70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Poszerzenie pola walki

To właśnie jest mit wszystkich mitów w polityce, w polityce polskiej przede wszystkim, która chłepta wystygłą krew przodków: żeby przetrwać, trzeba być jedną rodziną i jednym narodem.

Michał Paweł Markowski: No to teraz porozmawiajmy o polityce, o micie w polityce, o micie polityki i polityce mitu. Zacznijmy może od takiego oto wyznania wiary: „Ludzie, którzy uczestniczą w wielkich ruchach społecznych, wyobrażają sobie swoje przyszłe działania w formie obrazów bitewnych zapewniających zwycięstwo ich sprawie. Zaproponowałem, aby owe konstrukcje, których znajomość ma dla historyka olbrzymie znaczenie, nazwać mitami”. To bardzo znana definicja francuskiego socjologa Georges’a Sorela, pochodząca z Rozważań o przemocy (1907). Jak ją rozumieć? Tak, że mit to społeczna konstrukcja, czyli wymysł zbiorowy, który jest dla danej społeczności niezbędny nie tyle do życia, ile do dobrego samopoczucia (do tej opozycji wrócę później). Mit może być opowieścią (o pochodzeniu narodu), może być obrazem (uśmiechnięta traktorzystka), może nawet być sloganem („Polak-katolik”), byle tylko zapewniał zwycięstwo w jakiejś sprawie. Tak np. rozumiał mit Mussolini, który w 1922 r. mówił: „Tylko mit może dać siłę i energię narodowi, który właśnie ma skonstruować swój los”. Mit to pewien projekt społeczny, ale projekt będący wymysłem, produktem zbiorowej wyobraźni, fantasmagorią, bajką, z której uczyniono „obraz bitewny”. Ta wojowniczość czy militarność mitu mnie najbardziej frapuje i – nie ukrywam – przeraża. W polityce bowiem, rozumianej jako walka między wykluczającymi się wizjami świata, mit jest niezbędny jako broń, którą się stosuje przeciwko komuś innemu. Niemiecki żołnierz-konserwatysta Ernst Jünger utrzymywał, że mit jest pobudką do „masowej mobilizacji”, a człowiek mobilizuje się zawsze przeciwko innemu człowiekowi, którego traktuje jak wroga. Przyjmując takie rozumienie polityki jako śmiertelnej walki z przeciwnikiem (kłania się Carl Schmitt, idol konserwatywnych polityków, w tym Jarosława Kaczyńskiego), odchodzimy bardzo daleko od mądrości mitów antycznych, które sztuka przetwarza, chcąc nas zmusić do refleksji.

Mit w polityce jest narzędziem podziału, bronią wymierzoną w głowę nieprzyjaciela, terapią przegranych, narkotykiem społecznych maniaków. Czyż nie tak?

Dobrosław Kot: Jeśli przyjmiemy taką jednostronną definicję, to masz rację: wyprowadziłeś z niej konsekwencje. Tylko nie jestem przekonany, czy ona akurat dobrze pokazuje rolę mitu w polityce i życiu społecznym. Przede wszystkim kryje się w niej bardzo mocne założenie o bitewności, wojowniczym charakterze takiego mitu. Tu mam największe wątpliwości. Rzeczywiście, są liczne mity bitewne, które akcentują walkę i konfrontację; to dzięki nim świat rozpoznawany jest jako podzielony między swoich i wrogów. Ale przecież istnieją równie nośne mity, które organizują całe społeczeństwa, choć ich przesłanie ma zupełnie inny charakter. Cały zespół mitów oświecenia usiłujących poprawić byt ludzkości z jednej strony i stojący w opozycji do nich mit powrotu do natury z drugiej (cokolwiek w konkretyzacjach to oznacza), to opowieści bez wpisanego weń zgiełku bitewnego. Oczywiście w świecie pojawiają się przeciwnicy każdej idei, w tym idei niesionych przez mity, ale trudno chyba wpisywać tę dialektykę walki w samą istotę mitu. Jeśli sięgniemy po współczesne hasła sprawiedliwości społecznej, praw człowieka czy „nigdy więcej wojny”, zobaczymy mitologiczne korzenie również takiego, zgoła niemilitarnego, myślenia. 

Mówisz, że mit nie jest potrzebny społecznościom do życia, lecz dla lepszego samopoczucia. Większość znanych mi społeczności – od narodów po wspólnoty religijne czy ideowe – potrzebuje jednak mitów do przetrwania: one nie tyle poprawiają samopoczucie, ile konstytuują te zbiorowości. Jeśli odetniemy cały bagaż opowieści i symboli, nie będzie już czegoś takiego jak naród, gdyż żadna pozamityczna kategoria czy własność nie pozwala na stwierdzenie o przynależności do danego narodu czy grupy. Wszystkie te społeczności, a zwłaszcza narody, mają charakter wyobrażony, nie istnieją w twardy sposób, poza ideami, które je scalają. A zatem utożsamienie się z nimi to utożsamienie się z pewnym mitem, etosem, który jest oczywiście bardzo różnie rozumiany. Zobacz, przecież naiwne, choć dominujące wśród ludzi, rozumienie narodu jako wspólnoty krwi (ludzi spokrewnionych, pochodzących z jednego pnia) nie da się w żaden sposób utrzymać poza korpusem mitologicznym, który pozwala na uczestnictwo w tych fantazjach. W tym sensie zgadzam się z tezą Ernesta Gellnera, że nacjonalizmy poprzedzają narody. Ale bywają narody wojownicze i spokojne. Jedne walczą i ekspandują, inne chcą tylko przetrwać. Czy za walkę odpowiedzialny jest sam mit, czy może coś jeszcze? To jest chyba pytanie, które ja sobie w tym kontekście zadaję. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata