70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Miłość w Münster i wszędzie indziej

Od jakiegoś czasu konsekwentnie buduję sobie bazę blurbów. Wstaję rano, piszę blurba. Mam zarówno zbudowane według zasad klasycznych, takie jak: „Misterne i porywające! Najlepsza książka podróżnicza od czasów Psychologii przeniesienia C.G. Junga!”, jak i te bardziej intymne, w rodzaju: „Mnie tam się bardzo podoba. Polecam”.

Nie powinnam była się ukazywać w prawicowej telewizji. „Myślałam, że jest pani informatyczką”, powiedziała zaraz po emisji starsza pani niemłodego już pieska z parteru. Androgyniczna uroda i pozostawanie w domu w porach, gdy wszyscy są w pracy, przesądza, jak wiadomo, o byciu informatyczką. Mnie tam by może bardziej przesądzały o zawodowym uprawianiu, dajmy na to, nierządu na rzecz kryptogejów, ale ja nie oglądam prawicowych telewizji, tylko się w nich ukazuję. „A pani jest poetką”, dokończyła z żalem niemłoda już pani pieska tak starego, że trzeba za nim nosić psią pieluchę. Szkoda, że w tym przypadku to, że trzeba, nie oznacza, że się nosi. Informatyczki są introwertyczne, więc skorzystałam z prawa do niewywoływania konfliktu i przeskoczyłam parującą kałużę ze zdawkowym, a może nawet trochę tajemniczym „do widzenia” na ustach. Na ustach, no bo gdzie. Informatyczki mogą przeskakiwać przez co chcą, bo mają małe biusty, które im się nie chyboczą przy skakaniu, bieganiu i strzelaniu z łuku.

Gdybym jednak była informatyczką gdziekolwiek poza biustem, felieton ten wyglądałby zgoła inaczej: oparty na precyzyjnym algorytmie, a nie sporządzony metodą chaosu, prowadziłby czytelnika nieubłaganie od wstępu przez rozwinięcie po zakończenie. Z drugiej strony gdybym – jak mnie podpisała prawicowa telewizja – w istocie była poetką, nie stroniłabym w tym tekście od metafor, od których wszakże stronię, a strzałka czasu występowałaby w nim na prawach nie większych niż pojedyncza, jedna ze stu, wsuwka w misternie upiętym koku panny młodej. Spośród udostępnionych w pierwszym akapicie profesji pozostaje mi więc jedynie nierząd na rzecz, i bardzo dobrze się składa, bo mamy luty i trzeba porozmawiać o miłości. Z miłością jest jak z tłumaczeniem lub – inaczej – tylko w tłumaczeniu jest ona do ogarnięcia rozumem. Moja niemiecka tłumaczka opowiada mi historię łabędzia, który zakochał się w pływającej po stawie łódce. „Gdzie to było, Lisa?”, pytam, a ona mówi, że w Münster. Tylko w kryminałach poznawanie szczegółów topograficznych przybliża nas do sedna intrygi i powinnam była o tym pamiętać. Lisa tłumaczy, że łabędź wziął łódkę za ponadprzeciętnie dorodną łabędzicę. Podpływał i zagadywał, uznawał, że jest nieśmiała, odpływał, znowu podpływał, zagadywał i uznawał. Był nieskończenie szczęśliwy, aż nadeszła pora, gdy łódkę trzeba było sezonować. Łabędź podpływał do garażu, w którym ją sezonowano, i nic nie rozumiał. „Lisa – mówię – co ty opowiadasz. To nie ma sensu.” „To sprawdź w Internecie” – odpowiada Lisa. Niemieckim Internecie? Przecież ja nie znam niemieckiego. Lisa się śmieje. „Taka właśnie jest miłość” – mówi.

Taka jest. Aby uczynić ją bardziej zrozumiałą, trzeba ją przetłumaczyć na „esperanto” pracy nad charakterem i relacji społecznych. Podam przykład. Ogromnie dużo dostaję próśb o tzw. blurby. Rzadko do tej pory udawało mi się je spełnić, bo wyobrażałam sobie, że aby napisać tekst polecający na okładkę, należy bezwzględnie polecaną książkę przeczytać. Zasadę tę postrzegam obecnie jako dyskusyjną, niekorzystnie wpływającą na dobrostan relacji międzyludzkich i od jakiegoś czasu konsekwentnie buduję sobie bazę blurbów. Wstaję rano, piszę blurba. Mam zarówno zbudowane według zasad klasycznych, takie jak „Misterne i porywające! Najlepsza książka podróżnicza od czasów Psychologii przeniesienia C.G. Junga!”, jak i te bardziej intymne, w rodzaju: „Mnie tam się bardzo podoba. Polecam”. Mam też blurb dla dzieła naprawdę wyjątkowego i brzmi on: „Oszałamiające w swojej…”. Wszystkie te blurby są obecnie do wzięcia, dzięki czemu już nigdy nie zdarzy mi się, aby ktoś, komu nie napisałam tekstu na skrzydełko tylko dlatego, że nie miałam czasu przeczytać tego, co jest między skrzydełkami, nazwał mnie androgyniczną informatyczką świadczącą nierząd na rzecz kryptogejów. W miłości bowiem, jak w każdej katastrofie, najważniejsza jest prewencja. I niekiedy ta prewencja musi polegać na wytworzeniu w sobie gotowości do pokochania łódki, nawet jeśli samemu jest się łabędzicą, i do czekania, co się wydarzy.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata