70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oddać stery naturze

Gdyby przywrócić szczytowe drapieżniki na wyżynach i w dzikich częściach Wielkiej Brytanii, mogłyby pomóc w odtworzeniu rozległych lasów; to świetne rozwiązanie na rzecz spowolnienia zmian klimatycznych.

Adam Pluszka: Zacznijmy od podstaw. Czym jest bioróżnorodność?

Dave Goulson: Termin „różnorodność biologiczna” może odnosić się do bogatej, ale niestety zanikającej wielości form życia obecnej w określonym miejscu lub na Ziemi jako całości. Obejmuje również zróżnicowanie genetyczne występujące wśród istot żywych. Do tej pory nazwaliśmy prawie 2 mln gatunków, ale szacuje się, że prawdopodobnie jest ich ponad 10 mln. Wiele z nich zapewne wyginie, zanim uda nam się je skatalogować.

 

Powinno nas to martwić? Ktoś mógłby przecież powiedzieć: „No i co z tego? Nic o nim nie wiedzieliśmy, więc w zasadzie był martwy. A teraz jest martwy naprawdę. Co za różnica?”.

Istnieją co najmniej dwa argumenty przemawiające za tym, by dbać o różnorodność biologiczną. Jeden podsumowuje cytat z amerykańskiego leśnika, działacza ruchu ochrony dzikiej przyrody Aldo Leopolda: „Pierwszym środkiem ostrożności w inteligentnym majsterkowaniu jest zachowanie każdego kółka zębatego i śrubki”. Gatunki, które znikają, mogą okazać się ważne.

Mamy bardzo słabe pojęcie o tym, jak funkcjonują złożone ekosystemy naturalne. Nie wiemy, jakie będą konsekwencje naszych działań, a także utraty poszczególnych gatunków. Nieznany chrząszczyk może być albo ważnym zapylaczem, albo drapieżnikiem, który zjada szkodniki, albo kluczowym roślinożercą, powstrzymującym jakąś roślinę, żeby nie stała się chwastem.

Nieznana roślina może zawierać związki chemiczne, których da się używać jako leku. Bezmyślne wyrzucenie tego wszystkiego jest ryzykowne. Oznacza również, że zamykamy pewne możliwości przyszłym pokoleniom.

To uzasadnienie jest dobre, lecz sprawia mi pewien dyskomfort. Dlaczego wszystko miałoby być oceniane pod kątem użyteczności dla nas? Wolę więc drugi argument: mamy moralny obowiązek opiekowania się naszymi współpodróżnikami na Ziemi niezależnie od tego, czy są użyteczni czy nie. Jeśli okaże się, że nasz nieznany chrząszczyk nic nie robi, z pewnością nie neguje to jego prawa do istnienia. Czy nie możemy cenić go po prostu za to, że jest? To, że umiemy wymazywać gatunki i ekosystemy z powierzchni Ziemi, nie oznacza, że mamy do tego prawo.

 

Robert Alexander Pyron, profesor nadzwyczajny biologii na Uniwersytecie George’a Washingtona, w eseju opublikowanym na łamach „The Washington Post” napisał: „Jedynym powodem, dla którego powinniśmy dbać o różnorodność biologiczną, jesteśmy my sami, a także to, by stworzyć ludziom stabilną przyszłość”.

Cóż, , przynajmniej zgadzamy się, że powinniśmy dbać o bioróżnorodność. Niemniej wygląda to na światopogląd spektakularnie antropocentryczny. Jeśli zaakceptuje się fakt, że różnorodność życia na Ziemi powstała w wyniku ewolucji (a można się spodziewać, że profesor biologii tak właśnie zrobi), ludzie są niczym więcej niż jednym z wielu gatunków. Jakie mamy prawo do likwidowania innych? Weźmy prosty przykład, zresztą doskonale znany: goryle. Nie robią niczego pożytecznego. Nie wnoszą cennych usług do ekosystemu. Nie przyczyniają się w żaden sposób do tego, „by stworzyć ludziom stabilną przyszłość”. Ich ochrona wymaga ponadto cennych zasobów, które można by spożytkować na ludzi. Według Pyrona więc goryl może odejść. A przecież to są świadome, inteligentne istoty. Grają, bawią się, okazują radość, potrafią odczuwać ból i stratę. Czy nie zasługują na przestrzeń na naszej planecie?

Albo inny przykład. Pojawia się obca forma życia, bardziej inteligentna od nas, z dużo lepszą technologią. Zgadzając się z punktem widzenia profesora: Ziemia jest dla tej formy tylko zasobem do wykorzystania, a ludzie niezbyt użyteczni, więc logiczne, że powinna nas zniszczyć. Czy gdyby zaczęła się inwazja, Pyron wyjaśniłby swoim dzieciom, że wszystko jest w porządku, ponieważ ich śmierć utoruje drogę stabilnej przyszłości kosmitów?

 

Pana podejście jest bardzo skromne, jakby Homo sapiens nie był równy innym organizmom na Ziemi, ale – ze względu na swoją inteligencję – stawiał się stopień niżej, oddając pole słabszym i opiekując się nimi. Powszechne jest jednak inne nastawienie, w którym człowiek to korona stworzenia.

Pomysł, że ludzie są koroną stworzenia, ma, jak sądzę, podłoże religijne. Biblia mówi, że Bóg dał nam panowanie „nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”. Nie wierzę w Boga, ale jeśli istnieje, wątpię, czy życzyłby sobie, abyśmy wymazali Jego dzieło. Wyobrażam sobie, że spodziewałby się, że będziemy się nim opiekować. O ile mi wiadomo, ludzie są po prostu gatunkiem małpy o wyjątkowo niszczycielskich skłonnościach.

 

Niektórzy biolodzy twierdzą, że wymieranie jest naturalną częścią ewolucji. Mylą się?

Oczywiście wymieranie miało miejsce zawsze – średnio każdy gatunek przeżywa ok. miliona lat, chociaż bywa że żyje krócej lub dłużej. Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach wskaźniki wyginięcia stu- lub tysiąckrotnie przekraczają średnią historyczną, a w dodatku przyspieszają – wyłącznie z powodu działalności człowieka. Do tej pory miało miejsce pięć masowych wymierań, podczas jednego z nich meteor zmiótł z powierzchni Ziemi dinozaury. Teraz tworzymy własne, szóste masowe wymieranie. Wiarygodne szacunki mówią, że do końca tego wieku zniknie ponad połowa wszystkich gatunków, być może nawet dwie trzecie. Jeśli jednak przestaniemy niszczyć planetę, wszystko za kilka milionów lat wróci do normy. Po erze dinozaurów nadszedł czas gigantycznych ssaków, z których większość wytępiliśmy. Kto wie, co będzie dalej.

 

Łące wysuwa Pan tezę, że wszędzie tam gdzie pojawił się Homo sapiens, megafauna wymarła.

Powszechnie przyjmuje się, że gdy ludzie rozprzestrzeniali się po całym świecie, szybko wybili ogromną liczbę gigantycznych ssaków. Na przykład osiągające wielkość słonia leniwce naziemne Ameryki Środkowej i Południowej, wspaniałe, wolno poruszające się zwierzęta roślinożerne, nagle zniknęły z kontynentu 10 tys. lat temu, czyli wtedy gdy pojawili się tam ludzie. Leniwce na Wyspach Karaibskich przetrwały znacznie dłużej i wymarły 4 tys. lat temu, co dokładnie zbiega się z kolonizacją Karaibów. Mamuty, mastodonty, tygrysy szablozębne, wilki straszne, lwy workowate, wombaty wielkości nosorożca, strzeliste nowozelandzkie moa i wiele innych zostały wybite co do jednego. Te stworzenia nie zdążyły wypracować skutecznej obrony przed hordami ludzkich myśliwych uzbrojonych we włócznie i łuki. Zniknęły również inne gatunki ludzi, od krzepkich neandertalczyków po maleńkich mieszkańców Flores w Indonezji. Można nas porównać do plagi rozprzestrzeniającej się po Ziemi.

 

Powinniśmy mieć więcej ogrodów zoologicznych albo parków narodowych, aby zajmować się zagrożonymi gatunkami?

Jak już mówiłem, naszą planetę zamieszkuje jakieś 10 mln gatunków, więc ogrody zoologiczne mogłyby uratować jedynie niewielki ułamek życia na Ziemi. Potrzebujemy znacznie więcej dużych, odpowiednio chronionych parków narodowych, szczególnie na obszarach o najwyższej bioróżnorodności.

 

Zapewne mówi Pan o miejscach, gdzie rosną najlepsze gatunki drzew pod wyręb i gdzie jest dobra gleba na plantację palm olejowych, których używa się choćby przy produkcji Nutelli.

Istnieje wiele zrównoważonych źródeł drewna i nie ma konieczności wycinania do gołej ziemi dziewiczych lasów deszczowych. Jeśli chodzi o olej, pod plantacje wycięto jak dotąd 27 mln ha lasów tropikalnych. To na pewno więcej niż potrzeba. Poza tym olej palmowy nie należy do najzdrowszych wyrobów spożywczych; jest bogaty w tłuszcze nasycone i stosuje się go głównie w produkcji żywności wysoko przetworzonej oraz w niezdrowych produktach, które przyczyniają się do globalnej epidemii otyłości. Niedawno czytałem, że otyłość i związane z nią problemy zdrowotne, takie jak cukrzyca, kosztują brytyjską gospodarkę 34 mld £ rocznie. Nawet w Indiach, kraju znanym z niedożywienia, żyje obecnie ok. 30 mln otyłych osób. Nie potrzebujemy więcej oleju palmowego.

 

 Czy myśli Pan, że cenimy jedynie te zwierzęta, które są do nas podobne lub które mogą nas w jakiś sposób zaskoczyć?

Jesteśmy wyjątkowo stronniczy w docenianiu natury. Dla ludzi duże, futrzaste lub pierzaste stworzenia, zwłaszcza o ogromnych oczach, są znacznie bardziej urocze niż inne. To nie ma wielkiego sensu.

Nie szanujemy większości owadów, pająków, robaków, stonóg itp. Są zbyt małe i zbyt się od nas różnią, by wzbudzały ciepłe uczucia. Tymczasem spora grupa tych maleństw jest bardzo ważna, często o wiele bardziej niż duże zwierzęta, nad którymi się roztkliwiamy.

 

Dyskusja na temat bioróżnorodności rozpoczęła się w latach 80. XX w. Dlaczego wtedy? Sprawy szybko się pogarszały czy naukowcy zdali sobie sprawę, że różnorodność biologiczna ma kluczowe znaczenie dla środowiska?

Uświadomienie sobie krzywdy, jaką wyrządziliśmy naszej planecie, zajęło nam sporo czasu. Zainteresowanie ochroną zwierząt zaczęło rosnąć dopiero w XX w., gdy stało się jasne, że szybko zwiększająca się populacja ludzi powoduje gwałtowne przyspieszenie niszczenia siedlisk zamieszkanych przez ogromne ilości dzikich zwierząt, w tym tropikalnych lasów deszczowych, a także że całe gatunki wymierają na potęgę. Pojawiły się obawy, że to, co robimy, może naruszać równowagę ekologiczną, że ludzie mogą się stać przyczyną przekroczenia „nośności” Ziemi.

 

Co człowiek powinien zrobić? Ograniczyć rozmnażanie? Nie jeść mięsa albo przestać kupować olej palmowy?

Musimy żyć w sposób zrównoważony – w prawdziwym znaczeniu bardzo niewłaściwie używanego dziś słowa. Gdybyśmy znacznie ograniczyli spożycie mięsa, zwłaszcza czerwonego, bardzo by to pomogło. Zmniejszenie marnotrawstwa żywności również w sporym stopniu przyczyniłoby się do poprawy sytuacji; obecnie wyrzucamy niemal jedną trzecią tego, co wytwarzamy. Powinniśmy także odejść od monokultur przemysłowych, które wymagają używania ogromnych ilości pestycydów i nawozów, i skoncentrować się na mniejszych, bardziej pracochłonnych permakulturach, czyli projektowaniu ekologicznym na wzór ekosystemów naturalnych, i agroleśnictwie z ograniczonym lub zerowym użyciem pestycydów. Systemy te są zaskakująco wydajne, nie wyjaławiają gleby i wspierają znacznie bardziej różnorodność biologiczną niż rozległe pola pszenicy. Jak zmienić dzisiejsze rolnictwo? Albo głosując na polityków, którzy mogliby to zrobić poprzez dotacje i regulacje prawne, albo wymuszając zmiany poprzez nasze wybory podczas codziennych zakupów; żądając lokalnych, zdrowych produktów, pozyskiwanych w sposób, który nie degraduje środowiska.

Oczywiście musimy pamiętać, ile nas jest. Do 2050 r. populacja będzie liczyć 10 mld, czyli na pewno zbyt dużo, aby planeta mogła to wytrzymać w dłuższym terminie. Z pewnością nie da rady, jeśli będziemy żyć tak jak obecnie kraje rozwinięte. W perspektywie długoterminowej Ziemia mogłaby prawdopodobnie zapewnić bardzo przyjemne życie mniej więcej 3 mld ludzi albo takie sobie 6 mld. W związku z tym niepozbawiona sensu byłaby próba zmniejszenia globalnej populacji. Ale w jaki sposób można by zachęcić do tego ludzi bez opresyjnej i drakońskiej polityki, która wywołuje nieszczęścia i niepokoje? To znacznie wykracza poza moją wiedzę i jest czymś, o czym dzisiejsi politycy boją się nawet wspomnieć.

 

Sądzi Pan, że szykuje się jakaś katastrofa?

Stoimy w obliczu apogeum powiązanych ze sobą kryzysów środowiskowych: zmian klimatycznych i ekstremalnych zjawisk pogodowych, wyczerpywania się zasobów wodnych, podnoszących się oceanów, degradacji gleb itd. Może to doprowadzić do stopniowego obniżania poziomu życia większości ludzi lub do bardziej dotkliwych katastrof: masowego głodu, migracji na nieznaną wcześniej skalę, wojen, terroryzmu, rewolucji i upadku społeczeństw. Ale może jesteśmy sprytniejsi, niż mi się wydaje, i jakoś rozwiążemy te problemy, dzięki czemu cywilizacja nie upadnie.

 

Naprawianie jest o wiele trudniejsze niż psucie. W Łące ostrzega Pan – jak niegdyś Rachel Carson w Silent Spring – że pewnego dnia możemy obudzić się w ciszy: nie będziemy słyszeć ani śpiewu ptaków, ani bzyczenia owadów.

Nie jestem optymistą. Myślę, że nasze dzieci odziedziczą zubożały świat. Lecz wszystko, co możemy zrobić, aby temu zapobiec, będzie oznaczać, że stanie się on mniej straszny, niż gdybyśmy nic nie zrobili.

 

Intensywne rolnictwo nie pomaga w zrównoważonym rozwoju. Ludzie zmienili środek owadobójczy DDT stosowany od lat 40. do 60. XX w. na powodujące np. masowe wymieranie pszczół neonikotynoidy. Być może nie jest to ostatnia trucizna z opóźnionym zapłonem.

Zapominamy i nie uczymy się na błędach, dlatego jesteśmy skazani na nieustanne ich powtarzanie. Wciąż wprowadzamy nowe chemikalia, za każdym razem przekonani, że teraz są bezpieczne, i przyznajemy, że stare nie były. Związki chloroorganiczne, estry fosforanowe, neonikotynoidy… Na rynek trafiają obecnie zupełnie nowe chemikalia. Przypuszczam, że za 20 lat naukowcy i obrońcy przyrody będą się domagać, aby ich zakazano. Oczywiście jesteśmy teraz również narażeni na dziesiątki tysięcy innych substancji chemicznych, które są we wszystkim: od kosmetyków, przez tworzywa sztuczne, aż po produkty czyszczące, a większość z nich nigdy nie została poddana odpowiednim testom bezpieczeństwa.

 

To chciwość i cynizm czy nieświadomość?

Koniec końców, uważam, że wszyscy jesteśmy samolubni – najpierw dbamy o własne potrzeby i potrzeby naszej rodziny, a na drugim miejscu znajduje się dobro innych lub naszej planety. Ta strategia kiedyś przynosiła ludziom korzyści. Mimo że jesteśmy inteligentni, nie wydaje się, żeby nasze mózgi były dobrze przystosowane do myślenia długoterminowego lub na dużą skalę. Nasi przodkowie zajmujący się myślistwem i zbieractwem nie musieli snuć dalekich planów ani martwić się tym, co się dzieje w odległych krajach. Nie za wiele zmieniło się od tamtych czasów. Dlatego większość ludzi żyje dziś w swoich małych bańkach, pracując, oglądając telewizję, wychowując dzieci, kupując pakowane próżniowo i przetworzone produkty spożywcze w supermarkecie. Słyszeli o sprawach takich jak zmiany klimatyczne, ale tak naprawdę się nimi nie martwią i nie uważają, żeby ich dotyczyły.

 

Widać dziś także tendencję do utrzymywania wszystkiego w czystości – grabienie trawników i parków, usuwanie zwalonych drzew w lasach miejskich lub niedawne wycinanie pierwotnego lasu w Białowieży pod przykrywką walki z kornikiem drukarzem. 

Wydaje mi się, że umiłowanie porządku to wrodzona cecha ludzi, którzy lubią także narzucać go naturze.

Martwe drzewa uważa się za brzydkie lub niebezpieczne, więc są one ścinane i palone. Lubimy równiuteńko przystrzyżone trawniki, spryskujemy je środkami przeciwko mchom i owadom, nawozimy, prześladujemy też krety, jeśli mają czelność zrobić na nich kopiec.

Spryskujemy ścieżki i chodniki środkami chwastobójczymi, żeby zapobiec kwitnieniu mniszka lekarskiego. Oczywiście nasza skłonność do porządku jest kolejną składową szkód wyrządzanych środowisku. Martwe drzewa są naturalnym domem dla miriadów organizmów: chrząszczy żywiących się drewnem, ciem, pszczół i os, dzięciołów i sów. Nasze sterylne, nowoczesne trawniki są smutną parodią wspaniałych łąk kwietnych, które pokrywały większą część Europy i tętniły życiem. Wspomniane mniszki, gdyby nie zostały spryskane, mogłyby dostarczyć pokarmu pszczołom i motylom

 

Dlatego właśnie zdecydował się Pan kupić kawałek ziemi we Francji?

Łąka kwietna we Francji to moja próba przywrócenia naturze małego zakątka ziemi. Do 2002 r. było to tradycyjne pole uprawne i niewiele na nim rosło. Teraz żyje tu sporo kwiatów, pszczół, ptaków i motyli. Moim celem jest wspieranie jak najszerszej gamy dzikiego życia. Wspaniale było patrzeć, jak pojawiają się coraz to nowe gatunki kwiatów i owadów. Kto wie, co będzie dalej? Oglądanie, jak z roku na rok łąka powolutku się zmienia, jest niezwykle ekscytujące. Nie mam bardziej sprecyzowanego celu niż ten. Chcę, żeby natura przejęła stery.

 

Pana sąsiedzi nie patrzą na to ze zdziwieniem? Całe te hektary i nic poza skołtunioną trawą?

Nie sądzę, żeby moi francuscy sąsiedzi rozumieli, co próbuję zrobić, a moja fatalna znajomość francuskiego w tym nie pomaga. Jeden miejscowy rolnik co roku kosi mi w kilku miejscach trawę i używa siana do karmienia swoich kóz, więc ziemia jest nadal nieco produktywna.

 

Bliskość mieszkańców łąki sprawia, że czuje Pan głębszy kontakt z naturą?

Zawsze czułem z nią ścisły związek. Jednak siadanie na swojej łące jest dla mnie wyjątkowe. Słuchanie owadów, które brzęczą, cykają i buczą, obserwowanie wielu rodzajów kwiatów i motyli, trele skowronków i kukanie kukułek, wąchanie ziół… Czuję wtedy prawdziwy spokój. Jestem w domu.

 

Próbował Pan reintrodukować traszki na swojej łące. Czy przywrócenie niektórych gatunków w miejsca, z których zniknęły, to dobry pomysł? W parku Yellowstone udało się z wilkami.  Słyszałem jednak o reintrodukcji w Wielkiej Brytanii wilków (wybitych w 1680 r.) i niedźwiedzi (w 1000 r.).

Próbowałem odtworzyć siedlisko traszek, ale żadnej tam nie przywiozłem. Mam nadzieję, że same się pojawią. Chciałbym zobaczyć wilki i niedźwiedzie w Wielkiej Brytanii, chociaż być może ktoś powie, że jestem niepoważny. Myślę, że jest miejsce na duże projekty „udziczania” niektórych bardziej odległych części Wielkiej Brytanii, które nie są wydajne pod względem produkcji żywności i gdzie mieszka niewiele osób. Gdyby przywrócić szczytowe drapieżniki na wyżynach i w dzikich częściach kraju, mogłyby świetnie dać sobie radę i samą swoja obecnością pomóc odbudować rozległe lasy; to świetne rozwiązanie na rzecz spowolnienia zmian klimatycznych oraz zapobiegania powodziom. Taki obszar sprzyjałby również aktywności na świeżym powietrzu i turystyce.

 

A także polowaniom. Lucy Jones w książce Foxes Unearthed bardzo obrazowo opisuje, jak szaleństwo polowań zmieniło krajobraz Wielkiej Brytanii: wycięto ogromne połacie lasów, żeby łatwiej goniło się konno lisy. Sam ścierał się Pan z francuskimi myśliwymi, prawda?

Tak, spadł na mnie grad śrutu, wystrzelony przez nieostrożną francuską myśliwą – akurat naprawiałem dach swojej chatki, kiedy z krzaków wzbiła się w powietrze kuropatwa, a ja znalazłem się na linii strzału. Strasznie się wściekłem i starałem się wyrazić po francusku swoje oburzenie, ona raz po raz wzruszała ramionami, najwyraźniej nie rozumiejąc mojego gniewu. Francuzi uwielbiają polować, podobnie jak niektórzy bogaci Amerykanie, którzy jadą do Afryki, żeby strzelać do żyraf i lwów. W południowej Europie, szczególnie na Malcie i Cyprze, polowania na ptaki migrujące mają ogromny wpływ na ich populacje. Każdego roku dziesiątki tysięcy ptaków ginie w imię czyjejś zabawy lub dostarczania wykwintnym restauracjom maleńkich przysmaków. To jest nieprzyzwoite i musi się skończyć. Na świecie jest zbyt wiele osób, którym się wydaje, że mogą „dla sportu” strzelać do wszystkiego, na co mają ochotę.

 

Myśliwi często mówią, że utrzymują równowagę w naturze, wdrażają „zespół planowanych czynności mających na celu racjonalne gospodarowanie zwierzyną” i angażują się w „ochronę środowiska naturalnego”. Brzmi, jakby byli całkiem w porządku. 

Absolutna bzdura. To tylko ludzie próbujący usprawiedliwić zaspokajanie żądzy krwi. Istnieją rzadkie przypadki, gdy liczba roślinożerców, takich jak jelenie, może wymagać kontroli, i nie mam problemu z prawdziwie zrównoważonym podejściem, aby zapewnić danej grupie odpowiednią ilość pożywienia. Lecz powinniśmy pamiętać, że jest jeden powód, przez który roślinożerców bywa czasami zbyt dużo: myśliwi wystrzelali szczytowe drapieżniki.

 

Walczył Pan kiedyś z myśliwymi? Przewracał im ambony?

Nigdy nie próbowałem aktywnie ich powstrzymywać, umieszczałem jedynie na mojej francuskiej łące znaki „zakaz polowania”, które podziurawili kulami lokalni myśliwi.

 

Jest takie stare powiedzenie: żeby zapanował pokój na Ziemi, wszyscy ludzie musieliby zniknąć. Gdyby miał Pan sobie wyobrazić idealny świat – jak by wyglądał?

Wyobrażam sobie świat z ok. 3 mld ludzi, stabilną populację żyjącą w sposób zrównoważony, gdzie rządy nie dążą bez końca do wzrostu gospodarczego, ludzie są zadowoleni z tego, co mają, i nie oczekują, że ich dzieci będą miały więcej. W tym świecie można by zostawić duże obszary przyrodzie, skończyłaby się utrata bioróżnorodności, a o zmianach klimatycznych i zanieczyszczeniu środowiska dzieci uczyłyby się ku przestrodze na lekcjach historii. Nie wiem, czy jesteśmy zdolni do zbudowania takiego świata, ale to miłe marzenie.

 

Dave Goulson 

Brytyjski biolog, działacz ruchu na rzecz ochrony przyrody i profesor biologii (zajmuje się ewolucją, zachowaniem zwierząt i środowiskiem) na Uniwersytecie Sussex. Specjalizuje się w ekologii i ochronie trzmieli. W Polsce ukazały się jego dwie książki: Żądła rządzą oraz Łąka


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter