70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Leszek Kotarba/East News

Doskonałość dzięki innym

Stoik mawia o sobie, że jest kulisty, w tym sensie, że każda strzała, która zmierza w jego stronę, ześlizguje się po nim jak po kuli. Wydawałoby się, że świat nie jest mu więc do niczego potrzebny. Stoicyzm nie jest jednak eskapizmem. Człowiek, który chce być doskonalszy, staje się taki wspólnie z innymi ludźmi oraz dzięki nim.

Artur Madaliński: Jadąc dzisiaj do Pana, obsesyjnie myślałem, żeby się nie spóźnić. No i masz – utknąłem w korku, jestem 10 minut po czasie, nadwyrężając przy tym fundamentalną dla stoicyzmu zasadę przewidywalności.

Marek Krajewski: Niekoniecznie, ponieważ ja przewidziałem, że może się Pan spóźnić. Idea stoicka to nie jest monument, w którym nieoczekiwanie zdarzenie może zrobić wyrwę. My, stoicy, albo pretendujący do tego miana – a ja nie uważam siebie za stoika, lecz kogoś, kto jest dopiero na drodze stoickiej – staramy się antycypować rozmaite fakty, także te nieoczekiwane. W istocie dla stoika nie ma zdarzeń zaskakujących, bo próbuje on brać pod uwagę wszystko – lub prawie wszystko. Najważniejsze zaś, by stoik zawsze miał przygotowany plan B. Kiedy mijała godzina, o której miał Pan się u mnie zjawić, nie denerwowałem się i nie złorzeczyłem: „Co za ludzie? Co za świat? Dlaczego wszyscy się spóźniają?!”, lecz wykonywałem pożyteczne czynności – np. przygotowałem filiżanki i nastawiłem ekspres do kawy.

 

Przyznaję, że stojąc w sznurze samochodów, nie zachowywałem stoickiego spokoju. Z pewnością jestem więc raczej początkującym stoikiem. Co trzeba robić, żeby się w tej dziedzinie rozwinąć? Czytać np. pisma filozofów stoickich w oryginale?

Oczywiście czytanie tekstów starożytnych mędrców w językach klasycznych byłoby ideałem, ale po tym jak od 1989 r. wszystkie kolejne rządy w Polsce rugują łacinę ze szkolnictwa (nie mówiąc już o grece, której naucza się w dwóch–trzech liceach w całej Polsce!), mam świadomość, że jest to raczej rzadka umiejętność. Oczekiwanie jej od każdego, komu bliska jest idea stoicka, byłoby z pewnością utopią. Wystarczy zatem czytać stoików po polsku. Nie ulega jednak wątpliwości, że – jeśli chcemy swoją praktykę stoicką rozwijać – czytać nieustannie Senekę, Epikteta czy Marka Aureliusza trzeba.

 

Bez tego stoikiem się być nie da?

Hipotetycznie możliwe jest nawet, że ktoś, kto nie wie nic o stoicyzmie, postępuje według zasad tego systemu. Może to wynikać z jego osobowości, cech charakteru czy wrodzonych predyspozycji. Nietrudno wyobrazić sobie przecież spokojnego człowieka, który postępuje racjonalnie, przewiduje zdarzenia, w każdej sytuacji stara się mieć plan awaryjny i nie daje się ponieść emocjom, nawet jeśli doświadczył w życiu trudnych sytuacji. To jednak konstrukt dość teoretyczny, a jeśli idzie o mnie, to zdecydowanie jestem stoikiem z wyboru.

 

Kiedy wybrał Pan stoicyzm jako swój życiowy modus operandi?

Dotknąłem tej filozofii jeszcze przed studiami, kiedy byłem w klasie maturalnej. Pośrednikiem był Zbigniew Herbert. Jego poezja, będąca często pochwałą trudnego męstwa – albo tragicznie zabarwionego optymizmu – była dla mnie objawieniem i drogowskazem młodości. Postanowienie o studiowaniu filologii klasycznej powziąłem pod wpływem wiersza Dlaczego klasycy, w którym Herbert opisuje główne założenia owego stoickiego męstwa i przedstawia apologię godnego znoszenia przeciwności losu.

W trakcie studiów spotykałem się z filozofią stoicką, ale nie wydała mi się szczególnie interesująca – Marka Aureliusza miałem wówczas za starego nudziarza, choć z uwagą czytałem dzieła Seneki. Cały swój wysiłek poznawczy w czasie studiów kierowałem więc na zagadnienia gramatyczne.

Co prawda, odczuwałem wtedy potrzebę poszukiwania odpowiedzi na pytania filozoficzne, ale zainteresowania te wybuchły ze zdwojoną siłą dopiero po wielu latach, kiedy – jako dojrzały już mężczyzna – rozpocząłem podyplomowe studia filozoficzne. Można więc powiedzieć, że nie jedna przyczyna, lecz splot rozmaitych okoliczności doprowadził mnie ostatecznie do myśli stoickiej. Erupcja mojej fascynacji stoicyzmem nastąpiła natomiast w 2014 r., po wysłuchaniu radiowej rozmowy Jerzego Sosnowskiego z Tomaszem Mazurem, jednym z najważniejszych animatorów ruchu stoickiego w Polsce.

 

Co Pana w stoicyzmie najbardziej pociągnęło? Wspomniane już męstwo, rejestr konsolacyjny, prymat racjonalności czy jakieś aspekty praktyczne – chociażby bardzo przydatny w życiu podział na zdarzenia od nas zależne i niezależne?

Najchętniej powiedziałbym, że wszystko to razem. Stoicyzm rozumiem bowiem także jako sztukę życia, jak to ujął w swojej znakomitej książce Piotr Stankiewicz. Sztuka ta jest umiejętnością dopasowania się do świata, polegającą na tym, że nieustannie zadajemy sobie pytania, czy nasze wyobrażenia są prawdziwe i adekwatne względem rzeczywistości czy też nie. Często wszak mylimy rzeczywistość z naszymi wyobrażeniami o niej. Dla przykładu, jadę samochodem, spieszę się na spotkanie, a po drodze natrafiam na korki, czerwone światła i niespodziewane remonty. W mojej głowie budzi się wyobrażenie: „Ależ mam pecha!”. Jest ono jednak z całą pewnością nieprawdziwe. Ani czerwone światła, ani rozkopane ulice, ani żadne inne zdarzenie na świecie nie są – bo być nie mogą – w ogóle zainteresowane naszym życiem. Nie są one istotami rozumnymi, którym zależy na wprowadzaniu w naszą codzienność pecha lub szczęścia. Jest takie piękne zdanie, że wyobrażenia stoją i czyhają tylko, by człowiek wpuścił je do swego umysłu. Stoik pod żadnym pozorem tego nie czyni, bo patrzy na świat niezwykle trzeźwo i postrzega go takim, jaki on w istocie jest. To prawda, że ważna jest tutaj umiejętność rozstrzygania tego, co jest od nas zależne, a co nie. Częstotliwość zmiany świateł – trzymajmy się tego przykładu – nie jest od nas zależna. Jeśli zatem fakt, że trafiamy na czerwone światło, nazywamy pechem, wprowadzamy wyobrażenie w krąg naszego umysłu i dokonujemy fałszywej operacji.

Najbardziej w stoicyzmie pociąga mnie jednak koncepcja męstwa, rozumianego jako niepoddawanie się przeciwnościom losu – heroizm, który u stoików był bardzo widoczny. Na przykład u Katona Młodszego, praktykującego stoika, po którym nie zachowały się żadne pisma. Kiedy do północnoafrykańskiego miasta Utyka zbliżał się Cezar ze swoim wojskiem, Katon uznał, że jedynym słusznym wyborem jest w tej sytuacji samobójstwo. Wspomina o tym Herbert w znakomitym wierszu Pan Cogito o postawie wyprostowanej. Albo inny mężny człowiek – Seneka, który napisał dzieło De clementia (O łagodności) traktujące o zaleceniach moralnych dla podopiecznych, a sam był przecież wychowawcą Nerona, który okazał się prawdziwym potworem. Wobec tego (oraz kierowany innymi jeszcze motywacjami filozoficznymi) Seneka z godnością odebrał sobie życie. Zawsze mnie interesowały takie postawy – nie dokonywałem przy tym jakiejkolwiek apoteozy samobójstwa – wyraz krańcowego męstwa, godnej walki do samego końca, trwania na barykadach wbrew wszystkiemu. Taka postawa pociągała mnie od wczesnej młodości, przypadającej na opresyjne w Polsce lata 80., których symbolem jest czarna noc stanu wojennego. Pamiętam ją wyraźnie, pamiętam też doskonale strach, który nam wtedy towarzyszył. Być wówczas mężnym to było wielkie wyzwanie i ideał, widoczne w słynnym Herbertowskim przesłaniu „Niech nie opuszcza cię twoja siostra pogarda dla szpiclów, katów, tchórzy. (…) Bądź wierny. Idź”.

Wspomniałbym jeszcze o właściwej stoicyzmowi pochwale racjonalności. Stoicy przekonani są, że racjonalny Logos przenika świat i wszystkie zdarzenia, a nade wszystko odbija się w ludzkim umyśle, który jest – jak to pokazuje Robert Piłat, jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich filozofów – osobistym modelem świata. Stąd powinniśmy hołdować racjonalności i zmierzać do porządkowania rzeczywistości. Bliskie mi jest takie myślenie, dlatego nie lubię niczego, co jest niejasne, chaotyczne, niepewne, rozmazane. Nie lubię światłocienia.

Swoją drogą, ta koncepcja męstwa i stoicyzm jako taki jawią mi się jako dość fallocentryczne.

To złudzenie, które może wynikać z etymologii słowa „męstwo”. Ta zaś jest wyraźnie nacechowana kulturowo – greckie słowo andreia pochodzi od aner andros, co znaczy mężczyzna. Łacińskie virtus pochodzi z kolei od słowa vir, także oznaczającego mężczyznę. Jestem jednak głęboko przekonany, że w stoicyzmie nie ma żadnych kryteriów wykluczających z powodu takiego drobiazgu jak płeć czy pochodzenie społeczne. Warto dodać, że stoicy byli w tej kwestii bardzo tolerancyjni i – jak na swój czas – hipernowocześni. A dzisiaj chociażby Martha Nussbaum jest wybitną filozofką badającą stoicyzm, która akceptuje wiele elementów systemu.

 

Pana dzień jest aptekarsko zaplanowany. Między innymi dwie godziny i czternaście minut (tę nietypową liczbę uzyskał Pan po podziale doby na pracę, wypoczynek i lekturę zgodnie z zasadą tzw. złotej proporcji) czyta Pan teksty stoików w oryginale. Czym jest dla Pana ta lektura? Podtrzymywaniem technicznej znajomości języka czy raczej czymś na kształt znanej z tradycji monastycznej praktyki lectio divina, w której chodzi o kontemplację i przesiąknięcie słowem?

To skojarzenie nie jest bezpodstawne, ale wolałbym jednak pojęcie duchowości, które wydaje mi się bardziej odpowiednie. Tomasz Mazur opowiadał mi, że zdumiało go bardzo, gdy studenci filozofii, pytani o bliskie im tradycje duchowe, często wskazywali na koncepcje odległe nam geograficznie. Mówili więc, że nie podoba im się np. współczesna tradycja chrześcijańska, natomiast bardzo interesuje ich buddyzm. Często zapominamy, że w obrębie kultury zachodniej współistnieje bardzo wiele tradycji filozoficzno-duchowych, jak chociażby tradycja platońska czy stoicka właśnie.

Duchowość stoicka jest mi bardzo bliska i wyraża się także poprzez coś w rodzaju kontemplacji. Nie jest to jednak kontemplacja, w której odrywam się od siebie, lecz taka, w której mój umysł jest nieustannie na najwyższych obrotach. Czytając codziennie teksty greckie i łacińskie, mocuję się z trudnymi językami. Znam je co prawda dobrze, ale są one często tak skomplikowane, że trzeba nieustannie odnawiać ich znajomość i mierzyć się z niekiedy obezwładniająco trudną składnią. Czytam więc te pisma przede wszystkim po to, by trenować swój umysł. Wiem przecież doskonale, że po lekturze stoików muszę zasiąść do pisania powieści kryminalnej, w której przeplatają się rozmaite wątki, trzeba zachowywać łańcuch przyczynowo-skutkowy, a wiele wydarzeń musi się precyzyjnie, jak w zegarmistrzowskim mechanizmie, ze sobą łączyć. Swój dzień pracy rozpoczynam więc najchętniej od lektury Marka Aureliusza po grecku, a gdy natrafię na jakiś trudny fragment – wieloznaczny wyraz lub, nie daj Boże, kilka wieloznacznych wyrazów obok siebie – który uda mi się rozwikłać i zrozumieć, wtedy czuję dziką satysfakcję. Wiem wtedy, że wprowadziłem mój umysł w taki stan, który pozwala mi zasiąść do pisania kolejnego fragmentu powieści kryminalnej.

Mówiąc krótko, czytanie tekstów starożytnych jest dla mnie treningiem i nie tyle kontemplacją – która może się kojarzyć z pasywnością – ile wprowadzeniem umysłu w stan podwyższonej gotowości.

 

Prowadzi Pan ascetyczny wręcz tryb życia – bez alkoholu, papierosów, używek. To także wymóg doktryny stoickiej czy już Pana osobisty wkład do niej?

Seneka powiedział, że ebrietas est insania voluntaria, czyli pijaństwo jest dobrowolnym szaleństwem. Oczywiście są różne sposoby picia: można sobie wyobrazić mędrca, który przez cały wieczór sączy kieliszek wina, rozprawia na tematy filozoficzne i ani na chwilę nie traci trzeźwości umysłu. Lecz to nie jest moja droga – nawet jeden kieliszek wprowadza do mojego umysłu pewien nieład. Mówiąc po stoicku: zostaję wyprowadzony ze świata racjonalności do świata moich wyobrażeń. Nagle świat wydaje mi się lepszy, ładniejszy… A to jest przecież nieprawda. Dla mnie – podkreślam – znaczenie ma nawet jeden kieliszek. Można oczywiście powiedzieć inaczej – że mam słabą głowę po prostu. Nie chcę być jednak nigdy wyprowadzany ze stanu, nazwijmy to, spokojnej racjonalności. Jestem zaprzysięgłym abstynentem, uważam, że alkohol – podobne jak narkotyki – jest przekleństwem ludzkości. Uleganie im to według mnie dobrowolne oddawanie się w niewolę i pierwszy krok na drodze do całkowitego usidlenia, czyli nałogu, który – gdy jesteśmy w nim pogrążeni – wyklucza nas z grona istot racjonalnych. Tak rozumiana wstrzemięźliwość byłaby więc integralną częścią stoicyzmu.

 

Myślę, że dla wielu kandydatów na stoików mogłaby to być reguła zbyt dogmatyczna. Czy w praktyce stoickiej dopuszczalne jest koncentrowanie się na wybranych zasadach, zaś innych traktowanie jako, powiedzmy, pomocniczych?

Sądzę, że to możliwe. Z jednej strony starożytni stoicy głosili pogląd absolutystyczny – mówili tak: jesteś albo mędrcem, albo głupcem. Podawali tu przykład: nie można być trochę w mieście Kanobos i trochę poza miastem Kanobos. Z drugiej jednak strony, aby ten dogmatyzm nieco złagodzić, w późnej starożytności ukuto pojęcie prokope, oznaczające posuwanie się naprzód w doskonałości – walkę ze swoimi wadami i doskonalenie się w cnotach. Dla praktyków stoicyzmu ideałem jest bycie samowystarczalnym mędrcem, który polega sam na sobie i nie ulega żadnym afektom. Taki ideał osiągnął Sokrates, według starożytnej tradycji. Stoicy zalecają stawianie sobie mistrzów za wzór – pytajmy się codziennie, powiadają, „jakbyś ocenił, drogi Sokratesie, moje postępowanie”, i wyobrażajmy sobie, czy mistrz chwali nas, czy gani.

W gruncie rzeczy takie ideały są jednak nieosiągalne. Postrzegam je – podobnie jak pojęcie prawdy – jako światełko, wedle którego się orientujemy i do którego zmierzamy. Jeśli zatem postępujemy drogą stoicką i próbujemy zbliżyć się do doskonałości – jesteśmy już stoikami. Nie idealnymi, ale bliżej nam do Kanobos niż innym.

 

Czy wobec tego stoicyzm jest dla Pana wyłącznie praktyką dobrego życia?

Praktyka dobrego życia jest bardzo ważna, ale stoicyzm, także mój, do niej się nie ogranicza. Owe praktyczne rozwiązania dnia codziennego podporządkowane są pewnej teorii wartości. Wartością najwyższą dla stoików była cnota rozumiana jako postawa niewzruszonego, zrównoważonego mędrca, który nie ulega emocjom i – to bardzo istotne – odczuwa spokojną radość, nazywaną po grecku khara. Dalej mamy wszakże wartości niższe, do których też warto dążyć: zdrowie czy finansowa niezależność. Seneka był w końcu w swoim czasie jednym z najzamożniejszych ludzi w Rzymie. Lecz bogactwo nie może być celem samym w sobie, powinno natomiast pozwolić nam utrzymać rodzinę i zapewnić spokój, dzięki któremu możemy propagować stoickie ideały. Seneka powiedział manus est spargenda, co dosłownie znaczy: oddział wojska powinien być rozdzielony, zróżnicowany. Rozumiemy przez to, że trzeba dzielić się swoimi przemyśleniami, czyli pisać teksty stoickie, które trafią do wielu ludzi. Jeżeli zamożność miałaby nam w tym pomóc – a zatem także pomóc w doskonaleniu się – to jest ona wartością godną dążenia, godną wyboru. Stoicy takie wartości nazywali proegmena.

Wyobraźmy sobie kogoś, kto sprzedaje ubezpieczenia i trafia na klienta, który targany jest licznymi życiowymi rozterkami. Ubezpieczyciel tedy siada z nim, rozmawia, zaleca lekturę Marka Aureliusza lub Epikteta, udziela wielu cennych rad, a na koniec, po kilkugodzinnym spotkaniu, proponuje zmanipulowanemu w ten sposób klientowi kupno polisy. Takie postępowanie niezgodne jest z moralnością stoicką, bo ubezpieczyciel wykorzystał wielką tradycję duchową do sprzedawania towaru dla samego sprzedawania. Jeżeli natomiast w dużej korporacji odbywa się szkolenie stoickie, które ma pomóc pracownikom radzić sobie ze stresem – wszystko jest w porządku. Jeżeli jednak mają oni sobie radzić ze stresem tylko i wyłącznie po to, by więcej sprzedawać – to ja tego typu działania bym nie pochwalił. Powtarzam – wartości i cele są w stoicyzmie kluczowe.

 

Stoicyzm ze swoją koncepcją drogi, którą należy podążać,  i silnym nacechowaniem aksjologicznym przypomina nieco systemy religijne. Dostrzega w nim Pan jakieś elementy metafizyczne?

Owszem, mogą one istnieć w obrębie stoicyzmu, ale tylko wtedy gdy są przedmiotem dobrowolnego wyboru. Jeżeli ktoś, wierząc w racjonalność świata, mówi równocześnie o racjonalności Boga lub Logosu, to wprowadza ów metafizyczny rys do idei stoickiej, wcale jej w ten sposób nie zaprzeczając. Stoicy byli monistami, twierdzili, że świat jest jednością, i o Bogu mówili expressis verbis. Możemy sobie jednak równie dobrze wyobrazić stoika, który jest ateistą i nie utożsamia racjonalności świata z Bogiem, lecz z prawami przyrody. Przypomina mi się rozmowa ks. Michała Hellera z wojującym ateistą Richardem Dawkinsem. Szukając w rozmowie punktów wspólnych, doszli do wniosku, że obaj mówią o racjonalności, przy czym Heller mówi o niej przez wielkie „R”. Nie inaczej jest ze stoicyzmem, który może być filozofią zarówno teistów, jak i ateistów, zarówno liberałów, jak i konserwatystów, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Niestety, możliwości wejścia w metafizykę stoicką są bardzo ograniczone ze względu na szczupłość zachowanych tekstów o charakterze ontologicznym – do naszych czasów dotrwały nieliczne fragmenty pism Zenona z Kition czy Chryzypa. Dzisiaj stoicyzm łączy ludzi przede wszystkim poprzez swój aspekt etyczny i praktyczny, pojmowany jako wspomniana już sztuka życia.

 

A jak stoik patrzy na życie? Widzi ciąg przypadkowych zdarzeń czy linearnie uporządkowany, zmierzający do jakiegoś celu proces dziejowy?

Nie jestem dogmatykiem i nie przyjmuję całej doktryny stoików bez zastrzeżeń. W sferze metafizyki nie przekonuje mnie ich monizm, który pociąga za sobą mocny determinizm. Ale jednocześnie bardzo jest mi bliska stoicka koncepcja racjonalności świata. By zarysować swoje intuicje metafizyczne, powiem tylko najogólniej, że podoba mi się swoisty mariaż Leibnizjańskiego łagodnego determinizmu, w którym „los nie zmusza, lecz nakłania”, z koncepcją przypadkowości, w której przypadek pozwala się opisać – jak to czyni ks. Michał Heller – jako element tajemniczej matematyczności świata.

 

Czy jednak w kontekście tego wszystkiego, co Pan o stoicyzmie mówi, nie jawi się on jako wysublimowana i bardzo, by tak rzec, wsobna forma eskapizmu, która prowadzi do lekceważenia zaangażowania społecznego?

Istnieje w stoicyzmie bardzo ważny topos kuli. Już Empedokles, jeden z najstarszych filozofów greckich, określił świat mianem sphairos, które znaczy „kulisty”, co Horacy oddał po łacinie jako rotundus. Stoik jest „kulisty” w tym sensie, że każda strzała, która zmierza w jego stronę, ześlizguje się po nim jak po kuli. Może wobec tego być zamkniętą kulą, poza granice której nie wychodzi, a świat nie jest mu do niczego potrzebny. Taka interpretacja byłaby jednak niesłuszna, a w niej przecież mógłby się kryć podnoszony przez Pana zarzut przeciwko stoicyzmowi. Mimo tego toposu trzeba powiedzieć jasno, że stoicyzm nie jest eskapizmem, ponieważ kluczowe dla niego jest pojęcie obowiązku. Obowiązek wiąże się z rolą życiową, jaką wykonujemy. Wedle stoickiej koncepcji ról życiowych powinniśmy jak najlepiej realizować się w wybranym przez siebie zawodzie, a jeśli jest to niemożliwe, należy wybrać inną profesję. Dobre wykonywanie swojej pracy nie jest możliwe w ogromnej większości wypadków bez kontaktu z ludźmi. Człowiek, który chce być doskonalszy, staje się taki wspólnie z innymi ludźmi oraz dzięki nim. Musi więc pomagać innym oraz, co bardzo ważne, brać za nich odpowiedzialność. Stoik nie może pozwolić, by krzywda działa się jego rodzinie czy przyjaciołom. W takich sytuacjach nie może powoływać się na determinizm, choćby zwał go „wolą Logosu”, ponieważ stoik nie wie, czego chce Logos. Wie tylko jedno – że Logos jest racjonalnością świata prowadzącą do jego nieustannego doskonalenia się. Chcę to mocno podkreślić: nasze doskonalenie dokonuje się dzięki innym. Pomagając swojemu dziecku, np. reagując zdecydowanie przeciwko sprzedawaniu mu narkotyków, nie tylko działam na jego rzecz, ale także sam staję się doskonalszy.

Oczywiście kręgi działalności stoickiej są rozmaite: od najwęższego, czyli rodziny i najbliższych, przez nieco szersze – społeczność lokalną – aż po najszersze, czyli naród i całą ludzkość. Nie wyobrażam sobie stoika, który by nie bronił swojej ojczyzny. Nie tylko dlatego, że reagowanie w sytuacji gdy inny naród próbuje zapanować nad moim, jest racjonalne. Przede wszystkim dlatego, że w czasie wojny wielu ludzi, którzy otaczają stoika, doznaje krzywdy. Ważne, by odgrywać swoją rolę, ale też – jeśli trzeba – umieć ją przekroczyć. Moją główną rolą jest pisanie książek. Dzisiaj piszę powieści kryminalne, ale moim marzeniem jest napisanie kiedyś traktatu filozoficznego. I będę do tego dążył.

 

Koncepcja sphairos może być inną nazwą skutecznego systemu immunizacyjnego, dzięki któremu łatwiej oswoić cierpienie i życiowe przeciwności losu.

Tak, sądzę, że to trafne porównanie. Stoicyzm uodparnia na nieoczekiwane zdarzenia dzięki codziennemu treningowi, dzięki praktycznemu stosowaniu pewnych metod quasi-medytacyjnych – np. poprzez wyobrażanie sobie spodziewanych przeciwności losu, czyli poprzez tzw. praemeditatio malorum. Przewidywanie takie nie rości sobie prawa do kompletności. Nie możemy przecież wszystkiego przewidzieć i stoicy nie byli na tyle naiwni, by twierdzić, że jest inaczej. Spodziewali się jednak, że wytrzymałość, nabyta w kłopotach małych i codziennych, wzmocni wytrzymałość w obliczu wielkich tragedii.

 

Wspomniał Pan o traktacie filozoficznym. A czy istnieje pisarstwo – nie tylko filozoficzne – które moglibyśmy nazwać stoickim?

Oczywiście, są powieści, w których można odnaleźć bardzo silne elementy stoickie i nie są to teksty ukierunkowane wyłącznie na przybliżenie najważniejszych założeń tej filozofii. Choć i takie dydaktyczne powieści istnieją – np. Tomasz Mazur napisał powieść pt. Fiasko, w której wszystkie elementy filozofii stoickiej wyjaśniane są na przykładzie życia pewnego pracownika korporacji. Są zatem takie próby i należy je docenić.

Istnieją jednak także powieści, w których wątki stoickie kryją się głębiej i przedstawiane są niejako „w tle”. Mam tu na myśli przede wszystkim dwie książki. Pierwsza to powieść belgijskiej pisarki Marguerite Yourcenar zatytułowana Pamiętniki Hadriana. Mamy w niej do czynienia z monologiem rzymskiego cesarza, zresztą autora wiersza O jęczącej duszyczce, w którym to monologu pojawiają się nieustannie i dobitnie wątki stoickie. Druga natomiast to powieść Facet z zasadami amerykańskiego pisarza Toma Wolfe’a, której bohater w stoicyzmie znajduje receptę na swoją, skrajnie trudną, sytuację życiową. Co więcej, bohater ów przekazuje założenia stoicyzmu swojemu obrzydliwie bogatemu szefowi, który wierzy tylko i wyłącznie w siłę pieniądza. Najczęściej wątki stoickie wprowadzone są poprzez postaci bohaterów, którzy ukazywani są w rozmaitych sytuacjach konfliktowych i starają się z nich wybrnąć dzięki mądrości stoickiej właśnie. W powieściach detektywistycznych wątki stoickie zdarzają się natomiast rzadziej. W twórczości Håkana Nessera pojawia się postać komisarza Gunnara Barbarottiego, który często prowadzi ze sobą monologi o zabarwieniu stoickim, ale to raczej wyjątek.

 

Bohaterowie Pana powieści, Mock czy Popielski, są stoikami?

W moich powieściach wątki stoickie zacząłem wprowadzać śmielej po wysłuchaniu wspominanej już bardzo ważnej dla mnie rozmowy radiowej z Tomaszem Mazurem. Zrozumiałem wtedy, że do propagowania i do obrony języka łacińskiego i kultury klasycznej można używać narzędzi innych niż instytucjonalne protesty, które jako środowisko polskich filologów klasycznych adresowaliśmy pod adresem kolejnych rządów w naszym kraju – oczywiście bez żadnego efektu ze strony władz oświatowych. Uświadomiłem sobie, że ludzie pozbawieni możliwości czytania tekstów starożytnych w językach oryginalnych chętnie zrobią to za pośrednictwem przekładów, jeżeli się ich do tego zachęci. Dlatego także w moim pisarstwie pojawiają się odwołania do myśli stoickiej, choć staram się to robić dyskretnie – czasami daję jakąś wzmiankę o Senece, czasami wspominam o etyce profesji, czasami przemycam jakąś sentencję. Pełnią one jednak funkcję ornamentu, dodając, jak rodzynki w cieście, kolorytu moim powieściom.

Natomiast ani Mock, ani Popielski stoikami nie są. Bo i trudno byłoby z sybaryty czy opoja zrobić mędrca stoickiego.

 

Mówi Pan czasami w wywiadach, że chciałby kiedyś napisać powieść uniwersytecką lub historyczną. Czy ta skłonność do prozy silnie skonwencjonalizowanej – i dzięki temu „bezpieczniejszej” niejako od pisarstwa pozbawionego tak wyraźnych reguł gatunkowych – związana jest z właściwą stoicyzmowi tęsknotą za przewidywalnością i jasnością reguł?

Nie wydaje mi się. Z całą pewnością każda twórczość prozatorska – może poza literackim zapisem swobodnego strumienia świadomości – napotyka pewne ograniczenia i musi być w związku z tym w jakichś ramach osadzona. Powieść współczesna istnieje w pewnym kontekście kulturowym, który też musi być uwzględniony. Powieść historyczna ma takich ograniczeń jeszcze więcej, bo autor musi odtworzyć realia i obyczaje konkretnej epoki, a powieść uniwersytecka powinna odtwarzać środowisko akademickie i też nie ma tu absolutnej dowolności. Nie sądzę zatem, by moje skłonności do takich, a nie innych gatunków prozy związane były z ideami stoickimi. Choć przyznać muszę, że mój umysł jest mocno analityczny i dlatego dąży do klasyfikacji, a to właśnie konwencja klasyfikację umożliwia. Ja zaś konwencję bardzo lubię – kiedy idę do opery, nie zakładam sandałów ani jasnego garnituru, tylko pełne buty i ciemne ubranie. Bo konwencja jest wygodna i pozwala lepiej żyć.

 

A stoicyzm? Też pomaga?

Muszę przyznać, że mnie bardzo pomógł. W wielu codziennych sytuacjach życiowych. Zwłaszcza w dwóch szczególnie trudnych, które przytrafiły mi się w ostatniej dekadzie. Proste zalecenia stoickie – pewien zbiór przepisów, które proponuje ten system – stają się ważnym wsparciem w życiu. Dzięki nim uczymy się tego, żeby w określonych sytuacjach działać szybko i bez wahania. Jeśli to się w życiu udaje, to można powiedzieć, że jesteśmy w drodze stoickiej zaawansowani. Ja jeszcze nie jestem – zdarzają mi się chwile emocji czy momenty, w których żona pyta, gdzie się podział mój stoicyzm. Takie sytuacje będą się zapewne zdarzać zawsze, jednak będzie ich coraz mniej, jak sądzę. Dlatego z całą pewnością stało się dobrze, gdy w styczniu 2014 r. włączyłem radio i zrozumiałem, że w obliczu moich życiowych kłopotów mogę znaleźć oparcie w stoicyzmie.

 

Marek Krajewski – Pisarz, filolog klasyczny, dr nauk humanistycznych. Przez wiele lat pracował w Instytucie Filologii Klasycznej i Kultury Antycznej Uniwersytetu Wrocławskiego.  Jest autorem serii kryminałów o Eberhardzie Mocku (m.in. Śmierć w Breslau) i Edwardzie Popielskim (m.in. Erynie). Jego książki przełożono na 20 języków.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter