70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ilustracja: Biodiversity Libray

O czym szumi łąka

Pierwszy punkt tworzenia ziołowych mikstur jest zawsze taki sam: ruszaj do lasu, na łąki, w naturę. I zbieraj. Od tego wszystko się zaczyna…

Łąka jest jak nałóg. Nadchodzi taki dzień, że nagle zaczynasz zadawać sobie pytania: jak długo trwa przemiana pąka kwiatowego mniszka pospolitego w nasiona? Ile dokładnie dni kwitnie dzwonek rozpierzchły? I wtedy czujesz, że już przepadłaś, że łąka cię woła. Na tym etapie zaczynasz widzieć, że nie da się jej zrozumieć wyłącznie poprzez wertowanie przewodników do oznaczania gatunków ani czytanie botanicznych ksiąg. Patrząc na łąkę wyłącznie przez pryzmat nauki, bez emocji, nigdy nie poczujesz z nią więzi. A bez miłości nie będziesz jej szanować ani chronić.

Świat łąki można poznawać poprzez bogactwo kształtów, których nawet nie sposób spamiętać. Poprzez obfitość kolorów – przypomina ona bowiem patchwork, każdego dnia dziergany od nowa. Zimą przeważają szarości, brązy i żółcie. Potem zdarza się cud. Nadchodzi czas, kiedy łąka zamienia się w kolorowy kobierzec.

A zapach? Czy wiesz, że całkiem inaczej pachnie łąka o świcie, gdy wyłania się zza ściany mgły, zwilżona rosą, niż w środku dnia, w samo południe, kiedy rośliny omdlewają od gorąca, pochylając się ku ziemi? A zapach łąki po ciepłym deszczu? Całkiem odmienny, jakby ziemny, a jednak tak świeży, że mimowolnie zaczynasz oddychać głębiej. A smak? Czy łąka ma smak? Przejdź obok kwitnących mniszków, strząśnij na palec odrobinę ich złotego pyłku i skosztuj trochę. Podczas wizyty na łące nadstaw też ucha. Gdzieś pomiędzy świergotem skowronka, przeciągłym, tęsknym nawoływaniem żurawi, radosnym brzęczeniem pszczół i innych dzikich zapylaczy spróbujmy usłyszeć, o czym szumią łąkowe rośliny.

 

Achillesowe ziele i krewka Matki Bożej

Tuż przy skraju drogi wita mnie krwawnik pospolity (Achillea millefolium L.). Zna go chyba każdy, przynajmniej z widzenia. Rośnie niemal wszędzie. Można spotkać go nie tylko na łąkach, ale również na pastwiskach i tzw. nieużytkach. Dorastająca nawet do 80 cm wysokości sztywna łodyga zdobna jest w podwójnie lub potrójnie pierzastosieczne liście przypominające ptasie piórka. Szczyt pędu wieńczą zebrane w płaskie baldachogrono białe lub bladoróżowe koszyczki kwiatowe. Już w samej nazwie rośliny wybrzmiewa podpowiedź, czego można się po niej spodziewać. Świeży krwawnik posiada moc tamowania krwawień. To pierwsza skuteczna pomoc, po którą możesz sięgnąć, jeśli skaleczysz się nieopatrznie podczas wędrówki. Aby powstrzymać sączącą się z rany krew, wystarczy zerwać parę listków, rozetrzeć je lub chwilę przeżuć w ustach, i już masz gotowy opatrunek

Krwawnik niejedno ma imię. W zależności od regionu nazywa się go m.in. tysiąclistem, stolistem, pokrętnikiem, drętwikiem, krowewnikiem, a nawet śmietanką. Ta ostatnia nazwa to pokłosie wiary, że okadzane jego dymem krowy odwdzięczą się mlekiem tłustym i treściwym. Zabieg ten spełniał jeszcze inną funkcję – chronił je przed odebraniem mleka przez czarownice, przed złym spojrzeniem.

Pierwszy człon łacińskiej nazwy – achillea – krwawnik zawdzięcza samemu bohaterowi wojny trojańskiej Achillesowi, który miał go używać do leczenia ran swoich towarzyszy. Natomiast nazwa millefolium, „tysiąc liści”, nawiązuje do drobno rozczłonkowanych liści.

Bogaty w olejki eteryczne krwawnik ma intensywny, korzenny zapach, nie do pomylenia z żadną inną rośliną. I gorzkawy, ale jednak dziwnie przyjemny, smak. Jego młode, skupione w gęstą rozetkę listki, niepewnie wychylające się z ziemi, należą – obok soczystych listków mniszka, pokrzywy i gwiazdnicy – do grona pierwszych dzikich nowalijek. Są doskonałym składnikiem do wiosennej kuracji uzupełniającej wszelkie niedobory witamin i mikroelementów. Drobno posiekane liście krwawnika można dodawać do sałatek, zup, na kanapki lub jeść zerwane prosto z łąki. Świeżych, posiekanych liści nie skąpiono dawniej na wsi gąskom, kaczkom, indykom i kurczakom w pierwszych dniach życia. W pewnych regionach istniało nawet przeświadczenie, że indyki nie wychowają się bez krwawnika. Badania potwierdziły również, że jest on naturalnym środkiem przeciw pasożytom. Jego lecznicze właściwości znano już w starożytności. Pisali o nich m.in. Hipokrates, Dioskurydes, Pliniusz Starszy. Nie omieszkała o nich wspomnieć także św. Hildegarda z Bingen. Z ziela krwawnika sporządzano dawniej napary, macerowano je w winie lub occie. Korzeń palono, a powstały w ten sposób cenny popiół mieszano z wodą i podawano do picia. Jego suszone i zmielone liście zażywano podobnie jak tabakę, co miało przynieść ulgę w bólach głowy. Jeśli pragniesz zebrać krwawnik do ziołowej apteczki, wybierz się po niego w początkach kwitnienia, czyli w lipcu. Możesz zebrać same kwiaty albo ścinać całe ziele. Roślina działa przeciwzapalnie i odkażająco. Stosuje się ją w dolegliwościach układu pokarmowego jako lek żółciotwórczy, żółciopędny, rozkurczający, zwiększający wydzielanie soków trawiennych i zaostrzający apetyt. Po aromatyczny napar z krwawnika warto sięgnąć przy niestrawności, bólach brzucha, skurczach jelit, wzdęciach, braku apetytu. Krwawnik to prawdziwy sprzymierzeniec kobiet. Będzie pomocny przy bolesnych i nieregularnych krwawieniach miesiączkowych. Równie dobrze sprawdzi się przy zapaleniu spojówek, łojotoku, trądziku i czyrakach.

Dwa kroki od krwawnikowej kępy kwitnie gromada dziurawców. Już z daleka widać, że lubią swoje towarzystwo. Rzadko rosną samotnie. Mają mieniące się w słońcu żółte, nakrapiane brunatnymi plamkami (zbiorniczkami hyperycynowymi) kwiaty, złociste tam, gdzie dotyka ich światło. Dziurawiec zwyczajny (Hypericum perforatum L.) to dziecko słońca, uwielbia wygrzewać się w jego ciepłych promieniach. I nie dajcie się zwieść jego nazwie. Wcale taki zwyczajny nie jest. Z mało którą rośliną wiąże się taka obfitość przesądów i opowieści.

Zerwij jeden listek i spójrz na niego pod słońce. Ujrzysz liczne, drobne, prześwitujące kropeczki. To nie dziurki jednak, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Te jasne punkciki to zbiorniki olejku eterycznego. I teraz już wiadomo, skąd wzięła się swojsko brzmiąca nazwa „dziurawiec”. Ta charakterystyczna cecha została ujęta także w określeniu łacińskim. Perforatum to nic innego jak po prostu dziurawy.

Dawniej wierzono, że sam diabeł, kierowany niepozwalającą mu spocząć niechęcią, z godnym pozazdroszczenia uporem wbija szpilki w dziurawcowe liście. Widzi w nim bowiem swojego zapiekłego wroga. To właśnie ta roślina miała moc chronienia ludzi przed czarami, urokami i diabelskimi zakusami. Bukiet dziurawców zawieszony w oknie, miał strzec domostwa przed uderzeniem piorunów, a okadzanie jego dymem stanowiło panaceum na wszelkie nieszczęścia. Nazywano go nawet fuga daemonum, dosłownie: ucieczka demonów. Noszony przez kobiety miał ustrzec je przed gwałtem. Włożony pod poduszkę położnicy, zapewniał bezpieczny poród, a zawieszony na szyi noworodka, chronił przed lichem.

Rośliny w tradycji ludowej mają wiele imion, a dziurawiec może się w tym zakresie pochwalić wyjątkowym bogactwem. Zgłębiając nazwy potoczne i gwarowe roślin, jednocześnie odkrywasz ich sekrety. Bo jeśli słyszysz „krewka Matki Boskiej”, „krew Chrystusa” czy „Boża męka”, zaczynasz drążyć sprawę. I odkrywasz, że gdy tylko rozetrzesz w palcach balsamiczne kwiaty dziurawca, ich żółć wnet zabarwi się czerwienią. Inna nazwa rośliny to „świętojańskie ziele”, „ziele św. Jana”. Nie dość, że właśnie w tym czasie zakwitała, to jeszcze była nieodzownym towarzyszem sobótkowych zabaw. Pleciono z niej wianki, wrzucano je do ognia, a z ilości i intensywności zabarwienia jej czerwonego soku wróżono. Zwana była również krzyżowym zielem, ze względu na moc uśmierzania bólów w krzyżu. I jeszcze postrzelonem, przestrzelonem z racji jej „dziurawych” liści.

Dziurawiec jako lek ma bardzo długi rodowód sięgający starożytności. Ziele ścina się na początku kwitnienia, mniej więcej w połowie jego wysokości, pozostawiając zdrewniałe części. Jeśli pogoda okaże się łaskawa, pod koniec lata można liczyć na jeszcze jeden zbiór. Stosowany w formie naparu, jest doskonałym środkiem żółciopędnym, pobudzającym trawienie, poprawiającym pracę wątroby i trzustki. Jeśli ma przynieść ulgę w stanach niepokoju, nasilonego stresu lub obniżonego nastroju, musisz sięgnąć po nalewkę. W pracowni zielarskiej nie może zabraknąć spirytualiów. Większość substancji czynnych ziół, w tym odpowiedzialne za działanie przeciwdepresyjne dziurawca hyperycyna i hyperforyna, doskonale rozpuszczają się właśnie w alkoholu. Nalewki są mocno skoncentrowaną formą leku roślinnego. Można je przechowywać nawet kilka lat. Bez uszczerbku dla ich leczniczych mocy.

U mojej babci Stanisławy każdego lata na parapecie okna połyskiwały złotem słoiki z olejem dziurawcowym. Przez parę tygodni wygrzewały się leniwie na słońcu niczym koty. Żółte aromatyczne kwiaty oddawały do oleju to, co w nich najcenniejsze. Z każdym dniem olej stawał się coraz bardziej czerwony. Babciny oleum rubrum był lekiem na całe zło. Smarowała nim nasze stłuczone kolana i wszelkie zadrapania – pamiątki podwórkowych przygód. Podczas stosowania dziurawca należy unikać słońca, ponieważ ma właściwości fotouczulające. Z tego powodu w niektórych regionach przylgnęła do niego nawet nazwa „zwierzobój”, gdyż stanowił zagrożenie dla jedzących go zwierząt, szczególnie tych o jasnej sierści.

Ale mój wzrok już przyciągają kusząco duże kwiatostany jastruna właściwego (Leucanthemum vulgare Lam.), zwanego potocznie margaretką. Przez moment walczę z nieodpartą pokusą ścięcia go, związania mocnym źdźbłem trawy w bukiet i zabrania do domu.

Lepiej jednak niech zostanie tu, gdzie jego miejsce. Ku uciesze zapuszczających się na łąki wędrowców. Parę kroków dalej świerzbnica polna (Knautia arvensis [L.] J. M. Coult.), w tradycji ludowej znana pod nazwą „wiatrowe ziele”. Jak odnotowali etnografowie, parzoną z niej herbatkę podawano dzieciom jako remedium na „przelęknienie”. Wokół jej fioletowych kwiatów, niczym w jakimś tańcu, gorączkowo uwijają się motyle i pszczoły. Przyjrzyj się chwilę. Spróbuj zliczyć, ile owadów odwiedziło ją w ciągu kilkunastu minut, a ich liczba i różnorodność z pewnością cię zaskoczą. Poznawanie przyrody wymaga cierpliwości, a jej tajemnice mają szansę zgłębić jedynie ci, którzy potrafią się zatrzymać.

 

Dać przyrodzie odetchnąć
A jeśliby patrzeć na łąkowe rośliny nie przez pryzmat kształtu, ale koloru, jeśliby pozostać przy fioletach, których liczba odcieni jest wręcz nieprzyzwoicie duża, to bez wątpienia natkniesz się na wykę ptasią (Vicia cracca L.). Prawdziwa z niej czepialska. Ma wiotką, długą, pokładającą się łodygę. Za pomocą licznych wąsów przyczepia się do roślinnych sąsiadów. Jej nieparzysto-pierzaście złożone liście składające się z 6–12 drobniutkich par listków aż proszą, aby obrywać je po kolei. Raz na zawsze zyskując pewność, czy „kocha, lubi, szanuje…”. Przyjrzyj się też urodzie jej kwiatów – starannie nawleczonych na szypułce usadowionej w kącie liścia. To tzw. kwiaty motylkowe, o specyficznej budowie. Jak podają botaniczne księgi, z „koroną niebieskofioletową z plamą na łódeczce i ciemnymi wybarwieniami na skrzydełkach i żagielku”. Chociaż aromat kwiatów jest ledwo uchwytny, bogate są w słodki nektar. Wydobyć go nie jest łatwo, a zadaniu temu mogą sprostać jedynie owady o długim aparacie gębowym i odpowiednich gabarytach – duże, krągłe i puchate trzmiele. Owoce wyki, brązowe strąki o wnętrzu gładkim niczym masa perłowa, pękają, uwalniając czarne trujące nasiona. Opowieść o wyce można by snuć i snuć niczym cierpliwa prządka nić, ale czas ruszać dalej, bo przecież tak naprawdę przyszłam tu, żeby nazbierać koniczynowych kwiatostanów.

Koniczyna łąkowa (Trifolium pratense L.), nazywana bywa także koniczyną czerwoną, chociaż uparcie będę obstawać przy stanowisku, że jej kształtne główki są różowe. Mój upleciony ze słomy kosz powoli wypełnia się właśnie tym kolorem. Pierwszy punkt tworzenia ziołowych mikstur jest zawsze taki sam: ruszaj do lasu, na łąki, w naturę. I zbieraj. Od tego się zaczyna… A potem w domowym zaciszu pochyl się w skupieniu nad przyniesionymi skarbami. I twórz, przyrządzaj, eksperymentuj, smakuj. Jeśli lubisz odmierzać, siekać, ubijać, ukręcać, ugniatać, mieszać, doprawiać, to niechybny znak, że pokochasz sztukę ziołolecznictwa. Ma ona wiele wspólnego ze sztuką kulinarną. Obie opierają się na podobnych zasadach. Wymagają wyobraźni, entuzjazmu, a także cierpliwości.

Koniczyna, ze względu na obecność izoflawonów, czyli substancji o działaniu estrogennym, jest ziołem szczególnie przyjaznym kobietom. Zmniejsza objawy zespołu napięcia przedmiesiączkowego, tkliwość piersi, reguluje krwawienia, dobrze radzi sobie z trądzikiem androgennym. Koniczyna łąkowa jest w całości jadalna. Jej delikatne kwiaty można dodawać do ciast, zup i sałatek. Liście są bogatym źródłem łatwo przyswajalnych aminokwasów, witamin i soli mineralnych. Przy ich jedzeniu lepiej jednak zachować umiar, gdyż zawierają również szkodliwe glikozydy cyjanogenne.

Kolejny przystanek wyznacza kozibród łąkowy (Tragopogon pratensis L.). Po jego młode listki warto sięgnąć wkrótce po tym, jak tylko się pojawią, zanim jeszcze staną się gorzkawe. Również młode, chrupkie korzenie przydadzą się w kuchni jako składnik surówek, sałatek lub dodatek do zup. Z kozibrodem łąkowym jest nieco inaczej niż z większością łąkowych, pyszniących się pięknymi kwiatami, roślin. Jego głównym atutem nie są żółte kwiaty, lecz owoc – okazała srebrna kula składająca się z niełupek zwieńczonych pióropuszem puchu kielichowego.

Tuż obok na wyciągnięcie ręki rośnie babka zwyczajna (Plantago major L.), zwana też szerokolistną, większą lub podróżnikiem. Szerokie i błyszczące, dość duże liście to skarbnica cennych związków: glikozydów irydoidowych, flawonoidów, śluzów, karotenoidów, garbników, soli mineralnych i witamin A, C, K. Zrywam bukiet liści o lekko orzechowym lub, jak twierdzą niektórzy, borowikowym smaku. Będą jak znalazł do dzisiejszej zupy warzywnej. Część liści przeznaczę też na bardzo skuteczny i doskonały w smaku syrop. Babka działa wykrztuśnie i osłaniająco, usprawnia wydzielanie soków trawiennych i pobudza apetyt. Ma też właściwości przeciwzapalne, przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe. Okłady ze świeżych, pogniecionych liści przyspieszają regenerację naskórka i gojenie się ran. W dzieciństwie w razie skaleczenia, otarcia, ugryzienia komara czy siniaków biegło się pędem nie do mamy, ale po liść babki. Wystarczyło przeżuć go chwilę w ustach i przyłożyć na bolące miejsce. A ile było uciechy przy samym zrywaniu liści!

Babka zwyczajna ma dość nietypowe upodobania, lubi rosnąć w miejscach znaczonych naszymi śladami, zadeptywanych. Przez rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej była nawet nazywana „śladem białego człowieka”, bo wlokła się za europejskimi przybyszami niczym cień. Pod koniec lata jej długie kłosy niemal uginają się od owoców – otwierających się wieczkiem małych szkatułek z nasionami. Są one bogatym źródłem tłuszczów i śluzów. Można przyrządzić z nich macerat wodny. Oskubujemy owoce z łodygi, mielimy i zalewamy zimną, przegotowaną wodą na 8 godz. (3 łyżki na szklankę wody). Przecedzamy. Tak sporządzony napój działa osłaniająco, przeciwwrzodowo, reguluje przemianę materii i lekko przeczyszcza. Warto go pić w przypadku wszelkich stanów zapalnych w obrębie przewodu pokarmowego i oddechowego. Zastosowany na skórę, czyni ją gładką i miękką. Nawilża, łagodzi podrażnienia. Nasiona babki są też przysmakiem dla wielu ptaków. I nie musisz martwić się, że zabierzesz ich ze sobą zbyt dużo. Babka w ciągu swojego życia produkuje ich aż do 40 tys.

Natura nigdy nie jest skąpa. Wytwarza wielką obfitość, niejednokrotnie na zapas. Weźmy za przykład takie przymiotno kanadyjskie. Skromne, nierzucające się w oczy. Przy innych kwiatach wypada blado. A jednak produkuje w ciągu roku średnio 120 tys. nasion. Stulicha psia do 730 tys. Pojedyncza roślina żółtlicy owłosionej, która niejednego ogrodnika przyprawia o ból głowy, w ciągu jednego sezonu wegetacyjnego może doczekać się aż trzech pokoleń, które wytwarzają do 300 tys. nasion. Gleba to prawdziwy skarbiec nasion. Czekających cierpliwie na dobrą okazję, by osiągnąć upragniony cel – przemienić się w piękny kwiat. Żywotność niektórych z nich przyprawia o zawrót głowy.

Znalezione w wykopaliskach archeologicznych, zadziwiają siłą kiełkowania – sporek polny nie stracił jej nawet po 1600 latach.

To dlatego moja przydomowa, koszona raz w roku łąka z sezonu na sezon cieszy oko i serce coraz większą różnorodnością. Czasem wystarczy przyrodzie dać odetchnąć, a odwdzięczy się oszałamiającą obfitością.

Tak rozmyślając, mijam przytulię właściwą (Galium verum L.). Szczodrze obsypaną kwiatami, widoczną z daleka. Wnosi ciepło i światło w ponure, zimne dni. Niegdyś była stosowana zamiast podpuszczki przy produkcji serów. Za chwilę mój wzrok przykuwa rozłożysta cykoria podróżnik (Cichorium intybus L.), w kulturze ludowej znana m.in. jako batogi św. Jana, suchotnik, szczerbak, twardostój. Jej nabrzmiałe pąki kwiatowe obiecują dostatek

Piękne błękitne kwiaty cykorii są z natury kapryśne. Nie dość, że otwierają się tylko przy ładnej pogodzie, to jeszcze między godz. 6 a 13, dlatego bywa ona sadzona w zegarach kwiatowych. Cykoria uczy, że punktualność jest cnotą. Spóźnieni amatorzy jej piękna muszą obejść się smakiem.

Jej młode listki można dodawać do sałatek lub dusić na maśle. Grube, mięsiste, gorzkie w smaku korzenie bogate są w inulinę, która ma właściwości prebiotyczne, czyli wpływa korzystnie na skład i rozwój naszej mikroflory jelitowej. Regularne dostarczanie organizmowi inuliny powoduje wzrost ilości dobrych bakterii z rodzaju Bifidobacterium, LactobacillusEubacteria oraz spadek ilości tych niekorzystnych z rodzaju Enterobacter oraz Clostridium. Ważne przy tym jest, aby jednocześnie z inuliną dostarczać również żywe kultury bakterii. Korzenie po ususzeniu, zmieleniu i uprażeniu stosowane są także jako substytut kawy. Surowcem zielarskim są również całe ziele i kwiaty. Cykoria działa przeciwzapalnie, żółciopędnie, moczopędnie, pobudza wydzielanie soku żołądkowego, reguluje przemianę materii. Kwitnące ziele wieszano dawniej niczym święty obraz na ścianie domu, co miało chronić domowników przed zarazą. Jesienią wykopię dwa lub trzy korzenie cykorii do mojej ziołowej apteczki. Jedynie tyle, ile jest mi niezbędne. Ale to jeszcze nie czas, żeby o tym myśleć. Na razie jestem na łące, obecna w pełnej uważności i nie chcę, aby moje myśli ulatywały gdzie indziej. Bo tylko parę kroków dzieli mnie od przywrotnika pasterskiego (Alchemilla monticola Opiz).

Czy rośliny mogą ronić łzy? Każdego ranka miękkie liście przywrotnika są gęsto usiane kroplami wody. Pierwsza myśl – poranna rosa. Nie daj się jednak zwieść temu pochopnemu osądowi. Kropelki wody znalazły się tam za sprawą samego przywrotnika. Na brzegach każdego, przypominającego kształtem odcisk gęsiej łapki, liścia znajdują się tzw. hydatody. To przez nie wydalany jest płyn, w tradycyjnej fitoterapii zwany rosą przywrotnikową. Od wieków przypisuje się mu dużą moc leczniczą. Dr Henryk Różański podaje, że „rosa” jest zasobna w aminokwasy, cukry, kwasy fenolowe, flawony, związki terpenowe i sole mineralne. Jej zbiór wymaga cierpliwości i czasu. Delikatności. Prosto z liści zlewa się ją do pojemniczków z ciemnego szkła, a potem zażywa trzy razy dziennie po łyżeczce. Taka miesięczna kuracja poprawia samopoczucie, odtruwa i wzmacnia organizm. W dawnych wiekach alchemicy byli przekonani, że wydzielane przez przywrotnik krople są kluczem do znalezienia kamienia filozoficznego, który pozwoli przemieniać zwykłe metale w złoto. Stąd jego łacińska nazwa Alchemilla. Nazwa polska wzięła się stąd, że niegdyś używano go do przywracania „powierzchownych znaków panieństwa utraconego”.

 

Okazja czyni zielarza

Gdziekolwiek spojrzę, tam rewia kolorów. Mroźna i śnieżna wiosna nie wróżyła takiej obfitości. Trujący jaskier ostry (Ranunculus acris L.), zwany ze staropolska kurzą głową, kwitnie jak szalony. Trudno dłużej skupić wzrok na jego kwiatach. Kolor jest tak krzykliwy, że aż bolą oczy. XVI-wieczny lekarz i botanik, twórca monumentalnego Zielnika, Szymon Syreński wyjaśnia, że nazwa rośliny nie pochodzi jednak, jakby się mogło wydawać, od jaskrawości jej kwiatów. Wzięła się stąd, że jego liście w kontakcie z ludzką skórą powodują podrażnienia, zaczerwienienie, czyli jaskrzenie.

I już tylko parę kroków dzieli mnie od rzeki, a tam rosną całe łany różowej firletki poszarpanej (Silene flos-cuculi [L.] Greuter & Burdet). Frywolnej zarówno z nazwy, jak i wyglądu. Gdzieniegdzie żółto kwitnący pięciornik gęsi (Potentilla anserina L.), zwany srebrnikiem ze względu na srebrzysto owłosione od spodu liście. Po drugiej stronie wody widzę samotny, górujący nad resztą roślin kozłek lekarski (Valeriana officinalis), zwany walerianą. Koci afrodyzjak. Jego prawdziwa siła tkwi nie w białych okazałych baldachach kwiatowych, ale w aromatycznym kłączu o silnie uspokajającym działaniu.

W dalszej wędrówce natykam się na miętę polną (Mentha arvensis L.). A że okazja czyni zielarza, zrywam parę listków na poobiednią, wspomagającą trawienie herbatkę.

Nazwa rodzaju Mentha pochodzi ponoć od samej greckiej nimfy Menthe, kochanki boga podziemnego świata Hadesa. Przyłapany na zdradzie, chcąc uratować swoją wybrankę przed zemstą małżonki, zamienił ją w aromatyczną miętę.

Stosowanie tej rośliny w lecznictwie ma niebywale długą tradycję. Wzmianki o dziko rosnącej mięcie odnajdujemy już w papirusach medycznych Ebersa napisanych  ok. 1550 r. p.n.e. Specyficznego zapachu mięty nie sposób pomylić z żadną inną rośliną. Trudniej jednak go opisać, nawet poeci zostawali tu bezsilni, Julian Tuwim pytał zrezygnowany: „Jakim wyrazić mam imieniem. Woń miękkiej mięty nad strumieniem?”.

I jeszcze na sam koniec mój roślinny faworyt żywokost lekarski (Symphytum officinale L.). Już sama nazwa wiele mówi o jego naturze. To zioło, które „żywi kość”. Aleksander Ożarowski, nestor polskiego ziołolecznictwa, podaje, że „pod wpływem wyciągów z żywokostu następuje zwiększenie liczby leukocytów obojętnochłonnych oraz pobudzenie mechanizmów obronnych, wyrażających się m.in. przyspieszonym wypełnianiem ubytków kostnych po złamaniach”. Żywokost słynie ze swoich właściwości regenerujących i gojących. Przynosi wspaniałe efekty w leczeniu bólu mięśni, zwichnięć i zapalenia stawów. Niegdyś nazywano go polskim żeń-szeniem. W wielu kulturach był bardzo popularnym lekiem. Używano go m.in. w przypadku wrzodów żołądka i dwunastnicy, w nieżytach błon śluzowych przewodu pokarmowego oraz jako środek przeciwkaszlowy. W ostatnich latach naukowcy odkryli, że zawarte w nim alkaloidy pirolizydynowe przy stosowaniu doustnym mogą działać hepatotoksycznie (szkodząc wątrobie) i kancerogennie. Żywokost został całkowicie zdetronizowany. Obecnie w Polsce, wielu krajach europejskich oraz USA zabronione jest spożywanie żywokostu. Zakaz ten budzi jednak wiele kontrowersji wśród praktykujących zielarzy oraz niektórych naukowców. Te dylematy można jedynie podsumować maksymą Paracelsusa: „Każda substancja jest trucizną i nic nie jest od niej wolne. O wszystkim decyduje dawka”.

 

Oaza bioróżnorodności

Po powrocie z wędrówki pierwsze kroki kieruję na strych. i tam oddaję się czynności najprzyjemniejszej pod słońcem. Zebrane ziele dziurawca i krwawnika wiążę w luźne pęczki i zawieszam pod pułapem. Kwiatostany koniczyny i liście babki delikatnie rozkładam na płachtach lnu. Sprawdzam stan skrzypu, który leżakuje na strychu już od kilku dni. Jak na skrzyp przystało, przyjemnie skrzypi w palcach, to znak, że można go już chować do słojów. Szelest całkowicie suchych liści brzozy, delikatny trzask łamiących się w palcach liści mniszka. To prawdziwa muzyka dla zielarskiego ucha. A jaki zapach!

To dobrze, że łąka wraca do łask, a coraz więcej osób, zamiast ponurych iglaków, rododendronów i smutnych, równiutko przystrzyżonych trawników sięga po dostępne niemal w każdym sklepie ogrodniczym nasiona „łąka kwietna”. Mam nadzieję, że zamiast o każdej porze roku wyglądających niemal jednakowo, uładzonych trawników niebawem przydomowe ogrody wybuchną feerią barw. Bioróżnorodność sprawia, że łąka ma niepowtarzalną wartość przyrodniczą. Przypomina suto zastawiony stół, do którego tłumnie zlatują pszczoły, trzmiele, motyle i inne owady zapylające. Ta pełna dostatku spiżarnia przyciąga też ropuchy, żaby i jaszczurki. Jest miejscem lęgowym wielu ptaków. Schronieniem dla ssaków. W czasach gdy wiejski krajobraz staje się coraz bardziej monotonny, zadrzewienia śródpolne, miedze i niewielkie oczka wodne są niszczone, a w uprawie stosuje się mnóstwo środków chemicznych, łąka stanowi prawdziwą oazę bioróżnorodności.

_

Podczas prac nad artykułem korzystałam m.in. z następujących książek i artykułów:

– S. Kłosiewicz, Zioła, czyli Apteka Zapłocie, Wrocław 2002

– M. Kujawska, Ł. Łuczaj, J. Sosnowska,  P. Klepacki, Rośliny w wierzeniach i zwyczajach ludowych. Słownik Adama Fischera,  Wrocław 2016

– A. Mierzwińska-Hajnos, Fuga daemonum, czyli dziurawiec jako amalgamat pojęciowy, Studium kognitywne, https://journals.umcs.pl/et/article/ download/4555/pdf (dostęp: 3 kwietnia 2018)

– Z. Podbielkowski, Wędrówki roślin,  Warszawa 1995

– H. Różański, Przywrotnik – Alchemilla (Rosaceae), http://www.gramzdrowia.pl/arzthenry-rozanski/herb/przywrotnik-alchemillarosaceae.html (dostęp: 3 kwietnia 2018)

– H. Różański, Zielarstwo i metody fitoterapii. O ziołach i preparatach ziołowych, dzieje fitoterapii, http://www.rozanski.ch/fitoterapia1.htm  (dostęp: 3 kwietnia 2018)

– D. Tyszyńska-Kownacka, T. Starek,  Zioła w polskim domu, Warszawa 1991


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter