70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ilustracja: Ewelina Karpowiak

Sąspówką

Mapy mają prowadzić do celu, a wodzą na manowce. Oduczają zbaczania z drogi i zabijają ciekawość. Pielęgnują dziki perfekcjonizm.

Teraz zdaję sobie sprawę, że wszystko zaczyna się na szczycie skały pod lasem Judle. To jedno z najwyższych wzniesień w mojej okolicy, mniej więcej na wysokości widocznej Powroźnikowej Skały. Na Powroźnikową walą ostatnio tłumy, jak na te rejony Jury. Wiem, bo widzę jej czubek przez okno, gdy leżę na łóżku. Na skałę pod Judlem jednak nikt nie chodzi. Jak to się mówi w górskim żargonie, jest niewybitna. No i nie ma nazwy. I tak nie daje mi spokoju jej piramidalność. Musiała być doskonałym punktem obserwacyjnym i gdybym nazywał się np. Gerlach i żył w 1319 r., to postawiłbym tam strażnicę. Wierzchołek spaja pejzaż, a dalej jest tylko niebo. Można tylko wracać. Czasem wyobrażam sobie, że gdyby te wapienne szwy puściły, zbocza rozłożyłyby się jak słabo spięty domek z kart i furknęłoby czymś z wnętrza ziemi. Zawsze pod Judlem wpadam na pomysł, żeby odwiedzić Sąspówkę. Tam zdaję sobie sprawę, jak nieprzystępnie wyglądałby świat bez nazw. Prawie wszystko, co widać spod Judla, jest bezimienne. Wzgórza mają kształt, jakby lepiły je dzieci. Ruchome płaty cienia wypełniają wklęsłości jak czarne stawy, spłaszczają widok i niweczą górskie fantazje jurajskiej wyżyny. Obłości uśpiły ludzką wyobraźnię. A w Sąspówce jest inaczej. Słowa czepiają się na mapie symboli jak łopian ubrań.

Przez parę ostatnich lat nie chciało mi się jeździć dalej od domu. Bałem się, że już nigdy tego nie zapragnę; że podróż przydarza się raz, a opuchnięty od wrażeń umysł można pobudzić tylko z zaskoczenia. Pamiętałem intensywność, z jaką kształty i barwy odciskały się kiedyś na jego tajemniczej chłonnej membrance. Jakbym fizycznie odczuwał silną chemiczną reakcję na pierwszy widok Kościelca, placu Dżemaa-el-Fna w Marrakeszu. Bałem się, że wysiądę na lotnisku w jakimś Bamako i po prostu z nudów pójdę pić piwo. Wolałem nie ryzykować. A gdy jednak potrzebowałem gdzieś wyjechać albo podleczyć chandrę, jechałem do Sąspówki.

Gdy w Ojcowie trudno się przepchnąć przez tłum pod modną pstrągarnią, przy której ta dolina łączy się z doliną Prądnika, w Sąspówce nie ma prawie nikogo. Miałem napisać: „Nie wiem, jakim cudem”, ale przecież wiadomo dlaczego. Ludzie dziś rzadko korzystają z map. Nie wiedzą, co jest za skalnym załomem, a jednak dusza zdobywcy nie występuje w przyrodzie często. Ja też staram się już ograniczać tę lekturę. Mapy mają prowadzić do celu, a wodzą na manowce. Oduczają zbaczania z drogi i zabijają ciekawość. Pielęgnują dziki perfekcjonizm. I cóż poradzę, że wciąż znajdują się na moim regale obok książek, do których bezustannie wracam. Patrzę na ten sam arkusz pięćdziesiąty raz i zawsze znajdę coś nowego. Jakby poziomice drżały niczym struny, kreując nowe słowa. Ostatnio znów coś mnie podkusiło. Zacząłem czytać mapę Ojcowa na tablicy informacyjnej, idąc Sąspówką. Naturalnie, od Sąspowa.

Po chwili po lewej mija się ostatni dom pokryty złuszczoną niebieską farbą. Jeszcze niedawno ktoś tam pomieszkiwał. Z tyłu stoi wielka stodoła. Wydaje mi się, że wystarczy pstryknąć palcami, by się rozsypała. To musi być niezły los mieszkać u wlotu takiej doliny. Zawsze wyobrażam sobie, jak tam jest ciemno nocą. Jak z głębi mroku nadciąga chłód – jakby był postacią. Nawet tak się mówi: idzie chłód. Wyobrażam sobie, jak przed laty gospodarz wracał po pijaku z wiejskich zabaw i jego rozpalone gorzałką i tańcem ciało spowijała mroczna wilgoć. I to jest dobra zapowiedź tego, co dalej, bo już chwilę później czuję się jak w środkowoeuropejskiej wersji Westworld. Wychodzi się na rozlaną na zbocza polanę. Wiosną bucha tam gwałtowna zieleń, która jesienią rozkłada się w nierealne żółcienie. Igliwia modrzewi wrośniętych w zbocze unoszą się wtedy w powietrzu jak uschnięte światło. Za starym budynkiem Obserwatorium Sejsmologicznego PAN-u, z balkonem na skalnym tarasie, działa już inna fizyka. Najwyraźniej czuć to, gdy zjeżdża się tędy na biegówkach. Jakby powietrze było tam nieco gęstsze, półzastygłe. Czuć opór, ale to, co opływa ciało, napiera ze zdwojoną siłą na plecy. Skały świecą srebrnym błękitem. Strumień wskazuje jasno drogę. Brakuje jeszcze tylko domku z baśni. Proszę bardzo. Kiedyś dowiedziałem się, że przy wlocie do Sąspówki wąwozu Jamki, prawdopodobnie jeszcze przed wojną, mieszkał w chałupie garncarz. To też musiał być żywot – u wlotu Jamek. Jamki to wąski kanion pełen jam i jaskiń, od ponad pół wieku rezerwat ścisły, w którym drzewa pocięte na gilotynach skał zwisają z urwisk jak rozrzucone zapałki, a w mchu na pniach tonie cała dłoń.

Od dawna mówię na to miejsce Dom Ojców, dużymi literami. Nasi przodkowie ujrzeli w tej dolinie przed ponad 100 tys. lat swój dom.

Idę Sąspówką i oddaję im cichy hołd. Być może planowali pójść dalej, ale rzucili w kąt jaskini pięściakami, jeśli je ze sobą nosili. Nigdy nie poznamy ich myśli, ale wyobrażam sobie, że podobnie odczuwali zmęczenie podróżą. Ta chwila, gdy ich umysł przyznawał rację ciału i mówił „dość”. Gdy prostowali poranione nogi, opierając się o skałę, i obserwowali zbliżające się dołem mamuty. Zawsze, gdy patrzę na ich podobizny u wlotu Jaskini Ciemnej, zwyczajnie zastanawiam się, czy by im się podobały. Albo czy obruszyliby się, gdyby nazwać ich ofiarami pewnej długiej historii. Tylko mapa mąci więc tę kontemplację, ponieważ wmawia mi, że kawałek na południe od wylotu Sąspówki do Prądnika, naprzeciw Domu św. Brata Alberta, znajduje się przysiółek Kresy. Jakie, u diabła, Kresy?

Dlaczego tego wcześniej nie zauważyłem? Przechodziłem tuż obok dziesiątki razy. Znów te kartograficzne sztuczki. Jakby mapa żyła, a tę nazwę przysypał piasek, który zmiótł podmuch wiatru. W podobny sposób odkryłem kiedyś przysiółek Herianówka albo Porębę Sąspowską. Według mapy od drugiej strony prowadzi do Kresów tylko polna droga. To chyba parę domów otoczonych lasem. No więc idę ich szukać. Zapamiętane: wyraźna ścieżka w bok, chyba płytkim wąwozem. Jestem przy Domu Alberta. Ale naprzeciw żadnej drogi, nic. Czerń zaszyta w zieleń. Wyobrażałem sobie, że ten przysiółek leży za górą, po jego drugiej stronie. Pomyślałem, że coś na pewno pomyliłem. Wróciłem przeto do domu. Jednak Kresy nadal znajdowały się na mapie. Dlatego pojechałem tam innego dnia. Postanowiłem wspinać się uparcie zboczem. Trafiłem w końcu w lesie na niewyraźną ścieżkę. Szedłem długo zdyszany. Nagle na skraju wierzchowiny zobaczyłem dym. Stanąłem na skraju polany. Stało na niej kilka starych domów. Z dala od nich przy granicy lasu kobieta paliła gałęzie. Poszycie trzaskało pod moimi stopami, zatem spodziewała się mnie. Długo rozmawialiśmy. Opowiadała mi, że jej babka mieszkała na samym skraju tej pochyłości. Patrzałem na przysiółek przez dziury w dymie. Półnaga dziewczyna czytała na leżaku książkę. Nie docierały tu żadne dźwięki silników. Polana była otoczona gęstą świerczyną. Było jak w przedwojennym letnisku. Jak w opowiadaniach Iwaszkiewicza albo Babla. Kobieta powiedziała mi też, że zimą mieszka tu tylko jeden pan. Nawet poczta tu wtedy nie dociera. I pomyślałem, że, jak Bóg da, to go następnej zimy odwiedzę. A schodząc do Sąspówki, byłem szczęśliwy jak kiedyś w dalekiej podróży, że odnalazłem Kresy.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter