70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Nasza zdolność do współodczuwania, z którą pewnie przychodzimy na świat, za sprawą doświadczeń albo w nas rozkwita, albo daje się – niestety – wyrwać z korzeniami. Może dochodzić do głosu wcale nie wtedy gdy jest usprawiedliwiona albo wręcz potrzebna, tylko wtedy gdy nas na nią nakierowują przekazy dziennikarskie.

16 lutego 2014, niedziela

Jest kilka wierszy Norwida, które wciąż do mnie wracają. Nie dlatego że umiem je na pamięć, bo są tak krótkie, że wystarczyło je kiedyś przeczytać. Są po prostu od wielu już lat najbardziej aktualnym akompaniamentem. Jednym z nich jest wiersz o krzyżu, który z perspektywy najwyższego niebezpieczeństwa przechodzi w perspektywę bramy, czyli otwarcia i zbawienia. To wiersz o kościele, poza którym o ratunek woła ranny, mijany przez zadumanego faryzeusza. I wreszcie wiersz pisany we własnym imieniu poety w obronie prawa do smutku tak bezmiernego, „że aż Bogu smutno”. Wraca do mnie ten wiersz zawsze wtedy, gdy zetknę się z wydarzeniem szczególnie poruszającym, choćby dotyczyło jednej jedynej osoby na świecie. Jesteśmy dziś bezbronni wobec przekazu medialnego w jego coraz bardziej gęstym i rozległym natarciu. Nasza zdolność do współodczuwania, z którą pewnie przychodzimy na świat, za sprawą doświadczeń albo w nas rozkwita, albo daje się – niestety – wyrwać z korzeniami. Może dochodzić do głosu wcale nie wtedy gdy jest usprawiedliwiona albo wręcz potrzebna, tylko wtedy gdy nas na nią nakierowują przekazy dziennikarskie. Dlatego gdy sama reaguję tak, jak określa to Norwid, i staje mi przed oczami człowiek smutny, „że aż Bogu smutno”, nie muszę mieć racji, która wszystkich przekona. Wystarczy mi, że jest to najważniejsze dla mnie samej.

18 lutego 2014, wtorek

Od niedawna wszyscy w Polsce żyjemy Ukrainą. Żadne medium nie gubi z pola widzenia tego regionu świata, całe godziny programów schodzą na obrazach, dyskusjach, komentarzach, powtarzanych setki razy. Czasem wystarczy godzina, by następna wiadomość unieważniała poprzednią, a falowanie nastrojów obejmuje skalę od lęku do nadziei, a nawet triumfu, i vice versa. To oczywiste i pewnie słuszne. Ale ja nie mogę przestać myśleć o jednym zakładzie karnym gdzieś w Polsce, w którym niedawno przez miesiąc przebywał człowiek dwudziestoparoletni o poziomie umysłowym kilkuletniego dziecka, skazany za kradzież batonika wartości jednego złotego, bo nie mógł zapłacić grzywny w wysokości 40 złotych. Muszę się pogodzić z tym, że był taki sąd w Polsce, który uznał to za sprawiedliwe.
I taki dyrektor więzienia, który nie zniósł sytuacji więźnia wydanego na przemoc i okrucieństwo współtowarzyszy celi i złamał prawo zakazujące płacenia grzywny za kogoś innego. Muszę także przyjąć do wiadomości, że współpracownicy donieśli na dyrektora, a sąd (znowu jakiś rzeczywisty sąd w Polsce!) wydał na dyrektora wyrok skazujący. Muszę także przyjąć do wiadomości, że gdzieś w Polsce próbuje się uratować czteroletniego Kacperka skatowanego prawie na śmierć przez matkę i konkubenta, przy biernej postawie sąsiadów. A gdzie indziej za chwilę odbierze się młodej matce czworo dzieci, oddając je do zakładu wychowawczego, bo ojciec alkoholik – mimo wyroku –dalej mieszka z rodziną i ją prześladuje. Gdzieś jest z tego powodu tak właśnie smutno, jak to napisał Norwid. Tyle że cała tzw. opinia publiczna nie zdołała zatrzymać się w wymiarze globalnym na tych smutkach dłużej niż przez kilka sekund przekazu pojedynczego i byle jakiego.

22 lutego 2014, sobota

A jednak chyba to nie racja Norwida jest racją ostateczną. Pewnie jestem za mało poważna, wierząc że Bogu musi być czasem smutno… Papież Franciszek zatytułował adhortację: Radość Ewangelii, nie dlatego przecież że nie zna przepastnych smutków świata – wyrósł przecież na kontynencie tych smutków pełnego. Bp Grzegorz Ryś napisał książkę Kościelna wiosna (współautorka: Krystyna Strączek, Znak 2013) nie jako dziecko bez znajomości świata, lecz jako duszpasterz stający naprzeciw wszystkim próbom Kościoła, od początku czasu do horyzontów przyszłej nadziei. Trzeba tylko nie odkładać na półkę tych książek, trzeba je mieć stale otwarte, żeby przypominać sobie ludzi spotkanych w tej samej rzeczywistości, która czasami wydaje się nie do zniesienia. Bo takich ludzi, tak wierzę, spotyka każdy z nas. I takich ludzi zawsze da się z powrotem wyłonić z ciemności zapomnienia. Mają oni bowiem w sobie tę dziwną radość, której jakby nie tknęły ich własne doświadczenia. To ten lekarz, którego znam od lat, zawsze tak samo od świtu do późnego wieczora zajęty chorymi, jakich przecież nie zawsze potrafi uratować, ale służy im do ostatniego ich oddechu. To dawna sąsiadka pielęgnująca przez 9 lat sparaliżowaną matkę, która przez cały ten czas zachowywała pogodę tak niewzruszoną, jakby od rana do wieczora spotykały ją tylko przyjemności. To schorowany szafarz Eucharystii, który za każdym razem zapewnia nas: „Tak się cieszę, że mogłem do was przyjść. Kiedy spotkamy się znowu?”. To oni wszyscy są prawdziwi.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata