70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jacek Więckowski

Poleżeć na ziemi

Maluje, rzeźbi, filmuje. Bez kalkulacji i planu. Na szybko, intuicyjnie. Nie stawia granic między środkami wypowiedzi. Natalia Bażowska pyta o miejsce człowieka w cywilizacji sterylności. Dostrzega tęsknoty nowoczesnego społeczeństwa za dzikością. W swoich pracach pragnie znaleźć ekwiwalent ujarzmionej przyrody.

Marta Lisok: Swoje prace pokazywałaś na wystawach w takich miejscach, jak Narodowa Galeria Sztuki Zachęta w Warszawie, Bunkier Sztuki w Krakowie, BWA w Katowicach, na Biennale Młodej Sztuki Rybie Oko w Ustce czy Triennale Młodych w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku. Wygrałaś konkurs Artystyczna Podróż Hestii i Przegląd Sztuki „Świeża krew”. Byłaś również nominowana do Paszportów „Polityki” w 2013 r. Projekty, które realizujesz, trafiają zarówno do kuratorów, jak i odbiorców. Twoja droga do sukcesu w sztuce wymagała wielu poważnych decyzji. Wywodzisz się z rodziny z tradycjami lekarskimi. Jesteś doktorem psychiatrii, jednak zdecydowałaś się odejść od tej profesji na rzecz studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Skąd ta decyzja?

Natalia Bażowska: Możliwość tworzenia fascynowała mnie od dawna, ale kiedy miałam 16 czy 17 lat, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zajmować się czymkolwiek innym niż medycyną – jak cała moja rodzina i znajomi. Większość kolegów i koleżanek z liceum też wybierała ten kierunek studiów. Bycie artystą wizualnym było wtedy dla mnie ulotne i prawie nierealne. Zawsze miałam zdolności manualne, więc rozważałam którąś ze specjalizacji mikrochirurgicznych, asystowałam przy zabiegach jako studentka, potem stażystka. To było bardzo interesujące, ale cały czas miałam wrażenie, że to jeszcze nie to, ciągle czegoś mi brakowało. Medycyna jest pasjonująca z wielu powodów, ale stawia też wiele ograniczeń. Wprowadzane standardy postępowania mają na celu ochronę pacjentów. W sztuce nie ma tak ścisłych reguł, dlatego mogę śmiało powiedzieć, że to ona dała mi wolność wypowiedzi i poruszania dowolnych tematów.

Bardzo dobrze pamiętam moment, kiedy podjęłam decyzję o zmianie zawodu. Dojrzewała ona we mnie dość długo, ale ostatecznie zapadła po jednej bezsennej i celowo samotnie spędzonej nocy. Zadałam sobie wtedy najważniejsze pytania odnośnie do przyszłości i tego, gdzie chciałabym być za 10 lat. Zdecydowałam, że równolegle ze studiami na ASP rozpocznę doktorat w Katedrze Psychiatrii na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Badania, które tam przeprowadzałam, dotyczyły analizy kongenialności przekazów wizualnych, moja rozprawa łączyła dwie dziedziny. Po obronie (byłam wtedy na czwartym roku malarstwa na ASP) przyszedł czas na drugą część decyzji. Pełne zaangażowanie się w medycynę i sztukę jednocześnie było niemożliwe. To bardzo zaborcze dziedziny, nie można w nich działać tylko połowicznie. Postawiłam na sztukę – tworząc, jestem sobą.

 

Czy między dynamiką powstawania dzieła sztuki a rozpracowywaniem mechanizmów podświadomości, którą badałaś w ramach studiów, dostrzegasz punkty wspólne?

Moje badania dotyczyły reakcji fizjologicznych (m.in. akcji serca, ruchów gałek ocznych, ciśnienia) na prezentowany przekaz wizualny, były to reakcje związane z pracą tej części układu nerwowego, który działa odruchowo. Moim zdaniem każdy artysta, nawet stuprocentowy konceptualista, działa w dużym stopniu podświadomie. Począwszy od wybieranych tematów. W każdej pracy zostawiamy część siebie, naszych poglądów, opinii. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był w stanie tworzyć prace zaprzeczając samemu sobie. Zresztą nie miałoby to sensu. Nie jesteśmy też w stanie zupełnie pozbyć się emocji ani wrażeń odnośnie do naszego dzieła.

 

Twoje obrazy przedstawiają samotną kobiecą postać w zgeometryzowanym pejzażu. Bohaterka wspina się na abstrakcyjne formy przypominające skały, pełza po zawieszonych w przestrzeni prostopadłościennych mostach, rzuca się w przestrzeń.

Moja bohaterka potrafi współdziałać z przestrzenią. Jeśli tylko zyska wystarczającą świadomość otoczenia, używa go jak plasteliny, formuje dowolnie i przekształca. Te możliwości rozwijają się w niej przez całe życie, bardziej je odkrywa, niż się ich uczy.

Prace, o których wspominasz, nawiązują do tego, co dla mnie oznacza kobiecość – to forma wewnętrznej siły, z którą się rodzimy.

Przy próbie jej tłumienia lub braku akceptacji może być niszcząca, ale jeśli potrafimy z nią współpracować, słuchamy jej, jest dla nas wsparciem.

 

Jak definiujesz kobiecość?

Problematyczne wydaje się pojęcie kobiecości stworzone na potrzeby patriarchalnego społeczeństwa czy konsumpcyjnego stylu życia. Nie ma ono praktycznie nic wspólnego z prawdziwą kobiecością. Silny wewnętrzny konflikt między sztucznie wykreowanym pojęciem a potrzebami pochodzącymi z naturalnie danych kobiecie możliwości może skończyć się źle, czasami bardzo źle. Stąd bierze się autoagresja, samookaleczenia, samobójstwa. Tu mają też źródła historie o wrogości kobiet względem siebie. Kobiecość rozumiem jako dar, rodzaj wewnętrznej mądrości, intuicji i siły.

 

W Twoich poprzednich seriach obrazów, np. w Pokoju do rozmowy ze zwierzętami czy w Stanie przepływu, często pojawiają się magmowate formy. Malujesz różnego rodzaju ciecze i płyny, niezidentyfikowane, ciągnące się substancje, które łączą postaci na obrazach, wypływają z nich w formie kałuż albo chmur. Często też otaczasz swoich bohaterów strukturami pionowymi, przypominającymi sitowie albo gałęzie. Co znaczą te powtarzające się elementy?

Prace, o których wspominasz, to narracje prowadzone w ramach projektów Stan przepływu i Struktura zmiany. Zajmowałam się w nich stanem zawieszenia, etapem przejściowym pomiędzy tym, co jest teraz, a tym, co za chwilę nastąpi. Interesował mnie moment, w którym przestrzeń dekonstruuje się, aby stworzyć, uformować się w coś nowego. Nie wiemy nigdy do końca, co jest zagrożeniem, a co pomocą. Czy składająca się w nową formę przestrzeń nas ochroni, czy będzie stwarzać niebezpieczeństwo. Ten proces nie ma momentów stałych. Innymi słowy: „Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana” (Heraklit z Efezu). Słowo „teraz” to bardzo abstrakcyjne pojęcie. Wszystko jest w ciągłej zmianie, ruchu. Postacie zostają uchwycone dokładnie w tym momencie. Część konstrukcji pojawia się w wyniku działania bohaterów, część wynika z otaczającej ich przestrzeni. Są dialogiem z wyłaniającym się światem. Przyjmują różną formę w zależności od sytuacji.

 

Mówisz o ciągłych zmianach, logice cyrkulacji i wymiany, przenikaniu się form. Jedna z Twoich prac nosi tytuł Jesteś zrobiona z wiatru i słońca, druga Pokój wiatru. Jakie znaczenie przypisujesz temu żywiołowi?

Wiatr reprezentuje wolność, wyzwolenie, nieograniczone możliwości. To żywioł który może praktycznie wszystko. Moim pracom bardzo blisko do sposobu myślenia Grace Jones w utworze Hurricaine. Artystka porównuje siebie do wiatru, który może być siłą niszczącą, ale może też kreować rzeczywistość.

Pokój wiatru to instalacja angażująca wiele zmysłów. Jej celem jest stworzenie sytuacji, która najlepiej opisuje odczucie wolności, pędu i pragnienia przestrzeni. Podczas silnych podmuchów wiatru często tracimy oddech, a jednocześnie mamy wrażenie, że możemy wszystko. Ten projekt udało mi się zrealizować niedawno w Galerii Rodriguez w Poznaniu. Jedno z pomieszczeń wyłożyłam drobnym piaskiem, zamontowane wentylatory wprawiały powietrze w ruch, powodując podmuchy, a na ścianie był umieszczony zapętlony kadr video z burzy pustynnej, której miałam okazję doświadczyć. Chciałam przenieść odbiorców w ten świat. Obie prace powstały w ramach projektu Stepowa Dusza opowiadającego o silnej potrzebie przemieszczania się, ciągłej wędrówki, poznawania czegoś nowego. Pierwsza jest projektem video, zastosowany w niej dźwięk to naprzemiennie szum wiatru o różnym natężeniu w zależności od filmowanej sceny i wybijane alfabetem Morse’a słowa: „Jesteś zrobiona z wiatru i słońca”. Ta praca jest wizualizacją idei Stepowej Duszy.

To określenie silnej wewnętrznej potrzeby przemieszczania się, odkrywania nowego, jednoczenia się z przestrzenią i wiatrem, chodzenia własnymi drogami. To instynkt, nad którym nie sposób zapanować przez dłuższy czas. Człowiek rodzi się z taką duszą, może ją trochę oswoić, ale nie ma szans jej udomowić.

 

Kolejne podróże są motorem napędowym dla Twoich prac. Bardzo często sięgasz do tych doświadczeń w swoich realizacjach, m.in. w projekcie Mikroświaty. Jaka była jego geneza?

Moje wspomnienia są sklejone w jedno, miejsca i momenty przenikają się na zasadzie skojarzeń tak, że tworzą jeden silny splot. Obiekty nazywane przeze mnie Mikroświatami zostały przygotowane z różnych fragmentów otoczenia przywiezionych z wyjazdów, wypraw: mchów, gałęzi, gleby, piasku, liści. Zawsze przywożę z każdego wyjazdu chociaż jeden fragment zastanej tam przestrzeni. Podobnie jak w muzeach historii naturalnej celebruje się i chroni najbardziej cenne okazy, tak ja zamykam wspomnienia w słojach, chcę je przechować w nienaruszonym stanie dla potomnych.

 

Czy sądzisz, że przyszłe pokolenia nie będą miały bezpośredniego kontaktu z przyrodą w takiej formie, w jakiej Ty jej teraz doświadczasz?

Nie mam pewności, jak będzie wyglądała natura za kilka pokoleń. Poza ewolucją, która powoduje powstawanie jednych, a wymieranie innych gatunków, istnieje bardzo silny wpływ ludzkich działań. Żyjemy w antropogenie – mamy największy w historii Ziemi wpływ na zmiany w naturze.

Natura jest naszym domem, miejscem, z którego wszyscy pochodzimy, daje nam energię. Przynosi ukojenie, pomaga odnaleźć samych siebie. Istnieje jednak duże ryzyko tak silnego nią zafascynowania, że zaczniemy traktować ją sielankowo, zapominając o tym, że potrafi być niebezpieczna.

Natura wymaga szacunku, ale też miłości. Będąc jej częścią i uświadamiając sobie to w pełni, zyskujemy coś więcej niż tylko wewnętrzną harmonię, zyskujemy prawdziwą siłę.

 

Jedna z Twoich prac nosiła tytuł Całe życie w stresie. Co chciałaś przez nią powiedzieć?

Projekt Całe życie w stresie prezentowany w Bunkrze Sztuki w Krakowie zwracał uwagę na różne aspekty odczuwanego stresu. Może być on pozytywny, może też nas paraliżować, ale to dzięki niemu dokonujemy rzeczy pozornie niemożliwych. Potrzebujemy go, musimy się z nim oswoić. Jestem daleka od koloryzowania przyrody i kreowania jej na utracony raj. Nie stawiam na jakąkolwiek skrajną postawę – często przyroda daje nam ukojenie, wytchnienie, możemy się w niej schować, ale równie często walczymy o przetrwanie. Myślę, że natura jest jak partner, przyjaciel – powinniśmy ją szanować, dbać o nią i jej również pozwolić dbać o nas. Jednocześnie musimy pamiętać, że ona także może mieć swoje humory i trudne dni. Celowo personifikuję w tym momencie naturę, ponieważ mam wrażenie, że łatwiej wtedy zrozumieć tę skomplikowaną, ale cenną współzależność. Dwa lata temu zrealizowałam projekt video Intymność dotyczący kontaktu z przestrzenią na podobnej zasadzie, na jakiej wchodzimy w bliską relację z drugim człowiekiem.

 

Mówisz o projekcie, który dokumentował Twoje pobyty w lesie. Czy ludziom brakuje bezpośredniego kontaktu z przyrodą? Czy dotykanie, które jest kluczowe dla Intymności, to próba przełamania dominującej kultury dystansu i mediatyzacji doświadczenia?

Wielkość przestrzeni niezbędnej do uzyskania komfortu rośnie z roku na rok. Coraz bardziej nie lubimy bezpośredniego kontaktu. W przestrzeni publicznej trudno się temu dziwić. Problem zaczyna się w strefie prywatnej, w bliskich relacjach z naszymi partnerami, dziećmi, przyjaciółmi, kiedy unikamy bliskości fizycznej. Przytulenie, głaskanie, dotyk jest mową niewerbalną dającą nam siłę i wsparcie. Dawniej robiliśmy to odruchowo, intuicyjnie.

Dzisiaj, zwłaszcza w kulturze zachodniej, często dochodzi do próby oczyszczenia naszych relacji z dotyku. Myślę, że wiąże się to w dużym stopniu z nadmiarem bodźców, którym jesteśmy notorycznie poddawani, nieustannym strumieniem informacji, dźwięków, nowych kontaktów, zdarzeń.

Próbujemy też zaspokajać nasze społeczne potrzeby poprzez portale społecznościowe, aplikacje telefoniczne lub w innej elektronicznej formie. Jesteśmy na ciągłym głodzie prawdziwych i mocnych relacji, więc zaspokajamy je „fastfoodowymi” kontaktami. Z jednej strony jest to obecnie po prostu normą społeczną i powala nam w pełni funkcjonować w społeczeństwie, z drugiej – powierzchowność kontaktów zawiesza nas w próżni i kiedy naprawdę potrzebujemy bliskości, nie wiemy, jak sobie z tą potrzebą radzić. Często nie tylko nie potrafimy jej zaoferować, ale też przyjąć. Ciągła estetyzacja sposobu życia, w tym nawiązywania relacji, nakłada na nas blokady.

 

Czy zatem dotyk jest remedium na powrót do ciała? Czy powinniśmy być poddawani dotykowym terapiom, które umożliwiłyby nam nawiązanie kontaktu z własną, wypieraną / niechcianą cielesnością niepasującą do tego wyestetyzowanego obrazu świata?

Pełna estetyzacja ciała jest przerażająca, chociażby dlatego że nie ma w niej miejsca na naturalność, bycie sobą. Za jednego z największych winowajców można by uznać stworzony po wojnie w USA system reklamy, który miał napędzać koniunkturę. Oczywiście skończyło się to wielkim kryzysem, ale trend pozostał. Dotyczy to nie tylko kwestii materialnych, ale też konkretnych wymiarów i parametrów ciała. To może stwarzać jedynie blokady. Dotyk współcześnie wykorzystuje się w wielu terapiach, a od tysiącleci używany jest w masażach bazujących na możliwościach samouzdrawiania naszego ciała (chociażby ajurweda). Trzeba tylko zebrać się na odwagę i spróbować którejś z metod. Mądrość ciała jest czymś, co dostajemy niejako „w spadku”, dobrze jest z niej czerpać.

 

Podczas performance’u w Zachęcie mościłaś sobie leże w galerii, na którym później

odpoczywałaś. Jakie były reakcje odbiorców?

Sam performance przyszedł mi do głowy już podczas wicia Leża – uformowanej z mchu, gałęzi, liści i pni struktury. Pomyślałam, że jeśli nie potraktuję go jako swojego legowiska, stanie się tylko martwym rekwizytem. Nie mam doświadczenia z performancem i nie wiedziałam, czy poradzę sobie z presją, która zawsze pojawia się podczas takich działań. Performance jest przecież doświadczeniem dla obu stron – zarówno artysty, jak i odbiorców sztuki. Kiedy jednak weszłam do uwitego legowiska, czas się zatrzymał. Poczułam się całkiem bezpieczna, w pewnym sensie schowana przed przychodzącymi do galerii ludźmi. Odbiorcy traktowali to miejsce i mnie śpiącą w środku z szacunkiem, ściszali głosy, przechodząc obok, szeptali. Starali się zachowywać podobnie jak ludzie zbliżający się do legowiska dzikiego zwierzęcia – chcieli zobaczyć, co się dzieje w środku, ale jednocześnie szanowali mój rewir. Leże idealnie spełniło swoją funkcję.

 

W instalacji Rodzisko odbiorcy również mogli odpoczywać, leżąc.

Rodzisko wypełniające przestrzeń galerii instalacją imitującą wnętrze łona było z założenia miejscem zapewniającym bezpieczeństwo, możliwość ukrycia się przed światem. Pozycja leżąca automatycznie wyzwala w nas takie poczucie. Kiedy pytasz o nią, na myśl przychodzą mi od razu rzymskie uczty, podczas których ludzie biesiadowali na leżąco. Taka pozycja kojarzy nam się z relaksem, bezpieczeństwem, czasami władzą lub siłą. Wiele zwierząt „ucztuje”, leżąc lub polegując. Zwłaszcza drapieżniki. Współczesna cywilizacja zmusiła nas do pozostawiania ciągle w wertykalnej pozycji. Ma to swoje plusy, ale bywa uciążliwe.

 

Często przełamujesz utarte, ugrzecznione schematy zachowania. Wychodzisz ze strefy komfortu. Spacerujesz po lesie boso, przytulasz się do zmurszałych pni, zakopujesz w liściach i gałęziach. Pracujesz z organicznymi materiałami, m.in. kośćmi, skórami zwierzęcymi, zębami, mchem. W projekcie Luna wchodzisz w bliską relację z wilczycą. Jestem ciekawa, jak udało Ci się zdobyć jej zaufanie.

Szczerze mówiąc, zupełnie się o nie nie starałam – po prostu mi na to pozwoliła, a nawet sama zachęcała do bliższego kontaktu. To projekt, któremu praktycznie pozwoliłam „dziać się”. Nie wiedziałam, co może się stać, w jaką stronę to wszystko pójdzie. Może właśnie dlatego tyle się wydarzyło. Luna jako odseparowana od swojego stada miała silną potrzebę bliskości. Ze mną było podobnie i chyba ta zbieżność i zainteresowanie oraz szacunek dla inności drugiej strony wraz z dozą ciekawości pozwoliły nam się zbliżyć.

Odkąd pamiętam, miałam bardzo dobre relacje ze zwierzętami. Często bliskie. Nie jestem przyrodnikiem i wiele rzeczy jest mi trudno wytłumaczyć, nie mam pojęcia, dlaczego się zdarzyły. Czasami relację inicjowało zwierzę, czasami ja, ale zawsze szanowałam ten czas. Myślę, że moje dzieciństwo spędzone w górach, blisko natury, zwierząt zarówno tych leśnych, jak i gospodarskich dało mi możliwość nauczenia się zwierzęcej mowy ciała, ale w moim zachowaniu jest też chyba dużo intuicji.

 

Poszukiwanie stanów dzikości stało się sygnaturą Twoich realizacji. Czy mogłabyś zarzucić ten temat na rzecz np. środowiska miejskiego?

Wiele moich „leśnych prac”, które powstały w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat, to historie, które dojrzewały we mnie długo i musiały znaleźć swoje ujście. Jednak trudno mi rozdzielić miasto od natury z wielu powodów. Te środowiska w wielu kwestiach są lustrzanym odbiciem. Relacje panujące między różnymi gatunkami w lesie są identyczne do tych panujących w mieście. Oczywiście jest inny skład gatunków, przestrzeń wygląda inaczej, ale panują te same prawa. Nie rozdzielałabym tych dwóch światów tak definitywnie.

Nie chcę się ograniczać, jeśli chodzi o tematykę moich prac. Zawsze poruszam tematy dla mnie ważne, trudno mi określić, co będzie za 10 czy 20 lat. Natura jest fascynująca – nie chciałabym zamknąć jej możliwości tylko do jednego typu historii. Interesuje mnie życie w wielu przejawach, ale mam niemalże pewność, że właśnie przyglądając się naturze, jesteśmy w stanie znaleźć odpowiedzi na większość nurtujących nas pytań.

_

Natalia Bażowska – dr psychiatrii, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. Laureatka Stypendium Ministra Kultury oraz konkursów malarskich. Brała udział w wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych. W swoich pracach porusza przede wszystkim kwestie egzystencjalne, obserwuje podobieństwa między światem ludzi i zwierząt.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata