70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przyrost nienaturalny

W kontekście zagrożeń wynikających z osiągnięcia przez populację Ziemi liczby 7 mld „National Geographic” promował hasło: „Nie potrzebujemy przestrzeni, lecz równowagi.” Parafrazując można powiedzieć: nie potrzebujemy równowagi, potrzebujemy sprawiedliwości i solidarności. Dziś mamy nie zbyt wielu ludzi, tylko zbyt wielu zbyt rozpasanych konsumentów. Jeśli trzeba ograniczać liczebność, to tych ostatnich, nie pierwszych.

31 października 2011 r. – tego dnia wedle szacunków ONZ na świat przyszedł siedmiomiliardowy człowiek. Jak zwykle przy takich wydarzeniach bywa, powstała kontrowersja, w którym kraju urodził się wyjątkowy noworodek. Na Filipinach na malutką Danicę czekały fajerwerki, tort czekoladowy z napisem „7B Filipiny” i bon na buty. W Indiach świętowano narodziny Nargis, na Kamczatce Aleksandra, a w Kaliningradzie Piotra. W Japonii tokijskie biuro Funduszu Ludnościowego ONZ każdemu z siedmiomiliardowych niemowląt wydało potwierdzający ten fakt certyfikat, a rodziny noworodków poproszono, by przedstawiły, „co zrobią dla swych dzieci i dla przyszłości świata”. Inicjatywa ta, jak wyjaśniano, jest częścią programu, który ma uzmysłowić opinii publicznej, jak wiele wyzwań wiąże się z szybkim wzrostem demograficznym.

Pytania postawione rodzicom rekordowych niemowlaków odzwierciedlają niepokój, z jakim przyjęto ów „historyczny moment”. Gdy w 1999 r. na świat przychodziło sześciomiliardowe dziecko, wydarzenie to świętował sam Kofi Annan, ówczesny sekretarz generalny ONZ, fotografując się w bośniackim szpitalu z malutkim chłopcem na rękach. Przed dwoma laty następca Annana – Ban Ki-moon – odmówił wzięcia udziału w pamiątkowym zdjęciu, gdyż, jak powiedział, „gwałtowny wzrost populacji ludzi nie jest powodem do świętowania. Oznacza to bowiem więcej głodujących i chorujących osób”. Dziś 13-letni Adnan Mevic (imię otrzymał po polityku) żyje z chorym ojcem i bezrobotną matką w ubóstwie.

Malthus a sprawa 7 miliardów

Czy niepokój, który budzi informacja o nowym rekordzie, jest uzasadniony? Wystarczy nieco „poobracać” w głowie owe 7 mld, by uświadomić sobie gigantyczność tej rachuby. Mniej więcej co sekundę na świecie pojawia się 5 nowych ludzi (w tym samym czasie dwoje umiera). W ciągu jednej godziny przybywa zatem ok. 11 tys. osób, a w ciągu doby – 260 tys. Od ostatniego obwieszczenia ONZ globalna liczba ludności zwiększyła się więc o ok. 110 mln – to tak, jakby na Ziemi pojawiło się państwo o populacji Meksyku.

O zawrót głowy przyprawiają nie tylko same liczby, ale i tempo zmian – tylko 12 lat trzeba było, by na świecie przybył aż miliard ludzi. Rzut oka na historię pokazuje, jak szybko glob niczym kula śniegowa przybierał z każdym swym obrotem. Jeszcze w 1800 r. zamieszkiwało go około miliarda ludzi. Po 127 latach, w 1927 r., były to już 2 mld. Na kolejny potrzeba było 33 lat (1960), a potem już tylko 14 – w 1974 r. było nas 4 mld, by po następnych 13 latach (1987) liczba ta zwiększyła się do 5 mld. Oznacza to, że w ciągu 200 lat liczebność mieszkańców Ziemi pomnożyła się aż sześciokrotnie! Gdyby dynamikę tę traktować jako wiarygodny wskaźnik przyszłej populacji, oznaczałoby to, że spór o obywatelstwo ośmiomiliardowego noworodka odnowi się znów około roku 2025.

Powyższe liczby same w sobie nie muszą być niczym alarmującym. Jeśli w ich eksplodycznych przeobrażeniach coś skłania do niepokoju, to żadne słowo nie podsumowuje tego lepiej aniżeli „przeludnienie” i związane z nim w oczywisty sposób pytanie: czy nasza planeta jest dziś przeludniona? By na nie odpowiedzieć, cofnijmy się od 200 lat, bo choć z galopującym przyrostem naturalnym zaczęliśmy mieć do czynienia na dobre w latach 60. XX w., to problem został postawiony już w wieku XIX, a więc wtedy, gdy pod względem populacji całość globu przedstawiała się mniej więcej jak Indie przed dekadą.

Co mamy na myśli, mówiąc o przeludnieniu? Nie jest to oczywiście fizyczna niemożliwość pomieszczenia się na powierzchni kuli Ziemskiej – idąc za obliczeniami „National Geographic”, gdybyśmy wszyscy stanęli obok siebie ramię przy ramieniu, zgromadzona w ten sposób ludzkość zajęłaby powierzchnię dzisiejszego Los Angeles. W najbardziej rozpowszechnionym mniemaniu przeludnienie to nadmierna koncentracja ludności na danym obszarze, której towarzyszą negatywne zjawiska, takie jak bardzo złe warunki bytowe czy wysokie ryzyko epidemii. W tym sensie o przeludnieniu nie decyduje sama gęstość zaludnienia. W sensie właściwym przeludnienie to stan, w którym liczba ludzi przekracza pojemność środowiska, czyli narusza równowagę biocenotyczną do takiego stopnia, w którym zaczyna ono hamować dalszy wzrost populacji. Mówiąc w skrócie, przeludnienie ma miejsce wtedy, gdy liczba ludzi jest na tyle duża, że środowisko nie jest w stanie już utrzymać jej przy życiu, najczęściej z powodu braku dostępnej żywności.

Po raz pierwszy na możliwość realizacji takiego scenariusza uwagę zwrócił w 1798 r. angielski ekonomista Thomas Malthus. Jego obserwacja była bardzo prosta. Mamy do czynienia z rozbieżnością dwóch procesów: podczas gdy z uwagi na niepohamowaną prokreację liczba ludzi zwiększa się w sposób geometryczny, produkcja żywności – ograniczona ilością ziemi – przyrasta w tempie co najwyżej arytmetycznym. Jeśli procesy te pozostają bez jakiejkolwiek kontroli, szybko prowadzą do stanu przeludnienia, w którym znaczna część ludzkości nie ma dostępu do pożywienia. Regulacja rozkalibrowanego mechanizmu następuje w sposób gwałtowny i dramatyczny przez głód, choroby i wojny. „Epidemie, zarazy i pomory (…) przyniosą tysiące i dziesiątki tysięcy ofiar. Jeśli to nie przyniesie skutku, gigantyczna nieunikniona plaga głodu (…) jednym potężnym uderzeniem wyrówna poziom ludności z poziomem żywności”.

Czy przedstawiony obraz jest prawdziwy? Diagnoza Malthusa miała bardzo krótką datę ważności. Przyjmuje się, iż stworzony przez niego model po raz pierwszy przestał odpowiadać rzeczywistości już około 1800 r. w Wielkiej Brytanii, a później dołączyły do niej inne państwa. Powód był równie prosty, co niespodziewany – rewolucja przemysłowa przyniosła niebywały wzrost produkcji, będący w stanie zaspokoić potrzeby żywieniowe rosnącej liczby ludzi.

Zauważmy jedną rzecz: przeludnienie ma charakter względny – nie istnieje żadna określona wielkość populacji, której przekroczenie byłoby jego nieuchronnym symptomem. Wystąpienie przeludnienia zależy bowiem nie od samej liczby ludzi, ale od tego, w jakim stosunku pozostaje ona do pojemności planety, a więc w najczęściej rozpatrywanym przypadku – do zakresu możliwości produkcji żywności. Z tego względu istnieją dwa sposoby zapobiegania temu zjawisku: albo przez ograniczenie przyrostu naturalnego, albo przez wzmaganie produktywności planety. Malthus, przekonany o statycznym charakterze zasobów, proponował pierwsze rozwiązanie jako, ze swojego punktu widzenia, jedynie dostępne. Jego zdaniem ludzkość sama powinna troszczyć się o stan swojej liczebności przez praktykowanie „wstrzemięźliwości moralnej”: późne zawieranie małżeństw, abstynencję seksualną osób niebędących w stanie utrzymać swojego potomstwa oraz powstrzymywanie się od publicznej pomocy na rzecz niższych warstw społeczeństwa.

Rewolucja przemysłowa zamknęła diagnozy Malthusa w poprzedniej epoce. A sama przeniosła nas do nowej, w której postęp produkcji, ten sam który odsunął czarny scenariusz przeludnienia w niebyt, stał się przyczyną takiego przeobrażenia świata, w sensie demograficznym i eksploatacyjnym, które ponownie wskrzesiło jego widmo. Neomaltuzjańskie recepty, pojawiające się od połowy XX w. po dziś, powtarzają tezę o konieczności ograniczenia populacji. W The Population Bomb (1968) Paul R. Ehrlich, przewidując klęskę głodu spowodowaną przeludnieniem, postulował ograniczenie przyrostu naturalnego za pomocą środków fiskalnych oraz wprowadzenie szerokiej kontroli urodzeń, nie wykluczając przy tym przymusowej sterylizacji. Podobne remedia propagował wpływowy raport Klubu Rzymskiego Granice wzrostu (1972), w związku z eksplozją demograficzną i wyczerpywaniem się zasobów prognozujący katastrofę przeludnienia w ciągu 100 lat. Neomaltuzjanizm zaczął inspirować politykę państw zachodnich uznających iż, bezrobocie, głód i dziedziczenie nędzy w krajach Trzeciego Świata ma swoją główną przyczynę w nieopanowanym wzroście populacji. W 1981 r. powstał raport Global 2000The Global 2000 Report to the President). W jego konkluzji pisano: „Jeśli utrzymają się aktualne trendy, świat w 2000 r. będzie bardziej zatłoczony i zanieczyszczony, mniej stabilny ekologicznie i bardziej podatny na zaburzenia niż świat, w którym żyjemy dzisiaj. Wyraźnie dostrzegamy poważne problemy związane z liczbą ludności, zasobami i środowiskiem, do których zmierzamy. Pomimo większej produkcji materialnej, ludność świata będzie uboższa w wielu dziedzinach. Dla setek milionów osób w skrajnej biedzie, perspektywa zaspokojenia głodu i innych potrzeb życiowych nie poprawi się. Dla wielu się pogorszy”.

Rosnąca populacja, malejąca dzietność

Czy świat Anno Domini 2013 rzeczywiście odpowiada tej pesymistycznej perspektywie? 7 mld, obwieszczone ponad rok temu, z pewnością nie na długo pozostanie liczbą ludzkości. Wedle większości prognoz do 2050 r. liczba ludzi zwiększy się do 9 mld, a w perspektywie stulecia – nawet do 10 mld. Wbrew rozpowszechnionym opiniom to nie w Azji mamy do czynienia z największą eksplozją demograficzną. Przyrost naturalny najszybciej postępuje w Afryce i obecnie tylko w części Subsaharyjskiej wynosi 2,5% (dla porównania w Europie i Azji Środkowej łącznie jest to 0,45%). W samym Lagos, stolicy Nigerii i najliczniejszym mieście Afryki, każdego roku przybywa aż 275 tys. mieszkańców.

Zmieni się również struktura zamieszkiwania. W 2008 r. po raz pierwszy w historii więcej ludzi mieszkało w miastach niż na terenach wiejskich. Zmiany te najprawdopodobniej się utrzymają i w połowie obecnego stulecia w miastach będzie żyć 70% ludzkości. Przeobrażenia można jednak obserwować już teraz. W 1975 r. na świecie istniały trzy megacities, czyli miasta o liczbie mieszkańców powyżej 10 mln – Tokio, Nowy Jork i Meksyk. Obecnie mamy ich aż 27, pośród których 21 liczy więcej niż 20 mln mieszkańców. Tendencja ta, także obecnie, nasila negatywne zjawiska związane ze zbyt wysoką gęstością zaludnienia.

Prognozy populacyjne – zwykle przyjmowane z zaniepokojeniem – pomijają jeden znaczący fakt – że choć ludzi wciąż przybywa, to jednak globalny przyrost ludności wyhamowuje i nawet jeśli osiągnie pułap 10 mld, to najpewniej na nim się zatrzyma. Malthus pomylił się także w tym aspekcie. Rewolucja przemysłowa wraz z idącymi za nią przeobrażeniami cywilizacyjno-społecznymi nie tylko zrewolucjonizowała produkcję żywności, ale zadziałała również jak bomba depopulacyjna – choć z opóźnionym zapłonem. W 1800 r. najniższy współczynnik dzietności (liczba urodzonych dzieci przypadających na kobietę w wieku rozrodczym) w Europie występował w Danii i wynosił… 4. We wszystkich pozostałych krajach był wyższy. Po pierwszej wojnie światowej w większości krajów Europy zachodniej był już niższy niż 3, a obecnie stary kontynent wygląda jak pobojowisko – niemal we wszystkich krajach (nawet przy uwzględnieniu gigantycznej emigracji z innych kontynentów) jest on niższy niż 2, czyli nie utrzymuje się na poziomie zapewniającym zastępowalność pokoleń.

Co najbardziej ciekawe, ten sam trend zawojował niemal cały świat – wbrew temu, co często stereotypowo dziś o nim myślimy. Jeszcze w latach 60. XX w. w Indiach przypadało na kobietę około 6 dzieci (obecnie jest to 2,6), w Wietnamie współczynnik ten wynosił 7,4 (dziś 1,8), w Bangladeszu 6,8 (dziś 2,2). Podobną transformację przeszły kraje arabskie, tradycyjnie postrzegane jako społeczności oparte na wielodzietnych rodzinach: Egipt – 6,7 (2,7), Arabia Saudyjska – 7,2 (2,7), Iran – 6,9 (1,6). W konsekwencji w ciągu ostatnich 50 lat światowy przyrost naturalny spadł z 2,33% do 1,15%. Jednym słowem, jeśli mniej więcej do lat 60. XX w. Zachód stanowił samotną wyspę małodzietności, to obecnie urosła ona do rangi największego kontynentu – 80% populacji żyje w krajach, gdzie na kobietę przypada do 2 dzieci.

Bardzo poważny „możliwista”

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Skąd bierze się popłoch na wieść o 10 mld ludzi mających żyć na Ziemi w 2100 r.? Niewątpliwie należy zdawać sobie sprawę z tego, że wspomniane przeobrażenia to tylko (?) zwalnianie biegu. A to znaczy, że chociaż biegniemy trochę wolniej, jednak cały czas biegniemy. Demograficzni pesymiści chcieliby, by bieg ten przeszedł w końcu w trucht. Dlaczego?

Przyczyna, dla której podnosi się kwestię obniżenia wielkości populacji, tkwi jak zwykle w szczegółach. W tym wypadku chodzi o to, iż największą dzietność i największy przyrost naturalny spotykamy tam, gdzie wskaźniki PKB per capita są najniższe. Choćby w Afryce Subsaharyjskiej (ale nie tylko) – średnia dzietność waha się tam między 4,5 a 6, przyrost naturalny utrzymuje się na poziomie 2,53%, a PKB nawet w najlepszych przypadkach nie przekracza 2 tys. dolarów. Oznacza to, że każdego roku miliony ludzi rodzą się tam w nędzy.

To nieszczęśliwe małżeństwo biedy i dzietności ciekawie przedstawia profesor zdrowia międzynarodowego zajmujący się zagadnieniami demografii Hans Rosling. Rzeczą kluczową, jego zdaniem, jest zrozumienie przemian, jakie nastąpiły na przestrzeni ostatnich kilku dekad. W latach 60. XX w. mieliśmy do czynienia z prostym podziałem – 1 mld mieszkańców zachodniego, bogatego świata stał naprzeciw 2 mld biedoty w krajach rozwijających się. Obrazowo ówczesne różnice można wyrazić, jak uczynił to podczas jednego ze swych wystąpień sam Rosling, przez symbole aspiracji materialnych obu światów – klapki po stronie krajów biednych i samochód po stronie Zachodu. Dziś demografia świata wygląda inaczej – przybyły mu 4 mld ludzi – i inaczej wygląda też struktura zamożności. 1 mld to Zachód, jeszcze bogatszy niż w latach 60., który może sobie już pozwolić na podróże samolotem. Kolejne 4 mld to kraje, niegdyś nazywane rozwijającymi się, a dziś będące tzw. wschodzącymi gospodarkami, które powoli dołączają w poziomie życia, a przede wszystkim w aspiracjach, do Zachodu sprzed półwiecza – połowa z nich jest dzisiaj „na poziomie” samochodu, połowa – „na poziomie” roweru i motocykla. We wszystkich tych krajach ludzie są zdrowi, stosunkowo dobrze wykształceni i mają po 2–3 dzieci. Największą bolączką świata jest to, że 2 mld ludzi, które przed 50 laty tkwiły w biedzie, na poziomie marzeń o butach, pozostają w niej nadal i to wśród nich rodzi się najwięcej dzieci. To oni żyją za mniej niż 2 dolary dziennie i w największej mierze zasilają tragiczne 13% ludzkości niemającej dostępu do czystej wody i 38% pozbawione niezbędnej higieny. Choć do świata dołączyły 4 mld ludzi, bogactwo nie uległo przez to równiejszemu podziałowi, wręcz przeciwnie – dystans między najbiedniejszymi a najbogatszymi jest dziś większy niż dawniej. Jak między klapkami a samolotem.

Świat stawia przed nami zadanie – wyprowadzić owe 2 mld z biedy. Jeśli tego nie zrobimy, liczba ludzi żyjących w nędzy będzie się powiększać. Jak tego dokonać? Wspomniany wcześniej trend dzietnościowy przedstawia dwie bardzo ważne korelacje. Po pierwsze, dzietność ma wyraźny związek ze śmiertelnością dzieci. Im więcej dzieci przypada w danym kraju na kobietę, tym większa jest wśród nich śmiertelność. W Afryce Subsaharyjskiej, gdzie jest ona największa, następuje też największy wzrost populacji. Ma to co najmniej dwie przyczyny: psychologiczną – śmierć jednego dziecka kompensowana jest przez narodziny kolejnego, i ekonomiczną – we wspomnianych krajach dzieci muszą podejmować pracę na równi z dorosłymi, z czego wynika, że im więcej dzieci się posiada, na tym większy zarobek można liczyć, co zwiększa szanse przeżycia całej rodziny. W Nigrze na 1000 urodzonych dzieci w wieku 0–5 umiera 205, w Polsce – 9.

Druga zależność dotyczy relacji, w jakiej dzietność pozostaje do zamożności mierzonej przez poziom PKB per capita. Można zaobserwować wyraźną tendencję: im państwo zamożniejsze, tym mniejsza ilość dzieci przypada na kobietę. Zależność ta jest zaskakująco stała i zaskakująco niezależna od czynników takich jak religia czy kultura, choć i tutaj znajdą się wyjątki, jak np. Bangladesz, gdzie dzietność jest niemal taka sama jak w USA, chociaż dochód per capita tego pierwszego stanowi 4% dochodu per capita drugiego.

Czy bycie bogatym musi się wiązać z małą rodziną? Wydaje się, że i w tym przypadku można znaleźć co najmniej dwojakiego rodzaju przyczyny – od strony psychologicznej zjawisko to można by ująć jako „kurczenie się bogatego serca” – niechęć do podzielenia się przychodem z większą ilością dzieci, gdyż oznaczałoby to konieczność obniżenia własnego poziomu życia. Nie zawsze musi to być tak jednoznacznie egoistyczne. W bogatszych społeczeństwach zasadniczej zmianie ulega wizja tego, co oznacza dobre, godne życie – jeśli u biednych jest to po prostu możliwość przeżycia, wraz ze wzrostem PKB zaczyna ono obejmować kolejne sfery – zdrowie, wykształcenie, status materialny. Ponieważ osiągnięcie tych wartości kosztuje, a w państwach bogatszych dzieci nie pracują, konieczność pokrycia tych kosztów spada wyłącznie na rodziców. Wiedząc, że nie mogą wartości tych zapewnić większej liczbie dzieci, nie decydują się na nie. To decyzja motywowana nie tylko ekonomicznie – przy uwzględnieniu nowej wizji godnego życia koszt posiadania potomstwa znacząco wzrasta – ale i moralnie – w społeczeństwach rozwiniętych podjęcie decyzji o posiadaniu kolejnych dzieci z wiedzą, iż nie jest się w stanie zapewnić im np. opieki zdrowotnej, a dla niektórych może i nawet wykształcenia, jest postrzegana jako nieodpowiedzialność.

Co można zrobić, znając oba rodzaje zależności? Nawet jeśli istnieją na świecie kraje o dużej śmiertelności, w których przeżywa tylko czworo dzieci na sześć, to i tak w następnym pokoleniu liczba mieszkających w nich ludzi się podwoi. Żeby temu zapobiec Rosling proponuje… zmniejszenie śmiertelności. Czy to oznacza, że będzie teraz przeżywać sześć dzieci na sześć? Nie, gdyż jak pokazuje przykład krajów rozwiniętych, ograniczenie śmiertelności dzieci idzie w parze z ograniczeniem ich liczby w ogóle. Z interferencji dwu wspomnianych rodzajów zależności wynika prosty wniosek: jeden skutek (mniejszą dzietność) mają jednocześnie dwa procesy – wzrost przeżywalności dzieci i wzrost PKB per capita. A to oznacza, że mniej dzieci rodzi się tam, gdzie więcej ich przeżywa, przeżywa ich zaś więcej tam, gdzie wyższy jest poziom rozwoju. Chcąc zmniejszyć populację, należy sprawić, by rozwój był udziałem najbiedniejszych.

Sama gospodarka oczywiście nie wystarczy, ale jest niezbędną podstawą, za którą idą przeobrażenia społeczne i kulturowe. Przede wszystkim dotyczą one uczestnictwa kobiet w rynku pracy i edukacji. Tam, gdzie państwa rozwijają się ekonomicznie, do pracy przestają chodzić dzieci, a zaczynają kobiety, zyskując dzięki temu niezależność ekonomiczną. Dłużej i gruntowniej też się kształcą oraz później wchodzą w związki małżeńskie. Jeśli dołączyć do tego dostępność i świadomość metod planowania rodziny, w efekcie uzyskuje się małą dzietność połączoną z wysoką przeżywalnością i wyższym poziomem życia.

Jeśli uda się osiągnąć powyższy cel, 2 mld najbiedniejszych ma szansę wydostać się ze swojej nędzy. Zmiany, o których mowa, nie następują jednak skokowo, a już dziś wiemy, że przy obecnym tempie przyrostu naturalnego najbiedniejsza część świata podwoi swoją liczebność. Jeśli za 100 lat będzie ona tam, gdzie dziś są choćby kraje marzące o rowerze i motocyklu, wielkość światowej populacji ustabilizuje się w najbliższym stuleciu na poziomie 9–10 mld.

Nie chodzi o to, żeby zmniejszyć liczbę ludzi na Ziemi, ale żeby podnieść poziom ich życia. To, że przy okazji wydźwignięci z biedy ludzie sami zmniejszają swą dzietność, jest tylko skutkiem ubocznym

Ze swoją taktyką Rosling zdaje się być kimś w rodzaju antymaltuzjańskiego maltuzjanizsty. Owszem, zależy mu na zmniejszeniu populacji, nie proponuje jednak ani „wstrzemięźliwości moralnej” – jak Malthus, ani środków drastycznych (kontrola urodzeń, sterylizacje) – jak niektórzy neomaltuzjaniści, ale doważenie drugiego czynnika decydującego o możliwości przeludnienia: wzrostu zasobów dostępnej żywności, co w dzisiejszych realiach oznacza zwiększenie poziomu rozwoju społeczeństw najuboższych.

„Czy to się stanie? – pyta Rosling – Nie jestem optymistą, ale nie jestem też pesymistą. Jestem bardzo poważnym »możliwistą« [possibilist]. To nowa kategoria, w której odsuwamy na bok emocje i pracujemy ze światem analitycznie. To się da zrobić. Możemy mieć znacznie sprawiedliwszy świat”.

Cel czy skutek uboczny?

W argumentacji Roslinga łatwo przeoczyć pewną zmianę akcentu. Mianowicie, celem proponowanych działań nie jest ostatecznie ograniczenie wielkości populacji, a wielkości nędzy. Nie chodzi o to, żeby zmniejszyć liczbę ludzi na Ziemi, ale żeby podnieść poziom ich życia. To, że przy okazji wydźwignięci z biedy ludzie sami zmniejszają swą dzietność, jest zagadnieniem osobnym. Spadek populacji nie jest tu celem, a skutkiem ubocznym.

Ma to swoje konsekwencje dla problemu przeludnienia. Ubodzy ludzie na Ziemi są liczni, dlatego że są ubodzy (potrzebują wielu dzieci do pracy, żeby ich rodziny mogły przeżyć), a nie dlatego są ubodzy, że są liczni. Z tego powodu w przypadku tych krajów nie może być mowy o przeludnieniu, nawet w słabszym sensie, w którym zbyt duża liczba ludzi stanowi przyczynę niemożliwości życia na godnym poziomie. Wielkość populacji jest tu bowiem nie przyczyną, a skutkiem biedy.

O przeludnieniu nie może być jednak również mowy w sensie ścisłym, gdy z powodu zbyt dużej populacji równowaga środowiskowa naruszona zostaje do tego stopnia, że nie jest w stanie już utrzymać ludzi przy życiu. Zwykle rozważa się ten problem w odniesieniu do zasobów żywności. Ale z coroczną produkcją zbóż na poziomie 2,3 mld ton Ziemia jest dzisiaj w stanie wyżywić wszystkich swoich mieszkańców. Więcej, taką ilością mogłaby wykarmić nawet populację dziesięciomiliardową. Z powodu głodu cierpi dziś jednak ok. 900 mln ludzi. Przyczyna leży bowiem nie w wielkości populacji, a globalnej niegospodarności – wedle obliczeń FAO na świecie wyrzuca się 1,3 mld ton jedzenia (1/3 całej produkcji): na Zachodzie z marnotrawstwa, w krajach rozwijających się z powodu zbyt wysokich kosztów przechowywania i transportu.

Mimo to można dziś mówić o rozchwianiu światowego ekosystemu, które w przyszłości może doprowadzić do katastrofy w postaci zmian klimatycznych, wyjałowienia gleb czy braku wody. Gdyby tak się stało, planeta rzeczywiście może nie być w stanie utrzymać obecnej populacji ludzi, nie wspominając już o większej. Zauważmy jednak, że na obecnym etapie problem ten nie jest związany z liczbą ludzi na Ziemi, tylko z rozpowszechnionym modelem jej wykorzystywania. Także mały procent światowej populacji może sprowadzić na nas to nieszczęście.

W kontekście zagrożeń wynikających z osiągnięcia przez populację Ziemi liczby 7 mld „National Geographic” promował hasło: „Nie potrzebujemy przestrzeni, lecz równowagi.” Złośliwie można zauważyć, że z równowagą mamy do czynienia także wówczas, gdy syty z powodzeniem balansuje na wychudzonych ramionach nędzarza. A tak właśnie przedstawia się sytuacja, gdy idzie o strukturę udziału w wykorzystywaniu planety. Przeciętny Amerykanin zużywa 280 razy więcej energii niż mieszkaniec Bangladeszu, a całe USA z 314 mln mieszkańców emitują rocznie tyle samo dwutlenku węgla, co łączna populacja Indii, Rosji, Indonezji, Brazylii, Pakistanu, Bangladeszu i Iranu, czyli niemal 2,2 mld ludzi. Mowa o przeludnieniu jako przyczynie zagrażającej równowadze planety, jeśli wypowiada ją przeciętny mieszkaniec Zachodu (czytaj: konsument połowy światowej energii), jest zwyczajną hipokryzją.

Rzeczywistym wyzwaniem, jakie przed nami stoi, jest wcielenie w życie takiego modelu rozwoju, który byłby najmniej inwazyjny dla naszej planety. To konieczność – nie tylko w perspektywie obecnej, ale i w oczekiwaniu na 3 mld ludzi, które do nas dołączą. Tym bardziej, że w międzyczasie świat nie będzie stał w miejscu – ludzie ze wschodzących gospodarek dogonią dzisiejszy peleton PKB, wsiądą do swoich suv-ów, a część być może do samolotów, i zaczną użytkować planetę na dużo większą niż dotychczas skalę.

Parafrazując można powiedzieć: nie potrzebujemy równowagi, potrzebujemy sprawiedliwości i solidarności. Dziś mamy nie zbyt wielu ludzi, tylko zbyt wielu zbyt rozpasanych konsumentów. Jeśli trzeba ograniczać liczebność, to tych ostatnich, nie pierwszych. Nawet galopującyprzyrost naturalny nie jest bowiem tak groźny jak „nie-naturalny” przyrost eksploatujących środowisko „na krechę”.

Zgódźmy się: Ban Ki-moon ma rację, iż więcej ludzi na Ziemi to więcej głodnych i chorych. Ale rozwiązaniem nie jest zmniejszenie liczby ludzi. To tak jakby walczyć z arytmią serca przez usunięcie serca. Mniej głodnych i chorych ludzi będzie wtedy, gdy na Ziemi będzie mniej głodu i chorób – nie mniej ludzi. Jedyne co nam pozostaje to trywialna w rozpoznaniu, a jednak paraliżująca międzynarodową wolę walka ze skandaliczną nędzą trawiącą najuboższe 2 mld. Jeśli ją wygramy, to – jak pokazuje dziś przykład wielu krajów – wzrost populacji ustabilizuje się „przy okazji”.

I zgódźmy się jeszcze co do jednego – to naprawdę jest możliwe.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata