70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Coraz bliżej albo coraz mniej

W Nowym Testamencie raz jeden tylko Chrystus ukazuje się nam jako uniesiony gniewem. To obraz świątyni, z której wyrzuca kupców i wszystkich niegodnych tego miejsca. Już kiedy przemawia do faryzeuszy, a są to słowa bardzo twarde, nie musimy koniecznie odnajdywać za nimi Jego gniewu. To, że nami wstrząsają i że do dziś są nie tylko zrozumiałe, ale jak gdyby skierowane prosto do nas, może być traktowane jako apel Kogoś, kto jest tylko miłością.

13 stycznia 2013, niedziela

Dzisiaj, gdy właśnie gra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka – przy akompaniamencie coraz ostrzejszych głosów nie tylko krytycznych, ale nawet potępiających – to pytanie wraca do mnie z jeszcze większą presją i niepokojem, jaka powinna być odpowiedź: czy w naszym życiu wiarą jest miejsce na gniew? Jeśli tak, czym on jest? Oburzeniem, wstrząsem moralnym, potrzebą protestu? A może potrzebą sądu, która sięga aż po trybunał nie tylko dla samego zła, jaki się dzieje, ale dla człowieka, który grzeszy?

Bóg, o którym bez oporu mówimy – albo słuchamy – jako o „Bogu zagniewanym”, jest przecież w Biblii obecny. To właśnie słowo „gniew” dawało autorom biblijnym klucz do opisania przepaści, jaka powstaje między świętością i grzechem. Między bezmiarem dobra i miłości, czyli Bogiem, a niewiernością człowieka, który oświadcza Mu: non serviam. Prorocy biblijni byli tymi, którzy przemawiali w imieniu „Boga zagniewanego” i to u nich znajdujemy te wszystkie ostrzeżenia, upomnienia, przestrogi i wyroki.

W Nowym Testamencie raz jeden tylko Chrystus ukazuje się nam jako uniesiony gniewem. To obraz świątyni, z której wyrzuca kupców i wszystkich niegodnych tego miejsca. Już kiedy przemawia do faryzeuszy, a są to słowa bardzo twarde, nie musimy koniecznie odnajdywać za nimi Jego gniewu. To, że nami wstrząsają i że do dziś są nie tylko zrozumiałe, ale jak gdyby skierowane prosto do nas, może być traktowane jako apel Kogoś, kto jest tylko miłością.

W liturgii Kościoła – i to zarówno tej oficjalnej, jak i przetworzonej przez pobożność ludową, która przekłada nauczanie na pieśni i modlitwy dla wszystkich – ten „Bóg zagniewany”, Bóg-sędzia, jest obecny niesłychanie wyraziście, podobnie jak w sztuce malarskiej. Co szczególnie uderza, to jakby oczywistość nie tylko samego gniewu Boga, ale przekonania wiernych, że On ma prawo, by się na nas gniewać. Dotąd mam w uszach hymn śpiewany w kościołach wileńskich w Wielkim Poście, któremu towarzyszył szmer rzucających się na kolana ludzi. Pieśń zaczynała się słowami: „Przed oczy Twoje, Panie, winy nasze składamy…” i mówił o tym, że kara z rąk Boga zawsze jest mniejsza niż zło, które popełniliśmy. Ale równocześnie ten sam Bóg jest przypominany jako miłosierny i przebaczający. Jeszcze bardziej oczywiste jest – tak widoczne w pobożności ludowej – uciekanie się do pośredników, którzy potrafią Go przebłagać (wystarczy przypomnieć pieśń „Serdeczna Matko” dziś już coraz rzadziej śpiewaną).

16 stycznia 2013, środa

Pytanie o gniew, które przywołałam na początku, nie odnosi się do obrazu przepaści między świętością Boga i naszym grzechem. Dotyczy zjawiska występującego w całej historii Kościoła, które tak dobrze znamy, także z własnych doświadczeń dzisiejszych. To gniew, po który sięgamy jak po swoje prawo, nie pytając, czy je rzeczywiście mamy. Czy człowiek wierzący to zawsze człowiek, który powinien wystąpić w taki właśnie sposób wobec każdego zła? Czy o jego gniewie na pewno zawsze wolno powiedzieć: „święty gniew”?

Jest w historii Europy i Kościoła ciąg wydarzeń, który ilustruje to niesłychanie wyraziście i do dziś dnia porusza zarówno historyków, jak pisarzy. To wyprawy krzyżowe zrodzone z potrzeby protestu przeciwko czemuś, co odczuwane było jako obraza Boga: że miejsca, w których żył Chrystus i na których dokonało się Odkupienie, znajdują się w rękach pogan, a zatem są nieustannie znieważane. Wojna rozpoczęta w imię ich odzyskania musiała być jednak ciągiem gwałtów. Protest w pewnych momentach sięgał po środki, z których nie wszystkie były usprawiedliwione. I kiedy w pierwszej wyprawie nastąpił ostateczny szturm na Jerozolimę, dramatyczny do najwyższego stopnia, zakończył się rzezią ludności cywilnej, nawet tej chroniącej się w świątyniach. Kronikarze zanotowali, że kiedy zwycięzcy szli pobożnie do odzyskanego Grobu Chrystusa, brodzili we krwi płynącej potokami przez ulice. Tak skończył się słuszny gniew w obronie dobra. Opamiętanie przyszło niebawem. Mam w oczach ten obraz, utrwalony także w powieści Zofii Kossak, poruszający jak ostrzeżenie.

Ten gniew krzyżowców wydaje mi się jednym z wzorców, do których po dziś dzień mamy pokusę odwoływać się szczególnie szybko. Bez porównania łatwiej niż do obrazów poświęcenia i ofiary tylu świętych, niesięgających do takich cnót jak gniew. Dlaczego ten jeden przychodzi nam tak łatwo i tak szybko się usprawiedliwia? Może dlatego że świat dzisiejszy bynajmniej nie staje się lepszy, ale i dlatego że rola proroka kusi i noblituje. A przecież to nie jest powołanie dla wszystkich, nie wszyscy muszą ostrzegać, nie wszyscy muszą wzywać bliźnich do pokuty. Rachunek sumienia to sprawa tego, który Boga obraził i także tego, który ma prawo w imieniu Boga udzielić przebaczenia. Kiedy w średniowieczu pokutowano publicznie, tylko duszpasterze byli tymi, którzy rozstrzygali o ponownym otwarciu drzwi świątyni dla grzesznika. Wierni, tak myślę, patrzyli na to przejęci, ciesząc się z powrotu brata do wspólnoty.

Czasami pytam siebie, czy kiedy na stosach ginęli heretycy, otaczający miejsce kaźni tłum był ogarnięty świętym gniewem, a zatem i rodzajem satysfakcji, czy może był po prostu bezmyślną widownią potrzebującą sensacji, która nią wstrząśnie? Ale nie ma na to odpowiedzi innej niż niepokój. Poeci i myśliciele też tylko szukali i szukają tej odpowiedzi. Przykładem Campo di Fiori.

20 stycznia 2013, niedziela

Te epoki to szczęśliwie już tylko przeszłość, ale w naszej kulturze europejskiej kosmicznym rynkiem, na którym osądza się ludzi, jest świat medialny. I tu odbywa się nieustannie rachunek sumienia czyniony bliźniemu. Tutaj wciąż miesza się prawo do bolesnego przeżywania faktu, że miłość Boga jest obrażana albo odrzucana z pogardą, z prawdą równie dobitną, że bliźniego nie możemy osądzać, ponieważ jest człowiekiem odkupionym tak jak my, zaś do jego intencji wglądu nie mamy i mieć nie będziemy. Do tego dochodzi łatwość, z jaką każdy protest wypowiedziany publicznie (a sposobność po temu od momentu pojawienia się internetu jest nieograniczona), obrasta w słowa zgorszenia i potępienia, inwektywy i obelgi, już bardzo dalekie od gniewu proroków. To jedno ze zjawisk, które zdają się mnożyć i potęgować – co więcej, które wydają się nie tylko usprawiedliwione, ale wręcz traktowane jako współczesny obowiązek świadczenia wiary.

Świadczenie istotnie wyrasta z bardzo jasnego odróżniania prawdy od kłamstwa, miłości od nienawiści, uczciwości od złej woli, i słuszna jest obawa przed tolerancją rozumianą jako „wszystko jedno”. Nie mamy chyba jednak innej drogi, by nie zaprzeczyć swojej wierze, jak zachowywanie świadomości obu obrazów Ewangelii równocześnie: Chrystusa, który wypędza kupców ze świątyni, i Chrystusa piszącego na piasku, zanim powie faryzeuszom, trzymającym kamienie wymierzone w jawnogrzesznicę: niech pierwszy rzuci ten z was, który jest bez grzechu…

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter