70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przetarcia, pęknięcia, przejścia

Świat po Zagładzie nie może już dostąpić zbawienia ani odkupienia, bo jest światem ostatecznie upadłym i zdegradowanym. Nie odkupi go także literatura. Może ona jednak podtrzymać więź z umarłymi, wyrwać ich ostatecznemu zapomnieniu.

Pracowite splatanie luźnych nici w zwartą i gęstą tekstową tkaninę to jedna z najbardziej rozpowszechnionych alegorii twórczości literackiej, kojarzona zwykle ze snuciem opowieści, których ciasne fabularne sploty wiążą, jak przyjęło się twierdzić, nasze życie z rzeczywistością. Po co sięgać dzisiaj po tak „wytartą” i „wyświechtaną” metaforę? Chociażby po to, aby zwrócić uwagę na skwapliwie na ogół pomijany materialny aspekt literatury, w którym objawia się jej przemijalność, nietrwałość, podatność na zużycie. Zużywają się słowa i zużywają się stworzone za ich pomocą literackie światy, żywe jeszcze niedawno kolory blakną, a na gładkiej i spójnej niegdyś fakturze pojawiają się dziury i rozprucia. Czy jednak rozdarcia w ciasnych onegdaj splotach materiału są wyłącznie świadectwem nieuchronnej tymczasowości wszelkich wytworów ludzkiej ręki i wyobraźni? Czy należy im wobec tego przeciwstawić jakąś substancjalnie trwalszą od nich rzeczywistość, którą literatura próbuje uparcie, lecz bez powodzenia naśladować? Czy przetarcia dotyczą rzeczywistości literackiej, tkaniny tekstu czy też może ontologii świata, o którym tekst opowiada? Czy rzeczywistość, przesłonięta nieprzenikliwą zasłoną słów, brzmień, obrazów i znaczeń, ukazuje się nam dopiero w szczelinach i pęknięciach tekstu, a jeśli tak, to czy przeziera przez nie jakaś spójna, logiczna struktura czy też jedynie parciana, tandetna, zbutwiała materia? A może właśnie niespójność rzeczywistości pozwala zaistnieć literaturze, sprawiając, że staje się ona spoiwem, bez którego świat popadłaby w całkowitą i nieodwracalną ruinę? Może to właśnie literatura wypełnia ubytki w ułomnej materii, łata postrzępioną i rozłażącą się w rękach tkaninę rzeczywistości, ratując ją przed ostatecznym rozpadem?

 

Biblioteka Babel

Wyobrażenie świata jako księgi, będące źródłową figurą wszelkiej reprezentacji mającej za podstawę przeświadczenie o ontologicznym dualizmie rzeczywistości, której kształt materialny jest tylko niedoskonałym odbiciem transcendentnego, ukrytego porządku, przyświecało od wieków próbom uchwycenia w zmiennych i nietrwałych formach języka tego, co niezmienne i trwałe. Tęsknotom tego rodzaju przeciwstawiały się z kolei takie projekty literackie, których ambicją było stworzenie światów autonomicznych i kompletnych, nie tyle odtwarzających ukryty porządek bytu, ile odgradzających się od niego gęstą i nieprzenikliwą przesłoną języka.

Takim projektem jest przywołana w pierwszym eseju książki Pazińskiego Borgesowska Biblioteka Babel, która, doskonała i kompletna, „staje się własną alegorią” (s. 18), gdyż ostatecznie obywa się bez jakiegokolwiek odniesienia do świata, „odwołuje się wyłącznie do siebie samej, stanowi własne zwierciadło” (s. 19). Ten obezwładniający wyobraźnię skończony model wszechświata zamkniętego w nieprzeliczonych, samorodnych tomach zawierających całość możliwej wiedzy, „wszystkie potencjalności, symbolizowane czy też wprost wyrażone w kombinacjach liter” (s. 27), jest oczywistym szyderstwem z idei boskiej Księgi Natury i objawionego Logosu, których miejsce zajmuje idolatria języka jako samoregulującej się, autonomicznej struktury. Podobną funkcję pełnią także inne, pokrewne figury, przywoływane w tym eseju: ogrodu, labiryntu czy drzewa życia, które są tylko innymi imionami tej samej, samowystarczalnej quasi-teologicznej konstrukcji. Parodystyczny charakter wobec teologicznej wizji rzeczywistości jako Pisma Boga ma również twórczość Joyce’a. Ulissesa, jak pokazuje Paziński, daje się z powodzeniem potraktować jako ironiczną imitację świętych ksiąg religii objawionych, a zarazem negatywną odpowiedź na modernistyczne poszukiwania transcendentnego, ukrytego porządku rzeczy. Joyce ukazuje rzeczywistość jako palimpsestowy obraz złożony z symboli, wyłaniających się z przeszłości ludzkiej kultury, z jej mitów i wierzeń, wyzwolony z metafizycznych odniesień „zbiór barwnych znaków” (s. 78), będący przedmiotem nieskończonej interpretacji. Nie ma tu zatem mowy o, choćby momentalnych, prześwitach ukrytej, transcendentnej realności – dotyczy to także Joyce’owskich epifanii, których istotą nie było przecież odsłonięcie się jakiejkolwiek esencjalnej formy rzeczywistości, ale jedynie związanie, zaledwie na krótką chwilę, języka i świata, dokonujące się wyłącznie za sprawą suwerennej woli artysty. Twórczość Joyce’a i Borgesa, tworzących, jak to ujmuje Paziński, „pogrążone w wieczności literackie modele” (s. 9), jest przykładem radzenia sobie z nowoczesnym doświadczeniem obcości poprzez świadome i radykalne pogłębianie poczucia odłączenia od świata i separowanie się od jego nieznośnej przygodności.

Księga, znak łączności z ukrytą, transcendentną podstawą bytu, zostaje zastąpiona literackim falsyfikatem, kopią bez oryginału, alegorią pozbawioną wykładni lub odsyłającą wyłącznie do własnego wewnętrznego porządku.

 

Imitacja mitycznej jedności

Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa z bohaterem kolejnego eseju, Brunonem Schulzem. Autor Wiosny nie tylko bowiem nosi w sobie tęsknotę za utraconą, niezmienną formą rzeczywistości, ale zdradza także grzeszną fascynację tym, co chaotyczne i zmienne. Bohaterowie opowiadań Schulza podejmują wytrwałe i kosztowne wyprawy w poszukiwaniu ostatecznego sensu, jedynej prawdy czy uniwersalnej zasady rzeczywistości, skrywających się jakoby pod nietrwałą i zmienną powierzchnią zjawisk, ale ich eskapady kończą się zwykle sromotną klęską i kompromitacją przyświecającej im idei. Ostatecznie zatem, jak pokazuje Paziński, melancholijna świadomość „separacji pomiędzy Sensem, praźródłem istnienia, otchłanią bytu, a światem nietrwałych materialnych przedmiotów” (s. 105) nie pozwala Schulzowi marzyć o powrocie do mitycznej jedności znaku i rzeczy; dopuszcza jedynie jej „tymczasową imitację” (s. 105), polegającą na tworzeniu wciąż nowych, choć zawsze tak samo nietrwałych, obrazów świata. Ich symbolem jest niewyczerpana wielość barwnych wzorów, widocznych w szybce kalejdoskopu, które muszą zastąpić nieobecność ostatecznego i niezmiennego porządku rzeczy. „Cokolwiek znajduje się za obrazem, po drugiej stronie matowej szybki, przez którą do wnętrza kalejdoskopu wpada promień światła – nam pozostaje podglądanie ruchu kolorowych szkiełek zwielokrotnionych lusterkami” (s. 106) – podsumowuje Paziński swoją konsekwentnie antymetafizyczną wykładnię Schulzowskiej prozy. Wykładnia ta pozwala mu uczynić z pisarstwa autora Sanatorium pod Klepsydrą pomost pomiędzy literaturą wielkich modernistycznych systematyków (Borges jest w tym ujęciu, całkiem słusznie, choć wbrew chronologii, „współczesnym” Kafki oraz Joyce’a) a twórczością Paula Celana, bohatera trzech kolejnych zamieszczonych w książce esejów.

U Schulza próby zerknięcia pod podszewkę świata były zaledwie kacerskim, nielegalnym procederem, występkiem, za który płaciło się utratą złudzeń i wiary w niezmienny porządek istnienia. Ślady „innej obecności” o nieostrych i trudnych do uchwycenia konturach, prześwitujące gdzieniegdzie spod powierzchni rzeczy, przybierały już jednak w jego prozie głęboko niepokojącą formę. W przetarciach i dziurach odsłaniała się bowiem nie jakaś upragniona pełnia bytu, ale pustka, w której Paziński nie waha się dostrzec zapowiedzi Zagłady. Ta bowiem, jak przekonuje, „czy tego chcemy czy nie, wyziera tu i ówdzie w przestrzeniach Schulzowskiego tekstu, w pustych przestrzeniach między słowami, we fragmentaryczności jego biografii i znaczących ubytkach źródeł, na podstawie których biografię dałoby się zrekonstruować” (s. 319). Właśnie Zagłada za sprawą bohaterów kolejnych rozdziałów (Paula Celana, Jerzego Ficowskiego, Izaaka Cylkowa, Chaima Nachmana Bialika i Tadeusza Kantora) staje się w drugiej części książki problemem nadrzędnym, redefiniującym kwestię relacji między literaturą a rzeczywistością. Literatura i pisanie o literaturze okazują się przede wszystkim kwestią pamięci i (często niemożliwego, bo niewypowiadalnego) świadectwa. Komplikuje się i zmienia także status samej rzeczywistości, której integralny element stanowi teraz to, co nie zaistniało, bo zostało unicestwione u swojego źródła, uległo zapomnieniu lub wyparciu, a co upomina się o prawo do istnienia w naszej pamięci.

 

Język i rozpad

Dla Celana, który przeszedł przez doświadczenie Zagłady, rozpad rzeczywistości nie jest już metaforą ani budzącym dreszcz przeczuciem, ale faktem, o którym trzeba zaświadczyć, a którego nie sposób wypowiedzieć w odziedziczonym po przeszłości języku. Język należy więc przenicować, wywrócić na drugą stronę, aby to, co bezużyteczne i zużyte, uczynić, być może po raz ostatni, możliwym do użytku, pamiętając jednak o etymologicznym rdzeniu słowa „przenicować” wskazującym na absolutną nieobecność jakiejkolwiek podstawy, na pustkę i brak jako ostateczne źródło i przedmiot wszelkiej reprezentacji. Tym, co zostaje po wielkiej redukcji, jest osierocone, postrzępione, poszarpane słowo, pozwalające jednak przynajmniej „ocalić pustkę od nie-wyrażenia” (s. 125). Celan nie jest już pilnym i sumiennym tkaczem splatającym słowa w zwarte szeregi wersów. Jego wiersze to tylko strzępki, fragmenty mowy, pełne luk i wyrw, spoza których wyziera otchłanna pustka. „Nicość i nikogość – pojedynczego człowieka, Żydów, Boga – drą i przenicowują materię poezji i samego języka, który okazał się niezdolny do tego, by unieść ciężar niczego” (s. 125).

W poezji Celana język jest z rozmysłem dziurawiony i rozdzierany, jego sztuczna zwartość stanowi bowiem przesłonę skrywającą prawdę o ostatecznym rozpadzie. Postrzępiona składnia, porwane słowa, zatarte znaczenia, systematyczne rozpruwanie materii języka utkanej z ciasno splecionych słów: wszystko to służy zdemaskowaniu katastrofy, która stała się udziałem świata.

Coraz wyraźniej rysujący się w drugiej części książki związek literatury i śmierci wydaje się naturalną konsekwencją przesunięcia w sposobie rozumienia rzeczywistości, naznaczonej śladami katastrofy, która pozostawia wyrwy i szczeliny niemożliwe do wypełnienia wspomnieniami, słowami czy obrazami. „Nie ulega wątpliwości, że tam, gdzie rzeczywistość ulega szczególnie dotkliwej degradacji i gdzie dojmującej pustki nie da się objaśnić i zneutralizować w kategoriach przemijania, nieobecność dochodzi do głosu najmocniej” (s. 331) – pisze Paziński. Eseje o dokonanych przez Izaaka Cylkowa tłumaczeniach Biblii na język polski oraz o polskich przekładach wierszy Chaima Bialika, wybitnego poety języka hebrajskiego, traktują o takiej właśnie nieodwracalnej nieobecności w naszej powojennej kulturze, nieobecności epoki „kul tury żydowskiej w języku polskim” (s. 304), której zaistnienie uniemożliwiła Zagłada.

To właśnie ta dotkliwa, choć tak sumiennie wypierana nieobecność sprawia, że „status ontologiczny rzeczywistości zdegradowanej – tego, co bytuje po katastrofie” (s. 327), okazuje się niejasny i nieuchwytny, a pamięć – nieznajdująca oparcia w wyobraźni – pozostaje bezradna wobec naporu pustki. Takiemu światu nie sprosta ani czysta fikcja, ani czysta pamięć. Niezbędne jest ich zmieszanie, jeśli literatura ma się stać narzędziem przywoływania tego, co nieobecne i bezpowrotnie utracone, jeżeli ma się stać miejscem, w którym zdoła zaistnieć, choćby w kalekiej i pałubicznej formie, to, czemu odebrano prawo do zaistnienia, co wymazano z katalogu istnień, a co trwa nadal w formie okaleczenia, ontologicznej skazy, widma nawiedzającego naszą teraźniejszość.

 

Widmowa przestrzeń literatury

Nic dziwnego zatem, że szczególne znaczenie w strukturze całego tomu przypada esejowi o Teatrze Śmierci Tadeusza Kantora. Nie tylko dlatego że domyka rozważania autora, ale także dlatego że właśnie tam Paziński wydaje się najpełniej formułować swoje pisarskie wyznanie wiary. Z eseju o Kantorze wyłania się projekt literatury jako przestrzeni widmowego, a więc poniekąd duchowego i zmysłowego zarazem, obcowania żywych i umarłych, jako przestrzeni pamięci, która nie przybiera jednak formy spójnej kommemoratywnej narracji, ciasnego splotu wątku i osnowy. Przypomina raczej znoszony łachman, pełen „łat i przetarć” (s. 387), atrapę skleconą z gałganków, „z resztek pamięci” (s. 387), sfastrygowaną naprędce przez wyobraźnię. Bo dopiero wspomnienie „wzmocnione imaginacją staje się czymś potężniejszym od realności, a przynajmniej wyrazistszym od obrazu, jaki oferuje żywa pamięć” (s. 366). Wspomnienie, przekonuje Paziński za Kantorem, ma charakter „atrapiczny”, co znaczy, że to, co utracone, powraca do nas w postaci podejrzanych „atrap pamięci”, w których zapamiętane miesza się ze zmyślonym. Powraca nie jako prawda objawiająca się w jakiejś niezmiennej, źródłowej postaci, lecz jako artystyczny efekt upartego, obsesyjnego powtarzania, repetycji, nawracania tych kilku obrazów, „o których da się powiedzieć, że są obrazami o rozstrzygającym dla nas znaczeniu” (s. 388).

Świat po Zagładzie, zdaje się mówić Paziński, nie może już dostąpić zbawienia ani odkupienia, bo jest światem ostatecznie upadłym i zdegradowanym. Nie odkupi go także literatura. Może ona jednak podtrzymać więź z umarłymi, wyrwać ich ostatecznemu zapomnieniu. Wydaje się, że Paziński wierzy mimo wszystko w to, że właśnie literatura, być może tylko ona, zdolna jest przeniknąć na drugą stronę życia, języka, pamięci lub choćby stać się oknem, przez które uda nam się zajrzeć w przeszłość, aby za sprawą wyobraźni przywrócić jej choć na chwilę realność. Ostatecznie bowiem Pazińskiego interesuje rzeczywistość „o wiele mniej namacalna niż sama literatura” (s. 8), rzeczywistość, która może odsłonić zapomniane, prowadzące do niej „tajemne przejścia” (s. 8) właśnie dzięki literaturze. Gdzie szukać tych przejść, przez które tak mozolnie, z trudem przeciskają się nasze słowa? W załamaniach języka, w pęknięciach i przetarciach, „w pustych szczelinach pomiędzy słowami” (s. 9), rozdzierających iluzoryczną spoistość naszego świata, w którym nie ma miejsca na to, co nieobecne. „Jeżeli fabuła oparta na ciągłości jest iluzją, to fabuła poprzecierana i atrapiczna kieruje iluzję z powrotem ku realności. Być może w ogóle stanowi jedyną dostępną dla nas realność” (s. 388) – podsumowuje swoje rozważania Paziński. W tej gorzko-wzniosłej pochwale literackiego łachmaniarstwa przegląda się ontologiczna bezdomność tych wszystkich, którym piętno wspólnego losu każe trwać ze wzrokiem zwróconym w przeszłość i którzy, dochowując wierności melancholijnej nietrwałości kalejdoskopowych obrazów, splatają i rozplatają z uporem, wciąż od nowa, nietrwałe więzi łączące ich z poranionym, zdegradowanym światem.

_

Piotr Paziński

Rzeczywistość poprzecierana

Wydawnictwo Austeria, Kraków–Budapeszt 2015, s. 388

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter