70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Krzysztof Mystkowski/KFP/Reporter, oprac.: Tymoteusz Piotrowski

Nie ma musu

Dzieła kiedyś już na polski przełożone tłumaczy się na nowo zwykle dlatego, że tłumacz bardzo chce to zrobić. Takie pragnienie rodzi się z najrozmaitszych przyczyn i jak to bywa, kiedy w grę wchodzą uczucia, trudno jednoznacznie je określić i opisać.

Pamiętajmy, że na ogół nie przekłada się kolejny raz zwykłych czytadeł (to też się zdarza choćby ze względów praktycznych, np. z powodu trudności z uzyskaniem praw do istniejącego przekładu, ale tu sprawa jest oczywista…). Chęć przełożenia na nowo budzą zwykle arcydzieła, a w każdym razie książki mające samoistną wartość literacką, artystycznie i językowo niebanalne. To z miłości do oryginału, z fascynacji nim rodzi się w tłumaczu pragnienie samodzielnego odwzorowania go w polszczyźnie. Istnienie lub nie jakiegoś dawnego przekładu obchodzi go tylko o tyle, że na nowy, jeśli dawny jest w miarę przyzwoity, trudniej znaleźć wydawcę. Niekiedy tłumacz ma inną od autora „starego” (nie zawsze bardzo starego…) przekładu koncepcję językową, inaczej „słyszy” melodię oryginału i nowe tłumaczenie jest niejako polemiczne w stosunku do dawnego. Ale i wtedy chodzi o książki dla tłumacza osobiście szczególnie ważne.

W grę wchodzi też chęć zmierzenia się ze znakomitym i ważnym tekstem.

Zawodowy tłumacz, utrzymujący się z tego dziwnego zajęcia, jest trochę jak szewc, pracuje na zamówienie i szyje takie buty – przekłada takie książki – jakie u niego zamówią.

Zdarza mu się więc tłumaczyć teksty, które go niezbyt obchodzą, albo dzieła nawet wartościowe i pouczające, ale pisane dość topornym językiem. Dlatego dopada go czasem pragnienie, by zająć się tekstem, który go czymś fascynuje.

Skoro mówimy o nowych przekładach, wypada powiedzieć parę słów o starych. One na ogół wcale nie są złe i nowe nie muszą być wobec nich wotum nieufności. Jednak język polski, tak jak inne, zmienia się. W ostatnich dziesięcioleciach robi to, zwłaszcza za sprawą telewizji i mediów internetowych, z nieznaną dotąd szybkością. Zmienia się słownictwo: z jednej strony ubożeje (natrętne „tak naprawdę”, „zamieść pod dywan”, „zaczynają się schody”, „mieć w tyle głowy”, „diabeł tkwi w szczegółach” wypierają niczym chwasty wszystkie słowa i zwroty bliskoznaczne), ale i wzbogaca się (do języka literackiego wtargnęły slangi młodzieżowe, zawodowe, grupowe, przestępcze); język pisany nabrał swobody, demokratyzuje się, ale przy okazji wulgaryzuje (słowa niegdyś oznaczane pierwszą literą i wielokropkiem obecnie występują w pełnej krasie w literaturze nazywanej – pewnie z rozpędu – piękną); zmieniła się składnia, np. zniknął zupełnie czas zaprzeszły (poza zwrotem „powinien był”, ale i tu zanika, co utrudnia czasem zrozumienie sensu wypowiedzi), zaciera się różnica między „mnie” a „mi”, dla mojego pokolenia tak oczywista, że nawet nie umiem jej naukowo objaśnić; zanika biernik ( „zakłada buta”, „wysłał esemesa”); słowa z „niskiego” rejestru językowego przechodzą do wyższego: dawniej „dogadywali się” osobnicy podejrzani lub wręcz przestępcy, dziś „dogadują się” związkowcy z pracodawcami, partie opozycyjne między sobą lub z większością parlamentarną, a nawet przed którąś z pielgrzymek papieskich usłyszałem, że w sprawie jej terminu czy programu rząd „dogada się” z Watykanem; niektóre słowa zmieniają znaczenie: „onegdaj”, które kiedyś znaczyło „przedwczoraj”, obecnie jest notorycznie używane zamiast „ongiś” i w tym znaczeniu tak wrosło w język potoczny, że już się tego nie przewalczy; inne się archaizują, np. brzmiące niegdyś (lub ongiś, ale nie onegdaj) neutralnie „udali się na wieczerzę” obecnie poza tekstami świadomie archaizowanymi brzmi sztucznie, piszemy po prostu „poszli na kolację”. Wszystko to sprawia, że niektóre stare przekłady nabierają czegoś w rodzaju lekkiej patyny, w oryginale niezauważalnej. Także dlatego tłumacz ma czasem ochotę, by ukazać swoją ukochaną książkę w języku bliższym współczesnemu. Pamiętajmy, że na ogół nie przekłada się kolejny raz zwykłych czytadeł (to też się zdarza choćby ze względów praktycznych, np. z powodu trudności z uzyskaniem praw do istniejącego przekładu, ale tu sprawa jest oczywista…). Chęć przełożenia na nowo budzą zwykle arcydzieła, a w każdym razie książki mające samoistną wartość literacką, artystycznie i językowo niebanalne. To z miłości do oryginału, z fascynacji nim rodzi się w tłumaczu pragnienie samodzielnego odwzorowania go w polszczyźnie. Istnienie lub nie jakiegoś dawnego przekładu obchodzi go tylko o tyle, że na nowy, jeśli dawny jest w miarę przyzwoity, trudniej znaleźć wydawcę. Niekiedy tłumacz ma inną od autora „starego” (nie zawsze bardzo starego…) przekładu koncepcję językową, inaczej „słyszy” melodię oryginału i nowe tłumaczenie jest niejako polemiczne w stosunku do dawnego. Ale i wtedy chodzi o książki dla tłumacza osobiście szczególnie ważne. Pamiętajmy, że na ogół nie przekłada się kolejny raz zwykłych czytadeł (to też się zdarza choćby ze względów praktycznych, np. z powodu trudności z uzyskaniem praw do istniejącego przekładu, ale tu sprawa jest oczywista…). Chęć przełożenia na nowo budzą zwykle arcydzieła, a w każdym razie książki mające samoistną wartość literacką, artystycznie i językowo niebanalne. To z miłości do oryginału, z fascynacji nim rodzi się w tłumaczu pragnienie samodzielnego odwzorowania go w polszczyźnie. Istnienie lub nie jakiegoś dawnego przekładu obchodzi go tylko o tyle, że na nowy, jeśli dawny jest w miarę przyzwoity, trudniej znaleźć wydawcę. Niekiedy tłumacz ma inną od autora „starego” (nie zawsze bardzo starego…) przekładu koncepcję językową, inaczej „słyszy” melodię oryginału i nowe tłumaczenie jest niejako polemiczne w stosunku do dawnego. Ale i wtedy chodzi o książki dla tłumacza osobiście szczególnie ważne.

W grę wchodzi też chęć zmierzenia się ze znakomitym i ważnym tekstem. Zawodowy tłumacz, utrzymujący się z tego dziwnego zajęcia, jest trochę jak szewc, pracuje na zamówienie i szyje takie buty – przekłada takie książki – jakie u niego zamówią. Zdarza mu się więc tłumaczyć teksty, które go niezbyt obchodzą, albo dzieła nawet wartościowe i pouczające, ale pisane dość topornym językiem. Dlatego dopada go czasem pragnienie, by zająć się tekstem, który go czymś fascynuje.
Skoro mówimy o nowych przekładach, wypada powiedzieć parę słów o starych. One na ogół wcale nie są złe i nowe nie muszą być wobec nich wotum nieufności. Jednak język polski, tak jak inne, zmienia się. W ostatnich dziesięcioleciach robi to, zwłaszcza za sprawą telewizji i mediów internetowych, z nieznaną dotąd szybkością. Zmienia się słownictwo: z jednej strony ubożeje (natrętne „tak naprawdę”, „zamieść pod dywan”, „zaczynają się schody”, „mieć w tyle głowy”, „diabeł tkwi w szczegółach” wypierają niczym chwasty wszystkie słowa i zwroty bliskoznaczne), ale i wzbogaca się (do języka literackiego wtargnęły slangi młodzieżowe, zawodowe, grupowe, przestępcze); język pisany nabrał swobody, demokratyzuje się, ale przy okazji wulgaryzuje (słowa niegdyś oznaczane pierwszą literą i wielokropkiem obecnie występują w pełnej krasie w literaturze nazywanej – pewnie z rozpędu – piękną); zmieniła się składnia, np. zniknął zupełnie czas zaprzeszły (poza zwrotem „powinien był”, ale i tu zanika, co utrudnia czasem zrozumienie sensu wypowiedzi), zaciera się różnica między „mnie” a „mi”, dla mojego pokolenia tak oczywista, że nawet nie umiem jej naukowo objaśnić; zanika biernik ( „zakłada buta”, „wysłał esemesa”); słowa z „niskiego” rejestru językowego przechodzą do wyższego: dawniej „dogadywali się” osobnicy podejrzani lub wręcz przestępcy, dziś „dogadują się” związkowcy z pracodawcami, partie opozycyjne między sobą lub z większością parlamentarną, a nawet przed którąś z pielgrzymek papieskich usłyszałem, że w sprawie jej terminu czy programu rząd „dogada się” z Watykanem; niektóre słowa zmieniają znaczenie: „onegdaj”, które kiedyś znaczyło „przedwczoraj”, obecnie jest notorycznie używane zamiast „ongiś” i w tym znaczeniu tak wrosło w język potoczny, że już się tego nie przewalczy; inne się archaizują, np. brzmiące niegdyś (lub ongiś, ale nie onegdaj) neutralnie „udali się na wieczerzę” obecnie poza tekstami świadomie archaizowanymi brzmi sztucznie, piszemy po prostu „poszli na kolację”. Wszystko to sprawia, że niektóre stare przekłady nabierają czegoś w rodzaju lekkiej patyny, w oryginale niezauważalnej. Także dlatego tłumacz ma czasem ochotę, by ukazać swoją ukochaną książkę w języku bliższym współczesnemu.

Zmienia się nie tylko język, zmieniła się nieco sama koncepcja przekładu. Dawniej chodziło głównie o to, by możliwie najlepszą literacką polszczyzną przekazać polskiemu czytelnikowi, „co autor miał na myśli”. Dziś zależy nam bardziej na tym, by ów czytelnik otrzymał tekst jak najbardziej zbliżony do oryginalnego, nie ukrywamy osobliwości stylu oryginału, jego chropowatości, zawikłań, nielogiczności. Wielcy pisarze nie zawsze byli językowo „poprawni”…
Kiedy zatem tłumaczymy na nowo rzecz już kiedyś przełożoną, i to dobrze, to nie dlatego, że dawny przekład jest niedobry lub zawiera „błędy” (wydłubywanie z tekstu przekładu, niczym rodzynków z ciasta, poszczególnych błędów czy pomyłek jest ulubionym zajęciem domorosłych krytyków). Oczywiście zdarzały się przekłady nieudane, zrobione na podstawie jakichś niechlujnych lub niekompletnych wydań, a nawet – w wypadku mniej znanych języków – nie z języka oryginału, tylko z przekładów niemieckich, francuskich czy angielskich. Tu powody podjęcia nowego przekładu są oczywiste. Na ogół jednak za wybitne książki brali się w Polsce tłumacze kompetentni, czasem – znakomici pisarze, do tego nad powojennymi edycjami w wielkich wydawnictwach pracowali wytrawni redaktorzy i redaktorki, którzy błędy i pomyłki wyłapywali.

A więc uwaga! Wśród tych starych przekładów, nawet niepozbawionych wad, trafiają się takie, z którymi naprawdę trudno konkurować. Podzielę się osobistym doświadczeniem. Kiedy Wydawnictwo Znak zaczęło publikować swoją serię nowych przekładów klasyki, pomyślałem sobie: przełożę Pustelnię parmeńską! (kocham tę książkę), zwłaszcza że w kołach fachowców krążyła opinia, że przekład Boya-Żeleńskiego ma wady. Ale (może nieopatrznie?) zajrzałem do tego niby wadliwego przekładu. I po przeczytaniu kilkunastu stron powiedziałem sobie: nie, z tym panem ja się nie będę ścigał. Z Boyem jest w ogóle kłopot. Pracował szybko, pracował dużo, pracował w czasach, gdy w wydawnictwach nie było redaktorów i adiustatorów (ani redaktorek i adiustatorek), trafiały mu się więc gafy, opuszczał fragmenty książek. Ale był arcymistrzem polszczyzny i miał absolutny słuch na francuszczyznę; to wystarczy. Zarzuca mu się, że źle przełożył Prousta, ale jakoś nikt, mimo wielu prób, nie potrafi dać czegoś lepszego.
Innym przykładem kłopotu ze starym tłumaczeniem, jednym z wielu, są Przygody dobrego wojaka Szwejka. Pierwszemu przekładowi, Pawła Hulki-Laskowskiego, zarzucano – nie bez racji – wiele nieścisłości i błędów, z najważniejszym: ocenzurowaniem (chyba raczej przez wydawcę niż tłumacza) zgryźliwości autora wobec Polaków i Kościoła.

W ostatnich latach ukazały się dwa nowe przekłady, w tym niesłychanie erudycyjny (ponad 300 przypisów!) i ścisły językowo przekład Antoniego Kroha. Jednak z pierwszego przekładu trwale weszło do potocznej polszczyzny tyle zwrotów i powiedzonek, że – przypuszczam – będzie on nadal żył w pamięci i w bibliotekach dawnych czytelników, a także zdobywał nowych.

Jaki wniosek z tych luźnych i nienaukowych uwag?

Prosty: tłumaczyć na nowo książki już przełożone wolno, ale musu nie ma. Pozostawmy decyzje tłumaczom i wydawcom, a ocenę – czytelnikom.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter