70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Niepotrzebna, niechciana, niezbędna

Krytyka literacka jest dziś nikomu niepotrzebna. Choć takie zdanie może wydawać się prowokacją, kiedy pojawia się w czasopiśmie kulturalnym, to w rzeczywistości trudno o mniej kontrowersyjną tezę. Bo czy gdyby pewnego dnia krytyka nagle zniknęła z mediów – magazynów, dzienników, portali, blogów – to ktoś naprawdę by się przejął?

Na pewno nie czytelnicy, którzy doskonale radzą sobie sami; przy niewielkiej pomocy zarządców platform społecznościowych. Mechanizmy grupowego oceniania – w prostej skali: od jednej do dziesięciu gwiazdek – skutecznie wypierają inne formy recenzji. I nie trzeba się tym specjalnie przejmować, bo narzędzia te potrafią być znacznie bardziej wyważone i precyzyjne niż najbardziej nawet skrupulatni krytycy. Uśredniając oceny setek albo tysięcy czytelników, serwisy społecznościowe pozwalają wyeliminować skrajne opinie, wahania nastroju i inne idiosynkrazje, dostarczając niemal obiektywnej oceny danego tytułu. Chętnie korzysta się z podobnych narzędzi, wybierając restaurację czy hotel, a coraz częściej również film; nie ma więc powodu, żeby nie robić tego w wypadku książek.

Nad zniknięciem krytyki nie płakaliby z pewnością pisarki i pisarze, którzy pozbyliby się w końcu pasożytów, rozprawiających się z owocami ciężkiej, czasem wieloletniej pracy, w tekstach wysmażanych w parę godzin. W tym obrazie jest może nieco przesady, nie ma jednak wątpliwości co do tego, że krytyczki i krytycy włączają się – taka specyfika tej pracy – do dialogu między autorem a czytelnikiem, dorzucając swoje trzy grosze. Jest więc całkowicie zrozumiałe, że twórcy (szczególnie ci bardziej poczytni, mogący liczyć na poklask publiczności) chętnie postponują krytykę (szczególnie tę niepochlebną), skazując ją na niebyt.

Krytyka jest wreszcie niepotrzebna wydawcom. Jeszcze w 1938 r. Jerzy Stempowski w eseju Pełnomocnictwa recenzenta przekonywał, że wydawcom powinno zależeć na istnieniu niezależnej, przynajmniej do pewnego stopnia, krytyki, która pozwalałaby czytelnikom zorientować się w rynku. Nie zależy.

Choć faktycznie działy promocji wydawnictw wciąż chętnie użyczają bezpłatnych egzemplarzy recenzenckich, to czynią tak chyba tylko dla podtrzymania miłej tradycji. Bo w rzeczywistości powodzenie danego tytułu jest wprost proporcjonalne nie do liczby pozytywnych recenzji, lecz – do zainwestowanego budżetu marketingowego.


To zresztą nic nowego. Elizabeth Hardwick – zmarła przed dekadą amerykańska krytyczka literacka, współzałożycielka „The New York Review of Books” – w słynnym eseju The Decline of Book Reviewing (opublikowanym w 1959 r. w „Harper’s Magazine”) narzekała na upadek sztuki omawiania książek i zalew nijakich recenzji, których autorki i autorzy chwalą wszystko, co wpadnie im w ręce, żeby przypadkiem nikogo nie urazić (to zadziwiające, jak długo pewne diagnozy pozostają aktualne!). Choć Hardwick wskazywała na rynek jako jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy, to sama nie miała złudzeń, że krytyka ma na nim coś do ugrania. Podawała przykład magazynu „Time”, którego wpływ na rynek książki, pomimo blisko 5 mln regularnych czytelników, był oceniany przez wydawców jako żaden.

Podobną diagnozę na polskim gruncie stawiają autorzy socjologicznego raportu o współczesnym życiu literackim, zrealizowanego przez zespół Korporacji Ha!art. Swoje rozmowy z pisarzami oraz wydawcami podsumowują bezlitośnie: „Krytyka literacka oceniana jest jako nieistotna dla publiczności, niezauważalna, niemająca wpływu na pole literackie, nieprzystępna, a ostatecznie też złej jakości”.

Nic więc dziwnego, że niemająca znaczenia dla rynku działalność sama nie ma wartości rynkowej. Mówiąc wprost: z uprawiania krytyki nie ma dziś specjalnych pieniędzy. Etaty związane z działalnością krytycznoliteracką w Polsce można pewnie policzyć na palcach obu rąk, a większość krytyczek i krytyków pisze w czasie wolnym od zasadniczej pracy (dotyczy to zresztą również samych pisarek i pisarzy).

Krytyka jest niepotrzebna. Lecz jeśli gdzieś szukać mimo wszystko jej wartości, to właśnie w tym. Uzależniona od jednostkowego usytuowania piszących – ich wrażliwości, ideologii czy zwykłego widzimisię – przypomina, że o książkach można powiedzieć coś ciekawszego niż banalne: „dobre, niedobre, sześć na dziesięć”, którego oczekują społecznościowe algorytmy. Wtrącając się bezczelnie do intymnej konwersacji między autorem a czytelnikiem, zakłóca ją, ale tym samym wzbogaca i komplikuje, domagając się przeniesienia skutków lektury na forum publiczne. Wreszcie, funkcjonując na marginesach rynku, przekonuje, że literatura wciąż może być czymś innym niż tylko przedmiotem rynkowej wymiany.

Tylko krytyka literacka pogodzona ze swoją zbędnością może realizować właściwe sobie zadanie, polegające na wytrącaniu literatury z (rynkowego) letargu; na kąsaniu piszących i czytających, by nie spoczęli na wygodnych pozycjach; na wprawianiu literatury w ruch.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter