Subskrybuj
Judith Leyster, Autoportret, ok. 1630, National Gallery of Art, Waszyngton fot. domena publiczna
Judith Leyster, Autoportret, ok. 1630, National Gallery of Art, Waszyngton fot. domena publiczna
Prof. dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ. Anglista i polonista przekwalifikowany na niderlandystę i historyka sztuki. Znawca dawnej kultury holenderskiej, tłumacz literatury niderlandzkiej, zbieracz fajansów, książek i rupieci. Opublikował 25 książek (w tym 10...

Gwiazda Judyty

Na swoim autoportrecie Judith Leyster jest pewna siebie, przekonana o własnym talencie i możliwościach – uśmiecha się i śmiało spogląda wprost na nas. To nie zahukana nowicjuszka, ale dziewczyna, która wie, że świat stoi przed nią otworem.

Gesina ter Borch, o której ostatnio opowiadałem, była tylko jedną z wielu dawnych holenderskich artystek, a ich imię to Legion. W XVII- i XVIII-wiecznej Republice tworzyło ok. 80 profesjonalistek i amatorek – malarek, rysowniczek i rytowniczek, wywodzących się ze wszystkich warstw społecznych, nawet z kręgów domowej służby.

Przywołajmy kilka nazwisk. Wpierw te uznawane za amatorki, cokolwiek to znaczy. Margaretha van Godewijk, córka dordrechckiego nauczyciela, nie tylko malowała, ale i rytowała na szkle, pisała poezje, haftowała i śpiewała – malarstwa uczyła się u samego Nicolaesa Maesa. W Dordrechcie mieszkała również specjalizująca się w scenach rodzajowych Maria Schalcken – ta kształciła się pod okiem starszego brata Godfrieda, mistrza nokturnów, który zrobił potem zawrotną karierę w Anglii. Zakochałem się kiedyś bezgranicznie w jego Autoportrecie przy świetleświecy z Royal Pump Rooms w Leamington i od tego czasu czytam o nim, co się da. Przypisywany kiedyś Godfriedowi wdzięczny portret Marii siedzącej przy sztalugach niedawno okazał się zresztą wizerunkiem własnym artystki – po usunięciu warstw brudu i werniksów pokazała się niewidoczna wcześniej sygnatura. Teraz profesjonalistki, czytaj: te, którym udało się zaistnieć. Maria van Oosterwijck, uczennica Jana Davidszoona de Heema, tworzyła tak świetne martwe natury, że znalazła mecenasów tej rangi co król francuski Ludwik XIV i cesarz Leopold; trzy obrazy kupił od niej także nasz Jan III Sobieski. Van Oosterwijck odrzuciła oświadczyny zakochanego w niej szaleńczo kolegi po fachu Willema van Aelsta (żeby było romantycznie, okna ich pracowni wychodziły na siebie) i wytłumaczyła mu stanowczo, że wybiera sztukę, a nie jego. Warto przy tym wspomnieć, że malarką była również jej służąca Geertje Pieters, która pomagała swej chlebodawczyni, trzymając nie tylko miotłę, ale i pędzle. Gdy Maria zmarła, wierna Geertje zaczęła obrazami zarabiać na życie, Kompozycje z kwiatów, muszli i owadów były domeną Rachel Ruysch, córki słynnego amsterdamskiego anatoma i kolekcjonera. Ruysch nie porzuciła sztuki nawet po ślubie z portrecistą Jurriaenem Poolem i urodzeniu mu dzieci, a jej sława przekroczyła granice Republiki – przez osiem lat była nadworną malarką elektora Palatynatu Reńskiego Jana Wilhelma Wittelsbacha. W wedutach i wnętrzach kościołów specjalizowała się z kolei Susanna Gaspoel, żona Hendrika van Steenwijcka, architekta i malarza – za jej obrazy płacono nawet 600 guldenów, czyli, jak zaraz zobaczymy,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak wzmacniać odporność psychiczną