70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Adam Kozak/Agencja Gazeta

Kazimierz Kutz (1929–2018). Stop-klatki

Na szarfie wiązanki, jaką złożyłem od przyjaciół z Wydawnictwa Znak na grobie Kazimierza Kutza, poleciłem umieścić napis: „Wolnemu Człowiekowi, naszemu wspaniałemu Autorowi”.

Po śmierci Kazimierza Kutza ukazało się wiele poświęconych mu wspomnień, szkiców, podsumowań jego dorobku. Większość koncentrowała się – co zrozumiałe – na jego twórczości filmowej i teatralnej, sporo pisano także o działalności politycznej i obywatelskiej posła i senatora. Jako akuszer kilku jego książek, w tym przede wszystkim arcydzieła, jakim była – jest! – Piąta strona świata, chciałbym podzielić się wspomnieniem o Kutzu-pisarzu, gdyż właśnie pisarstwo jest mniej eksponowanym i stanowczo nie dość docenianym obszarem jego twórczości.

Dwa miesiące zabrakło Kazimierzowi Kutzowi do 90. urodzin, które obchodziłby 16 lutego 2019 r. Marzyliśmy w Znaku, by uczcić je specjalnym wieczorem z cyklu „Dorwać Mistrza” połączonym z premierą jego ostatniej książki, nad którą pracował niemal do końca. Robert Siewiorek, redaktor opublikowanego w 2017 r. zbioru felietonów Fizymatenta, w czasie prac nad tą książką złapał świetną chemię z autorem, dzięki czemu Kaziu – nagabywany o to przeze mnie od lat – zgodził się, by to on nagrywał z nim rozmowy. Po wielu tygodniach powstała z nich długa opowieść, będąca skrzyżowaniem autobiografii z ukazaną z osobistej perspektywy (czasem z perspektywy alkowy) historią polskiej kinematografii, inkrustowaną „listami do Anastazji”, czyli matki Kazimierza Kutza. Postanowił on „przepuścić to mięcho przez swoją maszynkę”, nadać tej narracji właściwą formę i swój styl. Przesyłał mi kolejne partie książki, teraz trzeba będzie zredagować całość, która powinna stać się literackim wydarzeniem. Wystarczy uświadomić sobie, że Kazimierz Kutz był ostatnim żyjącym świadkiem, który opowiedzieć mógł – i to jak brawurowo! – o początkach łódzkiej Filmówki, kulisach powstawania pierwszych dzieł Polskiej Szkoły Filmowej, styku świata sztuki z polityką.

Kazik – jak wynika z jego wspomnień, zapowiadający się od dziecka na artystę i erotomana – był niezwykle związany z matką, której był „herzpinkielkiem” (jedyne, co ją niepokoiło, to że „nie bomba atomowa, a tylko kobiety mogą go zniszczyć”). To ona zadbała o to, by jako jedyny z licznego rodzeństwa był „okrzesany”, czyli zdobył wykształcenie. Uwolniło go ono od losu całych pokoleń Ślązaków, zostających górnikami, hutnikami lub w najlepszym razie – jak ojciec Kutza – kolejarzami. Po śmierci Anastazji opiekująca się nią siostra Kazimierza wręczyła mu teczkę ze zbieranymi przez całe życie listami pisanymi przez niego do matki, najpierw ze Szkoły Filmowej w Łodzi, potem z Wrocławia, Warszawy, Katowic. W czasie lektury Kutzowi stanęło przed oczami całe życie, przypominało się wszystko, o czym przed laty pisał – ale także to, czego nie mógł pisać, żeby mamy nie gorszyć. Listy te mogły zatem stanowić ukryty szkielet albo rusztowanie, które obudować należało wybornymi historiami, anegdotami, portretami aktorów, wybitnych wykładowców Filmówki, kolegów filmowców, pięknych kobiet, na których wdzięki dotknięty „syndromem Stendhala” reżyser był zawsze niezwykle wrażliwy.

Zanim połączyła nas relacja autor–wydawca, przed wielu laty, w czasie karnawału Solidarności, gdy jeszcze mieszkałem w Katowicach i pracowałem na Uniwersytecie Śląskim, wpadaliśmy na siebie przy różnych okazjach – w studiu Radia Katowice, w redakcjach katowickich pism. Kazimierz Kutz był wtedy niezwykle aktywny jako prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego i przewodniczący Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych Regionu Śląskiego. Przypomina mi się wiele malowniczych opowieści Kazia o władającym Śląskiem partyjnym satrapie Zdzisławie Grudniu i o znienawidzonym przez Grudnia gen. Jerzym Ziętku, legendarnym wojewodzie śląskim. To słynny „stary Jorg” rozpostarł nad Kutzem parasol, dzięki któremu mógł on zrealizować swoją śląską trylogię – filmy nie cierpiane przez niszczących śląską kulturę włodarzy województwa wywodzących się z Zagłębia. Część tych opowieści znalazła się później w szkicach wspomnieniowych, jakie złożyły się na książkę Portrety godziwe, wydaną w Znaku w roku 2004. Będąc przekonanymi o literackim talencie Kutza, którego próbki ujawniał np. w publikowanych w pismach wspomnieniach o przyjaciołach: Zbyszku Cybulskim czy Januszu Sidle, staraliśmy się podtrzymywać na rynku jego obecność jako pisarza, co udawało nam się mniej więcej co pięć lat. I tak na pięć lat przed Portretami godziwymi ukazały się Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko (1999), zaś pięć lat po Portretach… zbiór Z mojego młyna. Felietony filmowe (2009). We wszystkich tych krótkich formach Kutz pokazywał pazur rasowego prozaika, błyskał wspaniałą frazą, nieoczekiwanymi skojarzeniami językowymi, fantastycznym poczuciem humoru. Bywał rubaszny i dosadny, ale też finezyjny i wzruszający – zwłaszcza gdy pisał o tych, których kochał, bądź o tym, co go zachwycało. Były to wszakże jedynie uwertury przed dziełem najważniejszym – prawdziwym „hauptwerkiem” Kazimierza Kutza. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter