłuchać – tłumaczył. – Muszą wiedzieć, że żebrak, który zatacza się w deszczu na ulicach Londynu, prowadzi życie księcia, w porównaniu z tym, jak żyją żołnierze walczący o swój kraj”.

Brytyjski rząd próbował cenzurować depesze Russella, twierdząc, że pomaga on wrogowi, zdradzając szczegóły operacji. Otrzymał jednak wsparcie ze strony czytelników. Anglicy byli oburzeni, że ich bliscy „umierali i nie włożono nawet minimalnego wysiłku, żeby ich uratować”. Wszystko przez to, że brakowało zarówno chirurgów, jak i ambulansów, sprzętu oraz prostych naczyń, żeby karmić rannych, co skutkowało licznymi zakażeniami.

Artykuły doprowadziły do dymisji rządu i serii reform, które miały na celu poprawę losu żołnierzy. Zainspirowały też Florence Nightingale, brytyjską pielęgniarkę z bogatego domu, do wyjazdu z grupą wolontariuszek na front. Zadbała ona o higienę w miejscach, gdzie udzielano pomocy rannym żołnierzom, i w krótkim czasie śmiertelność wśród rannych zmalała z 42% do 2%.

Nazwisko Russella stało się rozpoznawalne i nieco później „The Times” wysłał go w roli specjalnego korespondenta do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał relacjonować wojnę secesyjną. Jego przybycie zostało przez wszystkich zauważone, bo mówiono o nim, że jest „najważniejszym korespondentem prasowym na świecie”, poza tym imperium brytyjskie dopiero miało opowiedzieć się po jednej ze stron. Lincoln w czasie spotkania z dziennikarzem przyznał, że zdaje sobie sprawę z możliwości wpłynięcia przez „The Times” na opinię publiczną i zdobycia nowych zwolenników.

Uczucia opinii publicznej

W II poł. XIX w. korespondencje wojenne zaczęły pojawiać się częściej na łamach prasy, a Russella naśladowali inni dziennikarze. Amerykanin Januarius MacGahan pojechał do Europy studiować prawo, gdzie zastała go wojna francusko-pruska. Zbieg okoliczności sprawił, że został zatrudniony jako korespondent wojenny po stronie francuskiej przez „New York Herald”. Później opisywał jeszcze Komunę Paryską we Francji, a gdy dowiedział się, że Rosja planuje zaatakować chanat Chiwy w Azji Środkowej, pomimo zakazu obecności korespondentów zagranicznych przy wojsku rosyjskim przejechał konno przez pustynię i był świadkiem poddania się miasta Rosji. W 1876 r. „London Daily News” zlecił mu wyjazd do Bułgarii, wówczas części imperium osmańskiego, w celu zbadania wspólnie z amerykańską komisją zbrodni popełnionych przez tureckich najemników, których zatrudniono, żeby spacyfikowali bułgarskich nacjonalistów. Na miejscu okazało się, że spalono wiele wsi i zamordowano tysiące mieszkańców, w tym Niemców, Greków i Ormian. Dziennikarz przy jednym z kościołów natknął się na zwłoki 3 tys. ludzi. „To był straszny widok – widok, który prześladuje przez całe życie – zapisał. – W tej masie były małe głowy z kręconymi włosami, zmiażdżone ciężkimi kamieniami; małe stopy nawet nie tak długie jak twój palec, mocno wysuszone przez ciepło, zanim zdążyły się rozłożyć; małe dziecięce dłonie wyciągnięte jakby prosiły o pomoc; niemowlęta ginęły, patrząc na blask szabli i dzierżące je czerwone ręce mężczyzn o ostrym spojrzeniu; dzieci umierały, kurcząc się ze strachu i przerażenia; matki, ginąc, próbowały osłonić swoje maleństwa własnymi słabymi ciałami, wszystkie leżą tam razem i ropieją w okropnej masie”.

Relacje MacGahana doprowadziły do wypowiedzenia Turkom wojny przez wspierającą Bułgarów Rosję. Turcja liczyła na pomoc zwykle przychylnej Wielkiej Brytanii, ale tym razem brytyjski rząd odparł, że nie może interweniować ze względu na „uczucia opinii publicznej”. Oddziaływanie tekstów prasowych na decyzję Brytyjczyków potwierdziło rosnącą siłę „czwartej władzy”. Wojna zakończyła się wyzwoleniem Bułgarii od rządów tureckich. MacGahan został oficjalnym korespondentem wojennym „Daily Mail” i mógł opisywać każdą bitwę. Niestety, niedługo później zachorował na tyfus w Konstantynopolu, na skutek czego zmarł. Do dzisiaj Bułgarzy uważają go za bohatera narodowego.

Obiecujący dzień w tej wojnie

O tym, jak wygląda praca korespondenta wojennego, krążyły opowieści, które działały na wyobraźnię młodych ludzi. Gdy Jack London zdobył popularność po wydaniu Zewu krwi, dostał propozycję wyjazdu na wojnę rosyjsko-japońską w charakterze dziennikarza. Zdawał sobie sprawę, że dzięki publikacjom może zdobyć nowych czytelników, więc zgodził się pracować za same wierszówki. Szybko się jednak rozczarował. Tłumaczył później: „Krótko mówiąc, poszedłem na wojnę, oczekując dreszczyku emocji. Moimi jedynymi odczuciami okazały się oburzenie i irytacja”.

Japońscy żołnierze niechętnie udzielali mu informacji, a całą korespondencję cenzurowali przed wysłaniem, więc artykuły zawierały szczątkowe informacje na temat akcji militarnych. Raz pisarzowi udało się przemycić zdjęcia z głównego posterunku japońskich sił lądowych w Korei w zatoce Czemulpo. Został za to oskarżony przez Japończyków o szpiegostwo i aresztowany. Wyszedł na wolność dzięki pomocy swoich amerykańskich przyjaciół i na tym jego przygoda wojenna się zakończyła.

Nie była to jedyna wojna, na której próbowano sterować reporterami. Podobna sytuacja miała miejsce w czasie I wojny światowej. Kilka miesięcy po rozpoczęciu działań zbrojnych Brytyjczycy wprowadzili ścisłą kontrolę dziennikarzy. Musieli oni podróżować z przypisanym im oficerem, który miał prawo czytać ich korespondencję i mówił im, gdzie i z kim mogą porozmawiać. Nie wolno im było fotografować żołnierzy w okopach, bo wojsko uznawało to za przestępstwo. Z tego powodu nie zachowało się wiele zdjęć z tej wojny.

Na efekty nowej polityki nie trzeba było długo czekać. Bitwa nad Sommą rozpoczęła się 1 lipca 1916 r. i trwała ponad cztery miesiące. Walczyły w niej 3 mln ludzi, milion zostało rannych bądź zabitych. W pierwszym dniu walk zginęło prawie 20 tys. brytyjskich żołnierzy. W tym czasie reporterzy zgodnie z poleceniem przebywali w kwaterach i otrzymywali starannie wybrane informacje na temat postępów w zmaganiach. Tego dnia czytelnicy „Daily Chronicle” dowiedzieli się: „Dzień jest dobry dla Anglii i Francji. Jest to obiecujący dzień w tej wojnie”. „Manchester Guardian” opublikował nagłówek: „Nasze straty nie są ciężkie”. Później dziennikarze, obserwując bitwy z bliska, dalej zachowywali pozory. Obawiano się, że gdy opinia publiczna pozna prawdę, będzie naciskać na zakończenie wojny i Wielka Brytania zostanie pobita przez Cesarstwo Niemieckie.

Siedem lat po wojnie Beach Thomas, reporter „The Mirror”, napisał: „Większość informacji, które otrzymywaliśmy od brytyjskiej armii, było nieprawdziwych i mylących (…). Jeśli o mnie chodzi, to następnego dnia i kolejnego byłem głęboko zawstydzony tym, co napisałem, mając bardzo dobry powód – to była nieprawda”.

W czasie II wojny światowej ograniczenia w stosunku do mediów znacznie złagodzono, dzięki czemu reporterzy wojenni chętnie trzymali się wojska. Dwight Eisenhower, amerykański dowódca, nakazał podwładnym, żeby udzielali dziennikarzom pomocy. „Powinni mieć możliwość swobodnego rozmawiania z oficerem i personelem, obejrzenia sprzętu wojennego, żeby przekazać opinii publicznej, w jaki sposób nasi chłopcy walczą z wrogiem” – tłumaczył.

Eisenhower wyznaczył nawet jednostki, które miały pomóc dziennikarzom tworzyć biura prasowe. Gdy wojsko zmieniało pozycję, oni przemieszczali się razem z nim. W Afryce Północnej żołnierze mieli za zadanie dowieźć reporterów na pole bitwy. Dziennikarze byli ubrani podobnie jak wojskowi, siedzieli z nimi w okopach, latali bombowcami B-17 i uciekali przed pociskami.

Z reguły tworzyli swoje relacje na niewielkich maszynach do pisania i przed przesłaniem ich do redakcji przez telefon lub radio oddawali artykuły cenzurze wojskowej. Cenzorzy czasem nie zmieniali niczego w tekście, innym razem wycinali z niego dużą część materiału. „Kłóciliśmy się z cenzorami jak szaleni” – wspominał Walter Cronkite, legendarny amerykański reporter wojenny z czasów II wojny światowej.

Wojna telewizyjna

Na sposób opowiadania o wojnie miał wielki wpływ rozwój nowych technologii.

Wojna w Wietnamie nazywana jest pierwszą wojną telewizyjną. Prawie wszyscy Amerykanie mieli już w domach odbiorniki telewizyjne i mogli niemal „na żywo” oglądać amerykańskich żołnierzy walczących na froncie.

Do Wietnamu poleciało kilkuset reporterów. Amerykański rząd miał nad nimi kontrolę, bo żeby uzyskać dostęp do informacji, musieli posiadać akredytacje. W zamian mogli pokazać, jak wyglądało miejsce walki po bitwach, i rozmawiać z żołnierzami. Następnie materiał filmowy wysyłali z Wietnamu do Tokio, gdzie był obrabiany i przez satelity przesyłany do Stanów Zjednoczonych.

Początkowo dziennikarze wspierali amerykańską interwencję. W lutym 1968 r. wspomniany już Walter Cronkite z CBS Evening News stwierdził jednak publicznie, że konflikt jest „pogrążony w impasie”. Od tej pory media zaczęły być znacznie bardziej krytyczne. Nie ukrywały, że Stany Zjednoczone ponosiły duże straty w ludziach, a żołnierze zbytnio korzystali z używek. Amerykanie się podzielili. Niektórzy twierdzili, że to, co mówi rząd, ma niewiele wspólnego z tym, co naprawdę się dzieje, i że ich kraj bierze udział w nie swojej wojnie. Inni uważali, że bez względu na wszystko trzeba wspierać „naszych chłopców”.

W marcu 1968 r. grupa amerykańskich żołnierzy dokonała masakry ponad 500 cywili w My Lai. Amerykańska armia przez ponad rok tuszowała tę sprawę, aż Ron Ridenhour, żołnierz, który rozmawiał z uczestnikami tych wydarzeń, udzielił wywiadu dziennikarzowi śledczemu Seymourowi Hershowi. Amerykańska prasa rozpisywała się o tej sprawie przez kolejnych 20 miesięcy. Na pierwszych stronach gazet publikowano zdjęcia z miejsca masakry zrobione przez Rona Haeberle. „Moją rolą jako fotografa było uchwycenie tego, co działo się podczas operacji – mówił Haeberle. – Czułem, że to, co fotografowałem, przejdzie do historii, zwłaszcza rzeź. Ciągle myślałem, że to nie jest w porządku”. Coraz większe niezadowolenie amerykańskiej opinii publicznej doprowadziło do zakończenia wojny w 1973 r.

Sprawdzić na miejscu

Jak dziś wygląda praca dziennikarza na froncie? Polskie media zaczęły chętnie wysyłać reporterów do stref wojennych w latach 90. Do Iraku czy Afganistanu jechali na dwa, trzy tygodnie z całym sprzętem, a wszystkie koszty pokrywała redakcja. „

Kiedyś każda stacja była dumna z tego, że ma gdzieś w świecie swojego człowieka, bo dzięki temu mogli powiedzieć na antenie: »Tam jest specjalny wysłannik naszej telewizji« – wspomina Anna Wojtacha, dziennikarka TVP. – Między reporterami wojennymi panowała też lekka rywalizacja, bo każdy chciał dotrzeć jako pierwszy na miejsce zdarzenia”.

Zdaniem dziennikarki tylko relacja z pierwszej ręki jest wiarygodna, bo reporter rozmawia z ludźmi, widzi mimikę twarzy, wyczuwa nastroje. Dzięki temu przekaz nie jest jednowymiarowy. Poza tym będąc na miejscu, dziennikarz może sprawdzić, czy zasłyszane wiadomości są prawdziwe.

„Raz doszły nas informacje, że Izrael zrzucił bomby fosforowe w Strefie Gazy. Są zakazane, bo po nich skóra schodzi całymi płatami aż do kości. Pojechaliśmy do miejscowego szpitala, żeby sprawdzić, czy to prawda. Nagraliśmy rozmowę z jedną panią, na której dom spadła bomba. Widziała śmierć swojego męża i syna. Ona przeżyła, ale miała poparzone ręce i twarz. Nie mogła za bardzo mówić, więc nachyliłam się do niej, żeby lepiej ją zrozumieć. Poczułam zapach spalonego mięsa. Zrobiło mi się niedobrze” – opowiada Wojtacha.

Jacek Czarnecki, reporter radiowy, który na wojny jeździł przez 15 lat, dodaje: „Kiedy sytuacja jest krytyczna, ludzie często przesadzają. Dlatego trzeba sprawdzić, czy mówią prawdę. Oczywiście nie zawsze da się to zrobić. W Kosowie pojechałem do jednej wioski i napotkany mężczyzna powiedział mi: »Tutaj Serbowie rozstrzelali 800 ludzi«. »A skąd oni byli?« – zapytałem. »Z tej wioski«. Wieś co prawda nie wyglądała na tak dużą, ale przecież mogli zgromadzić mieszkańców z okolicy. »Widzę tylko kilkanaście świeżych grobów na cmentarzu. Gdzie jest reszta?« – dopytywałem. »Pochowali ich w lesie za tamtą górką« – wskazał przed siebie ręką. Rzuciłem: »No to chodźmy do tego lasu”. »Nie, bo tam są miny«. Wróciłem do Prisztiny i powiedziałem francuskim żołnierzom o tym, co usłyszałem. Oni byli przeszkoleni w poszukiwaniu masowych grobów. Oblecieli okolicę śmigłowcem i niczego nie znaleźli”.

Korespondenci nie są potrzebni?

„Nagle w naszym kraju tendencja się odwróciła – mówi Wojtacha. – Szefowie stacji zaczęli dochodzić do wniosku, że skoro mają wykupione zdjęcia od zagranicznych agencji, a lokalni mieszkańcy zamieszczają filmiki w Internecie, korespondenci nie są im do niczego potrzebni. Musieliby im zapłacić za przejazd, łączenia, hotel. A nie daj Boże, jeszcze dziennikarzowi coś by się stało i trzeba by było ściągnąć zwłoki do Polski”.

Reporterka nie zgadzała się z polityką stacji. Rozmawiała z szefami i starała się ich przekonać, że kiedy wyjeżdża, skaczą słupki oglądalności. Dzięki temu nie tylko zwrócą im się koszty podróży, ale też zarobią. W końcu odeszła z telewizji.

Decyzję stacji rozumie Radosław Kietliński, do niedawna reporter wojenny telewizji Polsat. „Kiedyś dziennikarz jechał z operatorem i pracowali w zespole. Uzupełniali się. Dzisiaj są dziennikarze, którzy jeżdżą, piszą, jednocześnie robią zdjęcia i nagrywają wideo. Zmianie ulega też technika informowania. Ludzie chcą szybkiej, konkretnej i atrakcyjnej informacji. Filmy dokumentalne ich raczej męczą. Dlatego ważną rolę odgrywa dziennikarstwo obywatelskie. W Syrii mieszkańcy w czasie wojny tworzyli kanały na YouTubie, informując o sytuacji w mieście, i my często się tymi informacjami podpieraliśmy” – opowiada. Zdaniem Kietlińskiego taka relacja nie jest w stanie zastąpić pracy dziennikarzy, niestety, w wielu redakcjach jest powodem do tego, żeby reportera w takie miejsce nie wysyłać. Rozumie jednak, że warunki pracy się zmieniają i że dziś bywa niebezpiecznej niż w przeszłości.

„Kiedy pierwszy raz wyjeżdżaliśmy na Bliski Wschód, poruszanie się po Iraku czy Afganistanie nie stanowiło problemu. O ile dobrze pamiętam, w 2002 r. po raz pierwszy przed kamerami obcięto głowę porwanemu obcokrajowcowi Danielowi Pearlowi. Zrobił to Chaled Szejk Mohammed, morderca z Al-Kaidy. Potem to nagranie trafiło do Internetu. Wtedy zdałem sobie sprawę, że świat się zmienił” – dodaje.

Dotrzeć na sam front

W ostatnich latach na wojnę zaczęli jeździć freelancerzy z własnym sprzętem, którzy zebrany materiał sprzedają różnym mediom.

Dobry aparat nie kosztuje tyle, ile jeszcze kilka lat temu – tłumaczy Rafał Stańczyk, reporter TVP, który relacjonował konflikty m.in. w Afganistanie, Somalii i Libii, ale niektóre wyjazdy organizuje na własną rękę. – Można latać tanimi liniami lotniczymi i znaleźć kontakty w Internecie. Przez to więcej osób jest w stanie pojechać na wojnę. Niektórym udaje się dotrzeć na sam front”.

Piotr Andrusieczko, Dziennikarz Roku 2014 według magazynu „Press”, przyznaje, że żeby relacjonować przebieg wojny na Ukrainie, zaciągnął kredyt hipoteczny, który spłacił dopiero niedawno. Chociaż nadawał relacje dla różnych telewizji, radia i pisał teksty dla prasy, często honoraria wystarczały jedynie na pokrycie kosztów pracy. „Kiedy sytuacja na Ukrainie się zaogniała, okazywało się, że coś przekracza moje możliwości. Musiałem kombinować.

Transport samochodowy był bardzo drogi, więc do Doniecka jechałem z kolegami z niemieckiej telewizji i pomagałem im w zdobywaniu kontaktów. Czasem dołączałem do polskich ekip albo zrzucałem się z dziennikarzami ukraińskimi na paliwo” – opowiada.

Dziennikarze, za którymi nie stoi żadna stacja, sami ponoszą ryzyko. Bianka Zalewska, reporterka ukraińskiej telewizji Espresso TV, na front jeździła w weekendy lub w czasie urlopu. Kiedy została ciężko ranna pod Ługańskiem, okazało się, że nie ma odpowiedniego ubezpieczenia. Rządy polski i ukraiński odmówiły pomocy w ratowaniu jej życia. Otrzymała pomoc od obcych ludzi.

Wobec propagandy

Reporterzy jeżdżą na wojnę, żeby pokazać prawdę, ale coraz trudniej jest im dotrzeć do informacji. Na Bliskim Wschodzie dziennikarz stał się celem, dlatego nie jest oznakowany, zakłada ten sam strój co żołnierze i musi zachować szczególną ostrożność. „Kiedy pierwszy raz leciałem do Afganistanu, myślałem: co za problem zrobić obiektywny materiał? – wspomina Rafał Stańczyk. – Gdzieś sobie jedziesz, masz kamerę, nagrywasz. Ale zmieniłem zdanie po pierwszym incydencie, w którym zginął polski żołnierz. Powinienem porozmawiać z dowódcą, a później wyjść z bazy, pójść na drugą stronę i zapytać: »Panowie, dlaczego strzelacie do polskich żołnierzy?«. To było niemożliwe. Uznałem, że w takim razie najlepiej będzie, jeśli skupię się na miejscu, w którym jestem. Pokażę warunki, w jakich żyją żołnierze, oraz ich nastawienie do tego konfliktu”.

Piotr Andrusieczko wielokrotnie spotkał się z rosyjską propagandą na Ukrainie. Zdał sobie sprawę, że każda ze stron chce przedstawić swoją prawdę. „Kiedy pod koniec lat 90. zajmowałem się naukowo Krymem, przeglądałem pod tym kątem rosyjskie gazety. Pamiętam artykuły zatytułowane: Krym to Czeczenia 2, Na Krymie przebywają terroryści. W czasie pomarańczowej rewolucji w Rosji wydawano komiksy, w których Wiktor Juszczenko z opozycji był przedstawiany jako nazista. Już wtedy propagowano koncepcję podziału Ukrainy na dwie części. Potem pojawiły się media społecznościowe i zaczęto wykorzystywać trolli”.

Gdy pojechał pod jedną z ukraińskich baz na Krymie, zastał tam mnóstwo ciężarówek z ludźmi w mundurach bez oznaczeń, patrolującymi wzgórza. Próbował z nimi porozmawiać, ale wojskowi nie odpowiadali na jego pytania. Miało to przełożenie na dziennikarską pracę. Zachodnie media nie napisały, że tam stali Rosjanie, bo nie nosili na ubiorach naszywek „Rosja”.

„Mieli na sobie nowe mundury, wszyscy byli zamaskowani i świetnie wyposażeni. Nie można tego kupić w sklepie z odzieżą militarną. Napisałem o tym w tekście i w polskich mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się komentarze trolli: »Skąd wiadomo, że to Rosjanie?«. Miałem żelazny dowód dla najbardziej opornych. Tamtego dnia w oddali zauważyliśmy trzy samochody wojskowe. W przeciwieństwie do tych, które przywoziły żołnierzy do bazy, miały odkryte numery rejestracyjne. Kupiłem już dobry obiektyw, więc zrobiłem im zdjęcia. Widać na nich numer rosyjskiej jednostki wojskowej”.

Dziennikarze sami też padają ofiarą propagandy i zdarza się, że żołnierze podchodzą do nich nieufnie. Piotr Andrusieczko był zatrzymywany przez separatystów na przesłuchanie, bo nie spodobał im się jego paszport. Później musiał uciekać ze Słowiańska, gdyż w rosyjskich mediach społecznościowych pojawiło się jego zdjęcie z informacją, że polski dziennikarz pisze nieprawdę na temat tego, co tam się dzieje. O Biance Zalewskiej Rosjanie mówili, że tylko udaje dziennikarkę, a tak naprawdę jest snajperką.

„Głośno wtedy powiedziałam, że nie potrzebuję karabinu, a moją bronią jest kamera. To dużo skuteczniejsza broń” – tłumaczy Zalewska. Gdyby zamienić kamerę na pióro, jej odpowiedź brzmiałaby jak reporterskie credo, równie aktualne w czasach Johna Bella, Williama Howarda Russella, Waltera Cronkite’a jak dziś.

_

Książka autorki Wojna jest zawsze przegrana. Polscy reporterzy wojenni opowiadają o tym, czego do tej pory nie ujawniali ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Otwarte

 

_

 

Korzystałam m.in. z:

My Lai Inside, reż. Ch. Felder, Niemcy 2018

W. Cronkite, A Reporter’s Life, New York 1997

W.H. Russell, My Diary, Boston 1863

G. McLaughlin, The War Correspondent, London 2016

M.S. Sweeney, Delays and Vexation: Jack London and the Russo-Japanese War, „Journalism and Mass Communication Quarterly” 1998, nr 75/3, s. 548–559

Turkish Atrocities in Bulgaria, Letters of the Special Commissioner of the „Daily News” J.A. MacGahan, London 1876

Kup numer