70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. davido

Zaproponować nieznane światy

Blisko 14 lat temu, kontynuując tradycje rodzinne, trafiłem „za kraty”. I pomimo że znajdowałem się po „lepszej” stronie, to traktowałem to wydarzenie jak moi przyszli podopieczni – jako karę i zło – w moim przypadku konieczne, by móc samodzielnie egzystować. Egoistycznie miałem na myśli raczej własne, przyziemne sprawy ekonomiczne, zarobkowe niż szczytne resocjalizacyjne idee, które powinny zmieniać przestępców.

Ja – młody, wówczas 24-letni absolwent kulturoznawstwa, autor dwóch wydanych tomików wierszy i wielu publikacji w prasie literackiej, bezskutecznie poszukujący pracy w branży kulturalnej, od pierwszych godzin w nowej pracy myślałem przestraszony: jak przetrwać? Przez pierwsze lata ostatnią rzeczą była chęć ujawnienia się jako poeta… Zarówno przed podopiecznymi, jak i przed kolegami z pracy. Ani przez moment nie sądziłem, że kultura, która od lat była i jest moją pasją, przyniesie tyle niespodzianek.

 

Kultura na uwięzi

Prowadziłem poniekąd dwa życia – prywatne (do którego zaliczam także realizowanie twórczej pasji) i zawodowe. To pierwsze pozwalało mi wówczas łapać równowagę i oddech, drugie, jak już wspomniałem, stanowiło tzw. zabezpieczenie finansowe. Środowiska twórcze czasami lubią się przenikać. Dla mnie poetyckim matecznikiem był Mikołów, gdzie na przełomie wieków powstał Instytut Mikołowski im. Rafała Wojaczka, do którego często jeździłem na spotkania z tamtejszymi, o kilka lat starszymi poetami oraz zapraszanymi przez nich autorami z innych regionów Polski. Na jednym z takich spotkań, w części nieoficjalnej, dzięki obecnemu dyrektorowi Instytutu poecie Maciejowi Meleckiemu, poznałem członków święcącego triumfy na ogólnopolskiej alternatywnej scenie muzycznej zespołu Pogodno. Od trzech lat pracowałem w katowickim areszcie jako – w miarę pogodzony ze swoim zawodowym losem – wychowawca mający grupę swoich podopiecznych. Wciąż oddzielałem pasje od pracy. Jednak wtedy zaproponowałem świeżo poznanemu muzykowi występ przed więzienną publicznością. Dlaczego? Z chęci podzielenia się z innymi muzyką, którą sam lubiłem i ceniłem, z ciekawości, czy dam radę być kimś w rodzaju łącznika tych dwóch światów – znałem oba już w miarę dobrze…

Pamiętam zagrany charytatywnie, „garażowo” brzmiący koncert w więziennej świetlicy, w której dźwięk odbijał się od szyb, ale najlepiej wspominam z niego żywe reakcje publiczności. Po początkowej nieufności ze strony publiki i minach zdających się powątpiewać – „cóż wy nam tu możecie ciekawego przedstawić” – rockandrollowa energia zespołu zatarła wszelkie granice. A ja, z uśmiechem na twarzy, słuchając w pierwszym rzędzie jednego ze swoich ulubionych zespołów, z radością obserwowałem energię, jaka przepływa między nim a publicznością, obserwowałem znikające z każdym dźwiękiem mury, kraty, widziałem fantastyczne, rodzące się na moich oczach porozumienie ludzi, którzy pewnie nigdy by się nie spotkali. To było UFO, które wylądowało na środku podwórka w małej miejscowości, powodując zdziwienie, ale i entuzjazm obserwatorów.

Rok później, chwilę po ukończeniu przeze mnie szkoły oficerskiej i zdobyciu tzw. drugiej gwiazdki na pagonach (czyli stopnia podporucznika), wydałem tomik Sacro casco. Kolega dziennikarz zaproponował prasowy coming out i rozmowę, której tytuł brzmiał Poeta oficer. Początkowo nie chciałem się zgodzić – bałem się reakcji w pracy, ostatecznie jednak na to przystałem. Pamiętam, jak z duszą na ramieniu szedłem tamtego dnia do więzienia, jednak, o dziwo, nic złego mnie tam nie spotkało. Wręcz przeciwnie: kilka pozytywnych reakcji ze strony kolegów i nawet jednego z podopiecznych.

 

Genet w Katowicach

Rok później ówczesny dyrektor zaproponował, abym objął stanowisko „kaowca”, czyli wychowawcy ds. kulturalno-oświatowych. To dało mi dużo więcej możliwości czasowych, abym w pracy zaangażował się w ten autorski model dzielenia się kulturą z ludźmi, którzy do tej pory albo nie mieli z nią kontaktu w ogóle, albo bardzo rzadko. I raczej ze zdecydowanie inną jej odmianą. Model autorski, bo w większości sam, wykorzystując prywatne kontakty, decydowałem i nadal decyduję o doborze artystów, którzy odwiedzali więźniów w katowickim areszcie. Był czas, że musiałem przekonywać przełożonych, iż warto. Dziś mam zielone światło.

W związku z tym, że w katowickim więzieniu w latach 30. ubiegłego wieku w charakterze osadzonego przebywał Jean Genet, postanowiłem w 2009 r. zorganizować ogólnopolski konkurs poetycki jego imienia. Wydał mi się idealnym patronem: po pierwsze, był znanym pisarzem, który sam zaczął tworzyć w warunkach izolacji (w podparyskim więzieniu), po drugie: „łącznikiem” z tym konkretnym miejscem, w którym przyszło mi pracować. Genet to symbol, że w więziennych warunkach może powstawać wartościowa sztuka, że czas spędzony w celi wcale nie musi być czasem straconym. Dotychczas odbyło się siedem edycji konkursu, w którego jury zasiadali tak znakomici poeci, jak m.in. Krzysztof Siwczyk, Jacek Podsiadło, Marcin Sendecki, Darek Foks, Roman Honet, Julia Fiedorczuk, Agnieszka Wolny-Hamkało czy Wojciech Bonowicz.

Konkurs cieszy się dużą popularnością wśród osadzonych. Dość wspomnieć, że co roku napływa blisko 150 zestawów wierszy z więzień w całym kraju. Mnie jako pomysłodawcę i współorganizatora, ale i jako poetę, poza samym zainteresowaniem konkursem cieszy także fakt, że poziom tekstów jest naprawdę dobry. Nagrodami są tomiki i antologie z wierszami współczesnych poetów – uważam, że poza pisaniem nic tak nie ćwiczy warsztatu jak czytanie innych interesujących autorów. Istotny jest więc też walor poznawczo-edukacyjny.

Z konkursem wiąże się także historia jednego z moich byłych już podopiecznych, który pewnego dnia, wypożyczając w więziennej bibliotece książki, zobaczył plakat informujący o tym wydarzeniu. Mężczyzna muskularny, łysy i wytatuowany nawet mnie nie wydał się wówczas kimś, kto mógłby pretendować do miana artysty, jednak udzieliłem mu wszelkich stosownych informacji, do kiedy i gdzie może – jeśli chce – zdeponować napisane wiersze. On jednak wcześniej chciał o nich ze mną porozmawiać. Prowadzę kółko poetyckie, na które go zaprosiłem, jednak od razu zaznaczając, że możemy spotkać się tylko pod warunkiem, że będzie gotowy na moją krytykę i uwagi. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się „cudów”. Ku mojemu dużemu zaskoczeniu mężczyzna przyniósł kilka napisanych przez siebie utworów, w których, owszem, widać było braki warsztatowe, jednak wyczuwało się też jakiś rodzaj twórczej intuicji i wrażliwości. Raził archaiczny szyk przestawny, przegadanie niektórych utworów, ale pomyślałem, że jest nadzieja. Bardzo się ucieszyłem. I tak zaczęliśmy spotykać się regularnie sam na sam w moim pokoju na kółku poetyckim, wymieniając uwagi, skreślając frazy, przestawiając szyk. Raczej z pokorą przyjmował uwagi, nazywając mnie mentorem. Szybko mu tego zabroniłem. Wkrótce został zatrudniony jako bibliotekarz. Zacząłem mu przynosić do poczytania wiersze współczesnych poetów. Wybrane przez nas wspólnie zestawy jego wierszy przez dwa lata z rzędu znajdowały uznanie w oczach jurorów – za pierwszym razem mój podopieczny dostał jedną z pięciu równorzędnych nagród, za drugim – zwyciężył już samodzielnie i jednogłośnie. Jako sekretarz konkursu nie miałem oczywiście żadnego wpływu na werdykt. Radość z jego sukcesu była duża.

Pomiędzy konkursami zdarzyło się jednak coś jeszcze. Idąc za ciosem, przekazałem mu adresy kilku czasopism literackich, do których byłoby warto wysłać zestawy wierszy. W ciągu niespełna dwóch miesięcy od tej sytuacji w czasie wolnym od pracy odwiedziłem jeden z katowickich empików. Jakież wielkie było moje zdumienie, kiedy w spisie treści bieżącego numeru „Odry” zobaczyłem nazwisko mojego podopiecznego! Początkowo nie dowierzałem (zbieżność nazwisk?), jednak łapczywie wertowane strony z jego, jak się okazało, nagrodzonymi wcześniej w więziennym konkursie wierszami potwierdził niesamowity debiut w „Odrze”! Długo będę pamiętał to uczucie, jakbym sam po 15 latach zadebiutował na nowo. Kupiłem dwa egzemplarze, z których jeden następnego dnia wręczyłem mu osobiście – z gratulacjami. Wspominałem, od którego roku ukazuje się to czasopismo i jak duże zasługi ma dla polskiej kultury.

Przyznam, że dziś, kiedy mój były podopieczny cieszy się już zasłużoną wolnością, a ja w notce towarzyszącej jego kolejnej poetyckiej publikacji (tym razem w internetowym czasopiśmie „Helikopter”) czytam, że „poezja stała się ważną częścią jego życia”, jestem dumny, chociaż nie, nie jest to chyba dobre określenie – czuję radość, że coś cennego udało mu się przekazać. Coś, dzięki czemu może się wyrażać, co stało się jego pasją, przyjemnością, ale także autoterapią.

To właśnie wydaje mi się sednem resocjalizacji poprzez kulturę – próba zaszczepienia w kimś pasji, dzielenie się jak opłatkiem: koncertem czy spotkaniem literackim, dźwiękiem lub poetyckim słowem.

Odkrywanie przed podopiecznymi nowych, nieznanych im działań odbiorczych lub nadawczych. Po niedawnym koncercie duńskiego żeńskiego kwartetu Selvhenter jedna z osadzonych pań podeszła i poprosiła zespół o autograf. Kiedy go już dostała, pobiegła w stronę celi z uniesionymi w górę rękami (jakby mijała linię mety), krzycząc – „Udało się!!!” – czułem, że to, co robię, ma sens. Nawet jeśli dotyczy jednego na ileś tam przypadków.

Nigdy w swojej pracy nie miałem poczucia „misji”, nigdy też nie uważałem, że coś z wartościowej kultury z jakichś powodów może do więziennego odbiorcy nie pasować. To częste obawy artystów, których zapraszam. Niejednokrotnie słyszę: „Nie wiem, czy się nadaję”, „Nie wiem, czy będę pasował…”, „Czy to nie będzie za trudne?”. Przestałem się tego obawiać. Po drugiej stronie muru przebywają tacy sami ludzie jak my, tyle że kiedyś zbłądzili. Oczywiście nie wszystkich jesteśmy w stanie „nawrócić”, ale warto próbować. I to niekoniecznie moralizując czy w sztuczny sposób namawiając do zmian, bo „tak trzeba”. Więzienny świat błyskawicznie wyłapuje rozmaite fałsze, artysta pozujący czy mizdrzący się do publiczności nie zostanie dobrze odebrany. Jedna z poetek, która czytała osadzonym w katowickim areszcie wiersze, przyznała, że chyba jeszcze nigdy na żadnym spotkaniu nie mówiła o tak intymnych sprawach, które leżały u podstaw jej tekstów. Pamiętam jej początkowy stres i niesamowite otwarcie, szczerość, po wyjściu ze świetlicy głęboki wdech i wydech. Jakby zrzuciła z siebie duży ciężar. Niektórzy artyści, jak np. żeński zespół Drekoty, za więziennymi murami odkrywają, że ich piosenki, grane i śpiewane właśnie tam nabierają nowego kontekstu i znaczeń. Jedno jest pewne – artystom te kulturalne „spotkania” z osadzonymi na długo pozostają w pamięci.

 

Muzyka na peronce

W 2011 r. założyłem z Dominikiem Gawrońskim zespół muzyczny, w którym jestem wokalistą i autorem tekstów. Łączymy moje wiersze z muzyką elektroniczną. Kilkakrotnie występowaliśmy w więzieniach. Ten pierwszy koncert zagrany w Zakładzie Karnym w Wojkowicach był dla wszystkich dużym przeżyciem. Odbywał się wewnątrz oddziału, na korytarzu, tzw. peronce. Dwudziestu osadzonych ubranych w jednolite zielone stroje wyszło przed cele i stanęło jak najdalej od nas w rzędzie z założonymi rękami w pozycji zamkniętej. Pierwsze, co powiedziałem do mikrofonu, to: „Podejdźcie do nas, zróbcie dwa kroki do przodu”. Spojrzeli na siebie nieufnie, jeden skinął głową, żeby iść. To dla mnie ważne, żeby zrobić krok do przodu. Żeby pokonać sztuczne bariery, wtedy jest dużo łatwej przełamać stereotyp. Do połowy koncertu w ogóle nie było braw. Dopiero kiedy moja koleżanka, na zaproszenie której wystąpiliśmy, powiedziała: „Panowie, jeśli wam się podoba, możecie bić brawo” – to spowodowało pełne odblokowanie emocji, otwarcie na naszą muzykę. Przestrzeń więzienia, zamki, kraty, klaustrofobiczny klimat, mundury usztywniają wszystkich. W przyswajaniu kultury ważna jest otwartość, w tak trudnej przestrzeni. Nie przychodzi ona od razu… Tym piękniejsze są jednak momenty, kiedy nić porozumienia między artystą a publicznością zostaje nawiązana.

W ciągu kilkunastu lat mojej pracy przed więzienną publicznością występowali tak znakomici polscy muzycy, jak m.in.: Mikołaj Trzaska, Ryszard Tymon Tymański, Marcin Świetlicki czy Czesław Mozil. Grali też artyści zagraniczni: Rykarda Parasol (USA), Selvhenter (Dania), Stranded Horse (Francja), Abraxas (USA). Niektórych z tych wydarzeń z pewnością nie udałoby się zorganizować, gdyby nie pomoc przyjaciół z dwóch katowickich instytucji: Instytucji Kultury Ars Cameralis oraz Instytucji Kultury Katowice Miasto Ogrodów.

Poza wymienionymi wcześniej jurorami Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jeana Geneta w katowickim areszcie gościli także inni znakomici poeci i prozaicy, m.in.: Andrzej Stasiuk, Wojciech Kuczok, Janusz Rudnicki, Jurij Andruchowycz, Krzysztof Varga, Andrij Bondar, Klemen Pisk, Primoz Cucnik, Marta Podgórnik, Adam Wiedemann, Radosław Kobierski czy Barbara Klicka.

Przez ponad rok we współpracy z katowicką Akademią Sztuk Pięknych realizowaliśmy projekt „Druga przestrzeń”. Wykładowczynie ASP Małgorzata Rozenau oraz Jolanta Jastrząb podczas warsztatów z kilkoma grupami osadzonych wspólnie wymyślały „pozytywnie wzmacniające” napisy (np. „idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przeżyły ciebie”, „uwierz”, „zaufaj” czy „koniec jest nowym początkiem”), które zostały umieszczone na ścianach pomieszczeń wewnątrz budynku aresztu. Miałem także mały wpływ na kształt finalnej części projektu, kiedy zaproponowałem wiersze wspomnianego już wcześniej podopiecznego – laureata konkursu. Zachwycone tekstami inicjatorki przedsięwzięcia wybrały kilka fragmentów, które do dziś „mówią” ze ścian do osadzonych (oraz do pracowników). Wiersze, które powstały za więziennymi murami, powróciły zatem do źródła. Oby pozytywnie biło ono jak najdłużej i odradzało się dzięki kolejnym dopływom świeżego kulturalnego powietrza.

Być może już niedługo zespół Brzoska i Gawroński zagra koncert dla kobiet osadzonych w katowickim więzieniu. To dla mnie kolejne wyzwanie, przed którym trochę się jednak broniłem. Wyzwanie niełatwe, ale z pewnością warte tego, żeby spróbować. W miejscu, w którym spędzam codziennie osiem godzin, chodząc w kapitańskim mundurze, tym razem przed swoimi podopiecznymi (ale i kolegami z pracy) będę występował jako artysta, wykrzykując do mikrofonu w rytm muzyki swoje wiersze. Po latach pracy dwa „światy” zjednoczą się, bez sztucznych barier i podziałów.

 

*

Odizolowanie od społeczeństwa osób, które popełniły przestępstwo, nie rozwiązuje problemu. On tak naprawdę dopiero zaczyna się w więzieniu. Zaproponujmy im więc świat, którego być może do tej pory nie znali, może jakaś jego część stanie się im bliska. Prędzej czy później będziemy się przecież mijali na ulicach.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata