70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Estetyka a ekonomia (Recenzja książki Spór o odbudowę Warszawy. Od gruzów do reprywatyzacji pod red. Tomasza Fudali)

Poprzednim razem takie zdziwienie wywołał u mnie jakieś 10 lat temu fakt wydania filmowego przewodnika po stolicy przez… Muzeum Powstania Warszawskiego. Teraz książka Spór o odbudowę Warszawy. Od gruzów do reprywatyzacji pod redakcją Tomasza Fudali, którą firmuje… Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jest w tym jednak pewna logika.

Obszerny i bogato ilustrowany tom dokumentuje bowiem wystawę zorgani­zowaną w 2015 r. w ramach siódmej edycji festiwalu Warszawa w Budowie, w której organizacji MSN uczestniczy wspólnie z Muzeum War­szawy – jego wicedyrektor Jarosław Trybuś jest obok Joanny Mytkowskiej autorem jednego z dwu wstępów. Związek ze sztuką nowoczesną ma tu podwójny. Z jednej strony tytułowy spór dotyczy formy architek­tonicznej miasta odbudowywanego 70 lat wcześniej – decyzji co do zachowania lub zmiany generalnego układu urbanistycznego, typu i estetyki nowej zabu­dowy, w mniejszym stopniu odtwarzania zniszczonych zabytków, z czym potocznie odbudowa się kojarzy. Z drugiej strony – wydarzeniem z dziedziny sztuki była sama organizacja przestrzeni wystawy, która została ulokowana w przeznaczonym do rozbiórki ledwie pięćdziesięcioparoletnim budynku po Liceum im. Kle­mentyny z Tańskich Hoffmanowej przy ul. Emilii Plater w cieniu wieżowca hotelu Mariott w centrum War­szawy. Z myślą o poruszeniu wrażliwości widza eks­ponaty – głównie dokumenty – umieszczono w świa­domie dewastowanej przestrzeni, co pokazują zdjęcia. Dokumentacja tej ekspozycji obejmuje połowę obję­tości książki, drugą zaś – pięć artykułów pięciorga autorów, naświetlających różne aspekty sporu.

*

Aby zająć się Sporem o odbudowę Warszawy, trzeba najpierw opisać specyfikację jej zniszczeń, które dotknęły ok. 85% jej substancji mieszkaniowej – sta­nowi to sumę czterech etapów niszczenia. Podczas oblężenia miasta w 1939 r. oprócz zniszczeń fronto­wych Warszawa poniosła straty wskutek bombar­dowań – przede wszystkim spłonęły w śródmieściu Zamek Królewski i sporo domów w jego sąsiedztwie, Teatr Wielki, większość zabudowy ul. Świętokrzyskiej i spory kwartał między ul. Marszałkowską i ul. Zielną. Spalone kamienice nie były odbudowywane, lecz roz­bierane na cegłę już w pierwszych latach okupacji. Wiosną 1943 r. powstanie żydowskie w okrojonym getcie obejmującym głównie Muranów było zwalczane przez Niemców poprzez systematyczne podpalanie kolejnych kwartałów domów. Po jego zdławieniu roze­brano całą w ciągu roku wypaloną w ten sposób zabu­dowę na olbrzymim terenie owego tzw. getta szcząt­kowego – kiedy w sierpniu 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie, była już tam tylko pustynia gruzów. W samym powstaniu, poza Starówką, sto­sunkowo niewielką część zniszczeń stanowiły skutki bezpośrednich działań wojennych – ostrzału artyleryj­skiego i bombardowań bombami burzącymi. Niemcy preferowali tańsze bomby zapalające. Także po wysie­dleniu ludności po upadku powstania niszczono zabu­dowę głównie poprzez podpalanie, pracochłonne i droższe wysadzanie w powietrze rezerwując dla prestiżowych zabytków kultury polskiej jak wypalony Zamek czy Pałac Saski.

Po opuszczeniu przez Niemców Warszawy 17 stycznia 1945 r. Śródmieście w zasadzie zachowało spójny charakter zabudowanych kamienicami pełnych pierzei. Było to jednak złudzenie – w większości z nich ocalały mury zewnętrzne, ale wszystko w środku zawa­liło się i runęło razem z przepalonymi drewnianymi stropami. Dopiero mniej więcej od 1910 r. wprowadzono obowiązkowe murowane stropy w budynkach wielo­rodzinnych – wówczas nawet gdy wypalone zostały w takich wnętrza mieszkań, konstrukcja pozostawała nienaruszona i odbudowa była stosunkowo łatwa. Tym­czasem pozostawione bez zabezpieczeń mury wypalo­nych starszych domów, stanowiących większość zabu­dowy Śródmieścia, odchylały się od pionu i kruszały – wystarczało kilka miesięcy. Olbrzymia większość śród­miejskich ostańców to właśnie nowsze domy, których jest tym więcej, im bardziej na południe w stronę Moko­towa. Właśnie powstałe praktycznie w międzywojniu dzielnice Mokotów, Żoliborz czy Ochota doznały mimo walk mniejszych zniszczeń niż Śródmieście, będące teoretycznie podczas powstania największą w miarę spokojną enklawą. Spłonęła zaś marnie zabudowana Wola, doszczętnie niemal drewniane przedmieścia w rodzaju Powązek czy Marymontu.

Żoliborz budowany głównie przez spółdzielnie i publiczne instytucje na państwowych gruntach sta­nowił przykład modelowej urbanistyki z moderni­styczną architekturą, przestronnymi podwórzami, zie­lenią i szerokimi ulicami. Śródmieście z zagęszczoną zabudową na podlegających spekulacji parcelach pry­watnych, podwórkami studniami i wąskimi ulicami było dla wykształconych przed wojną młodych archi­tektów samym złem, jeszcze w II RP pod auspicjami prezydenta Starzyńskiego prowadzono prace studyjne choćby nad przebiciem trasy N-S (dzisiejsza ul. Jana Pawła II jest niejako realizacją tej koncepcji), aczkol­wiek ledwie udało się z trudem przebić Bonifraterską.

To złudzenie zachowanych murów śródmiejskich ulic i wiara w możliwość odtworzenia przedwojennej struktury miasta ma dziś swoich zaciekłych adwo­katów, m.in. w obwiniających komunistów o celowe burzenie pozostałości miasta dwu Arturów: Nadol­skiego – autora książki Pani Chłodna, i Bojarskiego – autora kilku publikacji jak Rozebrać Warszawę czy Z kilofem na kariatydę, przywoływanej przez Tomasza Fudalę w otwierającym Spór o odbudowę Warszawy szkicu Odbudowa Warszawy i miastobójstwo „małego Paryża”. Fudala – kurator wystawy i redaktor publi­kacji – zauważa, że w ostatnim czasie idealizacja przed­wojennego oblicza Warszawy przeniknęła do popkul­tury, czego dowodem mogą być przedsięwzięcia makie­towe w rodzaju Parku Miniatur albo skupionego tylko na reprezentacyjnym Śródmieściu rekonstrukcyjnego filmu Warszawa 1935. Jego zdaniem „wiele varsavia­nistycznych wydarzeń o popularyzatorskim charak­terze budowało obraz negatywnego wkładu odbudowy w kształt dzisiejszej Warszawy”.

W rzeczywistości odbudowa wypalonych ruin bez stropów byłaby zapewne równie kosztowna jak budowa domów od nowa, choć ich właściciele dąży­liby do niej za cenę utrzymania cennych parcel. Dzia­łalność Biura Odbudowy Stolicy (pisze o nim Andrzej Skalimowski w rozdziale Skazani na wielkość?) to z jednej strony aktywność „burzymurków”, rozbierają­cych tak ruiny będące zagrożeniem dla ludności (tra­giczne żniwo przyniosła pewna wichura), jak i ocalałe domy w miejscu przebijanych arterii, z drugiej – walka wewnętrzna w BOS między zwolennikiem rekon­strukcji zabytków Janem Zachwatowiczem a Józefem Sigalinem, który deklarował, że „getta zabytkowego w Warszawie nie będzie”. (Warto przypomnieć, że wschodnia strona Rynku Starego Miasta powstała podczas odbudowy dzięki Zachwatowiczowi jako fakt dokonany, radykalny oficjalny plan zakładał bowiem otwarcie Rynku na Wisłę.) W innym aspekcie nowej zabudowy zwolennicy modernistycznej architektury zaraz po wojnie kontynuowanej na Żoliborzu i Kole przegrali z socrealistycznym, neoklasycyzującym pom­piarstwem w rodzaju MDM.

Jak się jednak wydaje, centrum sporu, na którym koncentruje się publikacja, to nie estetyka, ale sto­sunki własnościowe związane z tzw. dekretem Bieruta, któremu tekst „Miastu – grunty, mieszkańcowi – dom” poświęciła Małgorzata Popiołek. Dekret, opublikowany 26 października 1945 r., zarządzał przejście na włas-ność gminy wszystkich gruntów w obrębie Warszawy, stojące na nich budynki nie miały natomiast pod­legać komunalizacji. Wyburzenie murów nieodbudo­wanej ruiny automatycznie pozbawiało właściciela prawa do parceli. Okoliczności polityczne związane z wprowadzaniem dekretu, kwestia jego legalności i zawirowania prawne oraz niekonsekwencje po 1989 r. pogłębiły chaos, stwarzając możliwość do manipu­lacji roszczeniami do warszawskich gruntów oraz budowli i odzyskiwania ich legalnie w naturze. Odbija się to negatywnie zarówno na lokatorach mieszczą­cych się w reprywatyzowanych kamienicach wcześniej komunalnych mieszkań, jak i substancji publicznych obiektów w rodzaju szkół postawionych na odzyski­wanych przez właścicieli działkach – w całej książce Spór o odbudowę sympatia i racja autorów znajdują się zresztą wyraźnie po stronie lokatorów i instytucji, a nie właścicieli.

Małgorzata Popiołek stawia skądinąd tezę, że źródeł dekretu Bieruta należy szukać nie w Moskwie, ale idei komunalizacji, która narodziła się na Zachodzie w latach 30. – przypomina tu postać szwajcarskiego architekta Hansa Bernouilli, który wspólnie z Tade­uszem Tołwińskim opiniował w 1931 r. plan regulacyjny Warszawy. W tym świetle szczególnie ciekawy staje się szkic Beaty Chomątowskiej (autorki m.in. Stacji Muranów oraz biografii architektów Lacherta i Sza­najcy) zatytułowany Rozdarte miasta. Powojenna odbu­dowa na zachód od Odry, w którym referuje ona, jak postępowała odbudowa miast zniszczonych wskutek bombardowań w podobnym stopniu jak Warszawa – Berlina po obu stronach muru, holenderskiego Rotter­damu i francuskiego Le Havre (Hawru). I tu okazuje się, że w Rotterdamie przeprowadzono w imię sprawnej i konsekwentnej odbudowy nacjonalizację gruntów zniszczonego śródmieścia natychmiast – jeszcze w tym samym miesiącu, w którym zostało zbombardowane. Podobnie spójna – choć oparta na nowej formie włas-ności nieruchomości, łączącą cechy prywatne i komu*

jak się jednak wydaje, centrum sporu, na którym koncentruje się publikacja, to nie estetyka, ale sto­sunki własnościowe związane z tzw. dekretem Bieruta, któremu tekst „Miastu – grunty, mieszkańcowi – dom” poświęciła Małgorzata Popiołek. Dekret, opublikowany 26 października 1945 r., zarządzał przejście na włas-ność gminy wszystkich gruntów w obrębie Warszawy, stojące na nich budynki nie miały natomiast pod­legać komunalizacji. Wyburzenie murów nieodbudo­wanej ruiny automatycznie pozbawiało właściciela prawa do parceli. Okoliczności polityczne związane z wprowadzaniem dekretu, kwestia jego legalności i zawirowania prawne oraz niekonsekwencje po 1989 r. pogłębiły chaos, stwarzając możliwość do manipu­lacji roszczeniami do warszawskich gruntów oraz budowli i odzyskiwania ich legalnie w naturze. Odbija się to negatywnie zarówno na lokatorach mieszczą­cych się w reprywatyzowanych kamienicach wcześniej komunalnych mieszkań, jak i substancji publicznych obiektów w rodzaju szkół postawionych na odzyski­wanych przez właścicieli działkach – w całej książce Spór o odbudowę sympatia i racja autorów znajdują się zresztą wyraźnie po stronie lokatorów i instytucji, a nie właścicieli.

Małgorzata Popiołek stawia skądinąd tezę, że źródeł dekretu Bieruta należy szukać nie w Moskwie, ale idei komunalizacji, która narodziła się na Zachodzie w latach 30. – przypomina tu postać szwajcarskiego architekta Hansa Bernouilli, który wspólnie z Tade­uszem Tołwińskim opiniował w 1931 r. plan regulacyjny Warszawy. W tym świetle szczególnie ciekawy staje się szkic Beaty Chomątowskiej (autorki m.in. Stacji Muranów oraz biografii architektów Lacherta i Sza­najcy) zatytułowany Rozdarte miasta. Powojenna odbu­dowa na zachód od Odry, w którym referuje ona, jak postępowała odbudowa miast zniszczonych wskutek bombardowań w podobnym stopniu jak Warszawa – Berlina po obu stronach muru, holenderskiego Rotter­damu i francuskiego Le Havre (Hawru). I tu okazuje się, że w Rotterdamie przeprowadzono w imię sprawnej i konsekwentnej odbudowy nacjonalizację gruntów zniszczonego śródmieścia natychmiast – jeszcze w tym samym miesiącu, w którym zostało zbombardowane. Podobnie spójna – choć oparta na nowej formie własności nieruchomości, łączącą cechy prywatne i komu­nalne – była odbudowa Hawru. W obu przypadkach nie odtwarzano starej zabudowy, lecz zaprojektowano nowe modernistyczne centra.

Skrótowo mówiąc, Spór o odbudowę to liczne przy­kłady zdecydowanego połączenia wątków ekonomicz­nych z estetycznymi, gdzie zachodnie doświadczenie miejskiej wspólnoty przeciwstawiono żarłocznym i dzikim warszawskim kamienicznikom, korzystającym z prawnego chaosu.

Jak wspomniałem na wstępie, ta cenna i otwiera­jąca oczy na mniej znane aspekty odbudowy książka podsumowuje wystawę, która została urządzona w przeznaczonym do rozbiórki budynku Liceum im. Klementyny z Tańskich Hoffmanowej. Paradoksalnie, do gruntu, na którym mieściły się ta szkoła i jej boisko, nie ma roszczeń, bo nie była to działka prywatna – znajdował się tam niegdyś Ogród Pomologiczny – pla­cówka studyjna poświęcona uprawie drzew owoco­wych. Zlikwidowana została w 1936 r., kiedy to po raz pierwszy uznano, że jego cenny teren w centrum miasta należy przeznaczyć pod zabudowę. Wojna przerwała te plany, dopiero na początku lat 60. zbudo­wano budynek liceum. Władze miasta doszły jednak parę lat temu do wniosku, że lepiej wyjdą na sprze­daży terenu szkoły pod budowę dwu wieżowców niż na dalszym marnowaniu działki na cele edukacyjne – liceum przeniesiono.

_

Spór o odbudowę Warszawy. Od gruzów do reprywatyzacji

red. Tomasz Fudala

Muzeum Sztuki Nowoczesnej,

Warszawa 2016, s. 295

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata