Powieści Myśliwskiego powstają dopiero wtedy, gdy autorowi uda się zmylić trop i zatrzeć wszelkie ślady swej obecności. Bo tak naprawdę to czytelnik nie wie, czy ma do czynienia z fikcją czy z wyznaniem autora. Zresztą w pewnym momencie przestaje to być istotne. Tak bardzo wciąga go rytm hipnotycznej prozy, że sam nad sobą traci kontrolę. I nie wie już, czy czyta o autorze, narratorze, bohaterze, a może o sobie samym. Tak w każdym razie mnie się przydarzyło z lekturą Ostatniego rozdania. Myśliwskiemu udała się rzadka sztuka. Owładnął mną całkowicie. Od razu jednak muszę wyznać, że nie czułem się zniewolony. Raczej zaproszony do rozmowy, do tajemnych zwierzeń, do podzielenia się z tym, co dla mnie najważniejsze.
Klucz do rzeczywistości To mój świat. Ale odczuwam też, „że nie jestem odosobniony” w moim sposobie odczytywania siebie i życia. Już w drugiej części powieści odnajduję takie oto wyznanie: „Żyłem, jak żyłem. Bez poczucia podporządkowania się jakiejkolwiek całości. Kawałkami, fragmentami, strzępkami, częstokroć chwilami, można by rzec, na wyrywki, od przypadku do przypadku, jakbym odpływał, przypływał. Czasami miałem wrażenie, że ktoś z tego mojego życia powyrywał większość stron, czy dlatego że były to puste strony, czy dlatego że należały nie do…