70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. A. Stanisz/Cyfrowe Archiwum im. J. Burszty/il. T. Piotrowski

Relacje wzajemności

Jeden z uchodźców, twórca współczesnego teatru tybetańskiego i menadżer kawiarni dla turystów, stwierdził: „Czasem nawet mówimy naszym dzieciom: »Zobaczcie, ci ludzie z zagranicy przyjeżdżają tu z tak daleka, żeby uczyć się naszego języka, a wy się obijacie!«”.

Podróżuję prawie wyłącznie w celach zawodowych. Jako antropolożka społeczno-kulturowa od lat prowadzę badania terenowe w Indiach. Wymo­giem takich badań jest ich długotrwa­łość, co sprawia, że nie pozostaje mi wiele czasu na inne podróże i naj­chętniej wypoczywam w domu. Jed­nocześnie zdaję sobie sprawę, że moje własne autoidentyfikacje wcale nie muszą pokrywać się z tym, jak jestem postrzegana przez ludzi w terenie, zwłaszcza od kiedy prowadzę badania nad relacjami pomiędzy turystami a pracownikami nieformalnego sek­tora turystycznego w Indiach.

*

Turystyka do krajów tzw. global­nego Południa często jest postrzegana jako praktyka neokolonialna. Uprzy­wilejowani mieszkańcy metropolii mają być nowymi kolonizatorami zalewającymi mniej rozwinięte regiony świata, które przekształcają w zależne od własnych potrzeb „pery­feria przyjemności”. Lista grzechów przypisywanych tak rozumianej tury­styce jest długa. Wymienię je pokrótce, zanim pokażę, że sprawy nie są tak oczywiste, jakimi się jawią.

Turystykę obwinia się o pogłę­bianie globalnych nierówności ekono­micznych, głównie wskutek zjawiska nazywanego leakage, czyli odpływu wydawanych przez turystów pie­niędzy z odwiedzanych krajów do korporacji Północy. Przykładowo: w Egipcie czy w Tunezji taki odpływ wynosi nawet 80%. Oznacza to, że na 100 dolarów wydanych przez turystę 80 wraca do firm mających swoje cen­trale w krajach pochodzenia turysty (wyciek taki następuje za sprawą agencji podróży, w których kupu­jemy wycieczki, linii lotniczych, sieci hotelowych, firm ubezpieczeniowych itd.). Zarzuty o eksploatację pojawiają się też w kontekście relacji pomiędzy turystami a mieszkańcami odwiedza­nych krajów. Turystyka ma pociągać za sobą odpływ wykwalifikowanych pracowników z bardziej prestiżo­wych zawodów do lepiej opłacanego, choć dużo mniej stabilnego sektora usług turystycznych (prace poko­jówek, kelnerów czy kierowców). To z kolei ma prowadzić do wzmacniania narzuconych przez kolonializm ról, ponieważ to mieszkańcy tzw. global­nego Południa usługują (najczęściej) białym turystom. A jeśli nawet mieszkańcy odwiedzanych krajów nie występują w roli kelnerów, to oczekuje się od nich, że będą elementami krajo­brazu lub „typowymi reprezentantami Inności”. To dlatego Dean MacCannell określa turystykę etniczną mianem „zwierciadła rasizmu” – opiera się ona bowiem na pragnieniu spotkania nie drugiego człowieka, ale egzotycznego Innego. W rezultacie, jak stwierdza MacCannell: „Wartość innych, czy to będą Amisze czy derwisze, Eskimosi czy Latynosi, jest wymierna. Mogą być siłą roboczą i atrakcją turystyczną”.

Przede wszystkim jednak pięt­nuje się destrukcyjny wpływ turystów na lokalne kultury. Turystyka jest tu rozumiana jako scena, na której wystawia się kulturę w formie zgodnej z oczekiwaniami przyjezdnych, uksz­tałtowanymi w dużej mierze przez kolonialną nostalgię. To z kolei ma prowadzić do utowarowienia jej róż­nych aspektów, które zaczynają być waloryzowane ze względu na ich wartość rynkową. Produkt, za który pobiera się opłatę, musi być dostoso­wany do potrzeb klienta: lokalne festi­wale przenosi się na sezon turystyczny, a ich trwanie skraca.

Turyści kupują sobie dostęp do praktyk wcześniej nieosiągalnych dla obcych, a lokalne rzemiosło, zmienione w pamiątkę turystyczną, ulega umasowieniu.

To wszystko ma prowadzić do nieodwra­calnych zmian i „wymierania” tradycji.

Takie ujęcie turystyki – jak­kolwiek szlachetnie motywowane postawą kontrhegemoniczną – jest jednak dużym uproszczeniem, nie uwzględnia bowiem złożoności samego zjawiska. Przykładowo: duży leakage ma miejsce przede wszystkim w krajach, w których dominuje model kurortów all inclusive, nazywanych przed badaczy „luksusowymi więzie­niami”, a spada znacząco tam, gdzie mamy do czynienia ze zróżnicowa­niem form podróżowania i demo­kratycznym dostępem miejscowej ludności do turystów, co daje im możliwość bezpośredniego czerpania korzyści z pieniędzy wydawanych przez przyjezdnych np. w rodzin­nych guest house’ach, restauracjach czy sklepikach. Przede wszystkim jednak ten rodzaj piętnowania tury­styki sprawia, że postrzegamy odwie­dzane społeczności jako bierne ofiary czyichś wyobrażeń i działań, odma­wiając im tego, co na gruncie antro­pologii społeczno-kulturowej nazy­wamy sprawczością. Tymczasem, nie kwestionując stosunków władzy wpi­sanych w turystykę, można przywołać wiele badań dowodzących, że potrafi ona być źródłem korzystnych zmian oraz wzmocnienia (empowerment) dla mieszkańców odwiedzanych przez turystów regionów – należy przy tym pamiętać, że to sami zain­teresowani decydują, które zmiany są pożądane. Wskażę kilka z nich, posługując się m.in. przykładami z własnych badań prowadzonych w jednej z turystycznych miejsco­wości w Indiach – Dharamśali.

Po pierwsze, zainteresowanie turystów lokalną kulturą może mieć na nią pozytywny wpływ poprzez dowartościowanie tych elementów, które wcześniej były uważane za gorsze od wzorców „zachodnich”. Działo się tak np. wskutek polityk państw kolonialnych, które depre­cjonowały podporządkowywane sobie kultury, ukazując je jako mniej „cywilizowane”. To, że Europejczycy pokonują tysiące kilometrów i płacą słono za to, by móc te kultury zoba­czyć, może być odczytywane jako dowód na ich zaprzeczoną wcześniej wartość – dzieje się tak np. w kraju Dogonów. Również w Dharamśali, de facto obozie uchodźców tybe­tańskich przekształconym w popu­larną miejscowość turystyczną, widać wyraźnie, jak fascynacja przy­jezdnych Tybetem stanowi źródło dumy dla uchodźców, którzy w dużej mierze zinternalizowali pozytywne wyobrażenia na swój temat. Jeden z uchodźców, twórca współczes-nego teatru tybetańskiego i mena­dżer kawiarni dla turystów, stwierdził: „Czasem nawet mówimy naszym dzie­ciom: »Zobaczcie, ci ludzie z zagra­nicy przyjeżdżają tu z tak daleka, żeby uczyć się naszego języka, a wy się obijacie!«”. Co więcej, turystyka może być środkiem do pozyski­wania pieniędzy, które następnie są wykorzystywane do podtrzymy­wania bądź rewitalizacji lokalnych tradycji. Pokazały to badania Erica Cohena w odniesieniu do Bali, gdzie pobieranie opłat od turystów za moż­liwość wzięcia udziału w rytuałach służyło jako środek do utrzymania rekwizytów, wcale nie niszcząc wcześ-niejszych znaczeń przypisywanych danej praktyce.

Po drugie, zainteresowanie turystów bywa umiejętnie wyko­rzystywane przez grupy zmargina­lizowane do ich celów politycznych. Turyści w Dharamśali są regularnie zaprzęgani do działań na rzecz tzw. sprawy tybetańskiej poprzez szeroko zakrojoną produkcję zaan­gażowanych pamiątek turystycz­nych z logo „Wolnego Tybetu”. Uliczki Dharamśali są więc pełne turystów noszących koszulki z hasłem „Proud to be Tibetan” (Dumny z bycia Tybe­tańczykiem), płócienne torby z flagą tybetańską czy parasole nawołujące „Save Tibet” (Ocal Tybet). Co więcej, działające w Dharamśali liczne orga­nizacje pozarządowe rekrutują spo­śród turystów wolontariuszy uczą­cych nowo przybyłych uchodźców języka angielskiego i obsługi kom­puterów (w zamian turyści są uczeni języka tybetańskiego), co przyczynia się do zwiększania kompetencji kul­turowych tej społeczności.

Po trzecie, turystyka często tworzy przestrzeń, w której moż­liwe jest nawiązanie bezpośredniego, nieformalnego kontaktu pomiędzy turystami a mieszkańcami, zwłaszcza w krajach, gdzie dostęp do turystów nie jest ograniczany polityką pań­stwa czy tworzeniem turystycznych enklaw. Kontakt taki może z kolei poskutkować realną zmianą w życiu ludzi, którzy – gdyby nie turystyka – nie mieliby możliwości spotkania się: pozyskaniem sponsora w celu edu­kacji dziecka, uzyskaniem wsparcia pod postacią know-how czy konkret­nych inwestycji dla rozwoju własnego biznesu albo znalezieniem życiowego partnera. Wszystko to z kolei może być środkiem do polepszenia sytuacji bytowej i / lub awansu społecznego konkretnych członków odwiedza­nych społeczności. Umiejętne budo­wanie bliskich, trwałych i opartych na wzajemności relacji z turystami – czemu wielokrotnie miałam okazję się przyglądać w trakcie badań – poka­zuje, że osoby znajdujące się po dru­giej stronie turystycznego kontaktu nie są biernymi obiektami turystycz­nego spojrzenia, ale umiejętnie kształ­tują swoje relacje z turystami i wyni­kające z nich możliwości.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter