70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oddawać życie nie znaczy umierać

Jeśli chcemy życiu naszemu nadać wyższy sens, to możliwe jest to tylko wtedy, kiedy śmierć będzie z życiem tworzyć jedność, wówczas, kiedy żyjemy dla kogoś czy dla czegoś, za kogo czy za co jesteśmy w każdej chwili gotowi umrzeć.

Czy decyzja o posiadaniu dzieci ma charakter etyczny?

Tak, mówi się, że ludzie „posiadają” dzieci. Ludzie „posiadają” szczoteczki do zębów, garnki, samochody, dzieci, mieszkania itd. Tak mówiąc, Się znosi różnicę między rzeczą a człowiekiem, a przecież dziecko to też człowiek, nie rzecz. Ludzie pragną różnych rzeczy, a ponieważ nie mogą posiadać wszystkiego, muszą często wybierać jedne kosztem drugich. W świecie jako hipermarkecie człowiek podejmuje decyzję o „nieposiadaniu” dziecka, bo to się po prostu „nie opłaca”. Decyzja ta najczęściej jest błędem etycznym, polegającym na odwróceniu rzeczywistej hierarchii wartości. Są tedy ludzie, dla których umrzeć bezpotomnie jest mniejszym złem niż umrzeć z niższym kontem w banku.
W jakiej relacji pozostaje człowiek do dziecka, jeśli nie jest to relacja posiadania? Pierwotną jest relacja płodzenia, a potem relacja troski. Płodzenie nie jest bynajmniej kategorią zoologiczną, lecz ontologiczno-egzystencjalną, tak jak i troska. Człowiek raczej nie podejmuje decyzji o spłodzeniu dziecka. Płodzenie jest bowiem naturalną konsekwencją miłości, jaka wiąże kobietę i mężczyznę. Decyzję podejmuje zakładając rodzinę. Pragnienie dziecka należy do jej konstytucji.

Czy jednak opozycja „rodziców-konsumentów” oraz tych, którzy „raczej nie podejmują decyzji o spłodzeniu dziecka” będącego „naturalną konsekwencją ich miłości” nie jest fałszywa? Łatwo wyobrazić sobie osoby, które ani nie myślą kategorią „posiadania”, ani nie chcą „nie podejmować” decyzji o płodzeniu. Kochają się, ale nie chcą płodzić dzieci, gdyż wiedząc, z jak dużym cierpieniem może się wiązać życie, nie chcą powoływać do niego nowej istoty.

Kto odnajduje w sobie zdolność do miłości i kto ma szczęście darzonym być miłością, ten śpiewa hymn na cześć życia, a nie traktuje go jak pasma ciągnących się nieszczęść. A zatem, mnie przynajmniej, wcale niełatwo wyobrazić sobie osoby, które mając udział w największym cudzie, jaki objawić może nam życie, równocześnie je oczerniają i wzbraniają dostępu do niego owocom swej miłości. Miłość jest największym argumentem na rzecz wartości życia.

Zaprosić dziecko do własnej miłości można przecież nie tylko przez jego poczęcie, ale również przez przygarnięcie tego, które samotne już żyje na świecie. To empatia może skłaniać do rezygnacji z własnych dzieci. Ta sama empatia podpowiada, że należy ulżyć w cierpieniu tym, które już się narodziły – np. przez adopcję. Czy to zmienia Pański pogląd?

Mam Pana zabić? Załóżmy, że to Pan jest tym, który niczego prócz cierpień od życia już spodziewać się nie może. Czy wtedy, wiedziony ową „empatią”, nie powinienem chcieć ulżyć w ewentualnym cierpieniu i Pana zabić? Może jednak powinienem wpierw zapytać Pana o zdanie? A gdyby Pan odpowiedział: „Tak, proszę, ulżyj mi”, to czy mógłbym potraktować Pana życzenie poważnie? Czy życie nie dość nas już zaskakiwało?

Daję ten jaskrawy przykład, by uwyraźnić, po jak cienkiej linie Pan stąpa. „Życie może wiązać się z cierpieniem” – i to ma być argument, by nie słyszeć w naszym erotycznym pożądaniu wołania dopraszającego się istnienia dziecka? A jak Pan je zapyta, czy akceptuje Pańskie „nie” dla jego życia? Tak, to „nie” płynie ze współczucia. Skąd jednak Pan wie, co w jego życiu może się przydarzyć? A może życie prócz cierpień przyniesie mu też wiele radosnych uniesień? I skąd u Pana taki lęk przed cierpieniem? Cierpienie należy do życia i ściśle jest sprzężone z radością.

Prawdą jest, iż wspomniane osoby nie mogą mieć pewności, jak będzie wyglądać życie ich dzieci. Ale są i tacy rodzice, którzy ją mają, i nie stoją już przed dylematem: począć czy nie, ale: urodzić czy nie. Chodzi o rodziców, którzy dzięki badaniom prenatalnym wiedzą, z jakimi chorobami dziecko przyjdzie na świat, a więc pośrednio także – z jak wielkim cierpieniem przyjdzie mu żyć. Jak postąpić w tej sytuacji?

Etyka wedle swego źródłowego projektu jest filozofią praktyczną, tzn. jej celem jest stawanie się, a nie teoria. Człowiek, uświadamiając sobie swą wolność, staje wobec pytania: jak rozporządzić swym życiem? Namysł zrodzony z tego pytania, jeśli tylko nie brak mu systematyczności i właściwego dla swego przedmiotu rygoru, jest etyką. Z tego punktu widzenia współczesny, panujący na uniwersytetach paradygmat uprawiania etyki jest fałszywy. Miast pytania podstawowego o jak swojego życia jako projektu całościowego stawia się pytanie „jak postąpić?” w jakiejś szczególnie skomplikowanej sytuacji. Porusza się wyobraźnię publiczności i skupia jej uwagę na problemach, które najczęściej bezpośrednio jej nie dotyczą. I to nazywa się etyką. To, jak żyje człowiek, nie jest problematyzowane, a jak rozporządzić swym życiem „rozumie się samo przez się”. Problemem jest natomiast, czy rozdzielić syjamskie bliźniaczki, o których przeczytaliśmy w gazecie.
Pytanie: „jak postąpić?” w tej szczególnej sytuacji, jaką jest stwierdzone w badaniach istotne kalectwo płodu, z etycznego punktu widzenia jest pytaniem wtórnym. I inaczej musi wypaść jego rozważanie, kiedy skonfrontowana z nim osoba postawiła już i rozważyła pytanie podstawowe, i świadomie rozstrzyga o swoim życiu jako całości, a inaczej, kiedy pytanie to w ogóle nie było rozważane i osoba ta nie rozporządza swym życiem jako świadomie ukierunkowaną całością. Rozważanie tego pytania jako abstrakcyjnego, według mnie, nie ma sensu. I ogólna odpowiedź, która miałaby być wiążąca dla wszystkich dotkniętych taką sytuacją, nie istnieje i istnieć nie powinna. Tu nie może być uogólnień. Obowiązuje natomiast zasada odpowiedzialności: z całą powagą i świadomością konsekwencji biorę na siebie odpowiedzialność za swą decyzję i tej odpowiedzialności będę starał się sprostać.

Temu, iż człowiek jest istotą dwunożną, nie zaprzecza fakt, iż zdarzają się ludzie jednonożni czy beznożni. Jeśli jednak ktoś ma ręce i nogi, to nie powinien wymądrzać się i pouczać, jak ma rozstrzygać swe dylematy ktoś, kto nie ma ani ręki, ani nogi. Krótko mówiąc, nie wiem, jak postąpiłbym, gdyby życie postawiło mnie w takiej sytuacji. Na pewno byłoby mi lżej, gdyby profesorowie etyki spreparowali jakąś ogólną receptę i zdjęli ze mnie ciężar osobistej decyzji i osobistej odpowiedzialności. Sądzę jednak, że powinni się powstrzymać.

Czy gdyby wspomniani rodzice zdecydowali się urodzić dziecko, ich czyn można by uznać za moralnie nieodpowiedzialny?

Jeżeli rodzice dziecka, o którym wiadomo że urodzi się ciężko chore, w pełni świadomie i z całą powagą podejmują odpowiedzialną decyzję o wydaniu go na świat, to decyzję tę, jak i idący za nią czyn należy uznać za odpowiedzialne. Ocieramy się tu o tautologię: odpowiedzialnie podjęty czyn jest czynem odpowiedzialnym. Pytaniem jest natomiast, czy w przyszłości rodzice ci potrafią sprostać odpowiedzialności, jaką na siebie przyjęli. Ciągle skupia Pan uwagę na dylematach ludzi straszliwie dotkniętych przez los. Osoby postronne, powtarzam, nie powinny się w takich przypadkach wymądrzać i tych ludzi oceniać. Naprawdę, nie mając bezpośredniego doświadczenia, nie możemy ich nawet zrozumieć.

Moje pytania pochodzą stąd, że możliwości, jakie stwarza współczesna medycyna sprawiają, że dylematem zaczyna być coś, co wcześniej nim nie było. A w związku z tym same osoby, o których mowa, mogą potrzebować takiej odpowiedzi, wskazówki, jak myśleć o tej sytuacji.

Nie ma problemu „skąd te pytania pochodzą”. Odpowiedzialność jest funkcją mocy, funkcją możliwości, jakimi rozporządza człowiek. Zwiększona moc oznacza zwiększoną odpowiedzialność. Problemem jest, że człowiek współczesny żyje w sposób, który zagraża dalszemu istnieniu świata człowieka. Przestrzegali nas przed tym w pierwszej połowie XX w. tacy filozofowie jak Edmund Husserl, Max Scheler i Nicolai Hartmann, Martin Buber czy Martin Heidegger. Tymczasem po drugiej wojnie światowej filozofia zwycięzców porzuciła radykalne pytania i radykalną troskę o człowieka. Etyka akademicka nie jest w stanie postawić pytań, które mogłyby wstrząsnąć życiem profesorów etyki. Skupia naszą uwagę na problemach, które bezpośrednio nas nie dotyczą, po cichu niosąc ulgę, iż to nie nas los tak doświadcza, lecz innych. Z nami natomiast miałoby być wszystko „OK”.

Gdybym znalazł się w konkretnej sytuacji, w której mógłbym jakoś pomóc komuś takiemu, kogo dramat Pan opisuje, chciałbym znaleźć w sobie dość determinacji i dość taktowności, by próbować tej pomocy się podjąć. Nie znając jednak w szczegółach tej sytuacji, nie potrafię nic szczegółowego powiedzieć, ponad to, co już powiedziałem.
Ogólnie, jeśli idzie o ocenianie innych, skłaniam się raczej ku ethosowi ewangelicznemu: nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Dziś jednak chrześcijanie zgoła nie są temu ethosowi wierni.

Pytałem dotąd o odpowiedzialność rodziców za przyjście na świat ich dziecka. Odwróćmy pytanie. Wobec swoich rodziców dzieci (także te dorosłe) wykazują dwie postawy. Z jednej strony pośród różnych pretensji mają do nich i tę o samo istnienie. Do obiegowej mowy weszło powiedzenie: „Ja się na świat nie prosiłam/prosiłem”. Druga postawa to wdzięczność za dar życia. Czy któraś z tych postaw jest właściwa?

„Jesteśmy życiem, które chce żyć, pośród życia, które chce żyć” – te słowa Alberta Schweitzera, jednego z bohaterów etycznych XX w., dobrze oddają naszą sytuację w świecie. Życie, które „nie chce żyć”, jest anomalią. Mieszkam teraz z sześciomiesięczną dziewczynką. Obserwowanie jej nader jest pouczające – tyle woli życia, tyle zachłanności poznawczej i taka bezradność, całkowite bycie zdanym na innych, i uśmiech. Na razie wszystko się obiecuje. Oczywiście, nie wiadomo co będzie dalej. W maju ma mieć operację. Jak pomyślę o tych frustratach, którym życie się dało, a oni nic dać nie chcą, tylko w swym nieusatysfakcjonowanym egocentryzmie, w swej niezaspokojonej próżności zadręczają siebie i świat dookolny, to płakać mi się chce.

Lew Tołstoj przytacza w swej Spowiedzi wschodnią bajkę o młodzieńcu, co biegnąc wpadł do suchej studni, jednak nie runął na samo dno, bo spadając uchwycił się krzewu, który wyrastał ze szczeliny gładkiej ściany. Na dnie studni czai się straszliwe smoczysko, a korzeń krzewu podgryzają dwie myszki: biała i czarna. Oto upływ czasu i niechybnie czekająca nas śmierć, powrotu nie ma. Tołstoj opisuje cztery możliwe postawy. Pierwsza – nieświadomość, nie zdajemy sobie sprawy z sytuacji i cieszymy się owocami, które znajdujemy na krzewie; druga – epikureizm, rozumiemy beznadziejność sytuacji, ale zamykamy oczy i póki co korzystamy z życia, ile się da; trzecia – siła i zdecydowanie, zrozumiawszy, że życie jest bezsensem i przynosi jedynie cierpienie, postanawiamy się zabić; czwarta – słabość, rozumieć to wszystko, rozumieć, iż jedynym godnym wyjściem jest odebranie sobie życia, ale nie mieć na to dość odwagi.

Sensem naszego bycia jest dawanie. „My zaś, którym się życie dało, rozważamy nieustannie, co byśmy w zamian dać mogli” – to Fryderyk Nietzsche, filozof udręczony chorobami i codziennością cierpienia, który jednak zakochany był w życiu. Wśród nas, tu w Krakowie, żyje osoba, która jest odpowiedzią na pytanie, co warte jest życie pełne chorób, bólu i upokorzenia. Całe niemal dzieciństwo spędziła w szpitalach, operacji jak dotąd chyba ze czterdzieści i końca nie widać, kalectwo uniemożliwiające nie tylko normalne poruszanie się, krótko: cierpienie bez końca. Jej „siła i zdecydowanie” nie prowadzą jej jednak, jak pisał Tołstoj, do odebrania sobie życia, lecz do rozdarowywania najbardziej potrzebującym. Ta osoba nazywa się Janina Ochojska.

Takie osoby stają mi przed oczami, kiedy myślę o dylematach, które stawia Pan przede mną. Poczucie krzywdy, przeklinanie życia, przeklinanie swych rodziców wydarzają się w wymiarze przygodności, tak samo jak i poczucie wdzięczności. W poszczególnych przypadkach można rozstrzygać, na ile są subiektywne i nie całkiem usprawiedliwione, a na ile w pełni usprawiedliwione. Natomiast filozofowie, którzy pojmują życie jako dar, rozstrzygają o nim nie w wymiarze przygodności, lecz w wymiarze istotowym. Dar jednak nie tylko jest czymś do radowania się, ale również zobowiązuje. Obdarowanym się jest, by dalej rozdarowywać. Człowiek niezdolny do darowania się ma do wyboru albo ów ślepy epikureizm, albo egzystencjalną samoudrękę. Natomiast człowiek obdarzający, rozdarowujący się zgoła nie ubożeje, lecz staje się coraz bogatszy.

W tej triadzie życia mieści się jeszcze jedno pytanie: już nie o odpowiedzialność za swe dzieci czy wobec swych rodziców, ale za swoje własne życie, a dokładniej za jego koniec. Czy człowiek ma prawo o nim decydować?

Śmierć przynależy do życia. I tak jak nie ma śmierci bez życia, tak i nie ma życia bez śmierci. To właśnie nieuchronność naszej skończoności nadaje naszemu życiu jego dynamikę. Stosunek tedy do życia pozostaje w ścisłym związku ze stosunkiem do śmierci. Jeżeli degraduje się śmierć, degraduje się zarazem życie. Prawo do życia posiada więc swoje pendant w postaci prawa do śmierci. I tak jak chciałbym mieć prawo do własnego życia, chciałbym też mieć prawo do własnej śmierci. W praktyce oznaczałoby to nie tylko ochronę przed zadaniem mi śmierci z zewnątrz, ale również, na przykład, że mam prawo do odrzucenia uporczywej terapii.

Skrajnym przypadkiem prawa do śmierci jest prawo do odebrania sobie życia. Osobiście nie chciałbym, by tego prawa mi odmawiano, co nie oznacza, że popełniłbym samobójstwo. Myślę jednak, że wyobraźnia musiałaby mnie zawieść, gdybym próbował wyobrazić sobie wszystkie możliwe sytuacje, które mogłyby mnie przywieść do zamiaru samobójczego. Nie mogę jednak wykluczyć jakiegoś nader skomplikowanego przypadku, w którym z tego prawa chciałbym skorzystać. Gdyby wówczas uporczywie gwałtem przymuszano mnie do życia, uznałbym to za okrutne. Do kondycji ludzkiej należy permanentna możliwość odebrania sobie życia. Żyjemy, nie sięgając po tę możliwość, ale, powiadam, sama ta możliwość przynależy do naszej kondycji i jako taka ma pewne zasadnicze znaczenie. Rugowanie jej byłoby, według mnie, błędem.

Zadecydować o swojej śmierci mogę jeszcze i w ten sposób, że oddaję swoje życie, by ratować życie innych. Odmawianie człowiekowi prawa do śmierci w takich przypadkach byłoby pozbawianiem go godności. Lista wybitnych postaci, które wten sposób zadecydowały o swej śmierci jest długa i ciągle uzupełniana.

Kontekst naszej rozmowy jest oczywisty: z jednej strony niebywały rozwój medycyny, z drugiej strony coraz powszechniejsza dostępność jej zdobyczy w społeczeństwach liberalnych. Czy postęp w medycynie posiada swój korelat w postaci jakiegoś rozwoju etycznego? A ponadto: czy ma tu jakiś wpływ społeczeństwo liberalne? Odwołuje się do zasady wolności – czy czyni też człowieka bardziej odpowiedzialnym?

Rozwój medycyny jest efektem postępu w nauce i technice. Sądzę, iż kategorii postępu w użytym tu znaczeniu nie można stosować w dziedzinie etyki. Etyczność jako możliwa do nabycia kwalifikacja życia człowieka wiąże się z szeroko rozumianą sztuką życia. I tak jak nie ma sensu wartościujące porównywanie malarstwa współczesnego z malarstwem renesansowym czy dramatu elżbietańskiego z dramatem antycznym, tak i nie ma sensu pytanie, czy żyjący dwa i pół tysiąca lat temu Ateńczyk był mniej czy bardziej etyczny niż dzisiejszy Londyńczyk. Oczywiście, w przestrzeni społecznej możemy oceniać zanikanie pewnych praktyk jako etycznie pożądane, a pojawianie się pewnych nowych jako niepożądane. Jednakże istotne decyzje egzystencjalno-etyczne odznaczają się niezmiennie nader wysokim stopniem powagi i skomplikowania, niezależnie od stopnia rozwoju nauki i techniki.

W dzisiejszych społeczeństwach liberalnych największą „komplikację” niosą ze sobą nie medycyna i jej nowe możliwości, lecz ów pozór wolności, jaki stwarza wzrost swobód obywatelskich przy równoczesnym zanikaniu widzialnych kajdan. Jawne zniewolenie fizyczne zostaje zastąpione niejawnym zniewoleniem umysłu. Przerażają nas możliwości genetyki, a ślepi jesteśmy na „klonowanie” na naszych oczach milionów pokornych konsumentów, którym dyktowany jest ich sposób życia.

A więc ostatecznie jednostka pozostaje ze swoim zmysłem moralnym. Tylko czy każdy go posiada? A jeśli w moim mniemaniu błądzi, to cóż pozostaje – przekonywać do własnych poglądów etycznych?

Jak mówiłem już wcześniej, ów przyrost mocy człowieka, ale przecież nie „każdego”, oznacza przyrost odpowiedzialności, która podjęta uprawomocnia dopiero wolność człowieka. Dlatego też każdy jest odpowiedzialny stosownie do mocy, jaką posiadł i dysponuje. Osobiście, nie mówiłbym tedy o „zmyśle moralnym”, lecz o poczuciu odpowiedzialności. I jest oczywiste, że ludzi różni nie tylko moc, ale i owo poczucie odpowiedzialności. Można zapewne pomóc komuś uświadomić sobie jego własną odpowiedzialność, można też próbować wzmóc w nim poczucie tej odpowiedzialności. Jednakże na pewno się to nie powiedzie, jeśli motyw owego otwierania kogoś na jego własne zadanie nie będzie czysty. „Nawracanie” innych na „własne poglądy etyczne” zawsze jest nieco podejrzane i najczęściej – od Sokratesa poczynając – wikła się w paradoks rozbudzania czyjejś „interesowności w bezinteresowności”, jaką jest bycie etycznym.

Niech będzie mi wolno na koniec tych naszych fragmentarycznych rozważań o życiu i śmierci sformułować coś w rodzaju przesłania. Jeżeli życie będziemy rozumieć jako użycie, to śmierć będzie zawsze czymś zupełnie obcym życiu, będzie jedynie absurdalnym, bezsensownym końcem życia jako używania. Jeśli natomiast chcemy życiu naszemu nadać wyższy sens, to możliwe jest to tylko wtedy, kiedy śmierć będzie z tym życiem tworzyć jedność, a to z kolei możliwe jest wówczas, kiedy żyjemy dla kogoś czy dla czegoś, za kogo czy za co jesteśmy w każdej chwili gotowi umrzeć.


JACEK FILEK – filozof, prof. UJ, pracownik Instytutu Filozofii. Opublikował m.in. Życie, etyka, inni. Scherza i eseje filozoficzno-etyczne (2010)

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter