70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czas żydowskich duchów

Jeśli założymy, że dzieje polskich Żydów stanowią integralną część historii i kultury Polski, stanie się oczywiste, że to właśnie Polacy powinni wziąć na swoje barki trud upamiętnienia tej spuścizny. Dziedzictwo to może się stać wyjątkowym pomostem do ponownego spotkania Polaków i Żydów i należy wierzyć, że do niego dojdzie.

Miesięcznik „Znak” zwrócił się do mnie z prośbą o wypowiedź na temat zainteresowania w Polsce kulturą żydowską. Ta na pozór prosta prośba wprawiła mnie w zakłopotanie. Doskonale pamiętam, że w dzieciństwie i we wczesnej młodości za wszelką cenę pragnąłem uchodzić za prawdziwego Polaka, będąc przekonanym, że nie ma nic gorszego niż bycie Żydem w kraju, gdzie zaledwie kilka lat wcześniej odbyła się eksterminacja narodu skazanego na Zagładę. I zapewne nie tylko we własnych oczach rzeczywiście byłem Polakiem. Później nadszedł marzec 1968 r., który najpierw formalnie, a potem już faktycznie uczynił ze mnie syjonistę i Izraelczyka. Sprawa jest o tyle złożona, że w pełni uświadomiłem sobie swoje pochodzenie dopiero w Izraelu i to znacznie później, co z kolei nie miało żadnego związku ze zmianami, jakie wydarzyły się Polsce. Ten nieco zagmatwany wstęp ma poniekąd wyjaśnić sens mojej wypowiedzi.

 

Utracona różnorodność

Dorastając w dość szarej rzeczywistości tzw. małej stabilizacji lat 60., trudno mi było uwierzyć, choć przecież o tym wiedziałem, że w przededniu II wojny światowej mieszkało w Polsce blisko 3,5 mln Żydów. Byli wśród nich ludzie religijni, ateiści, chasydzi, syjoniści, jidyszyści, bundyści, komuniści i asymilanci. Jeden na trzech mieszkańców Warszawy był Żydem. Była ona największym żydowskim miastem w Europie. Znajdowały się tam najważniejsze instytucje życia społecznego i kulturalnego: dziesiątki synagog, szkół, szpitali, teatrów, redakcje gazet, kluby sportowe. Podobnie działo się w Łodzi, Lublinie, Białymstoku oraz w innych polskich miastach i miasteczkach. W Izbicy na Lubelszczyźnie mieszkali prawie wyłącznie Żydzi. W Sosnowcu – moim rodzinnym mieście – nie było ich aż tylu. Spis ludności z 1938 r. zarejestrował ich prawie 25 tys., co stanowiło przeszło 20% populacji miasta. Były tam wielka synagoga, zwana miejską, domy modlitwy, instytucje społeczne, szkoły, sierociniec, szpital, cmentarz. W sąsiednim Będzinie, gdzie mój ojciec przeżył początki wojny, populacja żydowska dochodziła niemal do 70% ogółu mieszkańców. Świat, który poznałem kilka lat po zakończeniu wojny, był całkowicie inny. Nie było w nim prawie Żydów, a ci cudem ocaleli w wielu przypadkach woleli ukryć swoje pochodzenie. W ciągu zaledwie 5 lat kilkumilionowy naród, który żył i rozwijał się tu przez niemalże tysiąclecie, zniknął z powierzchni ziemi. Pozostały tylko niedobitki, mgliste wspomnienia i pamięć, która czasami powracała falami. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że na tzw. Ziemiach Odzyskanych, na terenach niedotkniętych bezpośrednio Zagładą, gdzie istniały zaledwie nieliczne skupiska żydowskie, powstawały nowe sztetle, docierali tam powracający repatrianci ze Związku Sowieckiego, w którym mieli niebywałe szczęście przetrwać wojnę. Już nie w Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy, jak pisał Słonimski w Elegii żydowskich miasteczek, lecz w Dzierżoniowie, Bielawie, Żarach czy Nowej Soli można było sporadycznie usłyszeć żydowskie pieśni dochodzące z lokali Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce (TSKŻ). Jednak i to skończyło się po kilkunastu latach, kiedy w marcu 1968 r., kilka miesięcy po wojnie sześciodniowej, komunistyczne władze przystąpiły do bezwzględnej kampanii antysemickiej, ukrywanej pod kryptonimem urojonej walki z syjonizmem. W konsekwencji około 20 tys. ostatnich Żydów zostało zmuszonych do wyjazdu z Polski. Wielu z nich udało się do Stanów Zjednoczonych, Skandynawii, Francji, nieliczni przybyli do Izraela.

 

„Więcej żydowskich festiwali niż Żydów”

Polska współczesna charakteryzuje się olbrzymim zainteresowaniem wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z Żydami. Począwszy od bodaj najważniejszej debaty publicystycznej w demokratycznej Polsce na temat zbrodni jedwabieńskiej, dyskusji i sporów wokół relacji polsko-żydowskich, sprowokowanych kolejnymi książkami Jana Tomasza Grossa, a skończywszy na tym, co potocznie nazywamy żydowskimi festiwalami. W tym kontekście warto wspomnieć, że Adar Primor, znany izraelski dziennikarz, napisał kilka lat temu po pobycie w Krakowie, że „w Polsce jest więcej żydowskich festiwali niż Żydów”. Z punktu widzenia turysty w tym smutnym żarcie rzeczywiście coś jest. Nie tylko w Krakowie i Warszawie, lecz także w wielu miastach i miasteczkach odbywają się festiwale, organizowane są różnego rodzaju dni judaizmu, ba, nawet Kościół Katolicki od przeszło 10 lat w ramach dialogu między religiami patronuje tego typu imprezom. Rozmowy o Żydach i judaizmie odbywają się w wielu szkołach, domach kultury i na uniwersytetach, nie wspominając już o tym, że na wielu uczelniach istnieją programy studiów poświęcone tej tematyce. Powstają nowe organizacje, stowarzyszenia i fundacje, których celem jest pomaganie w rozpowszechnianiu tej kultury.

W przygranicznej Gołdapi, mazurskim miasteczku na skraju Puszczy Boreckiej, które lubię odwiedzać i które do 1945 r. należało do Niemiec, od lat mieszkańcy pielęgnują pamięć o dawnych mieszkańcach. Wprawdzie ostatni Żyd stąd pochodzący zmarł przed kilkoma laty w Izraelu, nie przeszkadza to jednak burmistrzowi i mieszkańcom, którzy przecież przybyli tu z różnych zakątków Polski, organizować izraelsko-polskie spotkania i z pietyzmem pielęgnować żydowski kirkut. W Chmielniku w województwie świętokrzyskim, gdzie w dwudziestoleciu międzywojennym Żydzi stanowili przeszło 80% społeczności, od dziesięciu lat odbywają się słynne Spotkania z Kulturą Żydowską, na które z Izraela, USA, Kanady i Niemiec ściągają potomkowie dawnych mieszkańców. W Rymanowie na Podkarpaciu od kilku lat organizowane są Dni Pamięci o Żydowskiej Społeczności, a w Lelowie nieopodal Częstochowy od 2003 r. odbywają się dość kuriozalne coroczne święta czulentu. Wiele emocji budzi również kontrowersyjna inscenizacja w Będzinie przedstawiająca likwidację tamtejszego getta w sierpniu 1943 r.

W Polsce wszyscy już jakoś przyzwyczaili się do tych zjawisk, nie mówi się więc o przemijającej modzie, nie pamięta się już dowcipu z początku lat 80. ubiegłego wieku: „co się dziś w Polsce nosi? – Żydów na rękach”. W USA, Francji, nawet Izraelu fascynacje te budzą jednak spore zainteresowanie, czasami wręcz zdumienie. Wielu spośród żydowskich turystów odwiedzających Polskę zadaje sobie pytanie: jak to możliwe? Jak wytłumaczyć prosty fakt, że w państwie, w którym według oficjalnego spisu ludności mieszka nieco ponad tysiąc Żydów, występuje aż taka fascynacja tą tematyką? Prawdę mówiąc dla mnie samego i zapewne dla wielu moich polskich rówieśników nie do końca była ona zrozumiała jeszcze kilkanaście lat temu.

 

Przysłuchiwanie się przeszłości

Pod koniec 2010 r. nakładem Wydawnictwa Znak ukazała się interesująca w tym kontekście książka francuskiego historyka Jeana-Yvesa Potela, pod dość przewrotnym tytułem Koniec niewinności. Polska wobec swojej żydowskiej przeszłości. Potel, który spędził kilka lat w Ambasadzie Francji w Warszawie na stanowisku attaché kulturalnego, starał się zrozumieć to osobliwe zjawisko. „W czasie, w którym często pamięć bywa nadużywana, wydał mi się istotny powrót do sytuacji podstawowych, zrozumienie, jak konkretne kobiety i konkretni mężczyźni, w różnym wieku i o najróżniejszych przekonaniach, podejmują próbę upamiętnienia. Jaka jest ich motywacja i w jaki sposób swe zadania realizują” (s. 12). W swoim eseju autor zamieszcza wypowiedzi kilkunastu rozmówców, głównie intelektualistów młodszego pokolenia, którzy ukazują swoją drogę do fascynacji kulturą żydowską. Uważam, że francuski historyk i dyplomata ma całkowitą słuszność, mówiąc: „przyglądanie się żydowskiej historii jest przysłuchiwaniem się swojej przeszłości, pytaniem o polityczną i narodową tożsamość. Pochylając się nad losem Żydów, Polacy wyrażają swoją fascynację historią kraju, wielokulturowym pięknem rzeczywistości, która zniknęła. Jest to fascynacja tym, co zostało utracone, i tym, co chciałoby się wciąż posiadać” . Dobrym tego przykładem może być casus noblisty Isaaca Bashevisa Singera, urodzonego w Polsce, który w 1935 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Na początku lat 90. stał się jednym z najbardziej popularnych i poczytnych pisarzy wśród Polaków. Pisał wprawdzie w Nowym Jorku w języku jidysz, a jego powieści ukazywały się nad Wisłą w przekładach z angielskiego, niekiedy z jidysz, ale przecież pisał o tym kraju, o żyjących tu kiedyś Żydach. To właśnie z tego powodu stał się polskim pisarzem. W jednej ze swoich wczesnych powieści opisuje spacer bohatera z domu przy ulicy Krochmalnej do hotelu Bristol na Krakowskim Przedmieściu. Wędrując żydowskimi ulicami i zaułkami Warszawy bohater powieści dopiero tam, w hotelowej restauracji, natyka się na kelnera, który okazuje się pierwszym nie-Żydem spotkanym tego dnia. A przecież podobnie bywało w Łodzi, Lublinie, Białymstoku i w innych polskich miastach i miasteczkach. Ten cudowny, barwny i różnorodny świat bezpowrotnie znikł po II wojnie światowej.

Powojenna komunistyczna Polska stała się krajem szarym, monotonnym, homogenicznym i jednonarodowym. W okresie tym prawie w ogóle nie ukazywały się książki poświęcone tematyce żydowskiej, a ocaleli, którzy jeszcze tu żyli, zeszli do podziemia. Wprawdzie w Warszawie wciąż działały Teatr Żydowski i Żydowski Instytut Historyczny oraz ukazywała się gazeta w języku jidysz, ale wszystko to było niczym listek figowy dla komunistycznych władz, utrzymujących pozory istnienia życia diaspory. Wydaje mi się, że mogę dość precyzyjnie wskazać na moment przełomowy tego zjawiska. Była to połowa lat 80. ubiegłego stulecia. To właśnie wtedy Jerzy Kawalerowicz zrealizował Austerię według powieści Juliana Stryjkowskiego, a telewizja publiczna pokazała nienowy już wtedy amerykański film Skrzypek na dachu z izraelskim aktorem Chaimem Topolem w roli Tewiego. Musicalowa produkcja o dość banalnej fabule, znanej z Teatru Żydowskiego, wywołała ogromny efekt. Prości ludzie na ulicach pytali wprost „Gdzie podziała się ta dawna, barwna Polska?”. Starsi opowiadali swoim wnukom o żydowskich sąsiadach. Okres talonów na niemal wszystkie produkty prowokował do ironicznych uwag: „Kiedy żyli tu Żydzi, to i w sklepach było wszystko”. Był to początek długiego i fascynującego procesu. Zaczęły się ukazywać artykuły, a później książki o tematyce żydowskiej. Pokazywano i kręcono filmy fabularne i dokumentalne. Nadszedł czas festiwali oraz dni kultury żydowskiej.

Proces ten trwa nadal, przynosząc coraz bardziej zdumiewające przykłady. Młodzi Polacy odwiedzają Izrael – w zaułkach jerozolimskiej dzielnicy Mea Szearim lub na przedmieściach Tel Awiwu szukają atmosfery dawnych warszawskich Nalewek, ulicy Gęsiej czy Krochmalnej. Powodowane jest to zapewne nostalgią za piękną, barwną i wielonarodową niegdysiejszą Polską, w której na ulicach miast i miasteczek jidysz mieszał się z polskim. Muzykolodzy, historycy oraz badacze literatury i sztuki doszli do wniosku, że nie można zrozumieć dziejów tego kraju, nie wspominając o wkładzie i wpływach tej społeczności. Szczególną rolę, zwłaszcza w różnych inicjatywach lokalnych, odgrywają ludzie młodzi, dobrze wykształceni i spragnieni wiedzy o historii własnego narodu, którzy w dodatku niezbyt dobrze pamiętają siermiężne lata Polski Ludowej. W przeobrażeniach tych, moim zdaniem, niewielki udział bierze odradzająca się w demokratycznej Polsce społeczność żydowska, tworząca w minionych latach różne organizacje. Wytyczyły one przed sobą inne cele i mają zupełnie inne wyzwania, związane bardziej z określeniem tożsamości niż wyrażaniem nostalgii za dawną wielokulturowością. Wyjątkiem jest tu Fundacja Shalom, założona i kierowana przez niestrudzoną Gołdę Tencer. Aktorka począwszy od 2004 r. organizuje warszawski Festiwal Singera, zajmuje się upamiętnianiem Zagłady oraz działa na rzecz upowszechniania wiedzy o kulturze polskich Żydów wśród szkolnej młodzieży.

 

W poszukiwaniu tożsamości

W ostatnich latach do Polski przyjeżdża coraz więcej młodzieży z Izraela, zorganizowanych grup z diaspory, a także indywidualnych turystów. Nie jestem pewny, czy wszyscy oni zauważyli to narastające w tym kraju zainteresowanie ich kulturą. Młodzież przyjeżdża tu od przeszło 20 lat. Co roku odwiedza Polskę prawie trzydzieści tysięcy uczniów i uczennic izraelskich liceów. Pielgrzymki te od lat podążają starym niezmienionym szlakiem, koncentrując się na osi Warszawa – Treblinka – Majdanek – Płaszów – Oświęcim. Niezależnie od tych wszystkich pomników Zagłady, odwiedzają oni również miejsca związane z dziejami Żydów w Polce takie jak Tykocin czy krakowski Kazimierz, a nawet spotykają się ze swoimi polskimi rówieśnikami. Uwzględniając to, trudno mi jednak uwolnić się od przeświadczenia, że izraelska młodzież nie przyjeżdża do Polski zafascynowanej jej historią, lecz przede wszystkim na cmentarz narodu żydowskiego. Nie są to rzecz jasna kulturoznawcze wycieczki, lecz niemal religijne pielgrzymki do miejsc męczeństwa, eksterminacji i śmierci. Izraelscy uczniowie identyfikując się z cierpieniem swoich dziadków, pragną jedynie poznać kraj, gdzie wydarzyła się ta największa tragedia ich narodu. Zapewne nie interesuje ich współczesna Polska, odkrywająca czarne i białe karty własnej przeszłości i wspominająca swoich sąsiadów. Dlatego też nie zajrzą oni na lokalną wystawę, żeby zobaczyć kilka pożółkłych zdjęć żydowskich mieszkańców odwiedzanego miasta, nie pójdą na sentymentalny koncert ckliwej muzyki klezmerskiej, wreszcie nie wejdą do księgarni, żeby zdumieć się imponującą liczbą przekładów literatury hebrajskiej, nie wspominając już o albumach, książkach i innych publikacjach poświęconych problematyce ich narodu, których ilość daleko przewyższa asortyment podobnej placówki w Izraelu.

Zupełnie inny stosunek do zmian zachodzących w Polsce mają starsi już Żydzi przyjeżdżający tu zarówno z Izraela, jak i z pozostałych części świata. Wielu spośród nich urodziło się w Polsce i pamięta jeszcze kraj swojej młodości. Spojrzenie ich zmienia się jednak z upływem lat. „Zapamiętałem dni mojego dzieciństwa w Warszawie, która była nie tylko stolicą Polski, lecz również wielką żydowską metropolią. Na ulicach miasta wyróżniali się Żydzi w tradycyjnych ubraniach. A teraz przechadzam się ulicami Warszawy, w której nie ma nawet jednego mi znajomego człowieka… Jedynie ruiny domów są pomnikami spoczywających pod nimi Żydów” – zanotował w swym dzienniku 15 września 1956 r. Katriel Katz, nowo mianowany ambasador Izraela w Polsce . Przeszło pół wieku później inny izraelski dyplomata – Yossi Avni-Levi – w relacji dla izraelskiego dziennika „Ha-arec” pt. Cappuccino i sernik na Placu Trzech Krzyży, określi Warszawę jako najbardziej romantyczne i melancholijne miasto na świecie.

Trudno nie wzruszyć się, czytając w Tel Awiwie przepiękne opisy warszawskich ulic, parków i ogrodów. Nie sposób nie uronić łzy, gdy czytamy w artykule Avni-Leviego o jego młodym przyjacielu Łukaszu, mieszkańcu jednego z bloków przy ulicy Anielewicza, który nagle odkrył, że żyje na terenie dawnego getta. Dzięki temu odnalazł nową pasję i sens w życiu: wraz z grupą kolegów zaczytuje się w literaturze żydowskiej, ogląda filmy, jeździ na festiwale, a w Dzień Wszystkich Świętych kładzie kwiaty i kamyki na przypadkowych grobach na żydowskim cmentarzu przy ulicy Okopowej. Dziś Yossi Avni-Levi jest ambasadorem Izraela w Belgradzie. Oprócz swojej oficjalnej funkcji jest również przedstawicielem owej szlachetnej Polski, którą zapamiętał z okresu swojej misji. Łatwo mogę sobie wyobrazić, jak bardzo tęskni do swojej pięknej Warszawy, do wyśnionego żydowskiego miasta, które, choć znikło z powierzchni ziemi prawie siedemdziesiąt lat temu, wciąż jeszcze obecne jest w zakamarkach jego pamięci i we wspomnieniach innych. Wiem również, że brakuje mu tych wszystkich polskich przyjaciół, którzy wciąż wracają myślami do tamtej Polski, chociaż nigdy nie było im dane w niej żyć. Pisząc te słowa zdaję sobie sprawę, że mój przyjaciel Yossi w swoich poetyckich wizjach nie jest jednak typowym Izraelczykiem. Nie są również nimi przedstawiciele drugiego i trzeciego pokolenia Żydów z Krakowa, Chmielnika, Będzina czy Rymanowa, którzy dość regularnie odwiedzają kraj swoich przodków, uczestnicząc w dniach pamięci poświęconych swoim ojcom i dziadkom. „Jakie to jest uczucie przyjechać do miasta, w którym wychowała się mama i z którego musiała wyjechać” – zapytuje dziennikarka miesięcznika „Nasz Rymanów” Malkę Shachan-Doron, która przyjechała z Izraela na I Dni Pamięci o Żydowskiej Społeczności Rymanowa w sierpniu 2008 r. Ta zaś odpowiada piękną polszczyzną, której nauczyła się już w izraelskim miasteczku: „Tu jest tak pięknie, jak mama mówiła. Ludzie są przyjemni, zapraszają mnie do domu, ja idę i my gadamy, i płaczemy, i to dla mnie jest pamiętać” . Jest to dla niej na tyle ważne, że przyjeżdża co roku, przywożąc za każdym razem ze sobą nową grupę dawnych rymanowian poszukujących tożsamości w Polsce.

Podróże do Polski stały się w ostatnich latach dość wdzięcznym tematem we współczesnej literaturze hebrajskiej. Problematyka ta została zresztą opisana we frapującej książce Shoshany Ronen pt. Polin. A Land of Forests and Rivers. Images of Poland and Poles in Contemporary Hebrew Literature wydanej kilka lat temu przez Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego. Książka ta niestety nie doczekała się jeszcze polskiego przekładu. Szkoda, bo można by się dowiedzieć, w jaki sposób izraelscy pisarze próbują zbudować swoją tożsamość poprzez podróże do Polski, „do miejsca, które było bardziej wymyślone niż prawdziwe… Polska jest idealnym miejscem dla takich poszukiwań tożsamości. To ziemia, na której Żydzi żyli od wieków, ale i miejsce, gdzie znaczna część ludności żydowskiej została zgładzona. Polska jest z jednej strony miejscem pochodzenia, a z drugiej strony miejscem, w którym zginęła cała cywilizacja” . Dla tych twórców, dla wielu Izraelczyków oraz Żydów z diaspory festiwale, dni pamięci oraz nowe wyobrażenia i fascynacje nie są do niczego potrzebne. Ronen zauważa jednak także i drugi nurt, „jest nim twórczość pisarzy podróżujących do tych samych miejsc, co ich poprzednicy, ale zafascynowanych pamięcią o nieobecnych Żydach, stworzoną przez Polaków, mieszkańców tych nieistniejących już miejsc”.

 

Obsesyjne wypełnianie pustki

Zakładając, że dzieje dawnych sąsiadów z tych ziem stanowią integralną część historii i kultury kraju, jest sprawą oczywistą, że to właśnie Polacy powinni wziąć na swoje barki trud upamiętnienia żydowskiej spuścizny. Dziedzictwo to może się stać wyjątkowym pomostem do ponownego spotkania z Żydami i należy wierzyć, że do niego rzeczywiście dojdzie. Tymczasem należy popierać wszelkie inicjatywy mające na celu upamiętnienie ich dzieła, choć nie zawsze są one udane. Odczuwam wielki podziw dla determinacji Janusza Makucha i Krzysztofa Gierata, którzy byli prawdziwymi pionierami na tym polu i doprowadzili do tego, że żydowskie dziedzictwo zawitało do wielu miast i miasteczek. Będąc dość częstym gościem na krakowskim Festiwalu Kultury Żydowskiej wielokrotnie zastanawiałem się, na ile przedstawiane tam wydarzenia są typowe dla żydowskiej sztuki i tradycji, czy muzyka klezmerska, nauka kaligrafii hebrajskiej i wycinanki nie wypaczają jej charakteru i bogactwa. Można by na ten temat rozmawiać bez końca, należy jednak zapytać, czy ma to jakikolwiek sens? Korzystając z okazji pragnąłbym przywołać tu rozmowę, która choć odbyta przed kilkunastoma laty, zapadła mi głęboko w pamięci. Chodzi tu o spotkanie ze Szlomo Barem, liderem i założycielem zespołu Habrera Hativit, bodaj największej atrakcji wielu krakowskich festiwali, który powiedział mi wówczas w Krakowie, że on, potomek marokańskich Żydów z gór Atlas dopiero tu poznał i zrozumiał esencję wschodnioeuropejskiego sztetla – zaczarowanej krainy polskich Żydów. Pomyślałem wówczas, że we wspólnej wyobraźni ludzi urodzonych już po wojnie jest to metafora świata, który bezpowrotnie przepadł i do którego niemal wszyscy wciąż tęsknimy. Przypomniały mi się słowa cytowanego ostatnio przy każdej okazji wiersza Antoniego Słonimskiego, polskiego poety o żydowskich korzeniach, który stał się symbolem tego zaginionego świata i który w 1947 r. w Londynie pisał: „Nie masz już w Polsce żydowskich miasteczek, (…) gdzie szewc był poetą, zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem”. Z biegiem czasu Elegia żydowskich miasteczek stała się w pewnym sensie symbolem świata, który bezpowrotnie zginął. Prawdą jest, że nie ma już w Polsce sztetli i prawie nie ma w niej Żydów, ale jednak paradoksalnie i niemalże obsesyjnie są oni nadal obecni w naszej świadomości zbiorowej. Można śmiało powiedzieć, że żydowskie duchy wciąż unoszą się nad Polską.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata