70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nieoczywistość wcielenia

Wśród duszpasterzy nie ma jednomyślności w kwestii zaangażowania katolików na rzecz dobra wspólnego. Aktywność społeczną pewni duchowni uznają za priorytet, inni za hobby, które w nadmiarze może być szkodliwe.

Być może nie jest to oficjalne stanowisko, ale pogląd ten jest często powtarzany przez osoby reprezentujące Kościół – pytani podczas konferencji, debat, w rozmowach prywatnych o to, czy katolicy nie powinni bardziej angażować się w działania na rzecz osób potrzebujących wsparcia, odpowiadają, że uczynki rodzą się z wiary, więc skupić się należy przede wszystkim na życiu duchowym. Szanując postawę tych, którzy w centrum stawiają relację z Bogiem, można jednak zapytać, czy w tym sposobie rozumowania nie kryje się jakiś rodzaj braku ufności w prawdziwość wcielenia, rodzaj niedowierzania w to, że Bóg przychodzi też w drugim człowieku.

Herezja aktywizmu

Przed postawieniem pytania o to, czy katolicy powinni być bardziej aktywni społecznie należałoby odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu teraz są aktywnymi członkami swoich społeczności. Informacje na temat działań polskich katolików podejmowanych w trosce o dobro wspólne są raczej fragmentaryczne. Z jednej strony dzięki badaniom Głównego Urzędu Statystycznego i Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego SAC mamy coraz więcej twardych danych dotyczących liczby kościelnych organizacji wspólnotowych i instytucjonalnych, liczby ich członków, wolontariuszy i beneficjentów [omówienie wyników ostatnich badań na s. 60–61]. O wielu inicjatywach można dowiedzieć się z mediów – regularnie pojawiają się relacje z takich akcji jak Szlachetna Paczka prowadzona przez Stowarzyszenie WIOSNA czy Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom organizowane przez Caritas. Lista mniejszych inicjatyw jest bardzo długa. Z drugiej jednak strony, trudno jest z tych informacji wyciągnąć jednoznaczne wnioski na temat postaw polskich katolików. Czy popularność Szlachetnej Paczki (czyli akcji przekazywania biednym rodzinom darów dobranych według ich potrzeb), w którą może się włączyć każdy, mówi nam coś o zaangażowaniu samych ludzi wierzących? Albo czy liczba przyparafialnych grup charytatywnych wystarczy, żeby określić, jak wygląda gotowość katolików do odpowiadania na potrzeby lokalnej społeczności?

Być może łatwiej byłoby zrozumieć katolickie podejście do zaangażowania dla dobra wspólnego, gdyby teksty i kazania duszpasterzy wskazywały zgodnie jeden kierunek. Nie ma tu jednak jednomyślności – aktywność społeczną pewni duchowni uznają za priorytet, inni w najlepszym razie za nieszkodliwe hobby. Pojawiają się też obawy, że przywiązywanie zbyt dużej wagi do pomagania obcym może źle wpływać na wykonywanie innych obowiązków – zawodowych lub rodzinnych.

Ks. dr hab. Edward Staniek, który w latach 1993–2001 był rektorem Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej, w książce Uwierzyć w Kościół pisze: „(…) heretycy w podejściu do prawdy objawionej popełniają taki błąd, że akcentując jedną prawdę, zapominają o innych. Na przykład współczesna herezja aktywizmu: działanie, działanie, działanie. Kościół jest od tego, aby pomagać innym. Wtedy nieważna jest modlitwa, nieważna jest Msza św., lecz tylko działanie i działanie. Po kilku latach takiego podejścia działający pada ze zmęczenia i w ogóle nie wie, po co jest chrześcijaninem”. Na podobne zagrożenie wskazuje ks. dr Marek Dziewiecki z Katedry Teologii i Psychologii Pastoralnej UKSW. W artykule Wolontariat w duchu Ewangelii pisze: „Jeśli zaangażowanie na rzecz bliźnich odbywa się kosztem więzi rodzinnych wolontariusza, kosztem jego codziennych obowiązków w szkole czy w pracy, albo kosztem dorastania do powołania w małżeństwie, kapłaństwie czy życiu konsekrowanym, to taki wolontariat nie jest zgodny z duchem Ewangelii. Nie służy rozwojowi wolontariusza, a przez to jego zaangażowanie na rzecz innych ludzi nie może być pogłębione i owocne”.

Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że brak równowagi w życiu może przynosić złe skutki. Problem z przytoczonymi opiniami polega na czymś innym. Kryje się w nich założenie, że zaangażowanie na rzecz bliźnich to mechaniczne działanie, które jedynie zajmuje cenny czas, a samo w sobie nie sprzyja duchowemu dojrzewaniu i pogłębianiu rozumienia swojej relacji z ludźmi i z Bogiem. Inną wizję przedstawiał Jan Paweł II, który w przesłaniu na zakończenie Międzynarodowego Roku Wolontariatu (2001) przekonywał: „wolontariat w każdym przypadku powinien być szkołą życia, zwłaszcza dla ludzi młodych, przyczyniając się do ich wychowania w kulturze solidarności i otwartości, w gotowości do dania daru z siebie. Iluż wolontariuszy poprzez odważne zaangażowanie się na rzecz bliźnich dochodzi do odkrycia wiary! Chrystus, który zachęca, aby służyć Mu w ubogich, przemawia do serca tego, kto staje się ich sługą. Pozwala doświadczyć radości miłości bezinteresownej, miłości, która jest źródłem prawdziwego szczęścia”. Podczas gdy ks. Dziewiecki ostrzega, że: „Wolontariat bez formacji zamienia się w pusty aktywizm społeczny”, Jan Paweł II w aktywizmie społecznym widzi szansę na prawdziwą formację, która głęboko przemienia ludzi zaangażowanych.

Humanistycznie czy po chrześcijańsku?

Według ks. Dziewieckiego nie każdy rodzaj zaangażowania jest tak samo cenny. Wprowadza on rozróżnienie na wolontariat humanistyczny i wolontariat chrześcijański, przy czym ten drugi rodzaj wydaje się w opinii autora bardziej pożądany. W cytowanym już artykule czytamy: „wolontariat chrześcijański wyraźnie różni się od wolontariatu humanistycznego (…). Wolontariat według zasad Ewangelii ma głębsze motywy, bo wynika z miłości Boga do człowieka, a nie tylko ze spontanicznej wrażliwości na potrzeby bliźnich. Po drugie, wolontariat chrześcijański ma głębsze cele. Nie chodzi tu tylko o nakarmienie głodnych czy odwiedzenie samotnych. Chodzi o pomaganie bliźnim w rozwoju, aż do świętości włącznie. Po trzecie, wolontariat jest na tyle chrześcijański, na ile wiąże się z pogłębioną formacją w duchu Ewangelii i na ile jest owocem tejże formacji”. I znów pojawia się podobny problem – teoretycznie nie ma nic nagannego w tym, żeby pomocy drugiemu nie ograniczać do zaspokojenia jego najpilniejszych potrzeb. Ale głębsza analiza tego fragmentu musi prowadzić do wniosku, że stoją za tą wizją pewne założenia, które nie muszą być wcale przez wszystkich akceptowane. W przytoczonym opisie wolontariusz chrześcijański to ktoś, kto posiada dobra (materialne i duchowe) i może się podzielić z tym, który nie ma niczego. Relacja obdarowania jest jednostronna. Nie ma tu mowy o tym, jak człowiek potrzebujący wsparcia mógłby wzbogacić wolontariusza. To obecność wolontariusza może dawać szansę na rozwój duchowy, nie odwrotnie. Jest w tym ujęciu coś niepokojąco paternalistycznego.

Inaczej o wartościach humanistycznych pisze w cytowanym już przesłaniu Jan Paweł II: „Cóż takiego skłania wolontariusza do poświęcenia swego życia dla innych? Przede wszystkim naturalny odruch serca, który przynagla każdego człowieka do pomocy drugiemu – swemu bliźniemu. (…) Wolontariusz, gdy bezinteresownie może dać innym coś z siebie, doświadcza radości, która przewyższa to, czego dokonał. Z tego właśnie powodu wolontariat jest szczególnym czynnikiem sprzyjającym postępowi na drodze humanizacji: dzięki różnym formom solidarności i służby, które promuje i konkretyzuje, uwrażliwia społeczeństwo na godność człowieka i na jego różne potrzeby. Działalność wolontariatu prowadzi do doświadczenia, że człowiek w pełni realizuje się wyłącznie wtedy, gdy kocha i daje siebie innym”. W słowach papieża o wiele więcej jest zaufania do „spontanicznej wrażliwości na potrzeby innych”, żeby użyć słów ks. Dziewieckiego. Nie ma w tym podejściu potrzeby odcinania się od wartości humanistycznych, a wolontariusz jest nie mniej obdarowany niż osoba, której pomógł. Perspektywa jest tu więc zupełnie inna – zaangażowanie w dobro wspólne staje się zaangażowaniem w moje własne dobro, w mój rozwój i kształtowanie świata, w którym żyję. Nie chodzi przy tym wcale o egoizm, ale o zrozumienie, że osoba pomagająca i osoba, której się pomaga są członkami tego samego społeczeństwa, które jest kształtowane przez każdą aktywność lub jej brak a w relacji pomocy ludzie wzbogacają się wzajemnie.

Te dwa podejścia obecne w Kościele katolickim znajdują często swoje odbicie z przemianach języka, którego używa się do mówienia o pomocy drugiemu. Jedna wizja zarysowuje i utrwala nierówność pozycji – określenia takie jak „działalność dobroczynna” czy „pochylanie się z troską nad czyjąś biedą” wskazują, kto stoi wyżej, kto czyni dobro, kto może być dumny ze swojego wysiłku. Coraz częściej jednak mówi się o „dobru wspólnym”, wzmacnianiu „społeczeństwa obywatelskiego”, „trzecim sektorze” i „niwelowaniu nierówności”. Dzięki tym określeniom pochodzącym z języka socjologów i politologów łatwiej uniknąć myślenia o bardziej i mniej uprzywilejowanych grupach społecznych w kategoriach niesprawiedliwej hierarchii. Celem, do którego te określenia odsyłają, jest świat, w którym każdy ma zadany wysiłek, a korzyści (także duchowe) są wspólne.

Powrót do Ewangelii

W dyskusjach o tym, jak powinno wyglądać rozumienie zaangażowania chrześcijan w aktywność społeczną, trudno nie odwołać się do Pisma Świętego. W 25 rozdziale Ewangelii św. Mateusza Jezus zapowiada, że podczas Sądu Ostatecznego królestwo zostanie dane tym, którzy nakarmili głodnych, przyjęli przybyszów, odwiedzili chorych i więźniów. Co więcej, zrobili to nie dlatego, że widzieli w nich Boga. Kierowali się właśnie spontaniczną wrażliwością na potrzeby innych. Zbawieni nie kryją zaskoczenia – nic nie wiedzieli o tym, że ich czyny mogą mieć jakieś głębsze znaczenie.
Wydaje się więc, że w nauce Jezusa pomaganie innym jest kwestią bardzo prostą, niedomagającą się wielkich rozpraw teologicznych ani specjalnego przygotowania. Przeciwnie – należy podążać za zwykłym ludzkim współczuciem, być z drugim człowiekiem w jego cierpieniu i szukać z nim sposobów rozwiązania jego problemów. Taka postawa nie musi wynikać z w pełni ukształtowanej wiary. Ona jest często drogą do Boga. Jest sama w sobie – powiedzielibyśmy dziś – formacją chrześcijańską.

Mimo że w polskich debatach dotyczących aktywności społecznej katolików mało mamy jeszcze jednoznacznych drogowskazów, to coraz częściej jasne komunikaty płyną z Watykanu. Podobnie jak Jan Paweł II Benedykt XVI poświęca zaangażowaniu chrześcijan dużo uwagi. W encyklice Deus caritas est zauważa: „Z upływem lat, wraz ze stopniowym rozprzestrzenianiem się Kościoła, działalność charytatywna utwierdziła się jako jeden z istotnych jego sektorów, obok udzielania Sakramentów i głoszenia Słowa: praktyka miłości wobec wdów i sierot, wobec więźniów, chorych i wszystkich potrzebujących należy do jego istoty w równej mierze, jak posługa Sakramentów i głoszenie Ewangelii. Kościół nie może zaniedbać posługi miłości, tak jak nie może zaniedbać Sakramentów i Słowa” (nr 22).

Wypowiedzi papieży kreślą jasny komunikat – aktywność społeczna nie powinna być widziana jako nadprogramowa działalność Kościoła, nie jest ona dodatkiem do jedynej prawdziwej misji – przekazywania wiary. Zaangażowanie społeczne jest obowiązkiem, ale też darem dla katolików. To w szczerym byciu przy innym człowieku tworzy się przestrzeń na to, co nas przekracza. Bo czy bez otwartości na drugiego w jego słabości i bezsilności można zrozumieć przesłanie Jezusa, który przychodzi na świat jako bezbronne dziecko?

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter