Adam Kozak/Agencja Gazeta
Jerzy Illg luty 2019

Kazimierz Kutz (1929–2018). Stop-klatki

Na szarfie wiązanki, jaką złożyłem od przyjaciół z Wydawnictwa Znak na grobie Kazimierza Kutza, poleciłem umieścić napis: „Wolnemu Człowiekowi, naszemu wspaniałemu Autorowi”.

Artykuł z numeru

Cenzura w Kościele

Cenzura w Kościele

Po śmierci Kazimierza Kutza ukazało się wiele poświęconych mu wspomnień, szkiców, podsumowań jego dorobku. Większość koncentrowała się – co zrozumiałe – na jego twórczości filmowej i teatralnej, sporo pisano także o działalności politycznej i obywatelskiej posła i senatora. Jako akuszer kilku jego książek, w tym przede wszystkim arcydzieła, jakim była – jest! – Piąta strona świata, chciałbym podzielić się wspomnieniem o Kutzu-pisarzu, gdyż właśnie pisarstwo jest mniej eksponowanym i stanowczo nie dość docenianym obszarem jego twórczości.

Dwa miesiące zabrakło Kazimierzowi Kutzowi do 90. urodzin, które obchodziłby 16 lutego 2019 r. Marzyliśmy w Znaku, by uczcić je specjalnym wieczorem z cyklu „Dorwać Mistrza” połączonym z premierą jego ostatniej książki, nad którą pracował niemal do końca. Robert Siewiorek, redaktor opublikowanego w 2017 r. zbioru felietonów Fizymatenta, w czasie prac nad tą książką złapał świetną chemię z autorem, dzięki czemu Kaziu – nagabywany o to przeze mnie od lat – zgodził się, by to on nagrywał z nim rozmowy. Po wielu tygodniach powstała z nich długa opowieść, będąca skrzyżowaniem autobiografii z ukazaną z osobistej perspektywy (czasem z perspektywy alkowy) historią polskiej kinematografii, inkrustowaną „listami do Anastazji”, czyli matki Kazimierza Kutza. Postanowił on „przepuścić to mięcho przez swoją maszynkę”, nadać tej narracji właściwą formę i swój styl. Przesyłał mi kolejne partie książki, teraz trzeba będzie zredagować całość, która powinna stać się literackim wydarzeniem. Wystarczy uświadomić sobie, że Kazimierz Kutz był ostatnim żyjącym świadkiem, który opowiedzieć mógł – i to jak brawurowo! – o początkach łódzkiej Filmówki, kulisach powstawania pierwszych dzieł Polskiej Szkoły Filmowej, styku świata sztuki z polityką.

Kazik – jak wynika z jego wspomnień, zapowiadający się od dziecka na artystę i erotomana – był niezwykle związany z matką, której był „herzpinkielkiem” (jedyne, co ją niepokoiło, to że „nie bomba atomowa, a tylko kobiety mogą go zniszczyć”). To ona zadbała o to, by jako jedyny z licznego rodzeństwa był „okrzesany”, czyli zdobył wykształcenie. Uwolniło go ono od losu całych pokoleń Ślązaków, zostających górnikami, hutnikami lub w najlepszym razie – jak ojciec Kutza – kolejarzami. Po śmierci Anastazji opiekująca się nią siostra Kazimierza wręczyła mu teczkę ze zbieranymi przez całe życie listami pisanymi przez niego do matki, najpierw ze Szkoły Filmowej w Łodzi, potem z Wrocławia, Warszawy, Katowic. W czasie lektury Kutzowi stanęło przed oczami całe życie, przypominało się wszystko, o czym przed laty pisał – ale także to, czego nie mógł pisać, żeby mamy nie gorszyć. Listy te mogły zatem stanowić ukryty szkielet albo rusztowanie, które obudować należało wybornymi historiami, anegdotami, portretami aktorów, wybitnych wykładowców Filmówki, kolegów filmowców, pięknych kobiet, na których wdzięki dotknięty „syndromem Stendhala” reżyser był zawsze niezwykle wrażliwy.

Zanim połączyła nas relacja autor–wydawca, przed wielu laty, w czasie karnawału Solidarności, gdy jeszcze mieszkałem w Katowicach i pracowałem na Uniwersytecie Śląskim, wpadaliśmy na siebie przy różnych okazjach – w studiu Radia Katowice, w redakcjach katowickich pism. Kazimierz Kutz był wtedy niezwykle aktywny jako prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego i przewodniczący Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych Regionu Śląskiego. Przypomina mi się wiele malowniczych opowieści Kazia o władającym Śląskiem partyjnym satrapie Zdzisławie Grudniu i o znienawidzonym przez Grudnia gen. Jerzym Ziętku, legendarnym wojewodzie śląskim. To słynny „stary Jorg” rozpostarł nad Kutzem parasol, dzięki któremu mógł on zrealizować swoją śląską trylogię – filmy nie cierpiane przez niszczących śląską kulturę włodarzy województwa wywodzących się z Zagłębia. Część tych opowieści znalazła się później w szkicach wspomnieniowych, jakie złożyły się na książkę Portrety godziwe, wydaną w Znaku w roku 2004. Będąc przekonanymi o literackim talencie Kutza, którego próbki ujawniał np. w publikowanych w pismach wspomnieniach o przyjaciołach: Zbyszku Cybulskim czy Januszu Sidle, staraliśmy się podtrzymywać na rynku jego obecność jako pisarza, co udawało nam się mniej więcej co pięć lat. I tak na pięć lat przed Portretami godziwymi ukazały się Klapsy i ścinki. Mój alfabet filmowy i nie tylko (1999), zaś pięć lat po Portretach… zbiór Z mojego młyna. Felietony filmowe (2009). We wszystkich tych krótkich formach Kutz pokazywał pazur rasowego prozaika, błyskał wspaniałą frazą, nieoczekiwanymi skojarzeniami językowymi, fantastycznym poczuciem humoru. Bywał rubaszny i dosadny, ale też finezyjny i wzruszający – zwłaszcza gdy pisał o tych, których kochał, bądź o tym, co go zachwycało. Były to wszakże jedynie uwertury przed dziełem najważniejszym – prawdziwym „hauptwerkiem” Kazimierza Kutza.

Arcydzieło Piąta strona świata– bo o nim mowa – nazywam „najdłuższą powieścią w Europie”. Wyszarpywanie jej z autora zabrało mi bowiem 16 lat. Po pierwszym fragmencie opublikowanym w kultowym śląskim numerze „NaGłosu” (1994), po którym odebrałem telefon zafascynowanej tą prozą Wisławy Szymborskiej: „Słuchaj, narodził się pisarz!”, kolejne lata mimo stosowanych forteli, szantażów, presji i mamienia wysoką zaliczką wypełnione były posłowaniem, marszałkowaniem w Senacie, częstymi pojedynkami w mediach z politycznymi troglodytami prawicy. Ukazywały się wymienione wyżej zbiory, ale jedynie zaostrzały one apetyt i dawały przedsmak tego, na co stać Kutza-pisarza. Skutkiem mojej natarczywości były dedykacje w kolejnych książkach – a to porównywany byłem do buldoga, a to czytałem: „J.E. Jerzemu Illgowi, mojemu »oprawcy« i »zbawcy« – z czułością”. Nawet Fizymatenta – wydane wyjątkowo przez Agorę – autor zadedykował: „Ciemiężycielowi z Krakowa”. W rozmowie, jaką przeprowadziłem z nim z okazji wydania Portretów godziwych, wyznał: „Pan te książki na mnie wymusza, jest Pan dla mnie kimś w rodzaju powiernika, treuhändlera – to taki ktoś, kto opiekuje się przedsiębiorstwem w stanie nie najlepszym. (…) Z Panem to jest beznadziejna sprawa. Jak Pan do mnie dzwoni, to ja się czuję jak więzień na urlopie, do którego telefonuje dyrektor więzienia”. Szczęśliwe zwieńczenie tej szamotaniny stanowiło wydanie Piątej strony świata (2010) – na moim  egzemplarzu Kaziu na stronie tytułowej pieszczotliwie napisał: „Jerzy – Nicponiu! To także przez Ciebie!”.

Nigdy nie uwolnię się od żalu do jurorów Nike, którzy kompletnie nie poznali się na powieści Kutza, podczas kiedy – jak sobie wyobrażałem – bez wątpienia powinna ona zostać uhonorowana tą (niby) najpoważniejszą nagrodą literacką w Polsce. Ta ślepota – czy może raczej głuchota na oryginalność dzieła i niezwykły język stworzony przez autora specjalnie na użytek tej powieści – mogłaby stanowić kolejną ilustrację stale podkreślanej przez Kutza obojętności Polski na Śląsk, niezdolności do zrozumienia jego specyfiki i historii, do odwzajemnienia jego miłości i przywiązania do niewdzięcznej macierzy. Powieść, wyraźnie autobiograficzna, oparta na epicko przetworzonych losach śląskiego rodu, osadzona w historii najnowszej i rewelacyjnie opisanym środowisku śląskiej prowincji przechodzącej wśród konfliktów narodowych i społecznych gwałtowny proces uprzemysłowienia i przyłączania do Polski, była jednocześnie zapisem drogi przebytej przez narratora, mającego bardzo wiele wspólnego z autorem. O trudnościach związanych z pisaniem tej powieści mówił mi w cytowanej już rozmowie: „Czuję, że ciąży na mnie straszny ciężar odpowiedzialności za tę książkę, bo rzeczywiście chcę wybełkotać z siebie coś, co jest organicznie związane ze Śląskiem, a jako takie mało znane, chcę wypełnić pewną lukę w słowie pisanym. W kinie to zrobiłem, ale to moje doświadczenie filmowe jest tu zupełnie nieprzydatne, bo to jest inny warsztat, inna konstrukcja, inna góra do zdobycia”. Na szczęście w literaturze również udało mu się ją zdobyć.

Dociekanie korzeni śląskiej tożsamości – dzięki czemu żadna poważna debata o Śląsku nie może się dzisiaj bez tej powieści obejść – było zarazem zapisem procesu narodzin pisarza. Wychodzi on od lokalnej gwary – przytoczyć tu trzeba szokujące pierwsze zdania powieści: „Odbiył mi dekel, chyba mom ptoka i niy wiym, jak pisze sie książka. Ida na to, ale niy byda chcioł nikogo zbawić ani za dużo fanzolić o złym losie. Łon tyn, los, jeździ po swoich szynach i mogymy mu kole rzici luft plompać”. Nic dziwnego, że po takim początku – mimo umieszczonego w przypisach tłumaczenia – wielu koryfeuszy jaśnie oświeconej krytyki „księstwa warszawskiego” odpadło już na wejściu od obcego im świata. Tymczasem od tego wygrzebywania się z żywiołu śląskości droga wiodła narratora – poprzez intrygujące partie autotematyczne – ku wyrafinowanemu stylowi dywagacji filozoficznych, egzystencjalnych, historycznych i kulturowych, ale też ku niezwykle smakowitemu językowi, jakim opisywał zmysłową urodę świata. Filmowy zmysł obserwacji sprawia, że niektóre obrazy i porównania oddziałują na wyobraźnię – przynajmniej moją – z niezwykłą siłą. Weźmy choćby taką scenę: „(…) zmąciły mi umysł roje młodych matek, które stadami stoją po rogach nowych osiedli. Zagadane, pęczkami, pytlują i każda potrząsa wózkiem na wysokich kółkach. Dorodne i postawne, z biodrami twardymi jak dębowy pień (…). Niedawno rodziły, a z rozchylenia nóg widać, że nowego karpia gotowe przyjąć. I tak na każdym rogu”. Albo taki opis: „Pamiętam, jak któregoś zimowego wieczoru mój daleki kuzyn Maks, najlepszy akordeonista w całym Roździeniu, przyprowadził (…) dziewczynę z Giszowca, smagłą niczym Mulatka, z twarzą kościelnej madonny i ciałem nabitym jak lotnicza opona”. Zapiekłe feministki podniosłyby zapewne w tym momencie larum, oskarżając autora o seksizm i instrumentalne traktowanie kobiecego ciała, ale łatwo to pomylić z ugruntowanym w śląskich rodzinach i obyczajowości wyobrażeniem roli kobiet – żon, matek, opiekunek i żywicielek. A ponadto Kutz – zarówno w swoich filmach, jak i utworach literackich, ale także w życiu – traktował sferę płci i seksu bardzo swoiście, z jednej strony szokując odwagą i swobodą, z drugiej – zadziwiając delikatnością i subtelnością.

Opowiedziana w Klapsach i ścinkach autentyczna historia miłosna zatytułowana Hania-Ania Cz. jest dla mnie jedną z najpiękniejszych opowieści o wielkim uczuciu, które mimo ogromnego ładunku erotyzmu pozostaje niespełnione. Sprawia to nie tyle niesprzyjający zbieg okoliczności, co właśnie delikatność, wewnętrzna czystość i poczucie odpowiedzialności bohatera. To tylko jeden z przykładów sprzeczności, których w twórczości, a także postawie i sposobie bycia Kazimierza Kutza można by znaleźć dużo więcej. Słynący z mocnego słownictwa – które w jego ustach nie brzmiało wulgarnie, a było swoistą, jemu tylko właściwą językową poezją – przejawiał nierzadko wobec bliźnich wielką czułość i subtelność. Jednocześnie wrodzona przekora sprawiała, że lubił prowokować, zwłaszcza gdy ponosił go temperament krewkiego polemisty – najczęściej, jeśli chodziło o sprawy Śląska bądź aktualne spory polityczne. Przejawiał wtedy niewiarygodną inwencję językową – nierzadko sięgając po malowniczą skatologię. Gdy Sejm odrzucił obywatelski projekt uznania Ślązaków za mniejszość etniczną, Kutz, piętnując narodowy szowinizm, napisał, że „Ślązaków wypreparowano w prawną pustkę; są jak kacze gówno na łysej pale polskiego nacjonalizmu”. Natomiast w polemicznym ferworze jednego z moich ulubionych posłów PiS-u poczęstował fantastyczną, uruchamiającą wyobraźnię metaforą: „Pan jesteś wytrych z gówna”. Poezja czysta. A zarazem strzał w środek tarczy.

Inną sferą, w której dochodziły do głosu charakterystyczne dla Kutza sprzeczności, był stosunek do religii i Kościoła. Oczywiście nie do zaakceptowania było dla niego coraz wyraźniej rysujące się państwo wyznaniowe, sojusz ołtarza z tronem, przynoszący okropne skutki, odstręczające wiernych od Kościoła i praktyk religijnych. Pisał pięknie o duchowości, mistyce i charyzmie Jana Pawła II, ale adrenalina skakała mu gwałtownie, gdy mówił o „imperium” ks. Rydzyka, które „jest rozkwitłym rakiem na organizmie Kościoła”. Deklarując się jako ateusz i wolnomyśliciel, był w moim przekonaniu o wiele prawdziwszym chrześcijaninem niż rzesze „praktykujących niewierzących” uczestniczących rytualnie co niedziela w mszach św. Jego dekalog sprowadzał się do jednego prostego przykazania: „Być przyzwoitym, żeby matka nie musiała się mnie przed sąsiadkami wstydzić”. Za mało tu miejsca na szczegółowe rozwijanie tego wątku. Wystarczy stwierdzić, że nie mógł łatwo mieścić się w tradycyjnie pojmowanym katolicyzmie ktoś, kto jako młody człowiek miał szczęście pobierać nauki od takiego katechety: „»Kto nie próbuje – mówił nam żartobliwie ksiądz Joachim Dziędziela na lekcjach religii w Szkole numer 6 w Szopienicach – ten umrze bez potomstwa«. No i od wiosny wszyscy próbowali”.

Na szarfie wiązanki, jaką złożyłem od przyjaciół z Wydawnictwa Znak na grobie Kazimierza Kutza, poleciłem umieścić napis: „Wolnemu Człowiekowi, naszemu wspaniałemu Autorowi”. Gdyby przyszło mi wypełniać tzw. test skojarzeń słownych, na hasło „Kazimierz Kutz” musiałbym wymienić długą listę cech charakteru i przymiotów, jakimi dysponował jako artysta, reżyser, pisarz, cięty felietonista, ale przede wszystkim jako człowiek – prawdziwie „Wolny Człowiek”: odwaga, prawość, wierność sobie i wyznawanym ideałom, pracowitość, talent, wyobraźnia, fantazja, szczerość, prostolinijność i mówienie tego, co się myśli, uczciwość, dobroć, oddanie rodzinie, przekora, bezczelność, dziarskość, upór, zdolność smakowania świata i cieszenia się życiem. Jak na jednego szopienickiego pyrtka chyba wystarczy.

W rzeczy samej, Kazio nie był olbrzymem – myśląc o nim, wyobrażałem sobie zawsze, że jeśli ktoś ma tak nisko środek ciężkości, nie sposób go przewrócić ani pokonać – zwłaszcza gdy ma korzenie tak głęboko zapuszczone w glebie, z której wyrasta. Zakorzenienie w śląskim żywiole – w wartościach, kulturze, tradycji, obyczaju, języku – było źródłem jego siły, dawało mu zaprawę w bojach, uskrzydlało wyobraźnię, zapewniało wiarę w siebie. Jego niespożyta energia i witalny szwung sprawiają, że trudno mi uwierzyć w to, że po prostu go nie ma. W ostatnich latach zmarło wielu ważnych i bliskich mi ludzi – wtedy za każdym razem odczuwałem ból, żal z powodu straty, ale towarzyszyła temu świadomość czegoś nieuchronnego, co stało się i jest nieodwołalne. Teraz wydaje mi się niemożliwe, żeby Kazia najzwyczajniej nie było, podejrzewam, że robi nam jeszcze jeden kawał, po którym wynurzy się z figlarnym, triumfującym uśmiechem. Chciałbym do niego zawołać – w języku, który mimo oddalenia usłyszy: „Kazik, ty śląski pieronie, kajś się stracił? Nie rób nos za bozna, pokoż nom sie, bo żeś jest tukej richtig potrzebny!”.

Kup numer