70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Poszerzenie pola walki

To właśnie jest mit wszystkich mitów w polityce, w polityce polskiej przede wszystkim, która chłepta wystygłą krew przodków: żeby przetrwać, trzeba być jedną rodziną i jednym narodem.

Michał Paweł Markowski: No to teraz porozmawiajmy o polityce, o micie w polityce, o micie polityki i polityce mitu. Zacznijmy może od takiego oto wyznania wiary: „Ludzie, którzy uczestniczą w wielkich ruchach społecznych, wyobrażają sobie swoje przyszłe działania w formie obrazów bitewnych zapewniających zwycięstwo ich sprawie. Zaproponowałem, aby owe konstrukcje, których znajomość ma dla historyka olbrzymie znaczenie, nazwać mitami”. To bardzo znana definicja francuskiego socjologa Georges’a Sorela, pochodząca z Rozważań o przemocy (1907). Jak ją rozumieć? Tak, że mit to społeczna konstrukcja, czyli wymysł zbiorowy, który jest dla danej społeczności niezbędny nie tyle do życia, ile do dobrego samopoczucia (do tej opozycji wrócę później). Mit może być opowieścią (o pochodzeniu narodu), może być obrazem (uśmiechnięta traktorzystka), może nawet być sloganem („Polak-katolik”), byle tylko zapewniał zwycięstwo w jakiejś sprawie. Tak np. rozumiał mit Mussolini, który w 1922 r. mówił: „Tylko mit może dać siłę i energię narodowi, który właśnie ma skonstruować swój los”. Mit to pewien projekt społeczny, ale projekt będący wymysłem, produktem zbiorowej wyobraźni, fantasmagorią, bajką, z której uczyniono „obraz bitewny”. Ta wojowniczość czy militarność mitu mnie najbardziej frapuje i – nie ukrywam – przeraża. W polityce bowiem, rozumianej jako walka między wykluczającymi się wizjami świata, mit jest niezbędny jako broń, którą się stosuje przeciwko komuś innemu. Niemiecki żołnierz-konserwatysta Ernst Jünger utrzymywał, że mit jest pobudką do „masowej mobilizacji”, a człowiek mobilizuje się zawsze przeciwko innemu człowiekowi, którego traktuje jak wroga. Przyjmując takie rozumienie polityki jako śmiertelnej walki z przeciwnikiem (kłania się Carl Schmitt, idol konserwatywnych polityków, w tym Jarosława Kaczyńskiego), odchodzimy bardzo daleko od mądrości mitów antycznych, które sztuka przetwarza, chcąc nas zmusić do refleksji.

Mit w polityce jest narzędziem podziału, bronią wymierzoną w głowę nieprzyjaciela, terapią przegranych, narkotykiem społecznych maniaków. Czyż nie tak?

Dobrosław Kot: Jeśli przyjmiemy taką jednostronną definicję, to masz rację: wyprowadziłeś z niej konsekwencje. Tylko nie jestem przekonany, czy ona akurat dobrze pokazuje rolę mitu w polityce i życiu społecznym. Przede wszystkim kryje się w niej bardzo mocne założenie o bitewności, wojowniczym charakterze takiego mitu. Tu mam największe wątpliwości. Rzeczywiście, są liczne mity bitewne, które akcentują walkę i konfrontację; to dzięki nim świat rozpoznawany jest jako podzielony między swoich i wrogów. Ale przecież istnieją równie nośne mity, które organizują całe społeczeństwa, choć ich przesłanie ma zupełnie inny charakter. Cały zespół mitów oświecenia usiłujących poprawić byt ludzkości z jednej strony i stojący w opozycji do nich mit powrotu do natury z drugiej (cokolwiek w konkretyzacjach to oznacza), to opowieści bez wpisanego weń zgiełku bitewnego. Oczywiście w świecie pojawiają się przeciwnicy każdej idei, w tym idei niesionych przez mity, ale trudno chyba wpisywać tę dialektykę walki w samą istotę mitu. Jeśli sięgniemy po współczesne hasła sprawiedliwości społecznej, praw człowieka czy „nigdy więcej wojny”, zobaczymy mitologiczne korzenie również takiego, zgoła niemilitarnego, myślenia. 

Mówisz, że mit nie jest potrzebny społecznościom do życia, lecz dla lepszego samopoczucia. Większość znanych mi społeczności – od narodów po wspólnoty religijne czy ideowe – potrzebuje jednak mitów do przetrwania: one nie tyle poprawiają samopoczucie, ile konstytuują te zbiorowości. Jeśli odetniemy cały bagaż opowieści i symboli, nie będzie już czegoś takiego jak naród, gdyż żadna pozamityczna kategoria czy własność nie pozwala na stwierdzenie o przynależności do danego narodu czy grupy. Wszystkie te społeczności, a zwłaszcza narody, mają charakter wyobrażony, nie istnieją w twardy sposób, poza ideami, które je scalają. A zatem utożsamienie się z nimi to utożsamienie się z pewnym mitem, etosem, który jest oczywiście bardzo różnie rozumiany. Zobacz, przecież naiwne, choć dominujące wśród ludzi, rozumienie narodu jako wspólnoty krwi (ludzi spokrewnionych, pochodzących z jednego pnia) nie da się w żaden sposób utrzymać poza korpusem mitologicznym, który pozwala na uczestnictwo w tych fantazjach. W tym sensie zgadzam się z tezą Ernesta Gellnera, że nacjonalizmy poprzedzają narody. Ale bywają narody wojownicze i spokojne. Jedne walczą i ekspandują, inne chcą tylko przetrwać. Czy za walkę odpowiedzialny jest sam mit, czy może coś jeszcze? To jest chyba pytanie, które ja sobie w tym kontekście zadaję.

Powiadasz, że „żadna pozamityczna kategoria czy własność nie pozwala na stwierdzenie o przynależności do danego narodu czy grupy”. Mam wrażenie, że odwołujesz się (jak to robił Gellner) do XIX-wiecznego rozumienia narodu jako wspólnoty zorganizowanej wokół swojej przeszłości. Owszem, taka wspólnota, która wyłania się po raz pierwszy w historii, musi zadbać o swoją spójność, odróżnić się od wspólnoty sąsiedniej i wytyczyć swoje granice. Państwa narodowe albo bezpaństwowe narody (jak Polska 200 lat temu) musiały budować swoją tożsamość w oparciu o narracje, które były bezdyskusyjne i które można było traktować jak fundament świadomości. Czyli mity i symbole. Ale to było 150 czy 200 lat temu, w kompletnie odmiennej sytuacji kulturowej, geograficznej i politycznej! Mickiewicz i spółka musieli tworzyć mity spajające naród, tyle że tworzyli je dla arystokratycznej elity, która miała odciętą drogę do kraju, gdzie niepiśmienni chłopi niewiele robili sobie z imaginacyjnej tożsamości opartej na symbolice, bo dramatycznie walczyli z dnia na dzień o przetrwanie. Słowacki w Królu-Duchu wykoncypował sobie jakąś absurdalną, krwawą koncepcję wędrówki duszy piastowskiej przez stulecia, żeby pokazać, jacy to jesteśmy ważni i że w planie mistycznym nigdy nie zostaniemy pokonani. Tymczasem pokonani zostaliśmy głównie rękami większości narodowej, która gwizdała sobie na słowiańskie mity i z prac Słowackiego i Mickiewicza nie wzięła nic, bo nie była ich adresatem. A raczej była, ale wyłącznie fantazmatycznym, bo pod strzechami nikt niczego nie czytał, tylko umierał z przepracowania i chorób, czego ani pijaństwo, ani płodzenie dzieci nie mogło uśmierzyć. Lekarstwo, wcale nie symboliczne, ale pragmatyczne, mogło przyjść jedynie z innego poziomu, na jaki – poza Bolesławem Prusem, któremu zależało bardziej na tym, żeby dbano o higienę niż o symbole narodowe – mało kto wskakiwał.

A dziś? Fantazmat wspólnej przeszłości blokuje drogę do znajdowania lepszych rozwiązań społecznych, bo mit nie bardzo się interesuje doskonaleniem ludzkiego życia. Za to każe wierzyć, że dawniej było lepiej, bo byliśmy jedną rodziną. Otóż nigdy taką rodziną nie byliśmy. Chcieliśmy być i musieliśmy, bo inaczej świadomość polskości nigdy by się nie narodziła, ale nie byliśmy, bo cud polskości to także cud kulturowej wielorodzinności. I nie jesteśmy. I może nie będziemy, bo w dzisiejszym świecie poza twardymi nacjonalistami nikt już tak nie myśli. To właśnie jest mit wszystkich mitów w polityce, w polityce polskiej przede wszystkim, która chłepta wystygłą krew przodków: żeby przetrwać, trzeba być jedną rodziną i jednym narodem. Otóż to myślenie – dziś gorączkowo napędzane np. przez egzegetę wieszczów Jarosława Marka Rymkiewicza – jest zgubne, bo mit, w który się wierzy, mit, wokół któ­rego, jak wokół smoleńszczyzny, snują się ludzkie obsesje i fantazmaty, owszem, pozwala pewnej grupie się zjednoczyć, ale jest jednocześnie podstawą wykluczeń i wrogości. Dlatego uważam, że nie ma nic gorszego w polityce niż mit. Twoje wyjaśnienie jest takie: mit jest w porządku, niefajne są jedynie jego wredne użytki. Czy takie myślenie nie przypomina innego: że komunizm jest w porządku, winne wszystkiemu są tylko wypaczenia? Że substancja mitu jest zdrowa, trzeba tylko chore narośla powycinać i wszystko będzie dobrze?

Protestujesz głośno przeciw wykluczeniom, a sam dla swej wygody ustawiasz mnie w narożniku, gdzie możesz mnie okładać. Ty jesteś po stronie jasności, ja ciemnoty i zabobonu. Uprościłeś sobie mnie jako innego, ignorując moje argumenty i stwarzając sobie przeciwnika, którego łatwo pokonać. Ale zobacz, co robisz: zupełnie nie bierzesz pod uwagę tego, co mówię, a co nie pasuje Ci do Twojego obrazu mnie jako jakiegoś fanatycznego miłośnika mitu, rozumianego jako siedlisko wszelkiego kołtuństwa i zła. Ale powiem Ci, że mnie to jest nawet na rękę, bo ujawniasz, nolens volens, nieprzekraczalną dialektykę myślenia: aby była walka, różnice, nawet drobne, trzeba wbrew faktom zradykalizować je i podnieść do rangi nieusuwalnych przeciwieństw, które trwają w morderczym uścisku. I kto tu szuka pola bitewnego? Jeszcze zostałem zgrabnie retorycznie zrównany z głosicielami hasła „komunizm tak – wypaczenia nie”.

Czekaj, czekaj, nie mówię, że to jest moja wizja mitu, tylko opisuję pewną mityczną wersję polityki, która zaczyna znów się odradzać. Ale dlaczego to w ogóle jest możliwe? Bo być może mit jest chory u swych korzeni, a polityka, która na nim buduje swoje uzasadnienia i swoje projekty, czy chce, czy nie chce, musi być polityką fantazmatów, a nie ulepszania ludzkiego życia.

Z jednej strony naprawa opieki zdrowotnej, z drugiej strony Samuel Zborowski. Co wybierasz?

Ja wybieram szpital, w którym nie muszę trzymać nóg na umywalce po bolesnym zabiegu, albo pogotowie, na którym nie leżę w bólu przez całą noc, bo nie wolno prze­rywać snu lekarzowi. Inny przykład? Weźmy mit polskiej gościnności, czyli bezmyślnie powta­rzaną przez wszystkich mantrę (to jest właśnie mit: powtarzana bezmyślnie fikcyjna opowieść) o tym, jak chętnie zapraszamy obcych do stołu. Jak on się ma do lęków PiS-u przed przyjęciem uciekinierów z innych państw? Ano tak, że polska gościnność to mit, który musi ustąpić polityce tożsamości opartej na micie innym, mocniejszym i bardziej pewnej grupie u władzy potrzebnym do rozprawiania się z wrogami. My, Polacy, mamy zdrowy katolicki trzon, który jednak mogą zacząć toczyć choroby (koniecznie choroby) przynoszone przez uchodźców. Dla Kaczyńskiego nie ma różnicy między ZOMO, które stoi tam, i uchodźcami, którzy przychodzą stamtąd. My, prawdziwi Polacy, stoimy tu, gdzie bije serce narodu, które bije tak samo od stuleci, ale bije tylko dla nas i w nas, a kto tego bicia nie słyszy, to w szeju jewo i won.

Tak pracują mity: są narzędziami konfrontacji i wykluczania. I były takie od czasów greckich, bo mity tebańskie, Edyp, Antygona etc., służyły jednej rodzinie do uzasadnienia władzy nad innymi rodami. Literatura, jak mówiliśmy wcześniej, może czynić z mitu różne złożone użytki, może pogłębiać nasze rozumienie tego i owego, może temu albo innemu intelektualiście podszepnąć coś, czego nie wiedział, ale polityka żeruje na mitach bezwstydnie i prostacko. Dlaczego? Bo mity zwalniają od myślenia, nawołując jednocześnie do zbiorowej mobilizacji. I dlatego politycy bez nich byliby bezradni, a Kaczyński i Trump nie wygraliby wyborów. Polska dla Polaków, Ameryka dla Amerykanów, Węgry dla Węgrów – to wszystko są mityczne brednie.

Powtarzam raz jeszcze: według mnie mit w polityce nie stoi tylko po ciemnej stronie – którą barwnie kreślisz – gdzie są Kaczyński, Trump, ksenofobia i faszyzm, ale można go znaleźć u podstaw każdego projektu politycznego. Powtórzę i mam nadzieję, że jednak jakoś się do tego odniesiesz: mit jest u podstaw Europy i Stanów Zjednoczonych, oświecenia i emancypacji itd. Nie musisz się z tym zgadzać, ale podaj argumenty, że jest inaczej, a nie ignoruj, zarzucając mi pośrednio bezmyślność (bo mit prowadzi przecież do bezmyślności). I może Cię rozczaruję, ale też wybiorę dobrą służbę zdrowia, a nie Samuela Zborowskiego. Gdyż ta alternatywa, za pomocą której próbujesz zilustrować różnice pomiędzy nami, jest karykaturą tego napięcia.

Argumenty? Proszę bardzo. Powiadasz, że u podstaw Europy jest mit? Jaki mianowicie (konkretnie, proszę!) i jak ten mit ma się do dzisiejszej sytuacji Europy? Czy mit ten bierze pod uwagę to, jak się Europa zmieniła w ostatnich 50–60 latach? Czy uwzględnia kryzys finansowy połowy kontynentu? Czy dostrzega to, że jedność rasowa Europy uległa zała­maniu? Czy chce przyjąć do wiadomości gwałtownie wzbierającą falę populizmu? Bardzo chętnie się dowiem, co takiego mit, który ma stać u podstaw Europy, ma do powiedzenia o dzisiejszym świecie. Chyba że mówimy o tym, iż mit założycielski Europy to opowieść o gwałcie, przemocy i porwaniu. Mit u podstaw Stanów Zjednoczonych? Jaki? Cośkolwiek wiem o tym, w jakich tarapatach jest Ameryka, która wciąż odwołuje się do myśli Ojców Założycieli i promuje przy wyborach prezydenckich wymyślone przez nich kolegium elektorów.

To moim zdaniem są poważne i rzeczowe argumenty (mam ich całą masę w zanadrzu) na rzecz słabości mitu politycznego w konfrontacji z niemityczną troską o dobro wspólne. Ja nie szukam żadnego „pola bitewnego”, ono tworzy się samo, gdy z jednej strony mamy kogoś, kto uważa – jak Ty – że „mit można znaleźć u podstaw każdego projektu politycznego” i z drugiej – kogoś takiego jak ja, kto uważa, że polityka oparta na myśleniu mitycznym sama się kompromituje. Owszem, można mit znaleźć w przeszłości, do której się odwołujesz, czyli w XVIII i XIX w., kiedy bez mitu nie można się było obejść, bo cała kultura w mitach szukała swojego uzasadnienia, gdyż to one były wspólnym magazynem wyobraźni. Ale dziś, kiedy wyobraźnia jest owładnięta przez zasadę łączliwości (Internet), a nie zasadę rozłączliwości (nacjonalizm)? Kiedy to Google jest V Międzynarodówką (choć także, niestety, V kolumną)? Moim zdaniem, kto dziś w polityce odwołuje się do mitu, ten dowodzi swojej bezradności wobec kompletnie innego świata niż ten, z którym jeszcze niedawno, jakieś 20 lat temu, mieliśmy do czynienia. Łatwiej jest odwołać się do tego, co było (bo wiadomo, co to było, nawet jeśli to był przykry komunizm), niż tego, co nie wiadomo, czym jest.

Tylko że ja nigdy nie twierdziłem, że w polityce i w czymkolwiek ważniejsze jest to, co było. Myślałem, że to mamy już za sobą: mit nie jest o tym, co było. Poprzez mity i mityczny – pozaczasowy, powtórzę – początek starano się zrozumieć, co jest teraz i co będzie.

Robisz ze mnie zwolennika mitu i przestrzegasz przed jego negatywnymi konsekwencjami, jakbym był lekarzem, który zaleca mit jako terapię, strasząc mnie jej skutkami. A ja tylko staram się powiedzieć – w ramach diagnozy, a nie terapii – że moim zdaniem, czy nam się to podoba czy nie, mit jest nieusuwalny z myślenia politycznego, ponieważ każda wspól­nota i jej cele są strukturą wymy­śloną i wyobrażoną, która potrzebuje czegoś – właśnie mitu – do swego uzasadnienia. A ty sprowadzasz mnie do roli kiepskiego terapeuty, wskazując na liczne ofiary metod leczenia.

Przechodząc do konkretu: nawet troska o dobro wspólne nie jest niemityczna, jak twierdzisz, lecz zakłada jakąś enigmatyczną res publica i jakąś społeczność zjednoczoną na tyle (czym: losem, miejscem zamieszkiwania…?), iż musi czuć, że warto podejmować razem pewne działania, w tym pewne wyrzeczenia. Racjonalnie byłoby wytłumaczyć, że np. podatki są korzystne dla każdego członka wspólnoty. Ale przecież tak nie jest. I musimy się odwołać do pewnych idei, które wymykają się zdrowemu rozsądkowi i ściśle pragmatycznemu podejściu. Potrzebny jest mit.

Znów konkretnie: powojenny ład Europy, który wyewoluował w ideę Unii Europejskiej, bierze swoje korzenie ze szlachetnego postanowienia, że można zbudować społeczność międzyna­rodową, w której nie będzie już wojen ze wszystkimi ich okropnościami. To jest piękny i wspaniały mit założycielski.

Można pytać, czy dobrze i skutecznie realizowany, czy możliwy do utrzymania na dłuższą metę itd. Ale trudno kwestionować, że jeden z ważniejszych projektów politycznych nowoczesnego świata zasadza się na micie.

Mówisz o tym mitologicznym myśleniu w polityce jak o czymś przeszłym. Podajesz przykład wieku XVIII i XIX, zarzucając mi tym samym anachronizm. Kto dziś odwołuje się do mitu, twierdzisz, dowodzi swej bezradności. Można podejrzewać, że dziś polityka wolna jest od mitów, poza nielicznymi rezerwatami jakichś politycznych mastodontów, bezradnych i samokompromitujących się. Proste pytanie: jakie to niemityczne projekty wskażesz? Ale tak konkretnie, z uzasadnieniem, dlaczego zrodziły się w sferze pozamitologicznej.

Tyle tu wątków, że trzeba odpowiedzieć nieco obszerniej. Mit jest pozaczasowy, powiadasz? Otóż z tym właśnie się nie zgadzam. Uważna lektura wszystkich pism Mircei Eliadego, który taką koncepcję sprzedał wszystkim zwolennikom mitu, pokazuje, że używał jej w bezpardonowej walce z wszelkimi formami modernizacji. Mit dla Eliadego był rękojmią związku z kosmosem, z pierwotnymi siłami, z pełnią życia, kiedy to jeszcze nie pojawiła się zgubna ludzka jednostkowość i życie postrzegane było jako piękne, dobre i prawdziwe. Mit był dla Eliadego dowodem sakralnego przymierza między człowiekiem i światem, którego zerwanie oznaczało wejście ludzkości na równię pochyłą. W tym sensie początek historii – czyli odrzucenie myślenia mitycznego – tożsamy był dla niego (i całej armii myślicieli konserwatywnych) z nieusuwalną katastrofą. W tle tego przekonania tkwi właśnie mit, czyli – to jeszcze jedna z jego możliwych definicji – fikcyjna opowieść uzasadniająca jakąś ide­ologię. Lecz żeby ideologię uzasadnić – konserwatywną, liberalną, faszystowską, komunistyczną – trzeba wierzyć, że mit, do którego się odwołujemy, jest lepszy niż to, co świat nam proponuje. W przypadku Eliadego in illo tempore nie oznaczało neutralnego bez­czasu, który pomaga zrozumieć teraźniejszość, ale lepszą przeszłość, będącą narzędziem krytyki współczesności. Eliade, o którego mocnym, kilkuletnim epizodzie faszystowskim trzeba zawsze pamiętać (entuzjazm dla Żelaznej Gwardii w Rumunii, dla Salazara w Portugalii), był radykalnie antynowoczesny. Nie dziwi więc, że stał się guru wszystkich hipisów amerykańskich, bo interesowało go, jak zapisał w Dzienniku, „odnajdywanie Czasu sprzed zaistnienia Świata”. Nikt, może poza Jungiem, nie określił tego radykalniej: człowiek zatracił się w świecie i musi w sobie wykrzesać zdolność zawieszania swoich relacji z paskudną rzeczywistością i zanurzać się w pozaświatowym bezczasie archetypów, które rzekomo nas wiążą z kosmosem.

Jakie są tego konsekwencje? Ano takie, że człowieka przestaje świat interesować, przestaje go interesować ulepszanie świata, bo po co to wszystko, skoro i tak lecimy ku zagładzie wyrychtowanej własnymi rękami. Eliade powiadał tak: najpierw żyliśmy w epoce mitologicznej (nie on to odkrył, ale romantycy, a jeszcze przed nimi Vico), potem, krótko, w epoce historycznej, teraz zaś – mówił to w 1960 r. – żyjemy w epoce biologicznej, w której czło­wiek zamienia się w termita albo mrówkę (kolejny antynowoczesny banał). Zamiast więc jakoś starać się konstruować lepsze warunki życia, trzeba raczej myśleć o tym, co było. Bo mit, z samej definicji, był, jest sprawą przeszłości, która może powracać w naszym życiu po to tylko, by to nasze życie na krótko powstrzymać przed zgubą. Jedynie tak można bezczasowość mitu uzasadnić, że był taki moment w historii ludzkości, w którym – jakimś cudem – nie obowiązywała ludzka przemijalność i człowiek żył w zgodzie z całym kosmosem, zanim nie porwał się z głupoty na własne szczęście. Klasyczny mit raju utraconego. Wiara w możliwość powrotu do mitu zakłada nieufność wobec ludzi, jacy są, tu i teraz, w to, że mogą sami zadbać o swoje losy. Wiara w mit zwalnia od społecznej odpowiedzialności, bo niby dlaczego miałbym troszczyć się o swoich sąsiadów, skoro to i tak nic nie da?

Sądzę, że nie da się Eliadego załatwić wypomnieniem mu faszystowskich sympatii. Nie przeczytałem wprawdzie uważnie wszystkich jego pism, więc mogę się mylić, ale wydaje mi się, że ten myśliciel zrobił wiele, by pokazać kontekst, gdzie mit jest u siebie: wtedy gdy staje się scenariuszem rytuału religijnego. Wszystkie inne formy to dla niego odmiany mitu zdegenerowanego, niezależnie od tego, czy sięgają po nie instytucje religijne, politycy czy twórcy kultury. I w tym pierwotnym kontekście mit wskazuje na kosmiczny upadek, ale przecież jest to forma wypowiedzenia podstawowego doświadczenia egzystencjalnego człowieka: nie żyjemy w doskonałym świecie, istnieje zło, ludzie umierają, są choroby, katastrofy, wojny. Przywrócenie ładu, jeśli trzymamy się Eliadego, dokonuje się albo w świętym czasie rytuału, albo w perspektywie eschatologicznej. I przywracanie pierwotnego porządku – jak choćby odkupienie w chrześcijaństwie – jest stwarzaniem nowej rzeczywistości, a nie powrotem starego. Ty upraszczasz to do schematu: „lepsze jest to, co było”, który nazywasz konserwatyzmem, a w gruncie rzeczy chodzi Ci o umiłowanie przeszłych form społeczno-politycznych (co do których zgadzamy się, że były opresyjne, niesprawiedliwe itd.).

Mam wrażenie, że utożsamiasz ze sobą pochopnie dwie rzeczy: milczące założenia każdego działania (presupozycje, przesłanki, przesądy etc.) i mit. Jedno nie jest drugim: mit może stać się przesłanką myślenia, ale nie musi. „Dobro wspólne” nie jest mitem, ale praktyką społeczną, która się zmienia, zależnie od okoliczności, od tego, kto jest jej podmiotem. Mit się nigdy nie zmienia, bo – jak chcesz go definiować – jest pozaczasowy. Mit raju utraconego nie zmienił się ani na jotę od Miltona do Ciorana, choć jeden pisał długi poemat z rymami w XVII-wiecznej Anglii, a drugi tylko krótkie aforyzmy w paryskiej mansardzie po II wojnie światowej. To, czego życie społeczne zmienić nie może, jest dla mnie gorsze niż to, co zmianie – na lepsze – ulec może. Między innymi dlatego, że wszystkie reżimy oparte na mitach traktują je (mit pierwotnej wspólnoty, mit pierwotnego szczęścia, mit upadku, mit wodza etc.) jako nieuchronne i wieczne, jako coś, przeciwko czemu nie wolno się buntować, bo jest poza uchwytem historii i działa jak nowe wcielenie Natury.

Mówisz, że Eliade wiązał mit z rytuałem religijnym? On przede wszystkim uważał, że mit ściśle wiąże się z hierofanią, czyli objawieniem boskości w świeckim życiu. Czy ktoś kiedyś widział Boga troszczącego się o zwiększenie podatków na cele publiczne? Czy idea państwa gwarantującego ze swoich dochodów solidne emerytury dla wszystkich (jak robi to Norwegia dzięki sprzedaży swojej ropy i utworzeniu zręcznie kierowanego funduszu) jest mityczna? Nie, bo zakłada konkretną praktykę społeczną, która nie odwołuje się do żadnego bezczasowego ideału, tylko pokazuje, że mądre państwo – tu i teraz – dba o swoich obywateli. Tak, to jest presupozycja (i to mocna), ale nie mit. Kolosalna różnica. Mityczne jest twierdzenie, że człowiek znajduje się pod wpływem grzechu pierworodnego (i nic nie może na to poradzić), niemityczne natomiast założenie, że można stworzyć takie regulacje prawne, jakie nie zezwolą na wyrzucanie z kraju nieudokumentowanych obywateli, których rodzice nielegalnie w tym kraju się

znaleźli. Mityczny jest każdy nacjonalizm (bo odwołuje się do archaicznego pojęcia narodu jako nieruchomej substancji), niemityczny zaś projekt ubezpieczenia zdrowotnego, który zakłada ubezpieczanie chorób wrodzonych. I nie mów, że nawet te drugie projekty opierają się na mitach, bo to nieprawda. Owszem, opierają się na pewnych założeniach, ale te zało­żenia nie są mityczne, bo wynikają z praktyki społecznej, a nie z „lepszej” przeszłości. Na tym polega fundamentalne zróżnicowanie współczesnych projektów politycznych: albo się wierzy w mity i wtedy nie ogląda na rzeczywistość (bo istnieje lepsze uzasadnienie, pozarzeczywiste), albo nie wierzy w mity i stara się o lepsze regulacje prawne dla upośledzonych, bo innego zbawienia, poza lepszym prawem dla wszystkich, nie będzie. Tym się różni państwo autorytarne od państwa socjalnego. Pierwsze wierzy w mity, drugie je likwiduje.

Ciekawe przeciwstawienie: państwa są albo socjalne, albo autorytarne. Te socjalne są niemityczne, gdyż, jak mówisz, zakładają konkretną praktykę społeczną. Ale czy pojęcie konkretnej praktyki społecznej chroni przed mitem? Zwracam uwagę, że w państwach niesocjalnych (w tym również autorytarnych) też istnieje konkretna praktyka społeczna. I to nie dowodzi ich niemityczności. Rzecz w tym, że wszystkie te praktyki do czegoś się odwołują. Rozróżniasz mit od presupozycji i mówisz, że je mylę. Nie chcę się kłócić o słowa, przypomnę jednak, że w otwarciu tej dyskusji nazwałeś mitem opowieści, ale też slogany i obrazy takie jak przedstawienie uśmiechniętej traktorzystki. Skoro ona jest mitem, to dlaczego idea państwa ludzi równych, sprawiedliwego i tolerancyjnego, realizującego wbrew trendom świata zasady sprawiedliwości społecznej, ma nim nie być? Dla mnie to opowieść o pewnej har­monii, przekraczającej poziom gry interesów, odwołująca się do idei, w które trzeba uwierzyć i je przyjąć, jak dobro wspólne, równość ludzi itd. To, że konkretne regulacje prawne (obecne, zauważ, we wszystkich typach ustrojów) nie odwołują się wprost do tych wizji i opowieści, nie przekreśla ich korzeni. Jeśli więc Ty je nazywasz presupozycjami, a ja mitem, ale chodzi nam o to samo, to chyba spór pomiędzy nami nie jest tak zażarty. Dlaczego jednak nazywam je mitem? Nie dlatego że tęsknię do dawnego, ani nie dlatego że sympatyzuję z konserwatyzmem lub czymś gorszym, co cały czas pośrednio sugerujesz. Robię tak, ponieważ dostrzegam w tych opowieściach podobny schemat. Świat nie jest doskonały, trzeba go zmienić. Zobacz, że filozofia dziejów Jeana-Jacquesa Rousseau i Karola Marksa kreśliła krystalicznie mityczny obraz pierwotnej szczęśliwości, utraconej po pojawieniu się własności prywatnej. Jest więc idea naprawienia świata. Mało tego, zawsze istnieją wrogowie tej naprawczej zmiany – mamy więc walkę. Dla państwa demokratycznego wrogami są przeciwnicy demokracji, a zbiór rozmaitych obrazów i symboli ma ich zohydzić. Dodam dla porządku – choć przykro mi, że muszę to robić, ale nie chcę, byś ubrał mnie znowu w nie moje buty – że jestem za demokracją. Teraz staram się jedynie pokazać podobieństwo pewnego schematu. Mamy przedracjonalną opowieść, mythos, plot, który wstępnie organizuje myślenie o społeczeństwie. W moim przekonaniu szukasz wroga nie tam, gdzie trzeba. To nie mit jest winny, tylko sama istota walki, bez której nie ma polityki. Ta walka może być albo brutalna – i tu mamy państwa autorytarne, albo być konkretną praktyką społeczną, która pokonuje przeszkody na drodze do tego, by ludziom żyło się nieco lepiej. Istotą polityki – każdej – jest spór i agon. I on może być wojną i rzezią, może być debatą lub dyskursem wykluczającym. Ustroje różni stopień wysycenia duchem walki. I mit nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli mity ujawniały napięcie, to nie dlatego, że je wykreowały, tylko starały się nazywać, lepiej lub gorzej, przeczuwane przez ludzi napięcia i konflikty.

Ja w ogóle wroga nie szukam. On sam się znajduje. Gdzie? Tam gdzie symbolika (która jest nieodzowna) wchodzi na miejsce argumentów. Na przykład u Eliadego, który nigdzie nie dał argumentów na rzecz swojej wizji, tylko przyjął za oczywiste, że przedracjonalne zanurzenie w kosmosie jest lepsze od tego, co człowiek sam z siebie wykoncypował. Kiedy Eliade przeżywał na ekskluzywnym kampusie w Chicago epifanie pozaczasowego sacrum, obok niego (w sensie dosłownym: kampus University of Chicago graniczy z gettem zamieszkanym przez czarnoskórych) rozgrywały się społeczne dramaty rasowej i genderowej nierówności. Ale on tego nie widział, bo wpatrzony był w bezczas, który wywiódł z przeszłości, i nie pamiętał także swojego fanatyzmu z późnych lat 30. i wczesnych lat 40. (trzeba zajrzeć do Dziennika Mihaila Sebastiana, by się o tym przekonać), bo przecież historia nie miała dla niego żadnego znaczenia. Takie są konsekwencje uwielbienia sakralnych hierofanii biorących złożoną rze­czywistość społeczną w nawias.

Rozumiem, że cały Uniwersytet Chicagowski pobiegł ochoczo pomagać i walczyć, tylko faszysta Eliade siedział w swoim gabinecie na opustoszałym kampusie i obojętny na zło, wyglądał hierofanii.

Nie biegł, bo cała jego kadra kombinowała, jak właśnie przejąć na rzecz mocnego konserwa­tyzmu rząd amerykańskich dusz. Z grubsza im się to udało, bo uczniowie Leo Straussa i Mil­tona Friedmana objęli następnie najbardziej wpływowe stanowiska w administracji Reagana i reformy społeczne musiały prze­czekać wiele lat, aż do końca epoki neoliberalnej.

Eliade nie dawał argumentów, gdyż jako fenomenolog religii przedstawił setki, jeśli nie tysiące, przykładów, od wierzeń pierwotnych Australijczyków po czasy współczesne, że ludzie w zasadzie wszędzie tak problematyzowali swoją rzeczywistość: że tu i teraz jest sferą upadku, daleką od ideału. Może zatem argumenty winni przedstawiać ci, którzy to odrzucają, przekonani o swej bezbrzeżnej słuszności. Na marginesie, ciekawe i cenne analizy prezentują Theodor Adorno z Maxem Horkheimerem w Dialektyce oświecenia, pokazując, jak nowoczesność, walcząc zaciekle z mitami i wierząc, że je przezwycięża, stwarza nowe mity, cały czas sądząc, że je raz na zawsze przezwyciężyła.

Trudno argumentować przeciwko wierze i epifaniom. Oczywiście Horkheimer i Adorno ofe­rują ciekawe analizy, ale pamiętajmy, że pisali je w czasie II wojny światowej, będąc w Ameryce na wygnaniu, w sytuacji kompletnej frustracji intelektualnej. Twierdzili, że oświecenie w prostej linii prowadzi do Holokaustu, co wcale nie jest takie oczywiste, bo równie dobrze można by dowodzić, że to romantyzm wyprodukował Holokaust. Rzecz jasna, bez symboliki niełatwo działać w sferze publicznej, ale zrobienie z symboli i mitów podstawy polityki prowadzi na manowce. Tak, podałem na początku przykład uśmiechniętej traktorzystki, żeby powiedzieć, że mit przesłania to, jak jest, że jest wizją wyrażającą życzenia władzy – tak by ludzie nie widzieli traktorzystki zapłakanej. Świat nie jest doskonały, oczywiście, ale czym innym jest doszukiwanie się w tej kondycji konsekwencji grzechu pierworodnego (nieważne, czy będzie to pojawienie się własności czy państwa, czy świadomości: przedtem człowiek był szczęśliwszy), a czym innym uznanie, że trzeba pracować na rzecz tej kondycji usunięcia, to zaś niemożliwe jest bez odnalezienia historycznych (a nie mitycznych) powodów zacofania. Pierwsza postawa kończy się pesymizmem: człowiek upadł i nic na to nie poradzimy, więc może nawet lepiej niech zdechnie w męczarniach, bo może coś pięknego się odrodzi. Druga jest optymistyczna (to są owe Better Angels of Our Nature, o których Steven Pinker napisał wielką książkę) i szuka konkretnych rozwiązań: ustaw prawnych, inicjatyw legislacyjnych, zmiany ordynacji wyborczej etc. I tu dochodzę do sedna mojego wywodu: istotą polityki nie jest spór i agon, walka i wojna (o władzę), ale praca na rzecz upodmiotowienia tych, którzy z jakichś powodów zostali opuszczeni przez żyjących wygodniej. Taka praca (zwiększyć podatki, żeby mieć z czego opłacać służbę publiczną, dać kobietom szansę podwyżki, objąć ubezpieczeniem zdrowotnym wszystkich obywateli, znieść nierówność rasową, umożliwić dostęp do powszechnej edukacji finansowanej przez państwo) nie odwołuje się ani do walki o władzę, ani do żadnej mitycznej przeszłości, kiedy było tak wspaniale. I nie proponuje obrazu „har­monii”, jak to nazywasz, ale daje tym, którzy dostali w tyłek, nadzieję na godne życie bez strachu, bez przepracowania, bez upokorzenia, zarówno bez konieczności odwoływania się do mitycznej przeszłości, jak i mitycznej przyszłości.

Powiem inaczej: jeśli uwa­żasz, że istotą polityki jest walka o władzę z jakimś wrogiem, jest to potwierdzenie mitycznej, archa­icznej wizji, od której tak trudno się uwolnić. Tak, owszem, tak to się zaczęło, od wojny gigantów, dzieci Ziemi, z olimpijskimi bogami, ale nie powinno się tak kończyć, bo to jest tragiczne nieporozumienie. I kiedy dziś John McCain, republikański senator z Arizony, bohater wojny wietnamskiej, odrzuca kolejne projekty chybionych ustaw ubezpieczeniowych wysuwanych przez jego własną partię, która nie ustaje w walce z demokratami i musi za wszelką cenę zlikwidować tzw. Obamacare, to robi to właśnie przeciwko wizji polityki jako wojny i domaga się tzw. bipartisan bill, czyli wynegocjowanego wspólnie porozumienia. Mówiąc, że polityka to walka, czy chcesz, czy nie chcesz, wchodzisz w mityczne buty, które, oczywiście, nie są Twoje. Ale też ja ich na Twoje stopy nie wkładam. Nie zgadzamy się nie dlatego, że uważam, iż się mylisz, ale dlatego, że mamy dwie kompletnie odmienne wizje polityki i w konsekwencji – dwie kompletnie różne wizje mitu. Ty w mit wierzysz, ja nie. Taka polaryzacja pozwala nam oglądać „pracę mitu”, jak określił to Hans Blumenberg, z dwóch różnych perspektyw.

No to dwa sprostowania. Po pierwsze, nie mam własnej wizji polityki. Mam tylko wrażenie, że wokół siebie obserwuję nieustanny agon, nawet, jeśli z tego wynikają czasem rzeczy wartościowe dla dobra wspólnego.

Owszem, ale rzecz w tym, żeby ten agon przezwyciężyć na rzecz negocjacji społecznej, a nie żeby ulegać jego potędze.

Ale zatroskany o dobro wspólne polityk, zanim zatroszczy się o potrzebujących, musi najpierw wygrać w swej partii, potem wygrać z partią o przeciwnych poglądach. I wchodzi w dialek­tykę walki, co ma konsekwencje. To jest chyba obserwacja, a nie wizja. I żeby było jasne, zgadzam się z Tobą: chciałbym, by polityka była wspólną pracą nad poprawieniem losu ludzi – co mówię zupełnie serio, szczerze i bez ironii. Uważam tylko, że, niestety, tak nie jest.

Nie jest, bo mity trzymają nas mocno w swych szponach.

Po drugie: to swoją drogą ciekawe, że Ty, zwolennik pokojowej nowoczesności przeciw walczącemu kołtuństwu – które mi cały czas wmawiasz – dążysz do zwarcia. To Ty budujesz opozycje binarne ( fajne, niemityczne państwo socjalne i pozostałe złe państwa mityczne, które oczywiście są autorytarne i w żadnym stopniu nie służą obywatelowi). Deklarujesz, że nie szukasz wroga, ale czy tego chcesz czy nie, uprawiasz myślenie dychotomiczne, które z natury nastawione jest na taką konfrontację.

Jak się dwoje ludzi spotyka, dychotomia jest nie do uniknięcia. Nie są jednym, lecz dwoma. Nie musimy się zgadzać. Mamy jednak dwa wyjścia: albo zaczniemy dyskutować, albo walczyć. Pierwsze jest racjonalne, drugie nie. Pierwsze odwołuje się do argumentu, drugie do przemocy. Mit, jak sądzę, w polityce, i nie tylko, kieruje nas w tę drugą stronę.

I na zakończenie: nie wierzę w mit. Nie wierzę, że zbawia, ocala i że trzeba przywracać pierwotny porządek. Tropię mityczne ślady w naszym współczesnym myśleniu, dostrzegam jego nieusuwalność, ale to nie znaczy, że wierzę w mit. Co więcej, w tej konkretnej dyskusji wszystkie moje wypowiedzi, co do jednej, mógłby napisać zapiekły mitofob, który z niepokojem dostrzega, jak mitem przeżarte jest wszystko wokoło.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter