70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Bettmann/Getty

Barykady bez filozofów

Najlepszym obrazem francuskich wydarzeń maja 1968 r. jest wywiad, jaki Jean-Paul Sartre przeprowadził z Danielem Cohn-Benditem: 63-letni światowej sławy filozof zajął miejsce pytającego, a 23-letni student udzielał mu odpowiedzi.

Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? – to pytanie, stanowiące tytuł książki Franka Furediego, można by zasadnie postawić, przyglądając się francuskim wydarzeniom 1968 r. Intelektualiści nie odegrali w ich trakcie szczególnej roli. Wskoczyli po prostu do pędzącego pociągu. Nie wynikało to tylko z bezsilności, ale też z przemian społeczno-kulturowych i z samej ich woli: „Kiedy część z nas brała udział w wydarzeniach maja 1968 roku – wspominał Maurice Blanchot – marzyła, by ustrzec się przed jakąkolwiek aspiracją do pojedynczości i w pewnym sensie, nie będąc traktowanymi na szczególnych warunkach, ale jak wszyscy inni, to się udało”. Z jednej strony mogłoby to nie dziwić: wydarzenia te opisuje się przecież w kategoriach buntu młodzieży, ale z drugiej – pojawia się pytanie: czyż nie rozgrywały się one przede wszystkim wokół uniwersytetów?

Oczywiście intelektualiści mieli na temat zajść z 1968 r. różne opinie. Rozpiętość ich sądów obrazują głosy Theodora W. Adorna oraz Herberta Marcusego. Podczas gdy pierwszy z nich sprzeciwiał się demonstracjom na uniwersytecie i wzywał policję, kiedy studenci okupowali jego biuro, drugi replikował: „[J]eśli stawiasz mnie przed alternatywą albo policja, albo lewacy, biorę stronę tych ostatnich”. Po pierwsze jednak, zróżnicowane percepcje intelektualistów odzwierciedlały po prostu naturalne dla ludzi zróżnicowanie w ocenie konkretnych wydarzeń. Po drugie, formułowane przez nich opinie stanowią papierek lakmusowy, określający ogólniejsze różnice światopoglądowe. W końcu zaś ich postawy wskazywać będą na akceptację lub jej brak odnośnie do nowej roli intelektualisty we współczesnym świecie.

O co właściwie chodziło w 1968 r.?

Protesty, do jakich w różnych miejscach świata (Czechosłowacji, Francji, Meksyku, Niemczech, Polsce, Stanach Zjednoczonych, Włochach) doszło w 1968 r., były niejednolite. Bo choć można wyróżnić między nimi pewne punkty wspólne i choć wzajemnie się one napędzały (zabójstwo Martina Luthera Kinga i strzały oddane w Niemczech do Rudiego Dutschke wzbudziły oburzenie i doprowadziły do manifestacji w Paryżu), to u podstaw każdego z nich leżał unikalny splot okoliczności, a na ich przebieg złożył się zestaw akcydensów i napięć, które były właściwe dla danego miejsca. Sformułowania ogólnej odpowiedzi na pytanie, co się stało na świecie w roku 1968, podjęli się Immanuel Wallerstein i Sharon Zukin.

Wallerstein i Zukin przyjmują, że wydarzenia roku 1968, rozgrywające się w różnych częściach globu i stanowiące krystalizację długo dojrzewających strukturalnych trendów, złożyły się na rewolucję. Nie miejsce tu na długi spór, czy rzeczywiście była to rewolucja. Bez trudu znaleźć można opinie przeciwne.

Na przykład Jean Baudrillard, w roku 1968 chadzający na paryskie barykady niespełna 40-letni pracownik uniwersytetu w Nanterre, stwierdził, że cała towarzysząca tym wydarzeniom energia zniknęła i nie pozostawiła po sobie poważnego emancypacyjnego osiągnięcia: „Maj ‘68 to wydarzenie, którego nie można było zracjonalizować lub spożytkować (…). Niczego nie zwiastowało”.

Wystarczy zresztą przypomnieć, że w wyborach z 22 czerwca 1968 r. bezapelacyjne zwycięstwo odniósł obóz gen. de Gaulle’a – po raz pierwszy w historii V Republiki jedna partia zdobyła w Zgromadzeniu Narodowym większość absolutną, a komuniści i socjaliści osiągnęli najgorszy wynik w historii parlamentarnej lewicy. Istotniejsze niż rozstrzygnięcie tego sporu jest tu jednak to, co – zdaniem Wallersteina i Zukina – zaszło w 1968 r.

Po pierwsze, autorzy ci uznają, że główne ostrze protestów było skierowane przeciw amerykańskiej hegemonii i jej akceptacji przez Związek Radziecki. Amerykanie zbudowali w powojennym świecie sojusze z państwami Europy Zachodniej i Japonią, a ich stosunki z Moskwą zostały oparte na ostrym konflikcie ideologicznym, wykluczającym jednakże możliwość otwartej militarnej konfrontacji. Na terenach Azji i Afryki planowali nadzorowanie stopniowej i możliwie bezkrwawej dekolonizacji, która włączyć miała nowo powstałe państwa w struktury porządku międzynarodowego. W polityce wewnętrznej Waszyngton usiłował zredukować konflikt klasowy i rasowy, ustanawiając ekonomiczne koncesje na rzecz robotników i rozszerzając prawa ludności afroamerykańskiej. W latach 50. udało się osiągnąć stabilność w tych obszarach, dekadę później nastąpiło jednak zaburzenie. Wzmocnione kraje europejskie zaczęły przejawiać ambicję autonomii (np. Francja gen. de Gaulle’a), równowaga w stosunkach ze Związkiem Radzieckim została naruszona wskutek procesów „destalinizacji i desatelityzacji”, dekolonizacja uwikłała Amerykanów w długotrwałe wojny (zwłaszcza w Wietnamie), a ustępstwa na rzecz grup dyskryminowanych społecznie i ekonomicznie nie spełniały oczekiwań zainteresowanych.

Po drugie, protesty były skierowane przeciwko „ruchom antysystemowym starej lewicy”. Wallerstein i Zukin zauważają, że w powojennym świecie istniały trzy rodzaje ruchów antysystemowych: komunistyczne partie III Międzynarodówki (ZSRR i jej satelity), socjaldemokratyczne partie II Międzynarodówki (w krajach tzw. wolnego świata, wliczając w nie również USA z Partią Demokratyczną) oraz ruchy narodowowyzwoleńcze w Afryce, Azji czy Ameryce Łacińskiej. W roku 1968 wszystkie miały już za sobą okres sprawowania władzy państwowej – młode pokolenie uznawało ich osiągnięcia za niezadowalające i interpretowało je jako zdradę lub wypaczenie ideałów. Odnosi się to równie mocno do studenckich buntów w Paryżu, jak i do Praskiej Wiosny. Liderzy starej lewicy zaklasyfikują zaś działania młodych (tzw. nowej lewicy lub goszystów we Francji) do kategorii awanturnictwa i anarchizmu.

Rok 1968 przypieczętował też koniec idei „podstawowej grupy uciśnionej”: klasy robotniczej (lub narodu w państwach kolonialnych) i podporządkowania jej wszelkich innych grup (np. kobiet, mniejszości rasowych i seksualnych, ekologów), oraz ich problemów jako mniej istotnych (czy też nawet takich, których przezwyciężenie miało nastąpić samoistnie w wyniku rozwiązania problemów pierwszoplanowych). Oznaczało to, że potrzeba było więcej niż jednego politycznego reprezentanta – dotychczas funkcję tę pełniła partia robotnicza lub związek zawodowy. W obliczu nieskuteczności tradycyjnych ruchów lewicy i pożytku ze sprawowanej przez nią władzy politycznej pojawiło się (a właściwie powróciło) pytanie, czy do dokonania zmiany potrzeba w ogóle władzy politycznej, czy nie warto raczej zabiegać np. o władzę kulturową.

Poza tym autorzy ci uznają, że – wbrew temu, co mogłoby się wydawać – zjawiska kontrkultury nie miały w 1968 r. fundamentalnego znaczenia. Były one raczej częścią rewolucyjnej euforii, pojawiającej się także w innych sytuacjach po wyraźnym naruszeniu porządku społecznego (jako przykład podają „wolną miłość” w Rosji tuż po roku 1917).

Interpretacja Wallersteina i Zukina jest bardzo pojemna. Tłumaczyć nią można właściwie wszystkie wydarzenia roku 1968. Z konieczności jednak, właśnie ze względu na swoją uniwersalność, powoduje, że traci się z oczu konkretne przyczyny protestów w poszczególnych miejscach oraz wiele przygodnych zdarzeń, które zaważyły na fakcie, że protesty w ogóle mogły nastąpić.

Francuskie akademiki, policja i rząd

Warto więc przyjrzeć się uważniej jednemu – najgorętszemu chyba – przypadkowi z 1968 r.: Francji, włączając także stopniowo do refleksji temat intelektualistów. Owszem, za preludium paryskiego Maja uznaje się protesty przeciwko wojnie w Wietnamie: 20 marca aresztowanych zostało kilku aktywistów z Nanterre, którzy rozbili szyby lokalnego oddziału American Express. W proteście przeciwko tym zatrzymaniom inni zaangażowani politycznie studenci postanowili zająć budynek administracyjny uniwersytetu w Nanterre, co w konsekwencji doprowadziło do zamknięcia uczelni, a następnie do przeniesienia zamieszek z przedmieść do centrum Paryża, a więc na Sorbonę. Jednakże równoległą przyczyną niezadowolenia były purytańskie z ducha przepisy panujące w podparyskich akademikach (protesty te rozpoczęły się w Antony, a swoją kontynuację znalazły w Nanterre na długo przed akcją okupacyjną z 22 marca), a całość wydarzeń była napędzana nietrafnymi decyzjami władz uniwersyteckich oraz ministerstwa i rządu. Paryski Maj wynikał więc po części ze strukturalnych – globalnych być może – trendów, ale był także efektem lokalnych napięć i zbiegiem unikalnych okoliczności.

Po pierwsze, francuskim problemem były przeludnione uczelnie. Dane mówią same za siebie. Po wojnie liczba studentów zwiększyła się we Francji radykalnie, uzyskując w 1966 r. potrojenie w ciągu zaledwie dekady (co prawda, wciąż – jak tuż po wojnie – studiowało ok. 10% danego rocznika, ale w kraju trwał boom demograficzny). O ile w latach 1939 i 1945 było ok. 60 tys. studentów (ogólna liczba obywateli wynosiła wtedy ok. 42 mln), o tyle w roku 1958 grupa ta liczyła już 175 tys., a w 1968 r. aż 500 tys. (wszystkich Francuzów było wówczas 50 mln). Liczbę tę jednak należałoby uzupełnić o wszystkich tych studentów, którzy pobierali naukę w instytucjach wyspecjalizowanych, np. w najbardziej prestiżowych tzw. grands écoles oraz na uczelniach prywatnych; w sumie chodziło o grupę ok. 100 tys. osób. W Wielkiej Brytanii i w Niemczech, a więc w krajach o większym potencjale gospodarczym, liczbę studentów w tym samym czasie szacowano na ok. 300–350 tys. Problem ten, a także kwestię dwukrotnie mniejszej w porównaniu do Wielkiej Brytanii i Niemiec ilości wykładowców na 100 słuchaczy, próbowano rozwiązać poprzez wprowadzenie dodatkowych egzaminów wstępnych (wcześniej liczyła się tylko zdana matura), a następnie, już w czasie studiowania, poprzez obowiązkową obecność na zajęciach. Zarówno nauczyciele akademiccy, jak i studenci, a także ich rodzice oczekiwali od reformy czegoś innego: dodatkowych kadr, rozbudowanego systemu stypendiów, bardziej demokratycznego sposobu zarządzania uczelniami.

Studenci zaczęli też obawiać się bezrobocia. Co prawda, wynosiło ono wówczas zaledwie 2,3%, ale dotykało przede wszystkim młodych. W latach 1962–1968 liczba osób bezrobotnych poniżej 25. roku życia potroiła się. Było to we Francji zjawisko nowe, ponieważ wcześniej, po II wojnie światowej, obserwowano tam tzw. przerost zatrudnienia. Dodatkowo uwzględnić należy fakt, że ze względu na inflację dyplomów wielu młodych pracowało poniżej kwalifikacji, co wywoływało poczucie niezadowolenia i frustracji. Tworzył się w ten sposób – jak pisał Pierre Bourdieu – „strukturalny rozziew” między aspiracjami wynikającymi z osiągniętego statusu a rzeczywiście dostępnymi możliwościami.

Po drugie, znaczenie miał fatalny wizerunek francuskiej policji i brutalny sposób, w jaki traktowała studentów. Warto pamiętać, że wojna w Algierii, trwająca w latach 1954–1962, była de iure interwencją wewnętrzną, nadzorowaną nie przez wojsko, ale oddziały policyjne. Nie brakowało więc głosów, że brutalność wobec studentów to dla policjantów kontynuacja represji stosowanych poza metropolią. Wśród społeczeństwa panowało powszechne przekonanie, że działania policji podjęte w stosunku do studentów były nieadekwatne: argumentowano, że bije się i aresztuje dyskutantów. W obronie młodzieży w różnej formie stawali m.in. laureat Nagrody Nobla Alfred Kastler, profesorowie Paul Ricoeur, Alain Touraine, Henri Lefebvre i przyszły arcybiskup Paryża Jean-Marie Lustiger. Solidarność ze studentami wyrazili w liście opublikowanym w „Le Monde” m.in. Jean-Paul Sartre, Jacques Lacan, Pierre Klossowski i Maurice Blanchot. Aż 80% mieszkańców stolicy Francji popierało studentów w ich żądaniu otwarcia Sorbony (zamkniętej wskutek zamieszek z 3 maja, gdy studenci odmówili jej opuszczenia i zniszczyli mienie uniwersyteckie) oraz amnestii dla uwięzionych po tych zajściach kolegów. O nadmiernej przemocy policji pisała prasa po tzw. pierwszej nocy barykad (starciach ulicznych studentów z policją w nocy z 10 na 11 maja). Według oficjalnych statystyk tylko wówczas aresztowano ponad 500 osób, prawie 300 policjantów zostało rannych (studenci nie zgłaszali się do szpitali, bo groziło to zatrzymaniami), spalono ponad 60 samochodów (uszkodzono ponad 120 kolejnych), zerwano tysiące kilometrów kwadratowych kostki brukowej, służącej studentom do walki z napierającą na nich policją.

Po trzecie, taka skala protestów nie byłaby we Francji możliwa, gdyby nie kryzys w ośrodku władzy. Społeczeństwo było zmęczone 10-letnimi rządami gen. de Gaulle’a, on z kolei początkowo wyraźnie bagatelizował protesty – po wspomnianej już tzw. pierwszej nocy barykad udał się w podróż zagraniczną do Rumunii, pozostawiając na straży niezdecydowanego premiera Georges’a Pompidou, a gdy 18 maja de Gaulle pośpiesznie wracał do Paryża (wizyta zagraniczna została skrócona), zastał w kraju 10-milionowy strajk (związkowcy częściowo solidaryzowali się ze studentami, ale chcieli też po prostu wykorzystać okazję, gdy mierzący się z paraliżem kraju rząd musiał pójść na ustępstwa wobec wysuwanych roszczeń – kiedy te zostały na podstawie tzw. porozumień z Grenelle spełnione, strajki wygasły).

W każdym z krajów, w których doszło w 1968 r. do protestów, znajdziemy taki unikalny zestaw przygodnych, aczkolwiek determinujący przebieg zdarzeń, zmiennych (o przyczynach studenckich buntów w Niemczech wspomina w tym numerze „Znaku” Martin Treml). Oczywiście zmienne te nie przeczą interpretacji Wallersteina i Zukina, jedynie ją uzupełniają o pochodzącą z innego poziomu perspektywę.

Strukturalizm vs Sartre

Francuski przykład w radykalny sposób pokazuje ignorowanie dotychczasowej roli intelektualistów przez protestujących. Co prawda, istnieje w literaturze podział na la pensée 68 (Luc Ferry i Alain Renaut określili tym mianem zbiorczo m.in prace Michela Foucaulta, Jacques’a Lacana, Louisa Althussera, Jacques’a Derridy) oraz la pensée anti-68 (utożsamiana przede wszystkim z socjologią Raymonda Arona), ale trudno uznać, że tłumaczy on cokolwiek w kontekście wydarzeń Maja. Po pierwsze, intelektualiści wyliczeni przez duet Ferry & Renaut nie byli ani inspiratorami, ani nawet ważnymi uczestnikami paryskich protestów. Foucault wykładał od 1966 r. w Tunezji. Po powrocie jesienią 1968 r., oceniał, że sytuacja w Tunisie była dużo poważniejsza niż „zabawy na barykadach” w Paryżu. Co więcej, od 1965 r. doradzał on przy gaullistowskiej reformie edukacji, która doprowadziła do niezadowolenia studentów (ze studentami łączyła go jednak niewątpliwie niechęć do Francuskiej Partii Komunistycznej). W trakcie narastania konfliktu Derrida koncentrował się na przygotowaniach do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Pisał wówczas tekst Kres człowieka, którego strukturalistyczne jakby nie było tony mogłyby się studentom nie spodobać. Co ciekawe, kazusy Foucaulta i Derridy stanowią dowód na niewydolność francuskiej akademii – wyjazdy zagraniczne filozofów były efektem braku zatrudnienia na paryskich uczelniach. Nieobecność Louisa Althussera wynikała z faktu, że przebywał wówczas na leczeniu w szpitalu psychiatrycznym (nie był on zresztą ulubieńcem protestujących studentów – jedno z haseł maja 1968 r. brzmieć miało: „Althusser à rien” (Althusser na nic).

Postawę Jacques’a Lacana wymownie oddaje odpowiedź, jaką usłyszał Alain Geismar, sekretarz generalny związku zawodowego nauczycieli szkół wyższych (SNESup), gdy przyszedł do psychoanalityka z prośbą o datek na poczet protestów: „To ja jestem rewolucją. Nie rozumiem, dlaczego miałbym panu pomagać finansowo. Przecież uniemożliwia mi pan prowadzenie mojej rewolucji i odbiera mi uczniów”.

Trafnie zauważyła więc Kristin Ross, że Ferry i Renaut „nie podjęli w swojej pracy żadnej próby ustalenia, co uczestnicy Maja myśleli, co chcieli zrobić, jakich słów używali, jakie znaczenia przypisywali swoim działaniom”. Protestujący w Paryżu w 1968 r. wspominają raczej – m.in. słowami Daniela Cohn-Bendita – nazwiska: Marksa, Mao, Marcusego, Lefebvre’a, Che Guevary, Bakunina, Sartre’a. Nie przez przypadek bowiem wydarzenia te bywają we Francji określane jako „revanche de Sartre”: twórca francuskiego egzystencjalizmu nie tylko podpisał wspomniany już list wyrażający solidarność z protestującymi, ale również jako jedyny renomowany intelektualista został dopuszczony przez studentów do wygłoszenia wykładu w głównym amfiteatrze Sorbony. Paryski Maj był momentem tryumfu Sartre’a, dowodził, że człowiek zawsze może zakwestionować istniejący porządek, posiada autonomię i sprawczość. Nie dziwi więc, że na jego tle Claude Lévi-Strauss, głoszący strukturalne uwarunkowanie podmiotu, jawił się niczym zatwardziały konserwatysta. Na uwagę Didier Eribona, że rok 1968 to „mimo wszystko moment wrzenia, innowacji, wyobraźni…”, autor Antropologii strukturalnej zareplikował: „Przykro mi Pana rozczarować, ale wcale nie. Dla mnie maj ‘68 stanowił zejście o jeden stopień więcej po schodach dawno rozpoczętej degradacji uniwersytetu”. Lévi-Strauss narzekał przy okazji na niszczenie miejsc publicznych, np. ścinanie drzew służących potem do umacniania barykad lub pokrywanie ścian uniwersytetu graffiti.

Karnawał i wywiad

Trudno jednak uznać, by Sartre lub wykładający w Nanterre Henri Lefebvre mieli jakikolwiek wpływ na bieg majowych wydarzeń. Przypadek tego pierwszego jest znamienny dla oddania ducha protestów, które stanowiły karnawał, a więc stan, w jakim rzeczy wykraczają poza normalne ramy swego funkcjonowania: studenci przestali być studentami (byli poza uczelnią), robotnicy robotnikami (znajdowali się poza zakładami pracy); miejsce zmieniła także polityka, która z ław parlamentarnych przeniosła się na ulice. Nieprzypadkowo de Gaulle mówił podczas tego kryzysu: „zmiany tak, bałagan nie”. Unikalnym tego przejawem była opublikowana 20 maja w „Le Nouvel Observateur” rozmowa, jaką Jean-Paul Sartre przeprowadził z Danielem Cohn-Benditem. Dobitnie pokazuje ona znaczenie intelektualistów w trakcie protestów: 63-letni światowej sławy filozof zajął miejsce pytającego, a 23-letni student udzielał mu odpowiedzi. Czego dowiadujemy się z lektury? Po pierwsze, Cohn-Bendit zdaje sobie sprawę z karnawałowego odwrócenia: „Wszyscy, na czele z Pompidou, byliby uspokojeni, gdybyśmy założyli partię (…). Byłoby wiadomo, z kim ma się do czynienia i można byłoby odparować atak. Nie stałoby się już wobec »anarchii«, »nieporządku«, »niekontrolowanego wstrząsu«. (…) Jedyną szansą ruchu jest właśnie ten nieporządek, który pozwala ludziom mówić w sposób wolny i z którego może wyłonić się jakaś forma samoorganizacji”. Po drugie, argumentacja ta wystosowana była nie tylko przeciwko rządowi, ale także przeciwko Francuskiej Partii Komunistycznej, która w trakcie majowego kryzysu nie chciała mieć nic wspólnego z ulicznymi zamieszkami. Georges Marchais, jeden z jej liderów, już 3 maja pisał w „L’Humanité” o fałszywych rewolucjonistach. Partia obawiała się konfrontacji siłowej (użycia wojsk w celu pacyfikacji studentów), a zwłaszcza tego, że w dłuższej perspektywie protesty zaszkodzą jej wizerunkowi. Słowa Cohn-Bendita potwierdzają więc interpretację Wallersteina o napięciach między starą i nową lewicą. To jasne szczególnie w kontekście tego fragmentu wypowiedzi lidera studentów: „należy porzucić teorię »kierującej awangardy«, aby przyjąć (…) teorię aktywnej mniejszości, która wywołując ciągły ferment, popycha do działania, bez pretensji do odgrywania roli zasadniczej”. Po czym dodawał jeszcze: „W wielu obiektywnych sytuacjach (…) spontaniczność znajduje swe miejsce w ruchu społecznym. To ona, a nie odezwy grupy kierowniczej, pozwala pchnąć rzeczy do przodu”. Wypowiedź tę trzeba zestawić ze stanowiskiem francuskich komunistów, opartym na krytyce „samozarządczej iluzji podboju władz (studenckiej, robotniczej etc.), odwracającej uwagę od zasadniczego problemu, którym pozostaje ten dotyczący centralnej władzy politycznej, a także na krytyce iluzji spontaniczności, która prowadzi do podważenia nieusuwalnej roli organów politycznych i związkowych w polityce rewolucyjnej”.

Nowa rola intelektualisty

Rozmowa Sartre’a z Cohn-Benditem wyraźnie wskazuje także podstawowe zadanie intelektualisty, jakie przypadnie mu w świecie zachodnim po 1968 r. Ciekawe, że wskazuje je – być może mimo woli – właśnie Sartre, idealny intelektualista starego typu, wielokrotnie pełniący funkcję publicznego autorytetu, sumienia i świadomości Francuzów. Zadanie to jasno wyartykułował w krytycznej ocenie dorobku majowych wydarzeń przywoływany już wcześniej Baudrillard. Zasadnicza lekcja, jaka jego zdaniem płynęła z protestów 1968 r., to fakt, że aktu wypowiadania się nie można już było dłużej monopolizować: buntując się przeciwko nauczycielom, intelektualistom i klasie politycznej, ludzie wyraźnie pokazali, że „nikt nie może już mówić w imieniu kogoś innego”. Ta sama konkluzja pojawia się także w rozmowie pt. Intelektualiści i władza, jaką w 1972 r. odbyli Michel Foucault i Gilles Deleuze. Foucault mówił: „W czasie ostatnich rozruchów [chodzi o maj 1968 – S.M.] intelektualista stwierdził, że nie jest masom do niczego potrzebny, bo te są nie tylko doskonale uświadomione, nie mają złudzeń, ale także posiadają większą wiedzę od samego intelektualisty, a do tego potrafią wyrażać swoje poglądy”. Deleuze zaś wtórował: „Ci, którzy działają i walczą, nie są już reprezentowani ani przez grupę, ani przez związki zawodowe przywłaszczające sobie prawo do reprezentowania ich sumień. Kto więc mówi i działa? Zawsze wielość”. I zwracając się do Foucaulta, dodawał: „Byłeś pierwszy, jak sądzę – tak w książkach, jak praktycznie [to nawiązanie do prac o szaleństwie i działalności w Grupie informacji na temat więzień (GIP) – przyp. M.B.] – który nauczył nas czegoś bezwzględnie podstawowego: tego, że wypowiadanie się za innych jest rzeczą niegodziwą. (…) [T]ylko bezpośrednio zainteresowani mogą wypowiadać się praktycznie we własnej sprawie”.

W świetle tych diagnoz intelektualista nie byłby więc już źródłem uniwersalnej prawdy. Co więc w nowym kontekście powinien robić? Foucault zaproponował, po pierwsze, by walczył „przeciwko tym formom władzy, które czynią intelektualistę przedmiotem i narzędziem w sferze »wiedzy«, »prawdy«, »świadomości« i »dyskursu«”, a więc tam, gdzie jest „ona najmniej widoczna, a jednocześnie najbardziej dokuczliwa”, gdzie „wiedza”, „prawda”, „świadomość” i „dyskurs” wzmacniają działanie władzy. Po drugie, intelektualista powinien stwarzać warunki do tego, by mówić mogli inni: uczniowie, robotnicy, kobiety, więźniowie, homoseksualiści. Tylko tak powstać może uczciwy „kontrdyskurs” czy też wiedza, która będzie stać w opozycji do władzy i stanowić wobec niej opór. Furedi opisuje tę zmianę w ten sposób: „autorytet intelektualisty nie może się już dłużej opierać na możliwości reprezentowania prawdy, lecz polega na zdolności potwierdzania tożsamości jakiejś grupy lub specjalności”. Sartre swoim wywiadem z Cohn-Benditem dał w tym względzie przykład. Pokazał, że intelektualista wcale nie musi być gatunkiem skazanym na wymarcie, społeczna ewolucja wymaga jednak od niego nowego façon d’être. W tym sensie jasne jest, że wydarzenia roku 1968 były spektakularnym przejawem zachodzących w nowoczesnych społeczeństwach ruchów egalitarystycznych.

 

Podczas prac nad artykułem korzystałem m.in. z następujących książek oraz artykułów:

– F. Dosse, Histoire du structuralisme, t 2: Le chant du cygn, 1967 à nos jours, Paryż 1992

– L. Ferry, A. Renaut, La pensée 68. Essai sur l’anti-humanisme contemporain, Paryż 1988

– F. Furedi, Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?, tłum. K. Makaruk, Warszawa 2008

– P. Nowak, Na lewo marsz! Maj ’68 w korespondencji Herberta Mercusego i Theodora W. Adorna, „Kronos” 2016, nr 3, s. 36–46

– K. Ross, May ’68 and Its Afterlives, Chicago 2002

– M. Seidman, The Imaginary Revolution. Parisian Students and Workers in 1986, Nowy Jork–Oxford 2004

– D. Singer, Prelude to Revolution. France in May 1968, Cambridge 2002

– I. Wallerstein, S. Zukin, 1968 – rewolucja w systemie światowym. Tezy i pytania, tłum. A. Ostolski, „Krytyka Polityczna” 2004, nr 6, s. 112–125

Wyobraźnia przejmuje władzę. Daniel Cohn-Bendit w rozmowie z Jeanem-Paulem Sartrem, tłum. M. Gdula, „Krytyka Polityczna” 2004, nr 6, s. 50–57


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter