70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Taki naród, jaka demokracja

Demokracja przestała dostarczać nam radości i przyjemności, coraz częściej przybiera za to postać smutnych panów w telewizorze i cukierkowych kampanii politycznych. Sama stając się marionetką, z nas czyni wydrążonych ludzi, nie obywateli.

Poczciwy naród, jak się okazuje, nie zawodzi. W ramach cyklu artykułów o podstawowych pojęciach demokracji, który w czerwcu zeszłego roku rozpoczęliśmy rozmową z prof. Marcinem Królem (Ideały i twarde fakty demokracji, „Znak” nr 685) i publikacją fragmentu nowej książki prof. Andrzeja Waśkiewicza (Paradoksy realnej demokracji, tamże), dopiero zestawienie słów „demokracja” i „naród” wywołało prawdziwe kontrowersje. Pewnie nie ma się czemu dziwić, w historii nie brakowało przecież (i wciąż, niestety, nie brakuje) tych, którzy powołując się na naród, dopuszczali się największych świństw, a często zbrodni. Nie można jednak zapomnieć, że naród w wielu tradycjach utożsamiany był (i jest nadal) z demokratycznym demosem, ludem, czyli nami wszystkimi, którzy chcemy się sami rządzić –nie dość przypominać, że naród to niekoniecznie tylko wykluczenie, przemoc i dominacja. W całej naszej dyskusji – ośmielę się stwierdzić – też nie o same słowa „naród”, „lud” czy „społeczeństwo” chodziło, rzecz rozbijała się o interpretacje, a te nigdy nie grzeszą niewinnością. Wbrew Sergiuszowi Kowalskiemu i Cezaremu Michalskiemu powiem zatem, że nie obawiam się narodu, martwię się o demokrację.

Dziś, jak sądzę, stoimy przed zupełnie innym wyzwaniem niż co i rusz ponawiany „strach przed narodem” – musimy wreszcie nauczyć się używać słowa „naród” w sposób bardziej neutralny – na co wskazuje anglosaski przykład jego stosowania, o czym pisze Sergiusz Kowalski – ale także ponownie zasiąść do wspólnego przemyślenia mechanizmu działania samej demokracji. W tym sensie za bardzo celne uważam uwagi Marcina Króla. Gdy demokracja – jak pisze – staje się jedynie maszynką do liczenia głosów, a reprezentacja polityczna znaczy coraz mniej, a może już nic zgoła, także i naród można pojmować tylko jako „czystą negatywność”.

Rację ma też jednak Paweł Śpiewak. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że przedstawiona przez niego rekonstrukcja funkcjonowania współczesnych demokracji jest trafna i opisuje rzeczywisty stan demokracji. Nie wymyśliliśmy tymczasem lepszej formuły państwa demokratycznego niż to oparte na władzy ludu lub narodu, zawsze rozumianego jednak jako – jak mówi Margaret Canovan – „lud w rezerwie”, czyli nas wszystkich, którzy za pośrednictwem naszych przedstawicieli bierzemy udział w rządzeniu. Użyte słowa wiele tu nie zmieniają, ponieważ to, kim jesteśmy „my, obywatele” jako „lud”, „naród” lub „społeczeństwo”, zależy od naszych, tj. stworzonych przez nas, społecznych urządzeń. Innymi słowy, nawet gdybyśmy skreślili z naszego słownika słowo „naród” i zamienili go słowem „społeczeństwo”, nie mielibyśmy gwarancji, że to drugie nie będzie przypominało najgorszej formy tego pierwszego. Także społeczeństwo przecież – bez większego problemu – może posiadać wszystkie te negatywne cechy, które tradycyjnie utożsamiamy z narodem, czyli niechęć do mniejszości, uprzywilejowanie jednej religii lub jednej kultury. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, nawet neutralne anglosaskie odczytanie pojęcia narodu nie czyni wiosny latem. W Anglii czy Stanach Zjednoczonych straszy nie nacjonalizm, utożsamiany z dobrym europejskim patriotyzmem, lecz rasizm, który zasadniczo niczym się nie różni od naszego przaśnego i złego nacjonalizmu (ciekawie o paradoksalnej tożsamości i różnicy między nacjonalizmem i rasizmem pisze Étienne Balibar).

Trudno też nie zauważyć, że powiedzenie „bójmy się narodów”, do czego nawołuje Sergiusz Kowalski, bliskie jest wiary w to, że zmiana słownika zmienia rzeczywistość. Czasem tak się dzieje, w większości jednak wypadków za zmianą słów musi pójść zmiana postaw i rozumienia zjawisk. Podobnie jak wszyscy z dyskutantów odrzucam wszelki wykluczający nacjonalizm, nie sądzę jednak, by każde użycie słowa „naród” musiało być samo przez się szkodliwe. Jak na nudnego liberała przystało ufam, że można myśleć o narodzie w sposób liberalny i polityczny, a nie nacjonalistyczny, nawet nie republikańsko-komunitariański, choć zawsze można szukać lepszych określeń.

Niewiele to jednak zmienia, gdy okaże się – i tu wracam do uwag profesora Marcina Króla – że nasz sposób myślenia o funkcjonującej dziś demokracji – mający jak najbardziej realne instytucjonalne skutki – coraz bardziej przypomina robienie dobrej miny do złej gry. Gdy zdamy sobie bowiem sprawę z tego, że myślimy i działamy wedle kategorii, które tak naprawdę nie opisują już naszego życia, staniemy przed koniecznością innego opisu naszej politycznej rzeczywistości. Bo może istotnie jest tak, że demokratyczne państwo narodowe nie ma już żadnej społecznej podstawy, bo ani nie wierzymy w działanie politycznej reprezentacji, ani też nie udajemy, że polityka musi interesować wszystkich. A jeśli tak, to czy jesteśmy gotowi na poważną rozmowę o przyszłości demokracji? Bo tak rozumiana władza ludu nie ma przecież nic wspólnego z ideałem, o którym mówił w czerwcowym „Znaku” Marcin Król, polegającym na tym, że „sami bierzemy los w swoje ręce, sami chcemy o sobie decydować i czynimy to z pewnym upodobaniem”. Demokracja przestała dostarczać nam radości i przyjemności, coraz częściej przybiera za to postać smutnych panów w telewizorze i cukierkowych kampanii politycznych. Sama stając się marionetką, z nas czyni wydrążonych ludzi, nie obywateli.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter