70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Klaudyna Schubert

Gaworzyć do rytmu

W edukacji muzycznej nie chodzi o to, żeby produkować geniuszy, ale żeby dać wszystkim równe szanse. Dążymy do stworzenia społeczeństwa otwartego na muzykę. Inaczej nie byłoby sensu inwestować w instytucje kultury, bo nie miałby kto w niej uczestniczyć.

Łukasz Kraj: W jednym ze swoich tekstów poświęconych roli muzyki w najwcześniejszym etapie rozwoju człowieka Ewa Klimas-Kuchtowa mówi, że „każda matka może poczuć się Pigmalionem, rzeźbiącym doświadczenie własnego dziecka”. Czy podczas zajęć umuzykalniających „Smykowe granie” i Państwo czują się Pigmalionami? A może bliżej Państwu do nauczycieli lub terapeutów?

Jolanta Gawryłkiewicz: Jestem matką, więc najbliżej mi do Pigmaliona [śmiech]. Każdy z nas jest odpowiedzialny za to, ile da swojemu dziecku, w jaki sposób przekaże mu pozytywne cechy, ukształtuje go, ale też zostawi mu wystarczająco wolności, żeby mogło się rozwijać samodzielnie. Na naszych zajęciach umuzykalniających staramy się niczego nie narzucać, nie kształtować za wszelką cenę, proponujemy tylko bardzo różnorodny pokarm muzyczny, a dziecko może wziąć z tego tyle, ile chce, ile potrafi, a potem przetworzyć to i samemu wcielić do swojego życia.

Miłosz Gawryłkiewicz: Naszą rolą jest podążanie za dzieckiem i towarzyszenie mu w jego rozwoju. Nie da się nauczyć muzyki, możemy jedynie kierować dziecięcym rozwojem, zwłaszcza na jego najwcześniejszym etapie – do trzeciego roku życia. Im bardziej różnorodne bodźce odbierają dzieci – szczególnie te najmłodsze – tym szerzej pojmują one muzykę i tym łatwiej uczą się jej później.

Mówimy przede wszystkim o bodźcach dźwiękowych?

MG: Tak, chodzi o muzykę. O każdym z koncertów „Smykowego grania” w krakowskiej filharmonii mówimy, że jest z innej beczki. Opieramy je na jak najbardziej różnorodnym materiale muzycznym – polskim, klasycznym, ludowym, na muzyce z całego świata: bałkańskiej, irlandzkiej, chińskiej, hinduskiej.

Mamy nadzieję zaszczepić pragnienie poszukiwania różnych stylów także w rodzicach, tak by mogli oni odczuwać i przeżywać muzykę razem ze swoimi dziećmi.

I mam tutaj na myśli również te w łonie matki, ponieważ wiemy z badań, że już w momencie narodzin człowiek może znać konkretne struktury muzyczne, które wcześniej słyszał.

Czy istnieje klucz, według którego wybierają Państwo określone muzyczne style czy tematy?

JG: Podczas każdego koncertu pokazujemy jeden określony styl, aby można było go lepiej poznać i w ten sposób pogłębić swoje uczestnictwo w kulturze. Dobieramy różne instrumentarium, dbamy o rozmaitość brzmień, harmonii – do tego stopnia, że koncerty zapraszanych muzyków są ciekawe nawet dla nas.

MG: Zróżnicowanie etniczne to także różnorodność materiału dźwiękowego, to różne tonalności i rytmy. Staramy się wyławiać z danej kultury muzycznej najbardziej charakterystyczne dla niej cechy i je właśnie opisujemy podczas koncertów. A koncerty to nie tylko granie, ale i działania słuchowo-głosowe czy ruchowe. Są one inicjowane przez nas, lecz zapraszamy do nich rodziców i dzieci. Uczestnictwo ma oczywiście charakter wokalny, a też motoryczny. Poprzez poruszające się, kołyszące ciała swoich rodziców dzieci mogą odczuć i puls, i charakter słyszanych utworów.

Skąd taka koncentracja na ruchu?

JG: Muzyka i ruch są jednością, o czym często zapomina się w salach filharmonicznych – dzieje się tak nawet w przypadku jazzu, w którym te dwa czynniki zawsze były połączone.

MG: Należy pamiętać, że ruch i odbieranie strukturyzowanych bodźców dźwiękowych są ze sobą sprzężone i przetwarzane jednocześnie w tym samym ośrodku w naszym mózgu. Dzieci bezwiednie ruszają się, słysząc puls muzyki.

JG: A na naszych zajęciach mogą swobodnie poruszać się po wykładzinie. Ponadto mają bezpośredni kontakt z muzykami, którzy znajdują się wśród nich, na tym samym poziomie.

Mówimy o dźwiękach i o ruchu, ale podczas zajęć używacie także kolorowych materiałów, bibuły, konfetti, pierza. W jakim celu?

MG: To wszystko stanowi przedłużenie ciała, pozwala na ukazanie płynności ruchu.

JG: Każdy z tych elementów pomaga nam rozwijać u dzieci koordynację ruchową oraz świadomość swoich mięśni i oddechu. To wiąże się z rytmem i pulsem: korzystamy z płynności ruchu ciała, jego ciężaru i przestrzeni. Muzyk, który nie ma świadomości tych czynników, nie będzie grał dobrze w pulsie, nie będzie się czuł swobodnie. Żeby poczuć rytm, dzieci muszą najpierw poczuć grawitację. Opieramy się tutaj na teorii ruchu Rudolfa Labana.

Czy tak rozumiana edukacja muzyczna służy jedynie umuzykalnieniu, czy przynosi też inne korzyści: intelektualne, emocjonalne, interpersonalne?

MG: Muszę zaznaczyć, że naszym celem jest głównie muzyka. Widzimy jednak, że wielu dorosłych ludzi ma na tym polu ogromne kompleksy: nie chcą śpiewać, nie wierzą, że są w stanie zrobić to dobrze. Myślę, że to wiąże się z ogólnym brakiem pewności siebie. Oczywiście dość powszechne są także twierdzenia, że rozwój muzyczny ma wpływ na inne sfery, np. na myślenie przestrzenne czy zdolność do nauki języków obcych. Nie znam badań, które mogłyby z całą pewnością potwierdzić taki związek, ale wydaje mi się, że jest on naturalny.

JG: Koncentrujemy się na muzyce, ponieważ rozwój uzdolnień muzycznych trwa do dziewiątego roku życia. Ważną kwestią, o której często się zapomina, jest to, że muzyka zawsze była formą funkcjonowania w społeczności. W tym zakresie niewiele daje nam muzyka odtwarzana z radia czy z Internetu, ponieważ nie ma wówczas mowy o bezpośrednim kontakcie, o wspólnocie. Dlatego tak bardzo zależy nam, by tradycja muzyczna była kultywowana w domach.

O więziotwórczym aspekcie muzyki rzeczywiście rzadko się myśli!

JG: To, co poza samą muzyką może wydarzyć się na koncercie, to komunikacja dzieci, które zupełnie swobodnie rozpoczynają konwersację: z nami, ze sobą nawzajem…

MG: … i ze światem. Dzieci komunikują się za pomocą muzyki, poprzez dźwięki, który my od nich odbieramy, przetwarzamy i organizujemy w muzyczne całości. Ten sam proces zachodzi, kiedy uczymy się mówić. Rodzice powtarzają proste dźwięki po dzieciach i umieszczają je w większych słownych całościach. My robimy podobnie…

JG: … i nazywamy to improwizacją. To kluczowy punkt nauki muzyki metodą prof. Edwina E. Gordona, który najwyższą wartość widział właśnie w swobodnym muzycznym wypowiadaniu się. Jeśli podtrzymujemy u dziecka pewność, że zostało usłyszane, docenione – to znaczy, że wypowiadane przez nie muzyczne „kwestie” są dla nas podstawą, do której się ustosunkowujemy – dajemy mu jasny sygnał: „To, co mówisz, co komunikujesz, jest ważne i chcemy, żebyś to robił”. Tak jak w komunikacji pozamuzycznej.

A więc w procesie umuzykalniania, tak jak w akcie komunikacji, dziecko nie jest tylko biernym odbiorcą.

MG: Zgadza się. Często podczas koncertów komponujemy proste utwory, w których główny motyw stanowią dźwięki zaproponowane przez dzieci.

W muzyce improwizacja była podstawową formą wykonawstwa, dopiero przed 200 laty zeszła na dalszy plan. Nawet komponowanie, chociaż twórcze, nie jest spontaniczną reakcją na to, co się dzieje tu i teraz.

JG: Dlatego zapraszamy muzyków, którzy improwizują. Najważniejsze jest dla nas danie dziecku poczucia, że jest ono ważne, tak by było pewne siebie. Wiemy, że po naszych zajęciach dzieci świetnie radzą sobie w przedszkolach, nie mają problemów z wypowiadaniem się. Muzyka przekłada się więc na inne obszary życia.

Ucząc się języka jako dzieci, poznajemy i internalizujemy jego system fonologiczny, leksykę, dowiadujemy się, jak budować konstrukcje składniowe, by wreszcie opanować cały system i stać się jego pełnoprawnym uczestnikiem. Czy nauka muzyki przebiega analogicznie?

MG: Pierwszą i podstawową rzeczą, której uczą się dzieci, jest baza – dźwięk centralny, najważniejszy, zwykle ostatni, stopień każdej skali. Kiedy opanują tę podstawę, zachęcamy je do imitowania dźwięków zależnych harmonicznie, a potem motywów. Oczywiście nie mówimy tu o muzyce atonalnej z II poł. XX w., którą odbiera się właśnie w kontrze do zinternalizowanych wcześniej struktur harmonicznych i rytmicznych. Niemniej jednak staramy się pracować na bardzo różnorodnym materiale muzycznym. Badania wykazały, że im większe jego urozmaicenie, tym łatwiej przychodzi dzieciom późniejsza nauka muzyki, że jest skuteczniejsza niż wśród tych, którzy mieli do czynienia np. tylko z tylko systemem harmonicznym.

Czy predyspozycje do tej nauki są wrodzone, czy też może nabywamy je środowiskowo, m.in. w kontakcie z rodzicami, i z każdego dziecka może wyrosnąć Beethoven?

MG: Nie poznałem, niestety, rodziców Beethovena [śmiech]. Nie da się tego stwierdzić na pewno, ale według większości psychologów muzyki wrodzone zdolności muzyczne to nie więcej niż połowa sukcesu. Moim zdaniem dużo mniej. Cała reszta to ukształtowanie środowiskowe przed urodzeniem i po nim.

JG: Trudno to przebadać, bo nie da się całkowicie wyizolować dziecka od bodźców dźwiękowych.

MG: W okresie do trzeciego roku życia człowiek rozwija się bardzo intensywnie. I wiemy, że trzyletnie dzieci są w stanie improwizować, przetwarzać w dowolny sposób znane im utwory muzyczne, zmieniać ich tonacje albo metrum z dwu – na trójdzielne. Dzieci, które mają mniejsze wrodzone uzdolnienia muzyczne, mogą osiągnąć o wiele więcej dzięki intensywnej stymulacji.

JG: W edukacji muzycznej nie chodzi o to, żeby produkować geniuszy, ale żeby dać wszystkim równe szanse. W ten sposób dążymy do stworzenia społeczeństwa otwartego na muzykę. Inaczej nie byłoby sensu inwestować w instytucje kultury, bo nie miałby kto w niej uczestniczyć.

Czy istnieją konkretne style, grupy instrumentów albo po prostu rodzaje dźwięków, na które dzieci naturalnie reagują lepiej niż na inne? A może upodobania muzyczne są w całości nabyte?

JG: Gust muzyczny kształtuje się od najwcześniejszego dzieciństwa. Ten proces rozpoczyna się już w okresie prenatalnym. W tym czasie doświadczenia matki wywierają wpływ na ciało dziecka. Sama od zawsze bardzo lubiłam słuchać i śpiewać Queen albo Beatlesów. Może to zbieg okoliczności, ale nasza córka namiętnie śpiewa wszystkie ich piosenki, jest zresztą wiolonczelistką.

Co ze starszymi dziećmi, które w najbardziej newralgicznym okresie nie były poddawane zbawiennemu wpływowi muzyki? W krakowskiej filharmonii można znaleźć propozycje i dla nich: to cykle „Koncerty dla dzieci” oraz „Musica – ars amanda”. Czy w nich też warto uczestniczyć?

MG: Jak najbardziej. Prof. Gordon, z którego metody korzystamy, opisywał przede wszystkim proces uczenia się muzyki, a nie sposoby, jakimi należy jej uczyć. Trzeba też dodać, że każdy z nas ma odmienną bazę muzyczną, różne doświadczenia. Nie znaczy to, że są one gorsze od innych.

JG: I wśród dorosłych można zaszczepić zamiłowanie do muzyki. Każdego serdecznie zapraszamy zarówno na nasze warsztaty, jak i na inne koncerty.

MG: Mamy nadzieję, że każdy rodzic jest w stanie pozbyć się negatywnych doświadczeń czy kompleksów. Wtedy wraz ze swoimi dziećmi otworzy się na świat muzyki.

_

Jolanta Gawryłkiewicz – Prezes Fundacji Kreatywnej Edukacji, ekonomistka i muzyk. Autorka wielu publikacji naukowych i edukacyjnych. Współtwórczyni i realizatorka koncertów dla dzieci „Smykowe granie” w Filharmonii Krakowskiej.

Miłosz Gawryłkiewicz  – Muzyk, trębacz, aranżer i nauczyciel akademicki. Współtwórca i realizator koncertów dla dzieci „Smykowe granie” w Filharmonii Krakowskiej, a także kursów gordonowskich Fundacji Kreatywnej Edukacji.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter