70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Niepoczytalne

Ciekawostka czy zapomniane arcydzieło? Autobiograficzne świadectwo czy wyrafinowane dzieło sztuki? Krzyk rozpaczy, oskarżenie totalitarnego systemu czy apologia wyzwalającej mocy literatury? Zapiski z domu wariatów Christine Lavant niepokoją i wymykają się jednoznacznej definicji.

Habent sua fata libelli. Zapiski… czekały na swoich czytelników kilkadziesiąt lat ukryte w archiwum tłumaczki Lavant, która wbrew woli autorki nie zniszczyła rękopisu. W sprzecznych posunięciach niemieckiej pisarki znać wahanie podszyte ogromnymi emocjami. Najpierw zabiegała ona o publikację swojego dzieła, a potem błagała wydawcę o wycofanie go z druku, pisząc: „nie mam w swoim życiu niczego, prócz moich krewnych, ci zaś będą się czuli zakłopotani i skompromitowani, a ich małżeństwa ulegną zniszczeniu”. W efekcie tekst napisany w 1946 r. ukazał się drukiem dopiero w roku 2001, a więc w czasach gdy sława Lavant jako autorki przejmujących wierszy była już ugruntowana.

Z czego wynikała ta decyzja? Odpowiedź zawiera się już w cytowanym liście; idzie o autobiograficzny wymiar utworu. W roku 1935 Lavant zgłosiła się do kliniki psychiatrycznej w Klagenfurcie na sześciotygodniową kurację. Początkująca poetka – chorowita 20-latka, która ze względu na nękające ją choroby przerwała edukację – miała za sobą załamanie nerwowe i próbę samobójczą. Sporządzone dekadę później Zapiski… nie tylko oddają zmienne stany emocjonalne i przemyślenia pacjentki, ale zawierają też portrety lekarzy i bliskich, którzy mogliby rozpoznać się w powieściowych postaciach. Pamiętajmy przy tym, że rzecz toczy się w epoce triumfu narodowego socjalizmu. Pisarka musiała znać późniejsze losy kliniki, w której w latach 40. prowadzono akcję eksterminacji chorych umysłowo (w sumie uśmiercono ponad 1500 pacjentów). Do motywów osobistych dochodzą zatem wątki polityczne. Lavant najwyraźniej nie chciała wchodzić w rolę Nestbeschmutzera – artysty z premedytacją kalającego własne gniazdo (którą to rolę wzięli na siebie admiratorzy jej poezji, Thomas Bernhard i Elfriede Jelinek).

Normalizacja
Nie ma żadnych świadectw, jakoby Lavant prowadziła notatki podczas pobytu w klinice. Mamy więc do czynienia z tekstem stylizowanym na nieskładny, dziennikowy zapis – z jego przeskokami myślowymi, niekonsekwencjami, skrótami (motywowanymi pośpiechem) i brakiem ogólnego uporządkowania. Ale diarystyczne rozwichrzenie skrywa starannie rozplanowaną kompozycję, co ujawnia zakończenie, w którym zbiega się kilka kapryśnie prowadzonych wątków: historia zapaści psychicznej narratorki, dzieje jej tragicznej miłości, losy innych pacjentek, opowieść o samej klinice i jej personelu. W tej małej i niezwykle precyzyjnej narracji nakładają się różne plany, a jednostkowe traumatyczne doświadczenie zostaje wpisane w szersze tło obyczajowe, społeczne i polityczne.

Tytułowy „dom wariatów”, obserwowany z dnia na dzień przez nadwrażliwą dziewczynę, ukazuje z wolna swoją strukturę. To instytucja totalna, sprawująca kontrolę nad niejednorodną grupą odmieńców („wariat” pochodzi wszak od łac. varius, czyli inny). Wszyscy oni podlegają restrykcyjnym, odgórnym regulacjom. Najdrobniejsze nawet kwestie zależą od decyzji personelu – począwszy od rytmu dnia (pory posiłku i wypoczynku) po kurację medyczną (arbitralne diagnozy, aplikowanie leków). Słowa lekarzy mają moc przekształcania rzeczywistości. Wśród chorych budzą taki respekt, że ci stają się „potulni jak zwierzęta”. Przełóżmy tę ogólną charakterystykę na sytuacyjny konkret. Oto cierpiąca na bezsenność narratorka zostaje wezwana do psychiatry, który zamierza obwieścić jej nowe zarządzenie. Postrzega swoje zachowanie w kategoriach niesubordynacji, dlatego drży ze strachu przed karą. Psychiatra – umiejętnie zawieszając głos, aby stopniować napięcie – zaleca po prostu cowieczorne ciepłe kąpiele, na co ona reaguje radosnym zaskoczeniem i wdzięcznością. Euforyczny stan szybko mija, gdy kąpiele okazują się nową torturą – decyzją pielęgniarki pacjentka musi brać prysznic przy otwartych drzwiach, na oczach tłumu ciekawskich. Ani ona, ani inne zamknięte w zakładzie kobiety nie potrafią przeciwstawić się tej systemowej przemocy. Na lekarską omnipotencję reagują strachem, a niekiedy nawet uwielbieniem, jak sama narratorka, która darzy płomiennym uczuciem jednego z lekarzy (ten wątek fabularny, bardzo istotny dla konstrukcji całości, pozostawiam celowo w niedopowiedzeniu).

Porządek szpitala – całkiem jak w słynnych analizach Michela Foucaulta z Narodzin kliniki  – wspiera określony porządek dyskursu. Promuje on przystosowanie do norm społecznych, definiując je w kategoriach medycznych – jako powrót do zdrowia. Widać to dobrze w rozmowie z superwizorem, który odnosi się do pacjentów jak do typowych improduktywów.  „Dlaczego ona właściwie nie pracuje?” – pyta retorycznie. Fakt, że córka górnika chce pisać poezje, budzi w nim wesołość, a następnie skłania do surowego napomnienia: „moja panienko, od tego trzeba będzie się odzwyczaić”. Właściwym celem kuracji pozostaje likwidacja odmienności, normalizacja jednostek i ich wdrożenie do pracy na rzecz zbiorowości. Rzecz jasna, na odpowiednim szczeblu drabiny społecznej. „Możesz być zadowolona – klaruje wizytator – jeśli trafi ci się dom, gdzie cię jak należy wdrożą do posług. Zrozumiano?”

 

Kręgi wyobcowania
Pacjentki również budują i umacniają hierarchie, oparte na krzyżujących się podziałach medycznym oraz klasowym. Po pierwsze, kobiety z Drugiego Oddziału rozróżniają te, które przyszły z Trzeciego (przeznaczonego dla ciężko chorych), od histeryczek i symulantek. Do tej kategorii należy narratorka, gdyż próba samobójcza nie ma wagi ostrej psychozy czy religijnej manii. Po drugie, kobiety dobrze urodzone lub z wysokim kapitałem kulturowym nie chcą zadawać się z niewykształconą dziewczyną, będącą dziewiątym dzieckiem z ubogiej rodziny. Gdy ta ostatnia zbliża się do nich, ignorują ją ostentacyjnie i zaczynają rozmawiać po włosku. „Ze mną – notuje odtrącona – zrasta się, niestety, tylko ubóstwo, noszone niezręcznie, zawstydzające dla mnie i dla innych”. A zatem piekło szpitalnego światka to nie tylko opresja systemu psychiatrycznego, to także krępująca pacjentki sieć relacji, za którą stoją niechęć, poczucie wyższości i potęga wykluczania. Bohaterka Zapisków… zauważa, że nie ma wokół siebie nikogo, z kim mogłaby „dzielić strach i nie powiększać go”. Ta podwójna diagnoza – panicznego strachu i bezbrzeżnej samotności – zdaje się brzmieć niczym skazujący wyrok.

Jej alienacja ma więcej wymiarów. Za sprawą kuracji traci kontakt z zamieszkującym ją „małym zwierzątkiem”, ze swoim głębokim „ja”. Próbuje trzymać na wodzy swoje emocje (nienawiść, współczucie, niechęć, odrazę, wstyd), by poddać się leczeniu i zachować dobre relacje z innymi pacjentkami. Unika romantyzacji swojego stanu – choroba nie jest u niej żadną metaforą, lecz po prostu chorobą. W dobrej wierze uczestniczy we wszystkich normalizujących procedurach, traktując szpital jako miejsce tymczasowego odosobnienia i poszukując drogi powrotu na łono wspólnoty (niemieckie Irrenhaus, które odnajdujemy w tytule, oznacza wszak miejsce dla tych, którzy zbłądzili). A gdy zdaje sobie sprawę, że kiedyś będzie musiała opuścić klinikę, przepełnia ją lęk. Czy po sześciu tygodniach będzie jeszcze mówiła językiem zrozumiałym dla mieszkańców zewnętrznego świata? I czy ten zewnętrzny świat przyjmie ją z powrotem do siebie? Obawia się, że zostanie trwale napiętnowana jako chora umysłowo. I nagle klinika jawi jej się jako upragniony azyl, jedyne bezpieczne miejsce. Poza nim rozciąga się największy krąg wyobcowania – domena mieszczańskiej zwyczajności, królestwo zdrowego rozsądku, w którym nie sposób odnaleźć się ze stygmatem „wariatki”. Jest podwójnie wyobcowana i zdaje sobie z tego sprawę, gdy zapisuje w swoim dzienniku: „Nigdzie nie ma dla mnie miejsca”.

 

Wyzwolenie
Narratorka Zapisków… dramatyzuje swoje rozdarcie. Stoi na granicy dwóch światów i waha się. Raz sposobi się do przeciętnego życia, akceptuje związane z nim ograniczenia i powinności. Innym razem wybiera drogę ku zatraceniu i decyduje, że „jej zawodem będzie wariactwo i z czasem wyrobi się na specjalistkę”. Istnieje jednak wyjście poza tę (pozorną) alternatywę. Opowieść dowodzi, że wcale nie trzeba wybierać pomiędzy piekłem obłędu i piekłem dostosowania się. Strefą pośrednią, dającą namiastkę normalności w świecie szaleństwa i szansę na odmienność w świecie wykluczającej normalności, jest literatura. Czytanie otwiera możliwość wyzwolenia poprzez wewnętrzne przeistoczenie. Taką funkcję pełni w książce Ostatnia radość Knuta Hamsuna – powieść, która dowodzi, że nawet najzwyklejsze życie może zasługiwać na epos.

Lektura nie tylko uwalnia moc wyobraźni, ale też staje się narzędziem emancypacji. Wie o tym superwizor, który kwituje casus młodej poetki słowami: „kolejny odstraszający przykład na to, do czego dochodzi, gdy dzieci robotników czytają powieści”. Potęga słów wyrywa z wyznaczonego miejsca w hierarchii społecznej. Cały normalizujący system nakłania do tego, by ludzie zaakceptowali swoje przeznaczenie. Literatura odrzuca amor fati, oferując wolność (od obiegowych schematów myślenia) i równość (ponad klasowymi podziałami). Dla bohaterki powieści kluczowym doświadczeniem staje się pisanie: to przymierzanie się do akceptacji i afirmacji własnej inności, to eksploatowanie pośredniej strefy, w której zawieszeniu podlegają wszelkie prawidła.

Opowieść wieńczy wypis ze szpitala, wraz z diagnozą „uzdrowienia”. Granice między zdrowiem i chorobą, normą i dewiacją będą wyostrzać się w rzeczywistym świecie, co wkrótce doprowadzi do planowego ludobójstwa. Równocześnie, dzięki pisaniu, ulegają one zatarciu. Wyleczona rzekomo dziewczyna będzie pielęgnować swoje „wariactwo” na przekór wszystkiemu. Powierzy się literaturze, która opiera się wszelkiej regulacji, a zarazem umożliwia nam wgląd w to, co inne i niepoczytalne.

_

Christine Lavant

Zapiski z domu wariatów

tłum. Małgorzata Łukasiewicz,

Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2017, s. 112


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter