70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Żołnierze od Antygony

Mitologizując „żołnierzy zapomnianej armii”, pozbawiamy się części prawdy o nich, także tej mniej chwalebnej. Bez niej nie będziemy mogli docenić heroizmu jednych, ale i demoralizacji drugich. Nie będziemy mogli również dobrze zrozumieć ich motywacji – a ta wymaga kontekstu. Debata o żołnierzach wyklętych to także przedłużenie długiego historycznego sporu wokół słuszności decyzji o wybuchu powstania warszawskiego. Kolejne polskie pytanie o sens ofiary, a także jeszcze jedno zmierzenie się z wrosłym w naszą historię słynnym hasłem: bić się czy nie bić?

Historia polskiego powojennego podziemia niepodległościowego staje się coraz ważniejszym elementem państwowej polityki historycznej, z ustanowionym w lutym 2011 r. Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych na czele. Co ciekawe, patronami tej inicjatywy są trzej kolejni prezydenci RP – śp. Lech Kaczyński, który był jego pomysłodawcą, Bronisław Komorowski, który go zatwierdził i twórczo rozwijał, a także obecna głowa państwa Andrzej Duda, który wydarzenia z nim związane aktywnie obchodzi i propaguje. W związku z tym nasuwa się pytanie: czy oficjalna budowa legendy antykomunistycznej partyzantki to ruch zasadny? Czy masowe „upaństwowienie” go nie będzie kolidować z wcześniejszym oddolnym działaniem na rzecz pamięci o faktycznie niesłusznie zapomnianych bohaterach? Czy wreszcie jednostronna opowieść o żołnierzach niezłomnych oddaje prawdę brutalnych czasów, gdy instalowano w Polsce komunizm?

Na dzień pamięci o żołnierzach wyklętych wybrano 1 marca. To data historycznie nieprzypadkowa. Tego dnia w 1951 r., po pokazowym procesie, w mokotowskim więzieniu rozstrzelano siedmiu członków IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. Z roku na rok za sprawą władz państwowych, choć nie tylko, Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych coraz bardziej się upowszechnia, ewidentnie wzrasta również wiedza o antykomunistycznych partyzantach. Tego dnia organizowane są na ich cześć biegi i marsze, rekonstrukcje historyczne, projekcje filmów, wystawy i konferencje naukowe. Tak ogromna ilość sposobów kultywowania pamięci, także popkulturowych, rodzi pewne obawy.

Pytaniem podstawowym jest: czy aby nie nazbyt jednowymiarowo spoglądamy na tragiczną historię żołnierzy wyklętych?

Czy rodzący się i coraz bardziej utrwalający czarno-biały mit partyzantów jest tym, o co nam chodzi? Czy pełna uproszczeń legenda to najlepsza forma edukacji o realiach bezwzględnych lat 1945–1956? Nie chodzi tu, rzecz jasna, o jakikolwiek sprzeciw wobec godnego uhonorowania tych ludzi. Rzecz w tym, byśmy opisując ich miejscami straceńczą walkę i dającą świadectwo niezłomności śmierć, wyprostowując narosłą przez lata peerelowską narrację, nie popadli z kolei w hagiografię. A taką pułapkę niesie ze sobą spłaszczająca wszystko i wszystkich popkultura. W pokazywaniu losów wyklętych brakuje ukazania obok ich tragizmu także wielu dylematów i ciemnych stron tej walki. Pokazania, jak heroizm sąsiaduje ze zwykłym bandytyzmem, a decyzja o pozostaniu w lesie z czasem okupiona zostaje relatywizmem i ostateczną utratą „niewinności”.

 

Mikołajczyk i Manteuffel na marginesie

Decyzja o kontynuowaniu oporu po rozwiązaniu Armii Krajowej, a potem po zakończeniu II wojny światowej nie była tak bezdyskusyjna jak podczas okupacji niemieckiej czy radzieckiej z lat 1939–1941. Podstawowym dylematem moralnym dla pozostających w lesie żołnierzy było to, że walczyli także z Polakami. Ich przeciwnicy nosili na czapkach emblemat z białym orłem, co prawda, bez korony, niemniej już tylko to budziło ogromny dysonans względem lat wcześniejszych. Nawet jeśli przyjąć, że traktowani oni byli jak „ruscy kolaboranci” czy „czerwoni, którzy zdradzili legalny rząd w Londynie”, sytuacja ta mimo wszystko rodziła dwuznaczność. Poza tym wzrastający obecnie kult żołnierzy wyklętych nieuchronnie – chcąc nie chcąc – spycha na pobocze pamięci historię legalnej opozycji jednoczącej się pod szyldem PSL-u. To rzecz krzywdząca, gdyż ryzyko próby bezpośredniej walki o władzę i politycznej rywalizacji z komunistami, której podjął się były emigracyjny premier Stanisław Mikołajczyk, również zasługuje na szacunek i swoje miejsce w historii Polski. Miejsce to wcale nie musi stać w kontrze do etosu powojennego podziemia (WiN współdziałał z PSL), choć może rodzić wobec niego różne niełatwe pytania. Honorowanie wyłącznie żołnierzy wyklętych marginalizuje też jeszcze jeden ważny aspekt walki o niepodległość. Naszkicuję go na przykładzie późniejszej słynnej warszawskiej szkoły historyków. Kiedy w 1945 r. Tadeusz Manteuffel dowiedział się, że Aleksander Gieysztor (obydwaj podczas okupacji byli zaprzysiężonymi żołnierzami AK) chce zaangażować się ponownie w konspirację, powiedział do niego: „Idź do Rzepeckiego [organizatora i dowódcy Delegatury Sił Zbrojnych, następnie założyciela WiN – M.M] i powiedz mu, że teraz nie będziemy robili partyzantki, tylko uniwersytet”. Czy tacy ludzie, jak: Manteuffel, Gieysztor, Stanisław Herbst, Stefan Kieniewicz i Witold Kula, którzy po wojnie odbudowywali ze zgliszcz polski uniwersytet, w tym wypadku w dziedzinie nauk historycznych, a później wychowali wielu wybitnych uczonych, także późniejszych opozycjonistów wobec PRL, nie zasługują na szacunek? A takie postacie opozycji antykomunistycznej jak Władysław Bartoszewski, Kazimierz Moczarski czy Wiesław Chrzanowski, którzy początkowo zaangażowani w konspirację, ostatecznie porzucili walkę zbrojną, uważając ją za wyniszczającą i przynoszącą niepotrzebne straty – czy nie są naszymi bohaterami?

 

Między tragizmem a szarością

Zbiór pod nazwą „Żołnierze Wyklęci” jest bardzo niejednorodny i może zwodzić nas na manowce poznawcze. W tej grupie znajdują się z jednej strony formacje Narodowych Sił Zbrojnych, związane ideowo z przedwojennym obozem narodowym, realizującym w walce z komunistami oenerowską wizję Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, z drugiej natomiast – partyzanci poakowscy (wielu z nich o poglądach liberalno-lewicowych), działający w obrębie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Siły te miały, bądź co bądź, status byłego Wojska Polskiego, a nie wąskiej formacji zbrojnej jednego z obozów politycznych, w dodatku radykalnie nacjonalistycznego. Zresztą WiN w swym zamyśle miał być organizacją o charakterze politycznym, a za główny cel stawiał sobie pomoc w zwycięstwie sił niepodległościowych w wyborach. Tak rozbieżne idee powodowały konflikty i starcia pomiędzy różnymi jednostkami wyklętych. Dlatego mitologizując „żołnierzy zapomnianej armii”, pozbawiamy się części prawdy o nich, także tej mniej chwalebnej. Bez niej nie będziemy mogli docenić heroizmu jednych, ale i demoralizacji drugich. Nie będziemy mogli również dobrze zrozumieć ich motywacji – a ta wymaga kontekstu. Debata o żołnierzach wyklętych to też przedłużenie długiego historycznego sporu wokół słuszności decyzji o wybuchu powstania warszawskiego. Kolejne polskie pytanie o sens ofiary, a także jeszcze jedno zmierzenie się z wrosłym w naszą historię słynnym hasłem: bić się czy nie bić? Jeśli uznamy za racjonalne motywy ludzi decydujących się wypowiedzieć Niemcom w sierpniu 1944 r. powstanie (tzn. rewanż na Niemcach, chęć dania polityczno-militarnego świadectwa Zachodowi, a także zmuszenie bolszewików do ostatecznego odkrycia kart – kim są: wyzwolicielami czy okupantami?), to wybór wyklętych staje się jeśli nie szaleństwem, to dość nierozsądnym działaniem. Nieracjonalnym nawet jak na tamte czasy, gdyż po hekatombie powstania los Polski był w zasadzie przypieczętowany. Niemniej jeśli spojrzeć na decyzję o nieskładaniu broni z perspektywy nierozwiązywalnego dramatu ludzi ściganych, wyjętych spod prawa i z góry skazanych na śmierć przez nowy ustrój – może ona okazać się naturalna i w zasadzie logiczna. Cześć tym ludziom oddać należy, nie powinno to jednak zwalniać nas z kluczowego pytania o rachunek zysków i strat. Idealnym przykładem dramatu „drugiej konspiracji” jest film Andrzeja Wajdy Popiół i diament. Ukochany przez widzów Maciek Chełmicki, brawurowo grany przez Zbigniewa Cybulskiego, miota się między obowiązkiem wobec żołnierskiej przysięgi a poczuciem, że w jakimś sensie wojna się skończyła, a „on już nie chce zabijać, on chce po prostu żyć”. Niezależnie od swego wyboru kończy jako wyrzutek na „śmietniku historii” i ginie. Takie poczucie musiało być doświadczeniem wielu niezłomnych. Właśnie te ich dylematy należałoby uwypuklić i o nich mówić. Część z nich niekończąca się partyzantka i sytuacje, gdy zmuszeni byli strzelać nie tylko do radzieckich okupantów czy jednostek NKWD, ale także do rodaków, doprowadziły do demoralizacji. Tak zwani żołnierze upadli byli w tamtym czasie namacalnym problemem, niezależnie nawet od załganej propagandy komunistów o „bandach” i „zaplutych karłach reakcji”.

 

Nie łączmy „Burego” z Pileckim

Część oddziałów żołnierzy wyklętych zapisała – nie można tego zamiatać pod dywan – niechlubną kartę w historii. Jedną z najbardziej znanych była działalność Józefa Kurasia „Ognia” na Podhalu, przedstawiona chociażby w słowackim filmie dokumentalnym z 2010 r. w reżyserii Igora Siváka prezentującym relacje osób, które w latach 1945– 1947 zbiegły przed mordami i grabieżami partyzantów ze Spisza i Orawy na teren Czechosłowacji (obrońcy Kurasia podają w tej sprawie kontekst roku 1939, kiedy Słowacja jako sojusznik III Rzeszy zaatakowała Polskę, nie może to jednak tłumaczyć rewanżu na bezbronnych cywilach). To także akcje pacyfikacyjne oddziałów Romualda Rajsa „Burego”, mające charakter czystek etnicznych wobec ludności białoruskiej i prawosławnej na terenach ówczesnego powiatu bielskiego, które IPN określił jako noszące znamiona ludobójstwa. Za dowód, jak skomplikowane i niejednoznaczne są to historie, niech posłuży też przykład kapitana Stanisława Sojczyńskiego. Legendarny „Warszyc”, którego żołnierze pod nazwą Konspiracyjne Wojsko Polskie operowali na terenach województwa łódzkiego, mimo trudnej sytuacji zachował spoistość i dyscyplinę swych oddziałów. Podwładni Sojczyńskiego nie ulegli demoralizacji i nie pacyfikowali ludności cywilnej. Tyle że ten sam praworządny „Warszyc” mówił im m.in. o „czerwonych zaprzedańcach, którzy chcą narzucić Polsce jarzmo żydokomunistycznego ustroju i następnie podporządkować ją całkowicie Związkowi Sowieckiemu”. Niestety, język ten, a także antysemickie obiegowe poglądy wyznawane przez część antykomunistycznego podziemia (głównie o proweniencji narodowej) były ważnym czynnikiem morderstw dokonywanych przez partyzantów na ludności żydowskiej, nienastawionej przecież wyraźnie prokomunistycznie, niewstępującej też hurtem w szeregi Urzędu Bezpieczeństwa. Przykłady te wymieniam nie po to, by zohydzić ofiarę żołnierzy wyklętych. Byłbym ostatnim, który nie schyliłby czoła przed bohaterską śmiercią Sojczyńskiego, poświęceniem rtm. Witolda Pileckiego czy hartem ducha i honorem gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”. A czy swoiście pojmowanym wyklętym nie może być socjalista Kazimierz Pużak, wykazujący się podobnymi „niezłomnymi” przymiotami, sądzony w Moskwie w procesie szesnastu, a potem zamęczony w stalinowskim więzieniu w Rawiczu? Myślę, że to raczej jego i jemu podobnych powinniśmy zaliczać do tej grupy, a nie postaci takie jak „Ogień” i „Bury”.

 

Raczej Antygona niż Roland

Historia nigdy nie jest absolutnie czarna i nigdy całkowicie biała. Najgorsze, co można byłoby zrobić, to ukazać ludzi „drugiej konspiracji” jako postaci bez skazy, uświęcając ich na ołtarzu historycznej poprawności. Obraz żołnierzy wyklętych nie może być jednoznaczny, gdyż czasy, w których przyszło im żyć, były jak z antycznej tragedii. Ich los jest bardziej podobny do historii Antygony niż do pieśni o Rolandzie. Nie da się także żołnierzy wyklętych porównać do legendy powstania warszawskiego, bo ta była zdecydowanie bardziej inkluzywna i w zasadzie stała się własnością wszystkich, którzy chcieli ją przyjąć. Niestety, w obrazie „drugiej konspiracji” zbyt dużo jest szarych barw, które uniemożliwiają przyjęcie tej tradycji bez zastrzeżeń. Bo jak wytłumaczyć ją potomkom ofiar z Podhala lub Hajnówki? W powstaniu warszawskim walczyli wszyscy, od narodowców po socjalistów, natomiast pójście do lasu w 1946 r. nie było już tak oczywiste. Musimy to zrozumieć, nie zapominając też o innych formach oporu w tamtym czasie. Żołnierze wyklęci, co wykazałem, nie byli przecież jedyni. Chciałbym o nich dyskutować, nie dokonując kategorycznych sądów, oddając cześć heroizmowi i prawości jednych, a przypominając o upadku moralnym, zbrodniach i demoralizacji drugich. Nade wszystko jednak pamiętając, że byli oni tragicznymi ofiarami wojny oraz jałtańskiej geopolityki, której przecież sobie nie wybrali. Bardzo trafnie los żołnierzy wyklętych podsumował – i niech posłuży to za memento – ks. Józef Tischner, przez lata zafascynowany legendą „Ognia”, ale zmagający się też z kontrowersjami wokół niego. Powiedział: „Czasem trzeba tworzyć mitologie. Wbrew sobie (…). Uważam, że słusznie broniłem. Czułem pewne zobowiązanie wobec kolegów, którzy byli w partyzantce »Ognia« (…). Mówiłem, że świat to nie czarne-czarne, białe-białe. Ale dziś uważam, że biali by pewnych rzeczy nie robili. To były paskudne czasy”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata