70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Ullstein Bild/Getty

Terror i nowoczesność

Unikanie zła doprowadziło do jego nieuchronnego rewanżu. Egzorcyzmowane, przemilczane, traktowane jak tabu, eksplodowało z nową siłą w samym środku rzekomo harmonijnej biesiady, przyjmując w ekstatycznym crescendo niespotykane dotąd formy, wybuchowe i ekspansyjne.

Atmoterroryzm. Auschwitz, Drezno, Hiroszima itp.

Czy istnieje związek pomiędzy techniką i terrorem? W jaki sposób oszałamiający tryumf techniki miałby odcisnąć piętno na pojęciu terroru, dając początek nowej praktyce zagłady?

Aby udzielić odpowiedzi na te pytania‚ należałoby przyjrzeć się ewolucji, jaką przeszły broń, sprzęt wojskowy, bomby i toksyczne gazy. To właśnie robi Peter Sloterdijk, kiedy zastanawia się nad zjawiskiem manipulowania powietrzem, które począwszy od cezury XX w., na zawsze odebrało ludziom ich naturalne prawo do oddychania bez lęku o jakość otaczającej ich atmosfery. Sloterdijk nie ma wątpliwości: terroryzm jest „dzieckiem nowoczesności”[1]. Owa pokoleniowa więź ukazuje się jednak z całą jasnością dopiero w XX stuleciu. To właśnie dlatego terror czysto nowoczesny jest zjawiskiem postheglowskim i jako taki nie może być postrzegany w bezpośredniej ciągłości z terrorem jakobinów z roku 1793 czy bolszewików z roku 1917. Tym bardziej nie należy go mylić – żeby się posłużyć znaną definicją Wolfganga Sofsky’ego – z „porządkiem terroru wyznaczonym przez dyktaturę hitlerowską”[2]. Tym, co odróżnia terror techniki od jego poprzedników, jest atak na środowisko: celem nie jest już bowiem sam nieprzyjaciel, lecz atmosfera, powietrze, którym oddycha. W tym znaczeniu wydaje się uprawnione mówienie o atmoterroryzmie.

Kiedy narodziła się ta nowa forma zagłady? Czy można wskazać konkretny moment? Sloterdijk umieszcza „ową źródłową scenę” w kontekście I wojny światowej, podając rok, miesiąc, dzień i godzinę. Stało się to w Ypres, na froncie zachodnim, w trakcie bitwy z 22 kwietnia roku 1915, pod wieczór, pomiędzy godziną 18 i 19. Przychylny Niemcom wiatr skierował wówczas od linii frontu niemieckiego w kierunku okopów Francuzów chmury gazu bojowego, chloru, wydobywającego się z ponad 5700 butli. Wskazówki zegara odmierzyły głęboką cezurę, wyznaczając początek ery technicznej zagłady. Od tej chwili praktyka terroru, znacząca historię naszej cywilizacji, jak żadne inne zjawisko stała się oryginalnym wynalazkiem XX stulecia. Sloterdijk rekonstruuje z całym bogactwem szczegółów tamto pierwsze zastosowanie broni chemicznej na masową skalę. Tym samym została porzucona idea pojedynku, który jeszcze do niedawna dawał złudzenie uczciwego męskiego starcia, a relacja pomiędzy przeciwnikami rozwinęła się na postmilitarnych podstawach. Czynnikiem inicjującym była w tym konkretnym przypadku niedostępność żołnierzy obu obozów, ukrywających się przez długie miesiące w okopach. Żadna broń o dalekim zasięgu nie byłaby w tych okolicznościach wystarczająco skuteczna. Rozwiązania dostarczyła nowoczesna wojna chemiczna, stanowiąca preludium do bombardowań powietrznych. Zastosowanie gazów i trucizn, coraz bardziej powszechne pomimo art. 23 pkt a Konwencji dotyczącej praw i zwyczajów wojny lądowej podpisanej w Hadze w roku 1907 stało się z kolei bodźcem do rozwoju technologii toksycznych chmur i duszących obszarów.

Jeśli spojrzymy na współczesny terror z tej perspektywy, okaże się on kolejną udoskonaloną formą wojny. Kontrolowana przemoc wojenna przeradza się oto w wolność zagłady, w zagładę absolutną, pozbawioną wszelkich granic, czy to fizycznych czy metafizycznych. Przejście to dokonuje się w chwili, gdy człowiek definitywnie odchodzi od koncepcji wojny jako starcia pomiędzy przeciwnikami, potyczki pomiędzy regularnymi armiami. Wolny od jakichkolwiek reguł, szaleje terror. Jednakże nowoczesny terror, w którym skondensowana została cała wiedza o zagładzie, choć zachował pierwotny charakter ataku, ma w sobie coś nowego, coś dotychczas niespotykanego. Ciało wroga nie musi już bowiem zostać unicestwione za pomocą bezpośrednich ciosów. Atak zostaje skierowany na środowisko, w którym żyje nieprzyjaciel, sprawiając, że jego egzystencja staje się niemożliwa. Atak na funkcje życiowe, od oddychania po centralny system nerwowy, sprawia, że pozornie wróg zostaje pokonany przez swój własny naturalny odruch, np. odruch oddychania. Odpowiedzialność się rozmywa, staje się anonimowa. Coraz mniejsze znaczenia ma asymetria sił. W rzeczy samej wystarczy jeden terrorysta, aby przeprowadzić brzemienny w skutkach atak. Nie powinno to jednak prowadzić do wniosku, jakoby terror był bronią słabych. Historia pokazuje, że w ciągu XX stulecia to właśnie państwa często sięgały po terrorystyczne metody.

Kiedy technika wraz z całym swym destrukcyjnym potencjałem rozsadza i przekracza ramy wojny, przemoc narasta, staje się przemocą wobec ludzi, wobec rzeczy, staje się niekontrolowaną przemocą wobec atmosferycznej otoczki życia. Realizowanie terroru, które rozumiane jest zawsze jako kontratak, nigdy jako atak bezinteresowny i pierwotny, oznacza gotowość do poszerzenia bez miary pola konfliktu. Wróg nie jest tu już nawet „wrogiem”. Nie mają zatem znaczenia ani front, ani okopy. „Inny” staje się jedynie bytem, który trzeba wyeliminować. Nie chodzi o wzięcie go do niewoli, o pokonanie go, o zawłaszczenie jego wolności. Chodzi raczej o coś więcej, o uwolnienie środowiska – a nawet planety – od jego obecności i jego wolności. Owa epokowa zmiana oznacza przejście od wrogości tradycyjnej do takiej, która uwolniona i uwyraźniona przez technikę, staje się samą zagładą, a zatem projektem unicestwienia.

Do historii technicznej zagłady, która dochodzi do 11 września i rozciąga się na wiek XXI, Sloterdijk zalicza wydarzenia pozornie od siebie odległe i nie zawsze uważane za wzajemnie powiązane. Od chmury żółto-białego gazu, który wypełnił okopy jednostek francusko-kanadyjskich po przemysłowe zastosowanie cyklonu B, otoczonego złą sławą cyjanowodoru, który pierwotnie – jak obiecywały reklamy producenta – miał uczynić domy mottenfrei, „wolnymi od moli”, a potem, zgodnie z dyktatem „ostatecznego rozwiązania”, całą planetę judenfrei, „wolną od Żydów”.

Sloterdijk zwraca uwagę na inne godne zapamiętania daty w tym przedziale czasowym. Na przykład 8 lutego roku 1924, kiedy stan Nevada uruchomił pierwszą komorę gazową w celu wykonywania egzekucji na cywilach. Tym samym atmoterroryzm stał się częścią prawa karnego demokratycznego kraju.

Model ten został przejęty przez kolejne stany Ameryki Północnej, w tym przez Kalifornię. Krzesło elektryczne, eufemizm ukrywający silne wyładowania elektryczne, które sprawiały, że mózg skazańca dosłownie się gotował, zostało zastąpione bardziej sterylną komorą gazową, gdzie trujące gazy blokowały transport tlenu do krwi i doprowadzały do śmierci z powodu niedotlenienia organizmu. Zmiana ta podyktowana była swego rodzaju „humanitaryzmem”, sentymentalnym prawem postępowej nowoczesności.

Techniczny atmoterroryzm w ostatecznym rozrachunku ułatwił neutralne i bezosobowe administrowanie śmiercią, żeby na koniec pozwolić na przejście do prawdziwie masowej produkcji trupów w komorach gazowych, które pracowały na pełnych obrotach w hitlerowskich obozach zagłady. Dane z Auschwitz-Birkenau mówią same za siebie. Tylko jednej nocy, z 13 na 14 kwietnia 1943 r., za pomocą 6 kg cyklonu B zostało zagazowanych 1492 Żydów przywiezionych z krakowskiego getta. Ich ciała przetransportowano do krematorium II, gdzie zostały spalone.

Sloterdijk należy do tych filozofów, którzy śladem Heideggera zestawiają Auschwitz z innymi toponimami: z Dreznem, Hiroszimą, Nagasaki. Są to punkty na mapie czarnej meteorologii, zainaugurowanej przez ataki z powietrza, które likwidują dystans przestrzenny i docierają do miejsc wcześniej niedostępnych, znosząc różnicę pomiędzy cywilami i żołnierzami. Samo tylko użycie broni rakietowej dalekiego zasięgu prowadzi do globalizacji wojny. Terror nie jest już tylko atakiem wymierzonym w powietrze z powierzchni ziemi, ale raczej atakiem z powietrza skierowanym hipotetycznie przeciwko całemu żyjącemu światu, uznanemu za wrogi, a więc przeznaczonemu do unicestwienia. Z filozoficznego punktu widzenia zatem siły powietrzne odgrywają tu kluczową rolę. Sloterdijk wspomina o zniszczeniu Guerniki dokonanym przez nazistowski Legion Condor 26 kwietnia 1937 r., aby potem zrekonstruować nalot na Drezno, który miał miejsce w nocy z 13 na 14 lutego roku 1945.

Samoloty brytyjskiej jednostki Royal Air Force działały według precyzyjnego planu: miasto miało zostać otoczone pierścieniem bomb zapalających, wywołujących swego rodzaju burzę ogniową, a ta, rozpętana z powietrza, miała dać efekt potężnego pieca hutniczego. W pierwszych dwóch atakach zrzucono ponad 650 tys. bomb. Nikt nie miał wątpliwości, że celem była ludność cywilna, tym bardziej że było powszechnie wiadomo, iż w mieście, a zwłaszcza w okolicach dworca głównego, zgromadziły się tysiące uciekających. Według szacunkowych danych zginęło wówczas co najmniej 35 tys. ludzi. Wielu z nich spłonęło lub udusiło się, ale znajdowano także zasuszone i zmumifikowane ciała tych, do których ogień nie dotarł. Schrony przeciwlotnicze na skutek gorąca zmieniły się w piekarniki, w których żywcem upiekło się lub udusiło z powodu toksycznych wyziewów ponad 10 tys. ludzi. Całe centrum miasta przekształciło się w jedną wielką komorę spalania. Drezno nie stanowiło jednak wyjątku, ekscentrycznej anomalii, lecz stało się nowym modelem termoterroryzmu. Jeśli z historycznego punktu widzenia to państwa jako pierwsze zaczęły posługiwać się narzędziem terroru, to Sloterdijk nie waha się nazwać Churchilla „terrorystą”, do czego nota bene brytyjski premier podobno się przyznawał[3].

Zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki przez amerykańskie samoloty 6 i 9 sierpnia 1945 r., które zwykle uważane jest za wydarzenie nieporównywalne do żadnego innego, w tym kontekście można uznać bardziej za ilościową niż jakościową eskalację. Szacuje się, że liczba ofiar wyniosła ok. 100 tys. w Hiroszimie i 40 tys. w Nagasaki; jednak liczby te gwałtownie rosną, jeśli weźmiemy pod uwagę tych, którzy zmarli później w następstwie promieniowania radioaktywnego. Był to pierwszy atak nuklearny skierowany przeciwko całemu żyjącemu światu, stając się kulminacyjnym punktem nowoczesnej zagłady. Nowością była radioaktywna broń i długoterminowość ujawniania się skutków napromieniowania. Po oślepiającej burzy światła przyszedł czarny deszcz, który bezlitośnie zalał napromieniowaną pustynię, przynosząc ze sobą nieznane dotąd choroby, głębokie owrzodzenia, zmiany nowotworowe, niewyjaśnione poparzenia, tak jakby nieprzyjaciel nie przestawał atakować, ukryty gdzieś w nieuchwytnej atmosferze, złożonej z fal i promieni.

Heidegger i wygnanie egzystencji z biosfery

Radioterroryzm pozostawił po sobie w spadku właśnie okres latencji, a więc niewidzialną agresję, atak na to, co nieskończenie małe, przynoszący nieograniczone skutki. Dzisiejszy terroryzm, niezależnie, czy ma on charakter państwowy czy nie, osiągnął kolejne efekty w sferze możliwości ataku na biosferę. Co więcej, w tajemnicy przed opinią publiczną amerykańskie supermocarstwo opracowało nowe strategie na użytek przyszłej wojny jonosferycznej, czyli takiej, która jest w stanie wykorzystać do celów militarnych klimat, np. poprzez modyfikowanie zjawisk pogodowych, blokowanie opadów deszczu. Do bioterroryzmu – łatwiej dostępnego z racji bardziej prymitywnych technik, jakimi się posługuje, takich jak rozpowszechnianie wirusów czy bakterii – dołączyły tajne i bardziej wyrafinowane formy terroryzmu. Na przykład broń infradźwiękowa, która, jak się wydaje, może mieć zdalny wpływ na ludzkie organizmy, w szczególności na mózg, a zatem powinna być zaliczana do broni neurotelepatycznych.

Dla naszej egzystencji istotne jest to, co wyróżnia postmodernistyczny terror: fakt, że jego celem jest nie tylko ciało wroga, ale też jego środowisko. Jest oczywiste, że dla tej nowej, globalnej formy wojny – która pozostawia za sobą doświadczenia wszystkich wcześniejszych wojen – wygrana oznacza unicestwienie, nawet jeśli jego ceną miałoby być samounicestwienie. Tym samym istoty żyjące pogrążają się w środowisku, w którym nie da się żyć, i natychmiast giną albo umierają później w następstwie śmiercionośnych skutków jego oddziaływania. Na nic zdaje się system odpornościowy. Nowa broń terroru jest efektem filozoficznych poszukiwań kolejnych słabych punktów warunków życia. Terrorysta staje się ciemną stroną filozofa, przekształcając w cele ataku te wewnętrzne przestrzenie, w których dotychczas naiwnie chroniło się życie.

Heidegger mówił o „okolicach” dla nazwania tej przestrzeni, w której pomimo utraty ojczyzny, stanu będącego przeznaczeniem świata w epoce cywilizacji technicznej, każdy powinien znaleźć schronienie. Dla niego miejscem takim była leśna polana. Jednak pomijając ową idylliczną, często źle interpretowaną wizję, Heidegger był jedynym filozofem, który przewidział zagrożenie, jakie stanowiło dla zamieszkiwania człowieka istnienie techniki. Terrorystyczna cezura, jaka miała miejsce w ostatnich dziesięcioleciach, sprawiła, że owa „utrata ojczyzny” jawi się już nie jako na zawsze utracone i niemożliwe do odzyskania zamieszkiwanie, lecz jako postępujące wygnanie egzystencji ze wszystkich bezpiecznych nisz naturalnej biosfery, tak że niemożliwa jest ani ucieczka w chroniony obszar, ani dotarcie do źródła magicznej immunizacji.

O ile istnienie związku łączącego technikę z terrorem nie budzi wątpliwości, o tyle bardziej problematyczny wydaje się kolejny krok, który robi Sloterdijk, a który doprowadza go do uznania terroryzmu za modus operandi, sposób działania czy raczej procedowania[4]. Jego zasadniczym celem jest zwrócenie uwagi na powszechnie stosowane wyrażenie „wojna z terroryzmem”, które samo w sobie stanowi nonsens, gdyż wynosi do rangi wroga szeroko przyjętą metodę. Stanowisko Sloterdijka kryje w sobie jednak ryzyko stechnicyzowania terroru, zneutralizowania go i sprowadzenia do roli trybu, który wciąż działa w sposób niemal niezależny od kontekstów historycznych i czynników politycznych, przyjmując różne, coraz bardziej intensywne i wybujałe formy. Mamy tu do czynienia z indyferentyzmem techniki, który widoczny jest już u Heideggera. To właśnie wyjaśnia, dlaczego Sloterdijk, mówiąc o technice nazistowskiej zagłady, twierdzi, że „czynnik Hitlera wchodzi w grę jako element utraty kontroli”[5]. I tłumaczy ów bezstronny dystans, z jakim Sloterdijk wydaje się umniejszać znaczenie ataku na nowojorskie dwie wieże i – bardziej ogólnie – bagatelizować islamizm, niezdolny jego zdaniem do tego, by stać się „nowym bankiem światowej dysydencji”[6]. Tak jakby wyzwanie dżihadu można było w gruncie rzeczy uznać za zjawisko, które wkrótce będzie należało, a po części już należy, do przeszłości.

Monopol negacji

Global age, globalna era – tak ją nazywają niektórzy, jak choćby brytyjski socjolog Martin Albrow. Inni mówią o „drugiej epoce ekumenicznej” albo o czasie „posthistorii”, kiedy to po roku 1945 Stary Świat wyczerpał zdolność do ataku, roztrwoniwszy energię w dwóch wojnach światowych, położywszy kres ekspansjonistycznym ambicjom rozpętanym w roku 1492 przez cztery wyprawy Kolumba. Historia jest zbieżna z hybrydycznym eposem podboju – takim, jakim zapisali go jego bohaterowie, w całej jego zwycięskiej jednostronności, a dobiega kresu wówczas, gdy planeta Ziemia staje się dla wszystkich Światem. Planetarna globalizacja jest faktem dokonanym. Więcej: jest nieodwracalnym aksjomatem.

Przepłynięty i przejechany wzdłuż i wszerz Świat stał się systemem spajanym gęstą siecią połączeń, poprzecinanym komunikacyjnymi kanałami, przesiąkniętym kapitałem. Posthistoria to epoka, w której globalizacja zapowiada i oznajmia wszem i wobec swój nieuchronny postęp, kwestionując jakiekolwiek alternatywy. Ruchy, które odsłaniają jej dysfunkcje, jednocześnie potwierdzają jej skuteczność.

Nie można się już cofnąć, globalizacja odgrywa rolę przeznaczenia ludzkości. Ludzkości zmuszonej nie tylko do życia w symultanicznym świecie, w którym czas załamuje się w wiecznej aktualności, ale także do współzamieszkiwania przestrzeni zagęszczonej w stopniu nigdy wcześniej niedoświadczanym, gdzie nie da się już uciec przed innym i przed spotkaniem z innym. Przyjacielskość i obowiązki moralne ustępują miejsca powszechnej mizantropii.

Globalna wioska posiadająca ludzki wymiar, w którą wierzyli McLuhan i inni optymistyczni teoretycy mediów, już nie istnieje. W jej miejsce wyrosła planetarna wspólnota, zamknięta we władczej, logicznej syntezie, utrzymywana w ryzach przez narzuconą z góry abstrakcję, połączona przez obowiązkowe, pozbawione uniwersalnej wartości prawdy. Tej wspólnocie planeta nie oferuje już intymnego bycia w domu, napełniającego otuchą bycia u siebie, bo została zredukowana do miejsca zewnętrznego, w którym nieustannie zachodzi wymiana, stała się zatłoczonym i niegościnnym globalnym placem targowym.

Tryumfalny marsz ku wygodzie, poprawie warunków życia, modernizacji, rozwojowi nauki, postępowi technicznemu, upowszechnieniu demokracji i praw człowieka, nieposkromionej ekspansji intelektu i jego kaganków: globalizacja dowiodła, że jest wielkim tryumfem dobra. W świecie-systemie nie powinno już pozostać ani śladu zła, zlikwidowanego, wykorzenionego aż po najgłębsze zakamarki. Promienne uniwersum, przejrzyste, nienaruszone, miałoby być dowodem na ostateczne pokonanie zła.

Ta moralizująca wersja, inspirowana zdrowym rozsądkiem niezniszczalnej nowoczesności, z jednej strony widzi w przyszłości wyłącznie doskonałość, z drugiej – w manichejskim duchu wierzy, że jest w stanie odróżnić i pokonać ciemne moce, które się jej jeszcze opierają. Pęknięcia, uskoki, załamania, niespodziewane konflikty, dawniej nieistniejące granice, nieoczekiwane mury, na to wszystko oczy pozostają zamknięte. W imię wykalkulowanej promocji postępu za wszelką cenę. A przecież niszczycielskie skutki owej supremacji pozytywności gwałtownie wychodzą na jaw i przekazywane są dalej jak choroba. Na nic zdały się mająca zapobiegać chorobie profilaktyka i chirurgia plastyczna negatywności. Wręcz przeciwnie, stało się na odwrót. W zglobalizowanym świecie, któremu narzucono imperatyw niekończącego się, oświetlonego sztucznym światłem dnia, noc nigdy nie opuściła pogrążonych w mroku zakątków planety. A iskry zła, ukryte w sercu nowoczesnego nieszczęścia, żarząc się coraz mocniej, sprawiły, że znów zapłonął ogień. Ponieważ zło, o czym wiedzieli i Nietzsche, i Dostojewski, nie jest wyłącznie kryterium moralnym, lecz źródłem nierównowagi, początkiem zachwiania, które może stać się nawet stanem ducha. Unikanie zła doprowadziło w epoce posthistorii do jego nieuchronnego rewanżu. Egzorcyzmowane, przemilczane, traktowane jak tabu, eksplodowało z nową siłą w samym środku rzekomo harmonijnej biesiady, przyjmując w ekstatycznym crescendo niespotykane dotąd formy, wybuchowe i ekspansyjne.

Zło mówi „nie” zintegrowaniu spełnionego porządku świata; bezdomna destrukcja, bezczynna negatywność, cierpienie we wszystkich swoich odmianach nie włącza się w protest. Z kolei sprzeciw wobec globalizacji jest w gruncie rzeczy jej częścią. Ruchy no global można uznać za nic innego jak tylko wewnętrzne utrudnienia, każdorazowo możliwe do pokonania. Paradoksalnie, tu właśnie leży granica pozytywnych propozycji oporu, których polityczny efekt maleje w obliczu systemu rozdającego karty w grze.

Terror domaga się monopolu negacji. I pozornie dokonuje pomsty w imieniu wszystkich sił upokorzonych przez system-świat. Ponieważ jest radykalnym antagonizmem wyrastającym wewnątrz systemu, w wewnętrznym rozkładzie siły, która okazuje się bezsilna, w jej niekontrolowanym paroksyzmie. Terror, heterogeniczny, bo wywodzący się z symbolicznego, zatwardziałego porządku, jest w swej zjadliwej oporności zjawą trzymającą świat w szachu. Oznacza to, że ze swej eksterytorialnej pozycji terror rządzi porządkiem świata. Czyni świat swoim zakładnikiem, poddaje go nieustającemu szantażowi. Tyranizuje go, wtrącając w obsesję pewności, zmuszając do poddania się planetarnej, policyjnej sieci. W konstelacji terroru nie można mówić ani o zwycięstwie, ani o przegranej. Można mówić tylko o eskalacji. Jedyną odpowiedzią na terror jest jego nieustająca intensyfikacja.

Metafizyka zamachu

Hiperboliczna przemoc terroryzmu, która jest przemocą polityczną, powinna być badana i analizowana w kontekście globalizacji, gdzie każde pęknięcie otwierające się na powierzchni, każda oporna strefa, każda fala na wzburzonym morzu stanowią także źródło terroru. Widmo może ukazać się w każdej chwili, może się pojawić, wybuchnąć, eksplodować. Jak można widzieć jasno pośród dymu i fetoru, pośród mroków i gruzów? A jednak tajemnica terroryzmu zamknięta jest w tej właśnie scenie i to właśnie tu musi zostać odszyfrowana. Ta scena to scena zamachu

Oczywiście – jak sugeruje Baudrillard – terrorysta dokonuje aktu symbolicznego. Jeśli jednak dobrze mu się przyjrzeć, to akt ów jest jednocześnie rewolucyjny i symboliczny, a ostatecznie sama rewolucja, kiedy potraktuje się ją jako otwarcie nowego świata, może być uważana za symboliczną politykę. Definicja Baudrillarda jest zatem niewystarczająca. A jednak nie da się zaprzeczyć, że terroryzm daje prymat działaniu. Czy zakłada ów prymat milcząco, czy głosi na jego cześć peany, w ostatecznym rozrachunku jest wezwaniem do działania samego w sobie, zachętą do czystego aktu.

Aby zdekonstruować uzurpowaną supremację aktu terrorystycznego, aby ujawnić przemoc, którą jest podszyty, należy – o czym wiedział dobrze już Lenin – wpisać go w ramy politycznej interpretacji historii[7]. Tylko tak ów akt, który chciałby być aktem czystym, nabiera wyraźniejszych konturów, mniej abstrakcyjnych i przede wszystkim mniej nieskazitelnych. Terrorysta zaskakuje; przechodząc do czynu, zdobywa przewagę. Pod tym względem działanie jest już zawsze uzbrojone, więcej: jest już zawsze bronią. Działanie terrorystyczne ma charakter zamachu. Zgodnie z etymologią łacińskiego słowa attentatum, pochodzącego od czasownika attemptare, oznacza ono próbę, usiłowanie. Terrorysta najpierw obserwuje warunki, w których żyje wróg, aby potem wykorzystać je do niespodziewanego ataku, do zastawienia podstępnej pułapki. Dopuszcza się agresji na życie innych, nawet za cenę poświęcenia własnego życia.

Kwestia polityczna dotyczy sensu owego aktu, celu zamachu. Czy kiedy wybiła już przepowiedziana przez Lyotarda godzina końca „wielkich narracji”, ma jeszcze sens kolejna opowieść? Czy jest jeszcze miejsce dla Aktu terrorystycznego w dusznej przestrzeni globalizacji, gdzie ziemia została zaanektowana i podzielona, a nowy porządek zdefiniowany i narzucony, choć nierzadko okazuje się niczym więcej jak tylko nieskładnym chaosem?

Terroryzm skondensowany jest w akcie zamachu, będącym przede wszystkim próbą odnalezienia jednego tylko nurtu, jednego kierunku w globalnym scenariuszu. Próbą uproszczenia tego, co złożone, wyznaczenia granicy temu, co nieograniczone, próbą zaznaczenia frontów, rozpoznania wroga (nie inaczej niż robią to jego zadeklarowani wrogowie). Jest paradoksalnym przekłamaniem, próbą antydatowania biegu historii, anachroniczną pretensją napisania na nowo jej ostatnich rozdziałów. Metafizyką zamachu, wolą mocy, za pomocą której atakujący stara się przezwyciężyć pustkę inercji. Jest roszczeniem ofensywnej przemocy i utraconej na zawsze przewagi, uzyskanej przez tego, kto dociera na miejsce przed innymi, asymetryczną euforią agresji.

Niech będzie jasne, że rewolucja – ani ta z roku 1789, ani z 1917 – nie jest bynajmniej politycznym modelem owej metafizyki zamachu. Funkcję tę pełni raczej europejska ekspansja, która od roku 1492, przekraczając kolejne zwrotniki i południki, parła naprzód, dopóki globalizacja nie stała się faktem dokonanym. W odpowiedzi, w reakcji na to nowe czynniki globalnego terroru odtwarzają źródłowy akt owej ekspansji. Pod tym względem dzisiejszy terroryzm, w całym swym radykalizmie, jest głęboko reakcyjny, zarówno z punktu widzenia filozoficznego zaplecza, jak i politycznego wzorca.

Jednak owa kontrekspansja może się okazać tylko spóźnioną i lekkomyślną, bo nie pozostało już nic, czym można by się było podzielić, i nie ma już nawet centymetra ziemi, który nie zostałby zajęty i przywłaszczony. Tyle że w planetarnym uniwersum otworzyła się przestrzeń informacji, ów niemający granic McŚwiat, w którym globalny terror niesie wysoko w górze swój złowieszczy sztandar, jeszcze bardziej zatrważający niż czarna flaga tzw. Państwa Islamskiego (o charakterze mniej lub bardziej terytorialnym). Inwazja w infosferę, niemal pozbawioną barier, nieposiadającą obrony, nie jest niczym trudnym. Za pomocą minimalnych ataków, telegenetycznych eksplozji terroryści nowego tysiąclecia są w stanie zdestabilizować cały system, trzymać jako zakładnika cały świat. Po swojej stronie mają media, które – nie będąc w stanie generować w studio wszystkich fabularnych programów – zaopatrują się w wydarzenia u impresariów rzeczywistej przemocy. To wyjaśnia, dlaczego strategia ekspansji przyjęta przez nowoczesny terroryzm odniosła tak ogromny sukces, choć nie zawsze mogła się pochwalić podbojami terytorialnymi.

Jednak sukces medialny może być mylący. Pozostaje metafizyka zamachu. Tak jak pozostaje wiara w atak, pragnienie, by zaatakować jako pierwszy, ideologia wolności działania. W szczególności z tego punktu widzenia terroryzm przystaje do neoliberalizmu, jak wierzchnia warstwa kartki przylega do jej warstwy spodniej. Oba zjawiska są najnowszymi wersjami spóźnionej filozofii działania, którą można streścić jako chęć bycia promieniem czystej i wolnej inicjatywy, podmiotem agresji suwerena. Fundamentalizm ataku, niecierpliwa wiara w pierwszeństwo ruchu sprawiają, że polityczna pustka zostaje poczytana za otwarte pole.

Z gasnących płomieni, z gęstego dymu zamachu zdaje się wyłaniać z większą wyrazistością wyzwanie. Zamach nie jest już tylko symboliczną próbą. Akt terrorystyczny wysuwa roszczenie suwerenności. Jest aktem, który chce być superanus w znaczeniu etymologicznym, chce być aktem „najwyższym”, kulminacyjnym i ostatecznym. Historycznie dopełnia się w rozmaitych formach i strategiach w politycznej nowoczesności, gdzie władza obnaża pustkę, na której się opiera. Nie jest aktem ani rewolucyjnym, ani powstańczym. Nie ma w sobie nic z pierwotnej przemocy oprócz negacji, która w tym kontekście gwałtownie pociąga i zachwyca. Scenariusz, według którego odbywa się akt terrorystyczny, to scenariusz konfrontacji z władzą. Im bardziej jest ona zdelegitymizowana, niestabilna, chwiejna, tym odważniej wysuwa swoje roszczenia terroryzm. Jakby głosił nadejście państwa ostatecznego, oznajmiał, że państwo doszło do swych granic, jakby był szpiegiem i papierkiem lakmusowym złej władzy. Tak właśnie dzieje się w przypadku globalizacji, dawna władza suwerenna, ośmieszona przez dążenie do nieograniczoności, pusta i zapiekła, stoi naprzeciw widmowej władzy islamskiego terroru. Zamach to nawet nie eksplozja; jeśli się dobrze zastanowić, to forma implozji w politycznej pustce. Daleki od anarchii, która z kolei ukazuje otchłań władzy, by skierować ją przeciwko państwu, globalny terror chciałby zawładnąć suwerennością, przejąć jej zasady, jej pozycję i zająć jej miejsce. Konkuruje z nią za pomocą jej własnej broni, rzuca jej wyzwanie na jej własnym terenie. Aby na koniec powiedzieć, że suwerenem jest ten, kto ma do dyspozycji bardziej wiarygodną groźbę. Terroryzm jest widmem nowoczesnej władzy suwerennej, która z kolei jest zawsze wirtualnie terrorystyczna.

 

Tłumaczyła Monika Surma-Gawłowska
Fragment z Terrore e modernità © 2017 Giulio Einaudi editore s.p.a., Torino

[1]  P. Sloterdijk, Sfere III. Schiume. Sferologia plurale, tłum. G. Bonaiuti, Mediolan 2015, s. 100.

[2] W. Sofsky, L’ordine del terrore. Il campo di concentramento,  tłum. N. Nicolacci, Roma-Bari 2004.

[3] P. Sloterdijk, Sfere III. Schiume, dz. cyt., s. 128.

[4] Tamże, s. 97.

[5] Tamże, s. 115.

[6] P. Sloterdijk, Gniew i czas, Esej polityczno-psychologiczny,  tłum. A. Żychliński, Warszawa 2011, s. 247–256.

[7] Por. rozdz. II, cz., 8: Terrore e sovranità. Su Lenin, w: D. Di Cesare,  Terrore e modernità, Turyn 2017, s. 80–85.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter