70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oddać stery naturze

Gdyby przywrócić szczytowe drapieżniki na wyżynach i w dzikich częściach Wielkiej Brytanii, mogłyby pomóc w odtworzeniu rozległych lasów; to świetne rozwiązanie na rzecz spowolnienia zmian klimatycznych.

Adam Pluszka: Zacznijmy od podstaw. Czym jest bioróżnorodność?

Dave Goulson: Termin „różnorodność biologiczna” może odnosić się do bogatej, ale niestety zanikającej wielości form życia obecnej w określonym miejscu lub na Ziemi jako całości. Obejmuje również zróżnicowanie genetyczne występujące wśród istot żywych. Do tej pory nazwaliśmy prawie 2 mln gatunków, ale szacuje się, że prawdopodobnie jest ich ponad 10 mln. Wiele z nich zapewne wyginie, zanim uda nam się je skatalogować.

 

Powinno nas to martwić? Ktoś mógłby przecież powiedzieć: „No i co z tego? Nic o nim nie wiedzieliśmy, więc w zasadzie był martwy. A teraz jest martwy naprawdę. Co za różnica?”.

Istnieją co najmniej dwa argumenty przemawiające za tym, by dbać o różnorodność biologiczną. Jeden podsumowuje cytat z amerykańskiego leśnika, działacza ruchu ochrony dzikiej przyrody Aldo Leopolda: „Pierwszym środkiem ostrożności w inteligentnym majsterkowaniu jest zachowanie każdego kółka zębatego i śrubki”. Gatunki, które znikają, mogą okazać się ważne.

Mamy bardzo słabe pojęcie o tym, jak funkcjonują złożone ekosystemy naturalne. Nie wiemy, jakie będą konsekwencje naszych działań, a także utraty poszczególnych gatunków. Nieznany chrząszczyk może być albo ważnym zapylaczem, albo drapieżnikiem, który zjada szkodniki, albo kluczowym roślinożercą, powstrzymującym jakąś roślinę, żeby nie stała się chwastem.

Nieznana roślina może zawierać związki chemiczne, których da się używać jako leku. Bezmyślne wyrzucenie tego wszystkiego jest ryzykowne. Oznacza również, że zamykamy pewne możliwości przyszłym pokoleniom.

To uzasadnienie jest dobre, lecz sprawia mi pewien dyskomfort. Dlaczego wszystko miałoby być oceniane pod kątem użyteczności dla nas? Wolę więc drugi argument: mamy moralny obowiązek opiekowania się naszymi współpodróżnikami na Ziemi niezależnie od tego, czy są użyteczni czy nie. Jeśli okaże się, że nasz nieznany chrząszczyk nic nie robi, z pewnością nie neguje to jego prawa do istnienia. Czy nie możemy cenić go po prostu za to, że jest? To, że umiemy wymazywać gatunki i ekosystemy z powierzchni Ziemi, nie oznacza, że mamy do tego prawo.

 

Robert Alexander Pyron, profesor nadzwyczajny biologii na Uniwersytecie George’a Washingtona, w eseju opublikowanym na łamach „The Washington Post” napisał: „Jedynym powodem, dla którego powinniśmy dbać o różnorodność biologiczną, jesteśmy my sami, a także to, by stworzyć ludziom stabilną przyszłość”.

Cóż, , przynajmniej zgadzamy się, że powinniśmy dbać o bioróżnorodność. Niemniej wygląda to na światopogląd spektakularnie antropocentryczny. Jeśli zaakceptuje się fakt, że różnorodność życia na Ziemi powstała w wyniku ewolucji (a można się spodziewać, że profesor biologii tak właśnie zrobi), ludzie są niczym więcej niż jednym z wielu gatunków. Jakie mamy prawo do likwidowania innych? Weźmy prosty przykład, zresztą doskonale znany: goryle. Nie robią niczego pożytecznego. Nie wnoszą cennych usług do ekosystemu. Nie przyczyniają się w żaden sposób do tego, „by stworzyć ludziom stabilną przyszłość”. Ich ochrona wymaga ponadto cennych zasobów, które można by spożytkować na ludzi. Według Pyrona więc goryl może odejść. A przecież to są świadome, inteligentne istoty. Grają, bawią się, okazują radość, potrafią odczuwać ból i stratę. Czy nie zasługują na przestrzeń na naszej planecie?

Albo inny przykład. Pojawia się obca forma życia, bardziej inteligentna od nas, z dużo lepszą technologią. Zgadzając się z punktem widzenia profesora: Ziemia jest dla tej formy tylko zasobem do wykorzystania, a ludzie niezbyt użyteczni, więc logiczne, że powinna nas zniszczyć. Czy gdyby zaczęła się inwazja, Pyron wyjaśniłby swoim dzieciom, że wszystko jest w porządku, ponieważ ich śmierć utoruje drogę stabilnej przyszłości kosmitów?

 

Pana podejście jest bardzo skromne, jakby Homo sapiens nie był równy innym organizmom na Ziemi, ale – ze względu na swoją inteligencję – stawiał się stopień niżej, oddając pole słabszym i opiekując się nimi. Powszechne jest jednak inne nastawienie, w którym człowiek to korona stworzenia.

Pomysł, że ludzie są koroną stworzenia, ma, jak sądzę, podłoże religijne. Biblia mówi, że Bóg dał nam panowanie „nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”. Nie wierzę w Boga, ale jeśli istnieje, wątpię, czy życzyłby sobie, abyśmy wymazali Jego dzieło. Wyobrażam sobie, że spodziewałby się, że będziemy się nim opiekować. O ile mi wiadomo, ludzie są po prostu gatunkiem małpy o wyjątkowo niszczycielskich skłonnościach.

 

Niektórzy biolodzy twierdzą, że wymieranie jest naturalną częścią ewolucji. Mylą się?

Oczywiście wymieranie miało miejsce zawsze – średnio każdy gatunek przeżywa ok. miliona lat, chociaż bywa że żyje krócej lub dłużej. Problem polega na tym, że w dzisiejszych czasach wskaźniki wyginięcia stu- lub tysiąckrotnie przekraczają średnią historyczną, a w dodatku przyspieszają – wyłącznie z powodu działalności człowieka. Do tej pory miało miejsce pięć masowych wymierań, podczas jednego z nich meteor zmiótł z powierzchni Ziemi dinozaury. Teraz tworzymy własne, szóste masowe wymieranie. Wiarygodne szacunki mówią, że do końca tego wieku zniknie ponad połowa wszystkich gatunków, być może nawet dwie trzecie. Jeśli jednak przestaniemy niszczyć planetę, wszystko za kilka milionów lat wróci do normy.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter