Subskrybuj
Rainer Maria Rilke w 1905 r., fot. Getty
Germanista, tłumacz, publicysta. Autor bloga "Brulion bez linii" - www.brulionbezlinii.net

Ogrodnik w Barbarii

Na pytanie „z kim graniczy Rosja”, polski dowcip sprzed lat znał prostą odpowiedź: z kim chce. Rilke widział rzecz inaczej: Rosja graniczy „z Bogiem”.

Zrusyfikowanie duchowe, objawiające się w kulcie stęsknionej do absolutu duszy rosyjskiej, której nic na świecie nasycić nie zdoła, stanowi tylko preludium do rusyfikacji politycznej.

Marian Zdziechowski[1]

 

W poł. XIX w. królewiecki profesor Wittembach dowiaduje się o rzadkim rękopisie znajdującym się w bibliotece niejakiego hrabiego Szemiota. Udaje się do jego pałacu, by zbadać dokument. Hrabia, zamieszkujący gdzieś wśród głębokich puszcz Cesarstwa Rosyjskiego, okazuje się człowiekiem wielkiej kultury i starannie wykształconym. Choć nieco dziwnym: lubi wspinać się na drzewa, boją się go panicznie wszystkie zwierzęta, a jego pałac kryje w sobie jakąś posępną tajemnicę, związaną z matką gospodarza, najwyraźniej wbrew swej woli izolowaną od otoczenia i gości. Ale cóż: co kraj to obyczaj, należy być wyrozumiałym wobec inności, w końcu świat nie kończy się na Królewcu. Wkrótce potem hrabia Szemiot żeni się z piękną Julią, a profesor Wittembach jest obecny na weselu. Rankiem następnego dnia służba pałacowa odkrywa w sypialni nowożeńców straszliwie zmasakrowane zwłoki panny młodej, pod oknem zaś ślady niedźwiedzia – Szemiot przemienił się w dzikie zwierzę, zagryzł żonę i zbiegł do puszczy.

Sławna nowela Prospera Mérimée, zatytułowana Lokis, daje się dziś czytać jako metafora równie straszliwego odkrycia, jakiego właśnie dokonał „cywilizowany świat” Zachodu: oto przywódca największego państwa globu, brylujący w drogich garniturach na międzynarodowych konferencjach, przywożący na prywatne spotkania z mężami stanu bukiety najwykwintniejszych kwiatów dla ich małżonek, okazał się bezwzględnym zbrodniarzem wojennym, odpowiedzialnym za śmierć tysięcy cywilów i planowe niszczenie całych miast.

Metaforą zawartą w noweli francuskiego pisarza należy posługiwać się ostrożnie. W końcu akcja opowieści toczy się tylko nominalnie w granicach Rosji, w rzeczywistości jej miejscem jest litewska Żmudź, a bohaterem zapewne… Polak – hrabia nosi w każdym razie nazwisko autentycznego polskiego emigranta, który ponoć nie był szczególnie zachwycony sposobem, w jaki uwieczniono go na kartach literatury światowej. Dozwolone jest tu chyba jednak pewne uogólnienie. Lokis opisuje tak naprawdę spotkanie dwóch światów. Oto oświecony Zachód przybywa do pogrążonego w mrokach puszczańskiej dzikości Wschodu. Jest pełen dobrej woli, szacunku dla tubylców, tolerancji wobec ich „odmienności”. Więcej: jest nawet tą odmiennością, tak odległą od zachodniego zblazowania i oświeceniowego „ułożenia”, jakoś zafascynowany, niemal w niej rozkochany. I przeżywa szok: z mieszkańca tajemniczej krainy, tak frapująco łączącego „bliskość natury” z gładką francuszczyzną, wyłazi drapieżne zwierzę, rozszarpujące bezbronne ofiary z okrucieństwem, którego nie sposób zrozumieć ani wpisać w znane Zachodowi pojęcia, definicje i obyczaje.

Jak każda zawiedziona miłość, także i ta pozostawia po sobie rozgoryczenie, żal i niechęć. Ale też zapewne, jak to miłość, nie całkiem się daje z serca wymazać. Może zatem warto się jej przyjrzeć nieco bliżej – zanim odżyje na nowo.

Dzwony Kremla

27 kwietnia 1899 r. przybywa do Moskwy Rainer Maria Rilke. Towarzyszy sławnej pisarce Lou Andreas-Salomé i jej mężowi Friedrichowi Carlowi Andreasowi, profesorowi orientalistyki. Młody poeta jest kimś w rodzaju cavaliere servente starszej o 14 lat muzy poetów i myślicieli, z pochodzenia po części Rosjanki. Lou chce „zanurzyć się w dymach kadzidła, śpiewie i wspomnieniach dzieciństwa”[2], powrócić na chwilę w ojczyste strony, Rilke szuka sobie natomiast jakiejś duchowej ojczyzny, bardziej inspirującej niż dekadencki Zachód. A przede wszystkim dającej szansę odnalezienia Boga. Bo dogmatyczną wizję Boga chrześcijańskiego Rilke nieodwołalnie porzucił w młodości. W samym słowie Bóg – pisze na krótko przed pierwszą podróżą do Rosji w Dzienniku florenckim – „miało znaleźć się wszystko, co jakoś oddziaływało, choć nie umiano tego czegoś nazwać ani poznać. Dlatego: gdy człowiek był bardzo ubogi i bardzo mało wiedział, Bóg był bardzo wielki. Wraz z każdym nowym doświadczeniem coś z kręgu jego władzy wypadało, a gdy w końcu nie posiadał prawie niczego, wówczas kościoły i państwo zebrały jego właściwości powszechnie użyteczne, których teraz nikomu nie wolno już podkopywać”[3]. Ta myśl jest jakby najkrótszym – niezbyt zresztą odkrywczym – streszczeniem historii…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała