70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

Nędza we wszystkich jej przejawach towarzyszy historii człowieka i to się nie zmieni. Optymista powie, że właśnie w tej mierze robimy postęp i że jest bardzo wiele i coraz więcej pocieszających konstatacji: umiemy ratować i chcemy ratować, odkrywamy, jak możemy to robić.

2 kwietnia 2013, wtorek

Usłyszałam po raz drugi te same opinie o Matce Teresie z Kalkuty. Zawiera je tekst, który miał się ukazać w marcu w czasopiśmie naukowym „Studies in Religion”, autorstwa trójki naukowców z Kanady: Serge’a Larivée i Geneviève Chenard z uniwersytetu w Montrealu oraz Carole Sénéchal z uniwersytetu w Ottawie. Już na kilka tygodni przed ukazaniem się artykułu, jego tezy były omawiane w dyskusjach radiowych i telewizyjnych, m.in. podnoszono zarzuty niedostatecznego poziomu medycznego placówek prowadzonych przez misjonarki miłości oraz nieprzejrzystej księgowości dzieła. O innym zarzucie, formułowanym wobec Matki Teresy, opowiadał mi kilka lat temu kapłan, który bywał w Indiach i zetknął się z nią i jej pracą. Była to sprawa niemal symboliczna: w zgromadzeniu założonym przez Matkę Teresę nie wolno używać przy pielęgnacji w zakładach opiekuńczych urządzeń mechanicznych. Siostry mają ręcznie prać pościel i ubrania bezdomnych umierających u nich, a zabranych z ulicy. Nie będę się rozwodzić nad swoim myśleniem na ten temat, ale jestem poruszona dlatego właśnie, że sprawa – z jednej strony powinności wobec wszelkiej biedy na świecie, a z drugiej tendencji coraz bardziej dominującej globalnie, gdzie tylko rozwija się cywilizacja, by nakazem nadrzędnym było ułatwianie sobie życia – jest w moim przekonaniu jedną z najtrudniejszych prób XXI wieku.

I teraz wracam do Biblii. Jest w historii Jezusa z Nazaretu jedna scena – opisana w Ewangelii Janowej – bardziej wstrząsająca, niż to się na pozór wydaje, czytając kolejne Jego spotkania z ludźmi, których uzdrawia i pociesza. To spotkanie z paralitykiem znad sadzawki Owczej, zwanej Betesda, którego Jezus pyta: „Czy chcesz stać się zdrowym?”. Człowiek odpowiada rozdzierającym zwierzeniem: „Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny wchodzi przede mną” (cała historia: J 5, 1-9). Towarzyszy mi ta scena od dzieciństwa, kiedy czytałam książkę „Nie mam człowieka”, właśnie o pomocy i ratowaniu. Teraz ciągle myślę, jak przeraźliwie smutny i równocześnie wstrząsający był ten czekający na cud, nieprzebrany tłum nędzarzy przy sadzawce Owczej. Przecież to było coś gorszego niż bezsilność – to była walka o miejsce przy cudzie, nigdy niedająca pewności, że się go dostąpi. To jest coś jeszcze bardziej bezlitosnego niż wszystkie spotkania Jezusa z chorymi, po których przecież nie zawsze padają w Ewangelii słowa: uzdrowił wszystkich. I nie wiemy, dlaczego ktoś dostąpił spełnienia swojej prośby.

11 kwietnia 2013, czwartek
Gdy czytam Dzieje Apostolskie, uderza mnie ogrom ludzkiej nędzy i stopień poczucia zagrożenia, które rozpraszali apostołowie obdarzeni łaską uzdrawiania, ale przecież tylko wtedy, gdy tego Pan Bóg chciał i gdy oni faktycznie obecni byli w danym miejscu. Pamiętamy przecież, co kronikarz notuje: „Wynoszono też chorych na ulicę i kładziono na łożach i noszach, aby choć cień przechodzącego Piotra padł na któregoś z nich. (…) a wszyscy doznawali uzdrowienia” (Dz 5, 15-16).

Nędza we wszystkich jej przejawach towarzyszy historii człowieka i to się nie zmieni. Optymista powie, że właśnie w tej mierze robimy postęp i że jest bardzo wiele i coraz więcej pocieszających konstatacji: umiemy ratować i chcemy ratować, odkrywamy, jak możemy to robić. Z drugiej strony, jakby mimo tych wszystkich osiągnięć, coraz dotkliwsze staje się przekonanie ludzi przez naturę potraktowanych niesprawiedliwie o niedostatecznym respektowaniu ich praw.

Prawa tzw. niepełnosprawnych to ogromne księgi i dokonań, i zmiany świadomości, tymczasem tematem debaty publicznej stał się kilka tygodni temu żal laureatki paraolimpiady, że nie doceniono jej osiągnięć, odbierając stypendium, dlatego właśnie, że nie były „normalne”.

Znane jest zjawisko rodziców stowarzyszających się we wspólnym losie dzieci upośledzonych, dla których oczekuje się zwiększenia szans, jako bezwzględnego obowiązku społecznego. W warunkach rozkwitającej niepotrzebności pracy ludzkiej różnego rodzaju, którą już dawno lepiej wykonują maszyny, sprawa miejsca i uznania dla ludzi gorzej przygotowanych staje się wyzwaniem, na które nie wiadomo, jak odpowiedzieć. Tego się przecież głośno nie powie, ale czy pracodawca, któremu zależy na tym, by firma nie padła, nie postawi na pracownika niezawodnego w stu procentach, zamiast dowartościowywać niepełnosprawnego? Inaczej będzie się bał, że zapłaci za to nie tylko własną przegraną, ale też zmarnowaną sytuacją wszystkich swoich pracowników, gdy firma padnie.
Myślę, że katolicka nauka społeczna powinna nam przynosić odpowiedzi na te wszystkie palące kwestie. Okrągłe zdania wysnuwane z nadrzędnego hasła: „być a nie mieć” albo „bardziej być niż mieć”, nie wystarczą. Już tylko na marginesie zwrócę uwagę, że przecież selekcja według zdolności i sprawności obowiązuje w zgromadzeniach zakonnych i seminariach duchownych.

Idea Opus Dei, czyli perfekcji osiągnięć w służbie Bożej, zdaje się dominować nad ideą Matki Teresy. Osobiście obawiałabym się zresztą, że skoro u misjonarek miłości reguła niekorzystania z udogodnień technicznych niczego nie ułatwia, jej obowiązywanie wynika po prostu z tradycyjnej wizji kobiety, która wszystko zniesie. Kiedy o tym myślę, jest mi ogromnie żal heroicznych misjonarek miłości; wydaje mi się, że ich ofiary nie umniejszyłaby taka pomoc, jak korzystanie z pralki przynoszącej im choć odrobinę wsparcia.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata