fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jędrzej Nowicki/Agencja Gazeta

Z miłości do białego kruka

Tradycyjna książka ma wiele walorów. Poza intelektualnym jest też walor materialny – to często ładna i cenna rzecz. Książka może zaspokajać także potrzebę zbieractwa.

Proszę sobie wyobrazić spotkanie kilku bibliofilów. Siedzą przy stole i rozmawiają o swoich nowych nabytkach. Wszyscy mogą posiadać ten sam tytuł, jednak poszczególne egzemplarze mogą mieć inne atrybuty: dedykację i autograf autora, idealny stan zachowania czy rysunek ilustratora. Wyobraźmy sobie teraz, że na spotkaniu towarzyskim kolekcjoner chwali się zakupem e-booka – mówi Artur Jastrzębski z warszawskiego antykwariatu Kwadryga.

– Nie słyszałem jeszcze o kolekcjonerach e-booków. Trudno to sobie nawet wyobrazić. E-booka nie można przecież dotknąć ani powąchać. Pliki elektroniczne da się multiplikować w nieskończoność, a książkę papierową już nie. Nawet gdy nakład jest spory, to zawsze widać ten koniec, cel zbierania – mówi współwłaściciel antykwariatu Marcin Gałązka, który zajął się sprzedażą książek, gdy stracił posadę urzędnika. – I całe szczęście, ponieważ moje aktualne zajęcie jest dużo ciekawsze niż praca w biurze! – przyznaje. – Gdy zostałem bezrobotnym, miałem trochę zbędnych książek na półkach. Zacząłem je wyprzedawać przez Internet i nagle okazało się, że to jest dość łatwe i miłe źródło dochodu.

– Wraz z rozwojem Internetu zaczęło przybywać klientów. Wiele osób z małych miejscowości, gdzie nie było antykwariatów, nagle zyskało dostęp do sporej liczby książek – wyjaśnia Artur. – Zaczęły powstawać platformy aukcyjne, na których ceny czasem znacznie różniły się od cen w antykwariatach stacjonarnych. Zdarzały i zdarzają się sytuacje, w których klienci przepłacają za pojedyncze książki, ale to też jest specyfika aukcji. Kupując księgozbiory, poddajemy je gruntownej selekcji. Interesują nas głównie książki opublikowane przed 1939 r. Pierwsze wydania poezji, książka artystyczna, oprawy znanych introigatorów, książki z szeroko pojętej humanistyki – to są tematy‚ którymi się zajmujemy. Zbiory uzupełniają pocztówki, mapy, grafiki i od niedawna plakaty artystów z tzw. polskiej szkoły plakatu (Jan Lenica, Henryk Tomaszewski i Roman Cieślewicz). Chętnie kupujemy pierwsze wydania poezji czy literatury m.in. dlatego, że zazwyczaj mają ciekawe okładki, interesującą szatę graficzną, niskie nakłady. Debiutanckie tomiki Szymborskiej, Herberta, Białoszewskiego miały nakłady ok. 1–2 tys. egzemplarzy. Dla porównania: średni nakład w PRL-u wynosił ok. 20–30 tys.

– Praca antykwariusza to ciągłe poszukiwanie najrzadszych i najcenniejszych druków – kontynuuje Artur i z zaplecza przynosi pierwsze wydanie Ferdydurke Witolda Gombrowicza, egzemplarz w bardzo dobrym stanie, z oryginalną obwolutą i rysunkami Brunona Schulza w tekście. – Taki egzemplarz może kosztować ok. 8 tys., a bez tej obwoluty wartość książki spada kilkukrotnie, do ok. 2 tys. zł. Część klientów, głównie kolekcjonerzy z zagranicy, chętnie płaci więcej, ale za egzemplarze idealne.

Niektórych to dziwi, że książkę można kupić tylko ze względu na okładkę, obwolutę lub autograf. Proszę zwrócić uwagę, że ktoś specjalnie do tego wydania zaprojektował obwolutę czy ilustracje.

Cały ciąg wypadków spowodował, że mamy taki przedmiot. Można to było zrobić na zwykłym papierze, byle jak, bez ilustracji. Niestety, dużo książek wydawanych współcześnie jest drukowanych bez odpowiedniego opracowania graficznego. To są egzemplarze, które nie będą najprawdopodobniej poszukiwane w przyszłości przez klientów antykwariatów.

– Trzeba wykonać sporo pracy, aby odsiać wartościowe książki od makulatury. Liczy się znajomość rynku i osób z nim związanych. To jest ta wiedza antykwariusza, którą zdobywa się przez lata praktyki. O ile są jeszcze technika księgarskie, które przygotowują do zawodu księgarza, o tyle nie ma takich dla antykwariuszy. Skupując książki, często spotykamy się z sytuacją, że stają się one balastem dla osób dziedziczących mieszkanie, ponieważ ich nadmiar źle wygląda na zdjęciach w agencji, które wolą sterylne przestrzenie. Na skup makulatury trafiają perełki warte kilka, kilkanaście tysięcy. Kolejne pokolenia wyrzucają do śmieci bardzo cenne rzeczy. To źle świadczy o poziomie społeczeństwa – podkreśla Marcin.

Artur: – Przychodzą do nas klienci, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z kolekcjonerstwem, dzięki nam poznają tajniki rynku bibliofilskiego. Dziwią się, że pierwsze wydanie Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa kosztuje 150–200 zł, a egzemplarz wydany współcześnie można kupić za 20 zł. Musimy im pokazać, dlaczego ta książka tyle kosztuje, jakie walory tego egzemplarza podnoszą jego wartość. Staramy się również zainteresować klientów nowymi tematami. Poszerzyliśmy swoją ofertę o czasopisma z PRL-u, takie tytuły jak „Ty i Ja”, „Zebra” czy „Projekt” wzbudzają coraz większe zainteresowanie. Konkurencja również szuka nowych przedmiotów do sprzedaży, np. jutro na aukcji w krakowskim Rara Avis będą wystawione znaczki kwestarskie oraz etykiety zapałczane. Od 20 lat słyszymy narzekania, że rynek się kończy. A klienci wciąż kupują.

– Jeszcze mamy tu urwanie głowy po sobotniej aukcji – mówi jednak z zadowoleniem Janusz Pawlak z antykwariatu Rara Avis. – Nie sprawdziły się tylko nowe tematy, czyli afisze i plakaty z lat 40. i 50. dotyczące sportów motorowych i etykiety zapałczane. Wystawiliśmy stare XIX-wieczne etykiety polskich wytwórni, ale nie znaleźliśmy kupców. Jednak cała reszta sprzedała się bardzo dobrze. Pierwsze wydanie Pana Tadeusza z biblioteki Emila Zegadłowicza poszło za 17 tys. zł. Tomik Zuzanny Ginczanki, jedyny wydany za życia poetki, cenę wywoławczą 120 zł przekroczył dziesięciokrotnie. Ponad 10 tys. zł osiągnął Promethidion Norwida. Mały format, drobny druczek, niewiele stroniczek, ale zachowało się tak mało egzemplarzy, że jest niezwykle cenny. To jest drugi egzemplarz, który widzę, choć już 30 lat pracuję w zawodzie. Aż serce zabiło mi żywiej na jego widok. Stare książki, czasopisma, rękopisy dobrze się sprzedają. Może na co dzień różnie bywa, ale jesteśmy dalecy od narzekania. Zwłaszcza po aukcji, która budzi tak wiele emocji.

 

Polowanie na kruka

– Na rynku antykwarycznym zawsze dominowały Kraków, z bogatą kilkusetletnią tradycją uniwersytecką, i Warszawa, pełna intelektualistów, profesorów i pisarzy. Tam nieustannie coś do tych antykwariatów płynie. Jak są dobrze zaopatrzone, to mają klientelę, organizują aukcje. Jeśli ktoś będzie miał dobrą książkę, raczej nie zaniesie jej do małego antykwariatu, tylko zawiezie do Warszawy albo Krakowa, bo tam lepiej ją sprzeda. Koło się zamyka. Oceniam to krytycznie. Oczywiście interwencje na wolnym rynku są ograniczone, ale jestem za traktowaniem antykwariatów jako instytucji kultury. Warto i trzeba wspierać antykwariaty w innych miastach – uważa Grzegorz Nieć, badacz rynku antykwarycznego. W książce Rynek wtórny książki asortyment dzieli na kilka segmentów: książki zabytkowe, czyli rzeczy cenne, unikalne dla kolekcjonerów i muzealników; książki wyczerpane w obiegu księgarskim, głównie literatura fachowa; książki tanie i czwarty, który rozwija się w zależności od warunków polityczno-prawnych, czyli książki zakazane. Podobnie można przeprowadzić klasyfikację klientów: przypadkowych, którzy wstukują tytuł w Internecie i mogą nawet nie wiedzieć, że kupują w antykwariacie; sezonowych, którzy aktywizują się zazwyczaj na początku roku szkolnego bądź akademickiego; zwykłych czytelników, którzy poszukują tańszych lektur i profesjonalnych bibliofili – kolekcjonerów i ludzi intensywnie budujących swoje prywatne księgozbiory.

– Sam swoją przygodę z gromadzeniem książek zacząłem od spisu lektur siódmoklasisty. Mój księgozbiór wypełnia dziś stumetrowe mieszkanie i trzy piwnice. Wiem, że to przekracza granice zdrowego rozsądku, ale wiąże się jednak też z moją pracą. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że nawet jak zamkną biblioteki (które i tak odwiedzam sporadycznie), w niedzielę, w czasie wakacji, nocą, zawsze mogę spokojnie pracować. Nawet jeśli rynek książki papierowej będzie się kurczył, to antykwariat pozostanie jej rezerwuarem i jego znaczenie wzrośnie. Tradycyjna książka ma wiele walorów. Poza intelektualnym jest też walor materialny – to często ładna i cenna rzecz. Książka może zaspokajać też tę atawistyczną potrzebę zbieractwa, kiedy wychodzę na polowanie do antykwariatu i potem znoszę jakiś łup do swojej jamy – wyjaśnia Grzegorz Nieć.

 

Plik cyfrowy się nie kurzy

– Ludzie naprawdę przestali czytać książki. Jeśli czytają, to w Internecie albo na czytnikach. Młodzież zachłysnęła się tymi ekranami. A w Internecie jest bałagan. Dużo wiedzy rozrzuconej. Cały czas chaos i mętlik. Natomiast w książkach ta wiedza jest uporządkowana. I niestety, ląduje często na śmietniku. No i dla biznesu źle, bo ja nie zarabiam. Za komuny było mnóstwo książek, za które płaciło się nieraz całą pensję. Wtedy to był naprawdę bardzo opłacalny biznes – mówi Adam Jakimiak z antykwariatu Kosmos. – Widzi pani, od pół godziny, gdy tu siedzimy, nikt nie zajrzał. Kiedyś to było ponad 100 wpłat do kasy dziennie. A teraz ze dwie. Cztery to już jest dobrze!

– Jak przyszłam tu w latach 80., to pracowało kilkanaście osób – potwierdza Beata Zahorska. – Przy ladzie dwie osoby, osobna kasjerka, w skupie ze dwie i na froncie cztery do pilnowania klientów, którzy aż się o siebie obijali, takie były tłumy. Sprzedawało się wszystko. A teraz pojedyncze rzeczy. Gazeta z dnia urodzin. To jest teraz hit. Albo jakiś obrazek na prezent – dodaje.

– Specjalizujemy się w czasopismach. Co nie jest prostą sprawą – mówi pan Adam. – W samym Lwowie przed wojną wychodziło 650 czasopism satyrycznych. Trzeba wiedzieć, o czym które jest, kto je wydawał. Wiele tysięcy gazet. Tego nie da się nauczyć na pamięć czy przeczytać w książce. Potrzeba wielu lat pracy, żeby się na tym poznać. Grafik to mamy największy wybór w całej Polsce. Służą głównie dekoracji filmowych scenografii.

Miejsce ciągle przyciąga znanych klientów. Syn pana Adama, wówczas jako dziesięciolatek, skrupulatnie sprawdzał autentyczność banknotów specjalną maszynką. Kontrola nie ominęła też ówczesnej premier Hanny Suchockiej. Bywają tu politycy krajowi i zagraniczni, osoby ze świata kultury, nauki i biznesu.

– Rynku to chyba nie było nigdy. Kiedyś był popyt, a nie było podaży, teraz jest podaż, a nie ma popytu. Bez szybkiego zbytu coraz trudniej pozyskać dobry towar, bo komitenci nie lubią czekać na sprzedaż – mówi Adam Jakimiak.

Jakub Jakimiak, który przejął rodzinny biznes, też nie jest optymistą:

– Rynek książki używanej ma się kiepsko. Miłośnicy książek trochę nie pasują do współczesnych czasów. Młodsi klienci zrobili się leniwi i niecierpliwi.

Coraz rzadziej chce się im chodzić po antykwariatach, nie zamierzają zaczekać dłużej na lepszy egzemplarz. Książki i czasopisma są digitalizowane lub wydaje się reprinty. To może zniechęcać do zakupu oryginału za wyższą cenę, bo po co płacić więcej, skoro można dostać tani reprint albo ma się go za darmo przez Internet, tym bardziej że cyfrowa kopia nie zajmuje miejsca i się nie kurzy.

 

Handel używanymi rzeczami

Po sąsiedzku z Kosmosem jest Logos.

– Żyjemy z aukcji, które robią większy obrót niż sklep stacjonarny. Ludzie już nie przychodzą, żeby sobie pogrzebać. A to jest o wiele ciekawsze: przyjść, pogrzebać i znaleźć coś, czego się w ogóle nie szukało! Teraz robię dwie aukcje rocznie, bo jedna nie dawała mi możliwości utrzymania lokalu. Kończy się drugi miesiąc, a ja mam 27 rachunków zakupu. W ciągu dnia zaglądają pojedyncze osoby. Kiedyś były tłumy, ale to dlatego, że gdzie indziej były puste półki. Teraz można wszystko mieć, tylko potrzeba pieniędzy. Kiedyś były pieniądze, ale ludzie nie mieli ich na co wydać, w związku z tym kupowali książki. Sprzedawało się spod lady. Klienci rywalizowali ze sobą, żeby dostać cokolwiek. A dziś książki są niehigieniczne. Skoro tyle ludzi je czytało, to musiało się na nich sporo zarazków odłożyć – próbuje żartować Lech Woźniak, właściciel antykwariatu Logos. – Myślę, że wszystko pójdzie w Internet. Stare książki będą żyły jako przedmioty kolekcjonerskie, np. bardzo dobrze zachowane egzemplarze o ciekawych tematach i w dobrych oprawach, które można eksponować na półkach. To, co się będzie sprzedawało w księgarniach, to literatura lekka, popularna, w kolorowej okładce, którą zostawia się potem w pociągu. Nie mogę patrzeć na ten zalew książek wydanych w złym guście ani na książki wsypane jak kartofle do pojemników w markecie. Stare rzeczy są o wiele ciekawsze. Przygotowanie ich wymagało zupełnie innej pracy niż tylko naciskania guzików. Jak ja to widzę? Od emerytury dzieli mnie już tylko parę lat i pewnie zostanie tu pusty lokal. Aleje Ujazdowskie to nie jest wcale dobre miejsce, bo nie ma gdzie zaparkować. Żeby przywieźć towar, muszę zablokować pas ruchu, więc po książki jeżdżę tylko w soboty. Czynsz podnieśli mi o 300%. I tak dobrze, bo chcieli o 1000%. Nawet nie miałbym takiego obrotu, nie mówiąc o zyskach. Od wejścia do Unii Europejskiej to my w ogóle nie jesteśmy już antykwariatem, tylko określa się naszą działalność jako handel używanymi rzeczami. I to, że książka ma 300 czy 500 lat, nie ma znaczenia. To jest rzecz używana jak gacie w ciuchlandzie.

 

Etyka zawodowa

– W tej branży wszystko przeniosło się do Internetu. Jak nie ma Internetu, to firma kuleje. Nasza tak bardzo kulała, aż się przewróciła. Proszę zwrócić uwagę, że na Piotrkowską w Łodzi nie można wjechać autem. A jak się już uda znaleźć miejsce parkingowe gdzieś w pobliżu, trzeba szybko wracać, bo kończy się czas biletu. To nie są warunki do swobodnego przeszukiwania książek. Dziewięć lat temu przeniosłem antykwariat do Internetu – mówi Janusz Płóciennik, właściciel antykwariatu Gabinet Książek i Rycin, który pracuje w branży od 1985 r. – Poza tym na rynku pojawiła się masa książek, które można dostać za grosze. Ja już zrezygnowałem z handlowania książką peerelowską. Od wielu lat nie kupuję rzeczy wydanych po 1945 r. Mam większą gwarancję, że sprzedam. Trzeba uważać, bo czasem o kilka egzemplarzy za dużo na rynku i stają się kamieniem u szyi. Można utonąć. Kiedyś klienci wzdychali za książką Polska, jej dzieje i kultura. To dzieło napisane przez znakomitych historyków sztuki, literatury, etnografii i historii, stojące w czołówce polskiej humanistyki przedwojennej. Znakomicie wydane, pięknie oprawione, luksusowa pozycja do gabinetu adwokata czy pana prezesa w przedwojennej firmie. Teraz jest tego za dużo. Zmieniają się preferencje czytelnicze i kolekcjonerskie. Podobnie rzeczy związane z Piłsudskim i Legionami się przejadły. Kiedyś to był samograj. W tej chwili bardzo trudno je sprzedać, jeśli nie są to jakieś rarytasy: rękopisy, fotografie, autografy. To samo dzieje się z literaturą bogoojczyźnianą. Powstania już ludzi nie interesują. Mało kupują też muzea i biblioteki. Kiedyś to był poważny klient. Dzięki temu, że zajmuję się książką przedwojenną, nie muszę się też kompromitować, mówiąc starszej wdowie, że kupię od niej książki po 50 gr. Niestety, młodzi ludzie często nie mają takich skrupułów. Wręcz jest wyścig, kto da mniej. W czasach kiedy prowadziłem stacjonarny antykwariat w Łodzi, była taka firma, która w pełni korzystała z wolnego rynku. A ja uważam, że są jakieś granice.

 

Zysk dla kultury

– Media cyfrowe mocno zmieniły przyzwyczajenia klientów. Ludzie są zarzucani tak ogromną ilością ofert, że w dużej mierze reagują tylko na propozycje, którymi zostali zaatakowani. Nie poświęcają już czasu na swobodne szukanie. Miałem klientów, którzy przychodzili regularnie, raz na tydzień czy na miesiąc. Teraz zjawiają się znacznie rzadziej lub w ogóle. W ciągu ostatnich pięciu lat zagląda do mnie o kilkadziesiąt procent osób mniej. Mimo że prowadzę lokal na głównej ulicy w renomowanym miejscu – mówi Juliusz Kłosiński, właściciel antykwariatu Galeria Atticus na Krakowskim Przedmieściu

w Warszawie. – Książki już tak nie zachęcają. Oczywiście jest kategoria druków rzadkich, kolekcjonerskich, unikatowych, wciąż poszukiwanych, ale o te z kolei jest coraz trudniej. Przeprofilowałem się na szeroko rozumiane dzieła sztuki, a książki nie są już kluczowym składnikiem asortymentu, szczególnie współczesne.

O wiele łatwiej sprzedać obraz czy rzeźbę za kilka tysięcy niż książki za tę samą kwotę. Grafikę artystyczną kupi nawet przypadkowy klient. I tak teraz postrzegam handel. Jako przypadkowy.

Wracając do książek, nie mam też co konkurować z gigantycznymi antykwariatami, które pojawiły się w sieci. One obracają ogromnymi ilościami publikacji o niskiej jednostkowo wartości, co generalnie bardzo zaniżyło ceny książek współczesnych. Niektóre zarabiają na samej wysyłce. Jeśli nadają kilka tysięcy paczek miesięcznie, to robi się z tego spory dochód. Nie mówiąc już o szarej strefie. Wystarczy spojrzeć, jakie ilości książek wystawiają czasem osoby prywatne na aukcjach. Mocno wykruszyła się też grupa stałych klientów. Przede wszystkim dlatego że starsze pokolenie odchodzi. Kolekcjonerstwo stało się teraz dużo bardziej merkantylne. Kilkadziesiąt lat temu zbieranie z nastawieniem na zysk wykluczało z grona kolekcjonerów. Choć na pewno lepiej czymś się zainteresować, rozwinąć się intelektualnie, nawet jeśli przesłanką ma być zarabianie pieniędzy. Zawsze to jakiś zysk dla kultury.

 

Zmysł artystyczny

– Antykwariat pięknie działa, kiedy ludzie do niego przychodzą, można się spotkać z innymi osobami, nawiązać jakiś kontakt, zaprzyjaźnić się. Ludzie nie lubią osoby, która wymądrza się za ladą. Trzeba podejść, zagadać, wysłuchać. Dużo przychodzi tylko porozmawiać. A bywałem w takich miejscach, w których jest cisza jak w muzeum. Aż bałem się tam dotknąć książek – mówi Marek Łączyński, właściciel potężnego antykwariatu na warszawskim Grochowie, siadając na skórzanym wypoczynku, na którym swoje ślady zostawił kot Zjawa przygarnięty ze schroniska. – Antykwariat rozrasta się do powierzchni 600 m2. Właśnie remontujemy kolejne pomieszczenia. Sam sklep to prawie 400 m2 wypełnionych książkami i płytami. Coś dla siebie znajdą tu kolekcjonerzy map, monet, filatelistyki, miłośnicy obrazów i rycin. W sumie ponad 200 tys. przedmiotów. Wiadomo, że jak mamy wszystko, nie będziemy mistrzami w żadnej dziedzinie. To jest trochę przykre, ale taką drogę sobie obrałem. I chyba nie mógłbym mieć lepszego miejsca na ziemi – dopowiada, znikając co chwilę za ladą, żeby wyjaśnić, wycenić, sprzedać.

Wcześniej handlował ubraniami i kasetami magnetofonowymi. Prowadził też sklep ze zlewozmywakami na Bartyckiej, potem sex shop. Na Szembeka przez kilkanaście lat sprzedawał zabawki. Używane książki pojawiły się przypadkiem. Najpierw cztery kartony, potem regalik, pawilon, aż w końcu wyparły główny towar ze sklepu.

– Jednego dnia zrobiliśmy obrót na książkach tysiąc złotych. I wtedy postanowiłem, że skupię się tylko na nich – opowiada. – W 2012 r. ruszyła sprzedaż internetowa. Internet przyciągnął klientów z innych miast. Raz na kilka miesięcy odwiedzają nas goście z Poznania czy ze Szczecina i wracają z pełnymi torbami. Przyciąga ich miłość do książek. Mówi się, że młodzi ludzie nie czytają. Boże kochany! Teraz młodych klientów jest więcej niż tych starszych i w średnim wieku. Co prawda, najczęściej kupują fantastykę i komiksy, ale od czegoś trzeba zacząć.

– Płyty winylowe teraz stały się bardzo atrakcyjne – przyznaje pan Marek. – Szał na winyle pokazuje też znużenie muzyką mp3. Ludzie zachłysnęli się już rzeczami, które są wszędzie. Wystarczy wpisać hasło w wyszukiwarce, żeby posłuchać utworu. A płyta jest unikalna. Można ją poznać namacalnie, wziąć do ręki, rozłożyć okładkę, znaleźć określony plakat lub inny insert, zastanowić się, jaka historia się za nią kryje. Sam jak kupuję płyty winylowe, to na starych tłoczeniach, a nie te fabrycznie nowe. Podobnie jest z książką, choć wydaje mi się, że nigdy nie było odwrotu od książki papierowej. Czytelnictwo jest mniejsze niż kiedyś, bo istnieje dużo więcej pokus. Telewizja i komputery zabierają nam czytelnika. Ale są też młodzi, którzy przychodzą po starocie. Mam stałego klienta, który pojawia się z ojcem. Ostatnio kupili stary zenit sprzed 40 lat. To znaczy, że rośnie kolejne pokolenie, które kocha starocie i ma sentyment do tego, na czym wychowali się ojciec czy dziadek. Trzeba też pamiętać o tym, że te stare rzeczy są zrobione ze smakiem. Na stoliku nocnym mam lampkę. Bardzo prostą. Może ma lekko fantazyjny kształt klosza, ale jej proporcje są idealnie dobrane. Każda z rzeczy, którymi otaczano się w latach 20., jest przepiękna. Kiedyś ludzie mieli świetny zmysł artystyczny. Te sztućce przedwojenne czy zegarki. Proszę spojrzeć na ten szwajcarski Pallas, który noszę na ręku. Mam całą szafę z zegarkami. Lubię je nakręcać i na nie patrzeć. W środku można znaleźć jeszcze ślady, jakie zostawiali zegarmistrzowie przy naprawach. Ktoś je kiedyś nosił. Mają w sobie magię – mówi Marek Łączyński. – Bałem się książek elektronicznych – przyznaje. – Ale wcale nie tąpnęło rynkiem. Myślę, że ludzie będą się otaczali książkami papierowymi. Bo ich trzeba dotknąć, powąchać. Spojrzeć na okładkę, ilustracje.

– To prawda – zgadza się Mariusz Pożarowski, pracownik sklepu, który po roku używania czytnika niewiele zapamiętał ze swoich lektur. – Papierową książkę można dotknąć, poczuć. Ona nawet pachnie. Działa też pamięć wzrokowa. Czytnik jest wygodny w metrze czy tramwaju, ale jeśliby mnie teraz ktoś zapytał, co czytałem, to nie umiałbym odpowiedzieć. Jakby ten rok czytania w ogóle nie istniał!

 

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter