70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Kacper Szulecki

Spółdzielnia

W pierwszym roku przychody na rodzinę we wsi podwoiły się. Po 12 latach stanowiły dziesięciokrotność wyjściowych. Brzmi jak bajka. Ale tak naprawdę chodziło o bardzo proste kroki i przezwyciężenie starych przyzwyczajeń i niesnasek. Kluczem było namówienie chłopów, żeby obsiewali własne pola. Niby proste, ale czasem nie mieli czym, czasem nie wiedzieli jak, najczęściej bali się, że sąsiad ukradnie plony.

Zaczęło się od tego, że znikały krowy. Ze stada Ernsta zniknęło prawie 400. Wiedział, kto je kradnie, bo dostawał też listy z pogróżkami: „Wracaj do siebie, wynoś się stąd!”. W końcu sam zaczął myśleć o sprzedaniu ziemi, resztek stada i wyjechaniu gdzieś, może za granicę. „Ale wcale nie miałem ochoty wyjeżdżać. Nie ma drugiego tak pięknego miejsca na ziemi jak Paragwaj”. Postanowił zobaczyć, jak żyją ci, którzy go okradają. Wsiedli z żoną do pikapa i pojechali do sąsiedniej wioski – Cuatro Vientos, po hiszpańsku „cztery wiatry”. Słowo „sąsiednia” ma w Paragwaju nieco inne znaczenie niż w Europie. Cuatro Vientos leży 30 km od kolonii, pół godziny samochodem, pół dnia konnym wozem. Nie dojechali do wsi, bo dla niemal terenowego hiluxa przejezdna droga kończyła się kilkaset metrów przed pierwszym domem. Dalej poszli więc piechotą. Zobaczyli biedę, jakiej się nie spodziewali.

 

***

Kolonia mennonicka Volendam w departamencie San Pedro sąsiaduje z Cuatro Vientos i innymi latynoskimi wioskami od dziesięcioleci. Kiedy w latach 40. rząd postanowił zasiedlić lasy na lewym brzegu rzeki Paragwaj, pierwsi pojawili się paragwajscy chłopi – campesinos. Był rok 1944. Trzy lata później rzeką przypłynęli mennonici. Trudno więc mówić, że ktoś jest bardziej zasiedziały, choć menonici nigdy nie będą do końca „swoi” i nigdy nie będą pewni swojej ziemi. Nawet jeśli uprawiają ją od czterech pokoleń.

Stoimy na trawiastym nabrzeżu portu przeładunkowego Mbopi Cua. Przed nami spokojny nurt snującej się sennie rzeki Paragwaj. Norbert, inżynier z kolonii, nalewa lodowatej wody do wielkiego, zrobionego z bawolego rogu naczynia i podaje nam tereré – pitą na zimno yerba mate. To samo robią w ten upalny dzień miliony Paragwajczyków. Tyle że Norbert Weichselberger przypomina bardziej bawarskiego górala niż Latynosa, a jego dwulitrowy, obity skórą termos na lodowatą wodę ma wypalone wielkie logo Jägermeister. Podwójna tożsamość. Wzbogaca, ale i uwiera. A wielu – razi.

 

Kolonie

W styczniu 1947 r. z Rotterdamu, z postojem w Bremerhaven, odpłynął holenderski parowiec S/s Volendam. Na jego pokładzie było ponad 2 tys. menonickich uchodźców z Niemiec i ZSRR. Połowa z nich osiadła we wschodnim Paragwaju, i to właśnie na cześć parowej arki, która dała im nowe życie w Nowym Świecie, nazwali nową kolonię. Mennonici to wyznanie protestanckie, odłam anabaptyzmu. Paragwaj zaprosił ich w pierwszej połowie XX w., licząc, że ich legendarna pracowitość pomoże w rozwoju ubogiego, odciętego od morza i ciągle leczącego wojenne rany kraju. Mieli zasiedlić półpustynne Chaco, „zielone piekło”, gdzie trudno o wodę pitną, ale mimo to setkami kilometrów ciągną się niskie, gęste i cierniste lasy. Mieli też wyrwać dżungli ziemię na północnym wschodzie kraju, na lewym brzegu rzeki Paragwaj. Zaczynali od zera i choć marli jak muchy, w końcu pokonali i straszliwe Chaco, i prastary Las Atlantycki.

Kolonie mennonickie na Chaco – Filadelfia, Loma Plata i inne – to dziś nowoczesne miasta-państwa.

Do niedawna koloniści nie płacili rządowi podatków. Bo i za co mieli państwu paragwajskiemu płacić? Poza pozwoleniem na osiedlenie się, dziesiątki lat temu, rząd niewiele dla nich zrobił. Z Volendam po dziś dzień spławia się plony rzeką, najlepiej prosto do La Platy i argentyńskiego Buenos Aires, omijając stołeczne Asunción. Do dziś nie ma do Volendam asfaltowej szosy, ostatnie 50 km to czerwona ziemna droga – tierra colorada. Kiedy spadnie deszcz, drogi nie ma. Kiedy długo nie pada, nie da się jechać za jakimkolwiek samochodem, bo ceglasty pył ogranicza widoczność do zera. Nie, państwo nie rozpieszczało mennonitów. Żyli więc bez niego. I tę umiejętność przekazują sąsiadom, których rządzący także pozostawili samym sobie.

 

Sąsiedzi

Skręcając z szosy z Asunción do San Pedro na ziemną drogę, widzimy tylko pola. I płoty, a za nimi nieprzeliczone stada bydła (to, co kupujemy w sklepach jako „argentyńską wołowinę”, pasie się często w Paragwaju). Nieliczne domy, opuszczona placówka amerykańskiej agencji rozwojowej US AID, potem jeszcze kilkanaście kilometrów w pyle i wreszcie kolonia witająca nas dwujęzyczną hiszpańsko-niemiecką tablicą. Wjeżdżamy „ulicą” Waldesruh, mijamy Flughafen Strasse i stajemy pod pensjonatem Waldbrunner, jedynym w promieniu co najmniej 50 km. Gospodyni mierzy nas surowym wzrokiem. Codziennie, kiedy będziemy wstawać o świcie, żeby dotrzeć do wsi, zanim z nieba zacznie lać się żar, ona będzie już na nogach, podłoga będzie lśnić, śniadanie będzie czekało, a przy sąsiednim stole będą dopijać ostatnie łyki mocnej kawy idący do pracy w polu młodzi mężczyźni. Ich twarze i postaci są jednocześnie niespotykane i znajome. Przyglądają się nam, a my im, bo przypominają naszych młodych dziadków ze spłowiałych zdjęć. Gospodyni mówi mało, zaczyna po hiszpańsku, ale tylko po to, żeby zapytać, czy rozumiemy po niemiecku. Uśmiecha się jedynie późnym popołudniem, patrząc, jak chłopcy i ich ojcowie piją piwo po pracy na zadaszonym podwórzu. Zdaje nam się, że ktoś przed nami odgrywa niemieckość z Wilka stepowego, choć ten Gasthaus leży na 24. równoleżniku szerokości południowej.

Przez długi czas kolonia i wieś istniały obok siebie, nie kontaktując się ze sobą. Mennonici żyją w doskonale zorganizowanych wspólnotach, główną cnotą jest pracowitość. Mimo pokojowego nastawienia bogacący się na zaawansowanym rolnictwie (intensywna uprawa zbóż i soi) i hodowli bydła mennonici byli dla chłopów z Cuatro Vientos sąsiadami trudnym do przełknięcia. Dwa światy. Dzieliły je religia, kultura i język. Paragwajscy Latynosi, choć ich pokrewieństwo z pierwotnymi mieszkańcami paragwajskich lasów jest najczęściej bardzo odległe, na co dzień mówią zakorzenionym w indiańskich dialektach językiem guarani. Mennonici – dialektem niemieckiego. Jedni i drudzy zaś tylko w sytuacjach bardziej oficjalnych – po hiszpańsku. Na rodzinę w Volendam przypada średnio 100 ha ziemi – dziesięć razy tyle co w sąsiednich wsiach. Obsiane pola mennonitów raziły obok często leżącej odłogiem i podupadającej ziemi chłopów. Maszyny i bose nogi, samochody i konie, stada krów i kilka taplających się w przydomowym błocie świń. Kolonia Volendam ze swoją siatką prostopadłych, szerokich piaszczystych ulic, okazałym kościołem, supermarketem i przestronnymi, ukrytymi w cieniu drzew domami wygląda trochę jak podwarszawskie przedmieście – tyle że bez płotów. Domy we wsi to jedno-, dwuizbowe chatynki, czasem bez szyb w oknach. Plastikowe śmieci na podwórkach służyły jako zabawki dla dzieci i kur.

Mężczyźni z Cuatro Vientos jeździli do Argentyny. Praca fizyczna bez kwalifikacji przez kilka miesięcy w roku była w stanie utrzymać rodziny na powierzchni. Do czasu. Kryzys finansowy końca lat 90. w pierwszej kolejności uderzył w najmitów, licznych Paragwajczyków wykonujących w Argentynie prace, których miejscowi nie tykają. Dla wioski oznaczało to odcięcie ostatniej kroplówki.

 

Don Ernesto daje pieniądze bandytom

Głodni ludzie zaczęli kraść. sąsiadowi, który coś zasadził na polu; sąsiadce, której kura oddaliła się od obejścia. W pewnym momencie nikt nie chciał już nic sadzić – po co, skoro zaraz ukradną? Żeby włożyć coś do garnka, trzeba to było ukraść mennonitom. Granica między ziemią Cuatro Vientos a uprawami spółdzielni Volendam stała się linią konfliktu. Ernst Goerzen, ówczesny szef mennonickiej kooperatywy, ten, który stracił prawie całe bydło, szukał pomocy u władz. Rozmawiał z policją, z wojskiem, był nawet w ministerstwach, wreszcie u samego prezydenta. Nikt nic nie zrobił. Departament San Pedro to jeszcze nie pogranicze, ale za daleko od stolicy, by państwo mogło rzeczywiście zajmować się tak błahymi sprawami jak kradzież bydła.

Znajomy Ernsta z innej kolonii skarżył się, że w nocy na jego pole wjeżdżają półciężarówki i zabierają co się da. Wykopał więc fosę i zbudował wał. Ciężarówki złodziei już nie mogły przejechać. Kombajn właściciela też nie. „To było czyste szaleństwo – opowiada Ernst – tak nie można rozwiązać żadnego problemu. Ale bałem się, że jeśli będziemy pilnować pól z bronią, to w końcu komuś stanie się krzywda, ktoś zginie. Trzeba było do tego podejść inaczej”.

Pomysł na rozwiązanie konfliktu spadł z nieba – w szkole w Cuatro Vientos zawalił się dach. Dla wszystkich było jasne, że na państwową pomoc trzeba będzie poczekać kilka miesięcy, może rok. Kiedy Ernst przyszedł do wsi po raz drugi, tym razem z transportem używanych ubrań z kościelnej organizacji charytatywnej, grupa nauczycielek i matek zebrała się, by z nim porozmawiać. Powiedziały: „Daj nam 500 tys. guarani” – nie drobne, ale też nie majątek. Ernst już miał odpowiedzieć: „Ukradliście mi kilkaset sztuk bydła, a teraz przychodzicie do mnie z prośbą, kiedy ja już zdecydowałem sprzedać to wszystko?”. Ale wtedy do głowy przyszła mu myśl. Kiedy zobaczył, w jakich warunkach żyją sąsiedzi, zrozumiał, że kolonia nie może normalnie funkcjonować, gdy na jej obrzeżach ludzie nie mają środków na zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb. Że dostatek Volendam nie może dalej istnieć obok nędzy Cuatro Vientos. Ale wychowany w surowym etosie ciężkiej pracy, wcale nie zamierzał dawać sąsiadom ryb ani nawet wędki. Chciał, żeby sami ją sobie zmontowali. Odpowiedział nauczycielkom, że nie zapłaci za budowę dachu. Ale kupi materiały i poprosi o pomoc kilku majstrów z kolonii, pod warunkiem że cała wieś zbierze się, by razem naprawić dach. Potem okazało się, że naprawa samego dachu w starej, rozpadającej się szkole to bezsens. Ernst i Komitet Kobiet (do dziś tak się nazywają) ustalili, że lepiej zbudować nowy, solidniejszy budynek. Kiedy Ernst przedstawił swój plan w kolonii Volendam, wielu krzyczało: „Goerzen zwariował, bandytom będzie pomagał!”. Spracowanym mężczyznom pijącym piwo w Waldbrunner i ich surowej gospodyni nie mieściło się to w głowie. W końcu jednak dali się przekonać. Od tego zaczyna się historia spółdzielni.

 

Jak przekonać męża

Historia Cuatro Vientos jest jak piękna bajka o pomocy rozwojowej. Nie tylko dlatego że ma happy end. Także dlatego że główną rolę grają w niej kobiety. Mieszkanki Cuatro Vientos wróciły do domów z nadzieją na odbudowę szkoły, ale i ze świadomością, że czekają je długie negocjacje. Sąsiedzi wzajemnie się okradali, pojęcie wspólnoty nie istniało. Tylko szkoła była miejscem, na którym powinno zależeć wszystkim, całe szczęście, to tam zawalił się dach. Mężczyźni nie chcieli ze sobą rozmawiać, trudno było zmusić ich do pomocy przy odbudowie. A Ernst był stanowczy: „albo wszyscy, albo nic”.

W związku z tym, że chodziło o przyszłość dzieci, kobietom i uczniom udało się jakoś wymóc stawienie się całej wsi w gotowości do pracy. Wspólny wysiłek odbudowywał zaufanie, pozwolił chłopom poznać sąsiadów z kolonii i vice versa. I dał wiarę, że wspólna praca ma sens. Kiedy Ernst powiedział, żeby następnego dnia rano wszyscy pojawili się z takimi narzędziami, jakie mają, by naprawiać drogę, o świcie wieś stawiła się w komplecie. W dwa dni z nieprzejezdnego bagniska zrobili szeroką drogę, po której dziś jeżdżą nie tylko wozy, motory i samochody (jest ich we wsi coraz więcej), ale też wielkie osiemnastokołowe TIR-y odbierające plony ze spółdzielni.

Zbudowali szkołę, zbudowali drogę. Co dalej? Ernst zaproponował coś, co sam znał najlepiej. Cooperativa Volendam to duża spółdzielnia produkcyjna, dzięki wspólnemu zarządzaniu mennonici mogą razem kupować maszyny, nawozy, ziarno, omijać pośredników, dostarczać plony wprost na rynek hurtowy. A Ernst był jej przewodniczącym. Na kolejnym zebraniu w Cuatro Vientos, na które tym razem Komitet Kobiet nie musiał nikogo ciągnąć za uszy, Ernst rzucił: „Za dziesięć lat będziecie mieli spółdzielnię”. „Vos sos loco, zwariowałeś!” – mówili mu. Ale zgodzili się spróbować.

Nie zakłada się spółdzielni z dnia na dzień. Najpierw potrzebne są zarejestrowane prawnie komitety rolników. Potem, z czasem, można zarejestrować prekooperatywę, dopiero na końcu, kiedy spełnia się wszystkie kryteria prawne, organizacyjne i księgowe – spółdzielnię. Przed Cuatro Vientos żadnej latynoskiej ani indiańskiej wiosce w Paragwaju nie udało się założyć spółdzielni, mieli je tylko koloniści: Niemcy, mennonici, Polacy, Brazylijczycy. Spółdzielnia to jednak nie cel sam w sobie. Ernst miał wizję całościowego programu rozwojowego, wyniesienia sąsiadów z Cuatro Vientos na inny poziom. Ustalili priorytety. Na pierwszym miejscu: uprawa ziemi, żeby wszyscy mieli cały czas co jeść. Podstawą jest uprawa manioku, fasoli i kukurydzy. Drugi punkt – zdrowie. Ernst: „Czy możecie sobie wyobrazić, że kiedy zacząłem do nich jeździć, w całej wsi prawie nikt nie był na nic szczepiony?”. Pytamy, jak jest teraz z ochroną zdrowia. Norbert, który jest w kolonii leśnikiem (ludzie we wsi nie mówią o nim inaczej niż ingeniero Norbert): „Oni nie mają czegoś takiego jak ubezpieczenie. Nie są zatrudnieni, są rolnikami. Od początku współpracy umówiliśmy się, że lekarz z Volendam będzie przyjeżdżał do Cuatro Vientos dwa razy w tygodniu. Każdy płaci, symbolicznie, ale nie ma nic za darmo”. Norma Valdez, nauczycielka z Cuatro Vientos: „Na początku płaciliśmy za leki połowę ceny, reszta szła z projektu. Potem płaciliśmy 60%, dziś 65%, za rok, dwa chcemy już płacić 100%. Po prostu teraz nas stać. No i dziś prawie wszyscy mają komplet szczepień”.

 

U Normy i Ignacia

„Chodźcie, pokażę wam norę pancernika. zrobił sobie dom w zagajniku na krańcu farmy” – mówi Ignacio i zabiera nas na spacer przez swoje włości – 11 ha jest ich, 7 dzierżawią od sąsiada. Razem z Normą starali się, żeby ich ziemia była przykładem dla innych, zwłaszcza w początkach spółdzielni. Za domem małe podwórko, na jego końcu stoi tradycyjny ziemny piec – tatakua. Wszystkie farmy w Cuatro Vientos zaczynają się od domu, a potem ciągną pasem szerokości 100 m – zwykle około kilometra, bo mają 10 ha. Wszystko więc sadzi się hektarami. Po przydomowym ogródku warzywnym (teraz każdy ma swój) mijamy pole manioku, dalej rosną orzeszki ziemne – wszystko razem zajmuje 1 ha, na własny użytek. Na sprzedaż mają bawełnę i sezam, a z 1 ha fasoli i 7 ha kukurydzy biorą, ile potrzebują, a resztę sprzedają. Tak radzi spółdzielnia. Najpierw samowystarczalność, potem handel – i różnorodność. Czasem chłopi wpadali na pomysł, żeby prawie wszystko obsiać na przykład kukurydzą. Potem przychodziła susza albo plaga, albo klęska urodzaju – i rodzina traciła grunt pod nogami.

Pod koniec dochodzimy do drzew. Przed przyjazdem Ernsta okolica była prawie całkiem łysa – tylko pola. Pierwsi campesinos uważali, że to, co niewykarczowane, było „nieużytkiem”. Wiatr hulał i czasem czerwony pył nie pozwalał oddychać. Zachęcaniem do sadzenia drzew i pomocą zajmował się Norbert. Ignacio bardzo polubił swoją plantację drzew. Eksperymentuje: „Większość to eukaliptusy i drzewa paciorkowe, ale tu posadziłem tek. To nie jest u nas popularne drzewo, ale dobrze rośnie. Jak nasza córka będzie kończyła 15 lat (w świecie hiszpańskojęzycznym to próg dorosłości), sprzedam drewno i będzie na przyjęcie i na prezenty”. Drzewa zastępują konta oszczędnościowe, do których nikt nie ma tu dostępu. „Mamy tylko jedną córkę” – mówi Norma. – „Planowanie rodziny to też coś, co przyszło razem ze spółdzielnią, no i tu też jesteśmy przykładem” – dodaje ze śmiechem. Pancernika nie zastajemy, choć sądząc po dziurze, musi być spory. Wracamy do domu Normy i Ignacia. Ma jedną izbę, ale parkują przed nim swojego yarisa.

 

Don Ernesto zabiera sąsiadów w świat

Współpraca między kolonią Volendam a gminą Cuatro Vientos stała się podstawą szerszego projektu o nazwie COVEPA, co oznacza „Współpraca Sąsiedzka z Drobnymi Rolnikami”. Projekt objął w sumie siedem gmin. Ernst w ramach COVEPA zorganizował dofinansowanie z zagranicznych funduszy rozwojowych, głównie fundacji AVINA. Ale i tak cały czas trzymał się zasady „nic za darmo”. W pierwszym roku przychody na rodzinę we wsi podwoiły się. Po 12 latach stanowiły dziesięciokrotność wyjściowych. Brzmi jak bajka. Ale tak naprawdę chodziło o bardzo proste kroki i przezwyciężenie starych przyzwyczajeń i niesnasek. Kluczem było namówienie chłopów, żeby obsiewali własne pola. Niby proste, ale czasem nie mieli czym, czasem nie wiedzieli jak, najczęściej bali się, że sąsiad ukradnie plony. Jedziemy na pace mennonickiej półciężarówki. Pytamy: „Carlos, jak to było na początku? Łatwo było namówić ludzi, żeby pracowali razem?”. Carlos jest technikiem w spółdzielni. „Na początku było strasznie ciężko, nikt nikomu nie ufał. Dopiero po kilku latach ludzie zrozumieli, że to się naprawdę opłaca. Teraz w spółdzielni jest 99% mieszkańców” – wyjaśnia. W pierwszych dziesięciu latach obszar upraw zwiększył się z 37 do 235 ha. Kiedy już zaczęli się organizować i poczuli siłę we wspólnocie, coś, co czasem nazywamy „społeczeństwem obywatelskim”, eksplodowało. Po Komitecie Kobiet i wymaganych prawnie komitetach rolniczych wszelkie zrzeszenia zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu – komitet rodziców uczniów podstawówki, stowarzyszenie rodziców licealistów, komitet zdrowia, komisja edukacji… W każdym jednak to kobiety zapewniały ciągłość.

Ale na początku tłumaczenia nie wystarczały, trzeba było pokazać przykłady. Ernst zorganizował autobus, wybrana grupa inicjatywna – przedstawiciele komitetów – przejechała się po kraju, żeby zobaczyć, jak działają istniejące spółdzielnie, jak pracują ludzie w innych stronach. Wielu mieszkańców Cuatro Vientos nigdy nie opuściło swojej gminy, część nie miała żadnych dokumentów, bo nigdy nie wybrała się nawet do powiatowego miasteczka General Elizardo Aquino, gdzie jest najbliższy urząd. Teraz mogli zobaczyć świat. I nie tylko farmy. Największą przygodą była wizyta w bufecie samoobsługowym. Ernst wytłumaczył im, że mają wziąć tace i sami sobie nakładać, co chcą. Jedni zaczęli od mięsa, inni poszli z drugiej strony i na początek naładowali na talerze tonę deserów. Potem odkryli, że można nakładać, ile się chce, bo cena jest stała. Zaczęło się szaleństwo. Ernst: „W końcu podszedł do mnie kelner i przepraszającym tonem powiedział, że za tych państwa trzeba będzie zapłacić jednak trochę więcej”.

 

Wizyta u biskupa

Kolonia i wieś leżą w departamencie San Pedro. Kiedy mówisz: „Jadę do San Pedro”, ludzie w Asunción patrzą trochę ze strachem, trochę z niedowierzaniem. To najbiedniejszy region w Paragwaju, ale też – najbardziej niebezpieczny i konfliktowy. Na północy działa marksistowsko-leninowsko-nacjonalistyczna partyzantka EPP – Armia Ludu Paragwajskiego. Operująca od ponad 20 lat pod różnymi postaciami organizacja w sierpniu 2016 r. dokonała najkrwawszego i najbardziej śmiałego ataku na paragwajskie służby mundurowe, zabijając ośmiu żołnierzy. Specjalizuje się w porwaniach latyfundystów lub ich dzieci. W lipcu tego roku coś jednak poszło nie tak i uprowadziła mennonickiego nastolatka Franza Wiebe Boschmana. Tego dnia tak jak niemal co dzień od 13. roku życia pomagał w polu. Na wynoszący 700 tys. dolarów okup próbowała złożyć się cała kolonia, ojciec zastawił dom.

San Pedro wielokrotnie wstrząsały rewolty campesinos. Chłopi domagają się ziemi dla swoich dzieci, występują przeciwko brazylijskim obszarnikom i rządowi.

Na tym wiecznie gorejącym konflikcie spory kapitał polityczny zbił Fernando Lugo, nawiązujący do teologii wyzwolenia katolicki biskup San Pedro, w latach 2008–2012 prezydent Paragwaju. Lugo to postać niejednoznaczna, ale w paragwajskiej historii wyjątkowa.

Kiedy obejmował urząd, pierwszy raz w 200-letniej historii kraju przegrywająca wybory partia (Colorado), po trwających ponad pół wieku rządach, oddała władzę bez walki. W czasach dyktatury Stroessnera Lugo był szykanowany. Pochodził z opozycyjnej rodziny, jego ojca wielokrotnie więziono, stryj i inni krewni musieli uciekać z kraju. Pod naciskiem władz Kościół paragwajski zgodził się na banicję Lugo – studia teologiczne w Rzymie. By zostać prezydentem, musiał porzucić kapłaństwo. Potem przyznał się też do kilku nieślubnych dzieci, co przeciwnicy chętnie wykorzystali. Pozostawał jednak „biskupem biedaków” i nawet bez zaplecza politycznego starał się walczyć o ziemię dla chłopów, najbardziej palącą kwestię socjalną w kraju. Aż do czasu gdy większość parlamentarna z Prawdziwej Partii Radykalno-Liberalnej usunęła go przez impeachment, nazwany niemal jednogłośnie w regionie puczem konstytucyjnym.

Kiedy projekt COVEPA zaczął się rozwijać i odbijać echem w całym Paragwaju, Ernst został zaproszony na spotkanie z biskupem Lugo. Spodziewał się, że „biskup biedaków” będzie chciał z nim porozmawiać o sposobach rozszerzania projektu, powielania wzoru. Tymczasem Lugo przyjął go chłodno: „Chcecie ich nawracać! To wasza mennonicka ewangelizacja?”. Wreszcie: „Przerwijcie ten projekt”. Zarzuty były w tym przypadku chybione. Mennonici z Volendam to liberalna, dość zlaicyzowana społeczność. Sam Ernst do kościoła nie chodzi, choć w kolonii jest jednym z przywódców. Projekt nie obejmował żadnej współpracy kulturowej. Nie jest to drażliwy temat, bo mieszkańcy wsi też nie są religijni – w Cuatro Vientos nie ma kościoła. Ernst nie posłuchał biskupa.

 

Taniec z władzą

To jednak nie jedyny kontakt kolonistów z władzą, nie jedyna ingerencja w sprawę spółdzielni. Sukces Cuatro Vientos usiłuje sobie przypisać lub jakoś się na nim wypromować każdy kandydat na prezydenta, choć państwo nigdy się do jej rozwoju nie dołożyło. Ale Ernst ma doświadczenie w kontaktach z politykami. Umie zabiegać o pomoc, wie, z kim i kiedy rozmawiać. O swojej partyjnej przeszłości mówi niechętnie – tylko że musiał się zapisać do Colorado, bo w czasach dyktatury Stroessnera bez tego nie pozwolono by mu na studia. Przeciwnicy reżimu uciekali za granicę, siedzieli w więzieniu, a kilka tysięcy zginęło, często po nieludzkich torturach. Po obaleniu Lugo w Volendam gościł kandydat Colorado i późniejszy prezydent Horacio Cartes. Ernst przemawiał na jego wiecu. Poparcie mennonitów to dla paragwajskich polityków gratka – są zamożni, skonsolidowani, stanowią część większej grupy europejskich colonos. Choć „radykalne chrześcijaństwo” anabaptystów miało oznaczać odcinanie się od doczesnych rozgrywek, polityki i wojen, praktyka była nieco inna. A wybory czasem bardzo nietrafione. Niemieccy mennonici entuzjastycznie poparli w 1933 r. Adolfa Hitlera. Cartes zaś to biznesmen powiązany z handlem narkotykami, zrobił błyskawiczną karierę polityczną. Popiera latyfundystów, niedawno nazwał też erę Stroessnera „szczęśliwym okresem”.

 

Spółdzielnia po latach

Rytuał jest niemal zawsze taki sam. przychodzimy, gospodarze proszą do siebie, grzecznościowe Mba’éichapa! w guarani, a dalej już po hiszpańsku. To też zmiana, wskaźnik poziomu edukacji. Starsi i biedniejsi niechętnie mówią, choć hiszpański rozumieją. Zaraz nie wiadomo skąd pojawiają się plastikowe krzesła ogrodowe, siadamy w cieniu mangowca na podwórku – spotkania towarzyskie wciąż odbywają się raczej na powietrzu, ale budynek spółdzielni i obie szkoły używane są na zebrania komitetów i specjalne okazje. Czas na tereré – nasze albo gospodarzy. Teraz można rozmawiać.

Gospodyni: „Wszystko się zmieniło. Dzieci kończą liceum, część idzie nawet na studia do Asunción”. Przez pierwsze dziesięć lat projektu liczba mieszkańców z maturą wzrosła siedmiokrotnie. Za pracą wyjeżdża co piąty, kiedyś połowa. „Mamy swój sklep, można w nim kupić wszystko, co potrzeba. I nie jest drogo, nie płacimy pośrednikom. No i coraz więcej łazienek przy domach, a jak nie, to chociaż każdy ma wychodek”.

Gospodarz: „Spółdzielnia to wspólnota, ale każdy jest panem swojej ziemi. Sami decydujemy, co i gdzie sadzimy, za to sprzedajemy razem, pod marką »Cuatro Vientos«. Wybieramy kupców, tu też nie potrzebujemy pośredników. Chcemy dalej się rozwijać, hodować zwierzęta, próbować nowych upraw. Zaczęliśmy sprzedawać olejek z liści pomarańczy, mało kto go produkuje”. Sezam sprzedają w systemie sprawiedliwego handlu (fair trade) – co rzadko udaje się małym społecznościom, a bez spółdzielni w ogóle nie byłoby możliwe. Odkąd we wsi sadzą drzewa, zaczęto rozważać budowę tartaku, może nawet produkcję mebli. Im bardziej zaawansowane produkty sprzedają, tym więcej wartości dodanej zostaje we wsi.

Zaczęli zarabiać, po 30 latach marzeń stać ich na samochód czy motor. Albo dwa. Pewien rolnik właśnie na to wydał zarobione w spółdzielni pieniądze. Ernst dziwił się, że nie chce rozbudować domu, zrobić prawdziwej łazienki. Co z tego, że zakup dwóch motorów kończy się miesięcznym pobytem syna w szpitalu, a później maszyny stoją przez jakiś czas nieużywane z braku gotówki na benzynę. Ernst zrozumiał, że ci, którzy mają, nie mogą oceniać marzeń tych, którzy dopiero wspinają się po szczeblach społecznej drabiny.

Mennonici dali też drobnym rolnikom dostęp do kredytów, wszystkie zostały już spłacone. Dziś spółdzielnia posiada własną zdolność kredytową i udział menonitów ogranicza się do sąsiedzkich szkoleń, warsztatów i jarmarków w stylu „dni wsi”. W kolonii są dziś dumni z Cuatro Vientos. No i krowy już nie znikają. Ale choć konflikt sąsiedzki został skutecznie zażegnany, niepewność pozostaje. Krowy są bezpieczne, ale czy jutro któryś z nastolatków nie zniknie jak Franz Wiebe Boschman? Przy obecnym przyroście demograficznym w Paragwaju problem rolników bez ziemi będzie się tylko nasilał. Planowanie rodziny jak w Cuatro Vientos to ewenement. W innej wiosce w San Pedro odwiedziliśmy 40-latkę z 15 dzieci. Czy wyspy dobrobytu nie zmiecie fala ogólnokrajowej rewolty – której trudno będzie odmówić zasadności? Mennonici z kolonii uprowadzonego nastolatka poważnie rozważają emigrację do sąsiedniej Boliwii.

 

***

„I jaki z tego wniosek? czym się różni Cuatro Vientos?” – pyta Adam Przeworski, najbardziej znany na świecie polski politolog, profesor na Uniwersytecie Nowojorskim. Od 50 lat bada rozwój w warunkach demokracji i dyktatury. Siedzimy na dachu jego mieszkania w Buenos Aires i czujemy się trochę jak studenci na egzaminie. Że instytucje mają znaczenie? Że pomoc rozwojowa, która trafia do miejsc bez jakiejkolwiek organizacji, sprawnej władzy i zarządzania – marnuje się? A dobre instytucje jak spółdzielnia mogą czynić ekonomiczne cuda? „Może tak” – odpowiada po chwili. – „A co jeśli receptą na rozwój jest to, że w okolicy musi mieszkać bardzo uparty mennonita?”.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter