70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Fot. G. Celejewski

Wkurzam się razem z wami

Jestem za tym, żeby głośno wyrażać niezadowolenie. Jeśli jakiś biskup ośmieli się powiedzieć coś krytycznego o Radiu Maryja, to będzie miał od razu tonę listów z pretensjami i urywające się telefony. A w innych przypadkach takich protestów nie ma.

Tytuł Kościół po zawale pojawił się na okładce „Znaku” kilkanaście lat temu, przy okazji sprawy abp. Wielgusa oskarżonego o współpracę z SB. Mamy poczucie, że teraz nastąpił kolejny zawał albo inna jeszcze, być może najgłębsza po 1989 r., zdrowotna zapaść. Kontekst obecnego kryzysu jest jasny – to problem pedofilii.

Myślę, że sprawa pedofilii nie tyle wywołała ten kryzys, ile go ujawniła. Jeśli trzymać się metafory medycznej, to mamy w polskim Kościele do czynienia z długotrwałą chorobą wrzodową. Wrzody teraz pękły i zaczęło cuchnąć.  

To znaczy?

Niekompetentne, a niekiedy wręcz nieprawe, reagowanie kościelnych przełożonych na przypadki pedofilii to efekt instytucjonalnego kryzysu.

W skrócie chodzi o to, że część przełożonych Kościoła w Polsce na różnych szczeblach nie wypełnia dobrze swoich obowiązków. I tak jest od dłuższego czasu.

Po emisji filmu Tomasza Sekielskiego Tylko nie mów nikomu napisał Ksiądz na blogu: „Notuję, żeby nie zapomnieć. Grzech i zgorszenie pierwsze: krzywdzenie bezbronnych przez tych, którzy powinni się o nich troszczyć. Grzech i zgorszenie drugie: niedowierzanie ofiarom (obarczanie ich winą itd.). Grzech i zgorszenie trzecie: chronienie sprawców, tuszowanie spraw, rozwadnianie odpowiedzialności. Grzech i zgorszenie czwarte: trzymanie się stanowisk przez przełożonych winnych zaniedbań / współsprawców. Grzech i zgorszenie piąte: tolerowanie grzechu czwartego”. Jakie emocje towarzyszyły Księdzu podczas oglądania tego filmu?

Moje wkurzenie wokół tej sprawy trwa od lat. Po emisji filmu jeszcze się wzmocniło.

Miałem do czynienia z ofiarami wykorzystania seksualnego przez duchownych znacznie wcześniej, więc treść filmu nie była dla mnie zaskoczeniem. Może tylko to, jak dużo czasu musiał poświęcić Tomasz Sekielski, żeby zbudować relację zaufania z poszkodowanymi. Pokazał dużo empatii, o którą wcale go nie podejrzewałem.

Ksiądz ma za sobą doświadczenie własnych spotkań z pokrzywdzonymi?

Tak. Wiem dzięki temu, jak trudno przekonać ofiarę do mówienia publicznie o tym, co się wydarzyło. Wskazanie sprawcy wiąże się przecież często z powrotem do tych traumatycznych przeżyć, z mówieniem o nich w sądzie. Bez wcześniejszej porządnej terapii to bardzo trudne. Skutki traumy ciągną się latami. Film Sekielskiego może pomóc tym, którzy już są na tyle silni, żeby wykonać kolejny krok. Jest jednak też sporo osób, które nie mają jeszcze w sobie takiej siły, które żyją w ciągłym lęku.

Wciąż uczymy się, jak lepiej reagować na te sprawy w Kościele.

Z kwestii praktycznych warto wspomnieć, że wśród osób przyjmujących zgłoszenia o wykorzystaniu seksualnym powinny być też kobiety. Ludzie zranieni przez duchownych odczuwają niekiedy lęk przed kontaktem z osobą reprezentującą płeć sprawcy: innym księdzem albo nawet świeckim mężczyzną prawnikiem.

Słusznie. W naszej diecezji wprowadzamy też rekomendację, aby do parafii, w której doszło do przestępstwa, pojechał biskup albo jego ważny przedstawiciel. Każdy parafianin powinien móc przyjść i z nim porozmawiać. Chodzi m.in. o to, żeby wspólnoty miały możliwość oswojenia się z sytuacją. Bez tego grozi wypieranie – aż po ostracyzm w stosunku do ofiar.

Powiedział Ksiądz, że problem z reakcją na pedofilię to przejaw choroby trwającej od dłuższego czasu. Czym jest ten helicobacter, który był przyczyną pękającego dziś wrzodu?

Po 1989 r. pewna część polskiego Kościoła – zwłaszcza duchownych – założyła, że teraz jest już dobrze, że wygraliśmy i że będziemy odcinać kupony od zwycięstwa nad komunizmem.

Do tego uspokajało nas posiadanie „naszego papieża”, który przecież doskonale zna sytuację Polski i nad wszystkim czuwa… Konsekwencją było radosne uśpienie i seria nieodpowiedzialnych decyzji.  

Personalnych?

Pewnie też, choć to mi trudniej ocenić. Chodzi przede wszystkim o decyzje strategiczne, choćby te, które doprowadziły do osłabienia intelektualnego: po podziale diecezji rozmnożyła się liczba seminariów, a potem na potrzeby nowych ośrodków teologicznych de facto rozbiliśmy trzy środowiska (Lublin, Warszawę i Kraków), które kształciły wcześniej na przyzwoitym poziomie. Nagłe zapotrzebowanie na mnóstwo pracowników naukowych sprawiło, że spadła ich jakość.

Ale to chyba odrębny problem poziomu intelektualnego duchownych.

Nie tylko. Rektorami, kanclerzami, kierownikami duchowymi w seminariach zostają najczęściej ludzie po studiach specjalistycznych. Co gorsza: wśród polskiego duchowieństwa doktorat bywa postrzegany i traktowany jak przepustka do awansu. To nie jest więc wyłącznie problem teologii – przekłada się wprost na jakość kadr, na to, kto zarządza Kościołem. Jeśli ludzie na podstawie dyplomu, który uzyskali zbyt łatwo, są przekonani o posiadaniu kompetencji, których w rzeczywistości nie mają, to robi się niebezpiecznie – niezależnie od środowiska czy dziedziny nauki. Małą pociechą jest, że był to proces dotyczący prawie całego szkolnictwa wyższego.

Czy przed 1989 r. było z tym lepiej? Niektóre historie z filmu Sekielskiego miały miejsce jeszcze w PRL-u.

Paradoksem jest to, że w kwestii przestępstw seksualnych komuna nas prawdopodobnie ochroniła. Zabierając Kościołowi domy dziecka, szkoły, instytucje opiekuńcze, utrudniła kontakt z małoletnimi. Dodatkowo przyglądała się uważnie duchownym, by wykorzystując wszystkie skandale, wpływać na władzę w Kościele. To działało odstraszająco i sprawiało, że było mniej prawdopodobne, iż pedofile będą swobodnie funkcjonować w instytucjach kościelnych z łatwym dostępem do dzieci – tak jak to było w USA czy w Irlandii.

Nie znamy jeszcze nawet szacunkowej liczby ofiar w polskim Kościele.

Oczywiście nie wiemy wszystkiego. Chodzi jednak o skalę. Trochę się już na ten temat dowiedzieliśmy i prawdopodobnie – inaczej niż na Zachodzie – nie znajdziemy w żadnej diecezji sprawcy, który miał na sumieniu 500 ofiar.

Jednocześnie czasy komunizmu, obawy o prowokacje bezpieki sprawiły, że biskupi i księża nauczyli się działania w półcieniu, bez ujawniania trudnych spraw. Nikt po 1989 r. nie powiedział wyraźnie, że trzeba z tym brakiem transparentności skończyć. To widać też w innych dziedzinach życia kościelnego, np. w kwestiach finansowych. Od 1983 r. rady ekonomiczne są obowiązkowe w parafiach i diecezjach. Rozmawiamy w 2019 r., a wiele parafii działa bez jakiejkolwiek przejrzystości finansowej.

W różnych krajach funkcjonował ten sam mechanizm wyparcia, tuszowania, przenoszenia sprawców, ale właściwie nie ma takiego przypadku jak Polska, w której tak wiele już wiadomo, są wytyczne z Watykanu, a na konferencję prasową przychodzą najwyżsi przedstawiciele episkopatu i mówią o ataku na Kościół, przerzucają winę na „seksualizację dzieci” we współczesnej kulturze. W innych krajach otrzeźwieni jednak przyszło i doszło do zmiany osób, którym wykazano zaniechania.

Myślę, że rozliczenia tych, którzy są winni zaniedbaniom, jeszcze przyjdą. Taką mam nadzieję. W innych krajach też to trwało…

Skąd jednak to rozliczenie ma przyjść? Z Watykanu?  

Nie lekceważyłbym ludzi, którzy zostali powołani na delegatów ds. ochrony dzieci i młodzieży. Jest wśród nich sporo uczciwych i odważnych osób, bo byle kto się tego zadania nie podejmuje. Oni mają do czynienia z cierpieniem ofiar. I to jest ważne. Bo jeśli ktoś ma bezpośredni kontakt z ofiarami, to staje przed dylematem: zlekceważyć cierpienie tej osoby i bronić kościelnego przełożonego czy stanąć po jej stronie i zrobić porządek w Kościele, np. zawiadamiając prokuraturę.

Delegaci powoli zyskują wgląd w dokumentację, dowiadują się, kto wiedział o konkretnych przestępstwach i jak na nie zareagował. Gdy odkryją nadużycia ze strony biskupa, będą mieli obowiązek zgodnie z dokumentem Vos estis lux mundi poinformować o tej sprawie Stolicę Apostolską.

Toczą się też procesy cywilne przeciwko instytucjom kościelnym. Towarzystwo Chrystusowe musiało wypłacić kobiecie gwałconej w dzieciństwie przez jednego z księży odszkodowanie w wysokości miliona złotych.

I tam gdzie były nieprawe działania przełożonych, takie wyroki będą zapadać. Myślę, że ewentualne przegrywane procesy kończące się udowodnieniem winy przełożonych i odszkodowaniem albo karą dla biskupa będą się przyczyniać do otrzeźwienia i oczyszczenia.

Mamy tu pewne wątpliwości. Abp Sławoj Leszek Głódź jest oskarżony o zaniedbania w reagowaniu na sprawę molestowania dzieci przez ks. Henryka Jankowskiego i ks. Franciszka Cybulę. Nikt z tym nic nie zrobił: ani inni biskupi, ani delegat…  

W tamtej diecezji delegat został powołany przez arcybiskupa dopiero kilka tygodni temu.

No właśnie! Biskupa ma kontrolować delegat, którego powoła (albo i nie) tenże biskup. Abp Głódź powinien powołać delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży jeszcze w 2014 r. Zrobił to dopiero teraz. I dalej jakby nigdy nic zasiada w Radzie Stałej Episkopatu.

Powtórzę, mam nadzieję, że te prawne rozliczenia osób winnych zaniedbań jeszcze przyjdą. A jednocześnie rozliczenie w pewnym sensie już następuje: wystarczy policzyć wiernych w kościołach. Jest ich coraz mniej.  

Nie jest to kwestia samej sprawy pedofilii. Tu wracamy do źródeł choroby polskiego Kościoła. Trochę już Ksiądz o tym mówił: to brak intelektualnego przygotowania, triumfalizm…

Nie mam nic przeciwko uzasadnionej radości z sukcesu, jaką było odzyskanie wolności po czasach PRL-u. Niepokoi mnie coś innego – triumfalistyczna krótkowzroczność.

Fundamentalny błąd, który popełniliśmy, to ten, że po 1989 r. nie reagowaliśmy na następujące zmiany kulturowe, nie mówiąc już o ich wyprzedzaniu. Nie zrobiliśmy nic poza kolejnymi działaniami, które w istocie nas osłabiały. Za taki krok uważam np. rezygnację z katechezy parafialnej na rzecz nauki religii w szkołach. To – zwłaszcza w miastach – rozluźniło związek z parafią nie tylko dzieci, ale i wikariuszy, którzy często zarabiają więcej w szkole niż w parafii. Straciliśmy świeckich katechetów na rzecz nauczycieli religii. I do tego uzależniliśmy ten cały system od pieniędzy z państwa, a zatem w istocie od polityków.

Procesy sekularyzacyjne następują w całym zachodnim świecie. Nie jest łatwo znaleźć na nie odpowiedź.

Można się było zacząć uczyć na błędach, np. próbować zdiagnozować, co należy robić, jak przekazywać wiarę we współczesnym świecie. Zmiany kulturowe przyspieszają, Francuzi mówią o acceleration culturelle. Zachwiało się dziedziczenie wiary jako naturalnej części kultury, w której żyjemy.

W Polsce dorosło już całe pokolenie, które nie zobaczyło w wierze wartości i strząsnęło ją wraz z tym wszystkim, czego nie chciało kontynuować ze sposobu życia rodziców. A my w dyskursie publicznym powtarzamy jedynie, że mamy do czynienia z walką z Kościołem.

Jeśli tylko na to nas stać, to nie ma szans nawet na amortyzację tych procesów. Młodzi nie walczą z Kościołem. Oni go po prostu ignorują.

Dobrym przykładem jest mówienie o „cywilizacji śmierci”, która znajduje się oczywiście na zewnątrz Kościoła i która prowadzi z nim walkę. W konsekwencji używania takiego języka trudno dziś – nawet po filmie Sekielskiego – dostrzec, że zło i grzech są w środku naszych wspólnot, w tym, jak się sprawuje w nich władzę. Powtarza się wciąż, że byli niegodni kapłani, którzy ulegli „złu tego świata”. To jest jakaś błędna, sztuczna diagnoza.

To jest brak jakiejkolwiek diagnozy. Albo gorzej: niechęć do nawrócenia.

Choć „świat wszystek we złem leży” to w końcu zdanie biblijne.

Zamiast zmierzenia się z problemem, zapycha się go cytatami z Pisma Świętego, które zwalniają nas z myślenia. To perwersja w stosunku do tekstu biblijnego i Objawienia.

Kłopot jest taki, że nie mamy dziś przemyślanego tego, co się dzieje we współczesnej kulturze. Bez tego Kościół znajdzie się na jej marginesach. My już przestajemy w niej uczestniczyć.

Ten brak zrozumienia widać było w przypadku reakcji na działania performatywne, takie jak np. dodanie do obrazu Matki Boskiej tęczowej aureoli. Kościół wezwał do „publicznego przebłagania Boga za popełnione świętokradztwa”. Reakcja wydaje się nadmierna w porównaniu z tym, jak odpowiadał na zło uczynione wobec konkretnych ludzi – ofiar wykorzystania seksualnego w Kościele.

Mam wrażenie, że od pewnego momentu część naszego episkopatu działa analogicznie do pewnej partii politycznej – umacnia twardy elektorat.

To jest strategia samobójcza, bo ten twardy elektorat wiarę potrafi przekazywać „po staremu”, właśnie jako część dziedzictwa kulturowego, zespół praktyk. Grzmi zatem do młodych, że mają chodzić do kościoła, nie tłumaczy dlaczego. A młodzi na to grzmienie nawet już nie podnoszą oczu znad komórki. Znów wychodzi na wierzch nasza krótkowzroczność.  

Nie trzeba być wielkim cynikiem, żeby dostrzec w ostatnim przyłączeniu się hierarchów do ataków na środowiska LGBT próbę przykrycia sprawy pedofilii.

Oczywiście to jest ewidentna taktyka na przykrycie – przy optymistycznym jednak założeniu, że chodzi o jakąś taktykę.

Myślę, że niedługo pojawi się masa krytyczna. Dodatkowym bodźcem do zmiany postawy mogą być kłopoty finansowe Kościoła. Wystarczy, że władzę w Polsce przejmie partia, która powie: odłączamy was. Przestajemy finansować remonty, lekcje religii i wydziały teologiczne.

Kościół dawał sobie w przeszłości radę bez katechezy w szkole.

Tak, ale było biedniej. Obniżenie poziomu życia jest zawsze bolesne.

Obecnie mamy model finansowania, który uczynił nas – potencjalnie lub faktycznie – zakładnikami władzy.  

Instytucje kościelne odzyskały też po 1989 r. dużą część majętności. Są więc rezerwy.

Obawiam się, że większość tych pieniędzy już roztrwoniono – np. na budowanie wszystkich niezwykle ważnych i potrzebnych gmachów, jak seminaria w małych diecezjach, w których niedługo będzie po kilku kleryków.

Kwestia finansowania Kościoła to nie jedyne źródło pokusy politycznego zaangażowania.

Liczę, że zmiana sposobu finansowania będzie stanowić oczyszczający impuls. Choć finanse raczej nie prowadzą wprost do zaangażowania politycznego. Myślę, że mamy wciąż jeszcze w głowach wielu katolików – i świeckich, i duchownych – wizję państwa wyznaniowego, w którym prawo państwowe jest emanacją nauczania Kościoła. Część angażuje się w politykę ideowo, by ją realizować. Część – zwyczajnie, idąc za pokusą władzy.

Mówi się często – za papieżem Franciszkiem – że za rozmaitymi problemami Kościoła stoi klerykalizm. W centrum wspólnoty kościelnej znajduje się wyróżniona, niemal sakralizowana, postać księdza. To miałaby być jedna z przyczyn w trudnościach z reagowaniem na pedofilię wśród duchownych. Czy polski Kościół jest klerykalny?

Tak. Choć trzeba odróżnić dwie sprawy.

Po pierwsze, to kwestia teologii. Gdy mówimy w przestrzeni publicznej o Kościele, wciąż myślimy o duchownych. Gdy mówimy o pedofilii w Kościele, to mamy na myśli czyny duchownych, a nie wszystkich ochrzczonych, w tym świeckich. Taka wizja Kościoła to błąd eklezjologiczny. Jeśli jednak tak się mówi w samym Kościele, bo robią tak często sami księża, to trudno się dziwić, że język ten jest przejmowany na zewnątrz, w mediach czy polityce.

Po drugie, jest praktyka parafialna. W mniejszych społecznościach ksiądz „od zawsze” należał do lokalnej elity.

Zwykły chrześcijanin jest często traktowany w parafii jak klient kleru. I to taki, który jak się odpowiednio nie zachowa, to nie może liczyć na sprawną obsługę.

To jest klerykalizm, który diagnozuje Franciszek. On wymaga duszpasterskiego nawrócenia, przemodelowania mentalności tej części księży, która jeszcze funkcjonuje w ten sposób.

Świeccy też w większości są bardzo klerykalni.

Istnieje grupa świeckich, która należała – również „od zawsze” – do beneficjentów tego modelu. To były często rodziny duchownych – kuzyn proboszcza zostawał kościelnym itd. Czasem następowało uwłaszczenie całej rodziny na parafii. Ten model odchodzi w przeszłość. Pojawiają się za to świeccy tworzący własne struktury klerykalne – np. liderzy niektórych środowisk ideowych czy wspólnot charyzmatycznych, z których decyzjami się nie dyskutuje, trzeba ich tylko słuchać. To niebezpieczne zjawisko.

A co Ksiądz mówi tym świeckim, którzy przychodzą do Księdza i skarżą się: jesteśmy już tym wszystkim wkurzeni?

Wkurzam się razem z nimi.

A jak dodają: nie będziemy już chodzić do kościoła?

Ja też się swatałem z Kościołem, gdy był w lepszym zdrowiu, ale nie będę się rozwodzić, gdy jest w gorszym stanie. Bez przesady. Jeśli widzę rzeczywistą trudność związaną z utratą fundamentu do wierzenia, to próbuję opowiadać o Jezusie. Bo to jednak o Jego Ewangelię chodzi.

Ludzie się miotają, nie wiedzą, jak reagować. Chcą brać odpowiedzialność za wspólnotę, ale czują, że nie mają na nią większego wpływu.

Jestem za tym, żeby głośno wyrażać niezadowolenie.

Lecz to jest frustrujące.

Problem polega na tym, że np. jeśli jakiś biskup ośmieli się powiedzieć coś krytycznego o Radiu Maryja albo o jego dyrektorze, to będzie miał od razu jeśli nie pikietę pod kurią, to tonę listów z pretensjami i urywające się telefony. W innych przypadkach takich protestów nie ma.

Jak są pikiety z powodu braku reakcji na pedofilię, to uznaje się je za ataki na Kościół.

Nie przypominam sobie porządnej manifestacji zorganizowanej przez zaangażowanych katolików. Pikiety przeciwko pedofilii były organizowane przez ludzi – łagodnie mówiąc – niezbyt przychylnych Kościołowi. I takie łatwiej zinterpretować jako element „walki z Kościołem”. Podobnie jak artykuły w prasie niechętnej obecnej władzy, z której linią utożsamia się też wielu duchownych. Nie chcę zachęcać do buntu. Lepiej najpierw porozmawiać ze swoim proboszczem, nawet jeśli to będzie rozmowa trudna dla obu stron.

To jest pierwsze źródło frustracji. Niektórzy przyjmują w parafii zasadę, że idą do księdza tylko wtedy, gdy słyszą na kazaniu coś budującego. Wtedy przynajmniej rzadziej zaglądają do zakrystii. W przeciwnym razie musieliby tam stać niemal co tydzień.

To jest problem, który mają też księża – z nimi czasem nikt prócz klakierów nie rozmawia. A może dobra rada brzmi: weź proboszcza na kawę, na ciastko, nakarm go…

To może z umiarem.

… a potem powiedz mu kilka rzeczy, które będą wymagały intelektualnego wysiłku. W życiu codziennym brakuje nam faktycznego kontaktu duchownych i świeckich.

Konsekwencją jest klerykalizm.

Albo przynajmniej formalizm we wzajemnych relacjach.

Mówimy tu o działaniach indywidualnych. One jednak nie wystarczą, gdy mowa o walce ze „strukturami grzechu” w Kościele. Jakie zmiany są przed nami?

Warto wspomnieć o trzech sprawach.

Po pierwsze, zmianie modelu przygotowania do prezbiteratu. W Polsce dość długo de facto ignorowaliśmy formację ludzką i przygotowanie do celibatu. Nie zwracaliśmy uwagi na to, by klerycy zyskali kontakt z samymi sobą, zdobyli większą świadomość własnych emocji, zdolność do podejmowania samodzielnych decyzji. Słowem – chodzi o dojrzałość. To nie jest proste, bo te chłopaki często przychodzą tak zabetonowane, że wydaje się im, że są już gotowi do święceń. A teraz do zmiany zmusza nas, na szczęście, Stolica Apostolska, nakazując rok propedeutyczny (odbywany poza seminarium), w którym mamy zwracać szczególną uwagę właśnie na formację ludzką. Nasza diecezja robi to już od siedmiu lat i zaczynamy widzieć rezultaty.

Po drugie, konieczność przejścia w Kościele od struktury hierarchicznej do synodalnej. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił Franciszek, gdy został papieżem, było zlecenie Międzynarodowej Komisji Teologicznej, żeby przygotowała porządne studium o synodalności. To był model, który funkcjonował przez całe pierwsze tysiąclecie chrześcijaństwa. Chodzi o to, że gdy Kościół staje przed decyzją, to się zbiera, słucha głosu Ducha Świętego i dyskutuje, aż powstanie konsensus. To przeciwieństwo przekonania, że przełożonemu wszystko wolno. Takie przekonanie to właśnie struktura zła. Ona funkcjonowała, dzięki wielu sprzyjającym okolicznościom, ale można ją przebudować. Oczywiście synodalność ma wady – wydłuża choćby drogę podejmowania decyzji. Jednak to ona jest bardziej otwarta na głos Ducha Świętego, który przemawia nieraz przez ostatniego we wspólnocie.

Nasz episkopat podejmuje decyzje zbiorowo, można by rzec: synodalnie, ale z zewnątrz trudno dostrzec, by prowadzony był tam twórczy dialog. Podstawową zasadą zdaje się przekonanie, że nigdy nie można ujawnić żadnej różnicy zdań między hierarchami.

Synodalności musimy się wszyscy nauczyć. Problem naszego episkopatu polega na tym, że jest, po pierwsze, za duży, przez co trudno mu merytorycznie dyskutować, a po drugie, że brakuje mu rzeczywistych struktur pomocowych, think tanków złożonych z fachowców, w których przygotowywano by projekty pod obrady episkopatu. My działamy na zasadzie pospolitego ruszenia. I z podobnymi efektami.

A trzeci element zmiany?

To sposób, w jaki kształtujemy wspólnoty u dołu. Musimy formować członków Kościoła do współuczestniczenia w podejmowaniu decyzji. To jest trudne. Ten, kto jest pasterzem, musi w ogóle dopuszczać, by ktoś mu doradzał. Na Śląsku się mówi: „dać se pedzieć”. Ksiądz musi dać sobie coś powiedzieć. Dopiero gdy przeciętni wierni zaczną postrzegać Kościół jako swój, to znaczy siebie postrzegać jako Kościół, to jest szansa, by odkryli, że przekaz Ewangelii to ich sprawa. Bez tego nie będzie następnego pokolenia w Kościele.

Wydaje się, że część katolików widzi nadzieję w zbiorowych emocjach i ruchach charyzmatycznych. Najbardziej masowe wydarzenia religijne – jak spotkania z o. Johnem Bashoborą – mają dziś miejsce na Stadionie Narodowym.

Ruchy charyzmatyczne w takiej formie, w jakiej obecnie działają, będą przyspieszać sekularyzację. Bo one pięć osób przyciągają, a 50 zniechęcają i odstraszają. I de facto budują struktury alternatywne wobec regularnego duszpasterstwa.

To jaka jest recepta Księdza?

Wierzę w pracę u podstaw. W to, że trzeba systematycznie formować świeckich, kandydatów do prezbiteratu i księży. Dostarczać im intelektualnego paliwa, żeby rozumieli świat, w którym żyją i żeby uczyli się mówienia o swojej wierze.

Nasze Centrum Formacji Pastoralnej w Katowicach współorganizuje w parafiach seminaria odnowy wiary. W ich ramach ludzie po wysłuchaniu konferencji rozmawiają w grupach o tym, co ich poruszyło. Nie rozwiązują abstrakcyjnych problemów ludzkości, ale mówią o swoich przeżyciach. To się okazuje dużym wyzwaniem. Na te spotkania przychodzą czasem 60-latkowie, których nigdy nie nauczono, jak mówić o swoim przeżywaniu wiary. Gdy jednak podejmują taką próbę, okazuje się, że to staje się dla nich bardzo ważne. I jest nadzieja, że swoim wnukom nie powiedzą już po prostu: masz chodzić do kościoła. Powiedzą, jak sami żyją wiarą.

To jest trudne. Także dla księży. I dla biskupów. Bo każde nawrócenie, przemiana myślenia, jest trudne.

Niełatwo sobie wyobrazić, że abp Głódź opowiada abp. Polakowi o tym, jak przeżywa wiarę.

I tu naprawdę mamy diagnozę problemu. Lepszą niż wszystko inne. Trudno nam sobie nawet wyobrazić, że członkowie episkopatu się zbierają i rozmawiają o swoim osobistym doświadczeniu wiary. Nie, oni rozwiązują przecież istotne problemy Polski i wszechświata.

Myślę, że zmiana jest konieczna na wszystkich szczeblach funkcjonowania Kościoła.

Z form aseptycznych, poprawnych, poukładanych musimy przejść do mówienia, co oznacza dla nas Ewangelia.

Nie jest to żadna cudowna formuła, ale taka jest istota odnowy, która musi się dokonać.

A jaki obraz ma Ksiądz przed oczami, gdy myśli o Kościele?

Trudne pytanie. Ja widzę ciemność.

Niektórzy żartują, że światło w Kościele widzą jedynie przy wyjściu.

Nie o to chodzi. Dla mnie fundamentalnym doświadczeniem kościelności jest konfesjonał. A więc nie jest to doświadczenie mające twarz konkretnego człowieka. To ciemność konfesjonału i dziesiątki ludzi, którzy tak bardzo mi zaufali, że opowiedzieli o swoich grzechach.

W konfesjonale jestem świadkiem, jak Bóg przebacza grzechy. To jest dla mnie istota Kościoła: w nim Bóg dokonuje pojednania grzeszników.

To też doświadczenie zaufania. Ludzie ufają mi, a ja – jako penitent – ufam swojemu spowiednikowi. W konfesjonale, jak w Kościele, dzieje się dużo dobrych, choć niełatwych rzeczy. A te najlepsze nie zawsze widać.

Kraków, 10 lipca 2019 r. W rozmowie wzięli udział członkowie redakcji miesięcznika „Znak”: Mateusz Burzyk, Michał Jędrzejek, Elżbieta Kot, Dominika Kozłowska i Henryk Woźniakowski.

Ks. Grzegorz Strzelczyk

Prezbiter archidiecezji katowickiej, dr teologii dogmatycznej, adiunkt na Wydziale Teologicznym UŚ. Ostatnio wydał książki: Po co Kościół oraz Wolność, wiara, Bóg. Rozmowy o chrześcijaństwie (z Anetą Kuberską-Bębas)


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter