70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Z głową w górach

Im wyżej w Tatrach, tym mniej ludzi, ale wzrasta stopień ich wykształcenia. Po perciach chodzi inteligencja.

Jest Pan autorem Wołania w górach – opracowania o wypadkach i akcjach ratunkowych w polskich Tatrach. To książka fenomen. Od 1979 r. doczekała się już siedmiu wydań (ósme w drodze), sprzedano ponad 100 tys. egzemplarzy. Mnie i wielu moim rówieśnikom rodzice czytali ją do poduszki. Zliczyć tych, którzy dzięki niej – jeśli nie życie, to na pewno sporą część rozsądku zawdzięczają Panu, chyba nie sposób… A czy Pan zawdzięcza coś tej książce?

Z jednej strony czuję się człowiekiem spełnionym. Dla każdego, kto pisze, mieć tytuł, który staje się emblematyczny i sprawia, że ludzie go rozpoznają – to jest coś. Wczoraj odebrałem telefon od taternika z Krakowa, który przedstawił się charakterystycznie: Mnich, ten i ten rok, taka i taka droga. Jest o tym w Wołaniu w górach, ale to nie było całkiem tak… I w efekcie, w kolejnym wydaniu (jesień 2011), będzie pełniejszy opis tej akcji sprzed lat.

Bo, jak Pan wie, ta książka żyje. Oto rozmawiałem kiedyś z Krzysztofem Kozłowskim, który opowiadał mi o pewnej spontanicznej akcji ratunkowej taterników pod Buczynowymi Turniami, w której brał udział razem z Janem Józefem Szczepańskim. W następnym wydaniu cytowałem już list otrzymany od niego. A teraz, w pierwszym tomie Dzienników Jana Józefa Szczepańskiego, znalazłem opis tej akcji. W ósmym wydaniu oczywiście zestawię te dwa wspomnienia.

Takie dopiski poszerzają część antropologiczno-kulturową Wołania… Jeden ze studentów powiedział mi kiedyś, że z wydania na wydanie widzi w książce coraz więcej refleksji, które wywodzą się z historii idei i antropologii kulturowej.

A pomyśleć, jak się bałem, gdy oddawałem do druku pierwsze wydanie! Zastanawiałem się, jak przyjmą tę książkę ratownicy zawodowi, tak zwana starszyzna, ci moi wszyscy mistrzowie, którzy uczyli mnie fachu ratownika. Może powiedzą: co z tym „Misiem”, zwariował? My go tu przyjęliśmy, wybraliśmy nawet na szefa, a on to wszystko opisuje z zewnątrz? Odetchnąłem po pierwszym wydaniu. Starszyzna dała mi sygnały, że to dobry kierunek. A także moi rówieśnicy: Robert Janik, Włodek Cywiński, Jan Gąsienica Roj, czy młodsi, Adam Marasek…

Co sprawia, że Wołanie w górach to książka inna od wszystkich?

Założyłem, że nie będzie żadnej bezpośredniej dydaktyki i wymądrzania się. Nie znajdziemy w niej zdania: „popełnił kardynalny błąd”. Bo po pierwsze, każdy z nas popełnia błędy, a po drugie, już sam fakt, że ktoś intensywnie bywa w górach, jest pewną kwalifikacją – można powiedzieć, że jest to osobowość w jakimś stopniu artystyczna. A jak wiemy, takie czasem błądzą.

I to się pewnie spodobało: cechą młodych jest przecież wręcz fizjologiczna reakcja na przemądrzalstwo. Dobrze natomiast przyjmujecie starszych, którzy mówią, że sami kiedyś popełniali błędy.

Ta książka jest dla mnie bardzo ważna, choć czuję, że „przygniotła” inne części mojego pisarstwa. Spotykam przecież ludzi, którzy myślą, że to ktoś inny – nie ja – jest autorem dwóch tomów o katolicyzmie odrodzeniowym i „Tygodniku Powszechnym” albo książki o Słowakach. Cóż… coś za coś.

Każde kolejne wydanie Wołania w górach jest grubsze, bo z sezonu na sezon przybywa wypadków do opisania. Czytelnicy cenią Pana za ostrożność osądów i przekonanie, że nigdy do końca nie przenikniemy psychiki osób ratowanych. Ale zdaje się również, że z roku na rok coraz więcej miejsca zajmują Pana wątpliwości…

To prawda – wątpliwości przybywa. W przygotowywanym właśnie wydaniu wracam do trudnej historii nauczyciela z Tychów, od lat związanego z górami, który w zimie 2003 r. prowadził na Rysy dwie grupy licealistów. Z pierwszą się udało. Drugą, dzień później, zabrała lawina. Zabiła osiem osób. Trudna, wielowątkowa sprawa – a ja muszę się do niej jakoś odnieść.

Inny przykład: w grudniu 2001 r. w lawinie pod Szpiglasowym Wierchem, w czasie akcji w trudnych – niektórzy twierdzili, że zbyt niebezpiecznych – warunkach pogodowych, zginęło dwóch ratowników. Jak o tym pisać? To, że do mojego opisu nie wniósł krytycznych uwag Jan Krzysztof, naczelnik TOPR-u, który dowodził tamtą akcją, było dla mnie istotne.

Jestem lojalny wobec ludzi. Poczuwam się do lojalności, nawet jeżeli po latach uznaję, że uczestnictwo w jakimś środowisku było błędem. Warunek jest jeden: że sam, z własnej i nieprzymuszonej woli do tego grona się zapisałem.

Mogłem – być może – zarobić wiele tysięcy dolarów po 13 grudnia 1981 r., dniu, w którym podjąłem jedną z najważniejszych decyzji życia. Do śmierci, a pewnie i dłużej, będę rozliczał się z tego, że w ogóle wstąpiłem do PZPR. No ale skoro tak zrobiłem, ważne jest dla mnie również to, że z niej wystąpiłem – oraz to, kiedy to uczyniłem. Napisałem wtedy do „Krytyki” próbę analizy postaw członków Komitetu Centralnego między grudniem 1980 a grudniem 1981 r. – w tym właśnie okresie byłem tam zastępcą kierownika Wydziału Kultury. Było spore oczekiwanie z Zachodu, żebym „sypnął nazwiskami”. Nie zrobiłem tego: uznałem, że skoro z własnej woli wszedłem kiedyś do „Gmachu”, to już na zawsze będę miał pewne zobowiązania lojalnościowe w stosunku do ludzi, z którymi pracowałem. Stąd się również bierze moje przekonanie, że należy przede wszystkim mówić o mechanizmach, nie zaś o indywidualnej odpowiedzialności.

Z tą swoją lojalnością muszę sobie stale radzić, uaktualniając Wołanie w górach. Jestem przecież członkiem tego środowiska, uważam, że TOPR jest dobrem narodowym. Fakt, że istnieje już 102 lata, trwa na przekór zmianom granic i reżimów, nigdy nie dał się żadnej władzy zastraszyć, użyć instrumentalnie – to jest coś fantastycznego! Swoją działalnością pisarską powinienem dokładać do tego własną cegiełkę. Z drugiej strony – mam obowiązek pisać rzetelnie. Jeśli zdarzy się ratownikom popełnić błąd, wspominam o tym.

Wołanie w górach trochę mną rządzi, ma swoje wymogi. Nie wolno mi go zepsuć – co stałoby się, gdyby czytelnicy uznali, że jest to tuba propagandowa TOPR-u. Również objętość ma swoje granice. Do kolejnych wydań dopisuję już tylko to, co jest naprawdę nowe. Na przykład opis znakomitych akcji prowadzonych przez najmłodsze pokolenie: ze śmigłowca w zawisie ratownicy wiertarkami borują w skalnej ścianie dziury, osadzają w nich nity, budują stanowisko zjazdowe, docierają do rannego lub zwłok. Śmigłowiec odlatuje w tym czasie na terenowe lądowisko, na radiowy sygnał ratowników ponownie podlatuje i zabiera ich z „klientem” ze ściany. A wszystko to dzieje się, na przykład, na prośbę Horskiej služ w Tatrach Słowackich.

Jednym z Pana pierwszych zadań po przyjściu do TOPR-u była analiza wypadków górskich. Tyle że zamiast poprzestać na statystyce, Pan wczuwał się w psychikę ofiar tatrzańskich tragedii, chodził ich śladami, na przykład słynnym Żlebem Drège’a w Granatach… Jaką dało to wiedzę o ratowanych?

Formalnie moje stanowisko nosiło nazwę „profilaktyk”. Miałem działać tak, aby wypadków było jak najmniej. Mówiąc dzisiejszym językiem, odgrywałem rolę rzecznika prasowego. Już w 1966 r., jako bodaj pierwszy, opublikowałem w „Wierchach” statystyczną analizę wypadków narciarskich. Myślę, że moje analizy poszerzały wiedzę ratowniczą, chociaż niedocieczone są reakcje w górach, w szoku i stresie, gdy człowiek nie bardzo wie, gdzie jest… A jednak myślę, że cenna jest nawet taka konstatacja, że każdy wypadek jest inny i że – podobnie jak w przypadku katastrof lotniczych – możemy w nim doszukiwać się nie jednej przyczyny, lecz zwykle splotu niekorzystnych zdarzeń.

Takie stwierdzenie jest w zasadzie deklaracją naszej bezradności…

Jest pewna wartość w uznaniu, że góry są żywiołem, mało: to my sami jesteśmy żywiołem miotanym przez podmuchy halnego – także w sensie emocjonalnym. Napisałem kiedyś: „tyle jestem wart, ile we mnie pęknięć”. Jeśli człowiek analizuje swoje błędy, to, jak nim „miota” – już jest nieźle. Pojawia się szansa, że następnym razem, gdy znajdzie się w niebezpieczeństwie, będzie mógł racjonalnie ocenić sytuację. Turysta, który utknął we mgle na Czerwonych Wierchach, a telefon akurat wysiadł, może pomyśleć: przecież wiele osób było przede mną w podobnej sytuacji i wyszło z niej obronną ręką. Dwukrotnie ktoś mi mówił, że w takiej chwili przypomniał sobie Wołanie w górach, to, co napisał tam „dziadek Michał”: radę, aby się schować, starać wyciszyć umysł. Mózg zmarnuje dużo energii, jeśli nie opanuje się gonitwy myśli.

Po wypadku pod Szpiglasowym podniosły się wątpliwości, kto może i powinien oceniać pracę samych ratowników.

Kiedy doszło do tej tragedii powiedziałem w telewizji, że powinniśmy uważać z wkraczaniem aparatu sądowego w rozstrzyganie: zawinił – nie zawinił. Bo jeżeli tylko raz publicznie potępimy szefa akcji, któremu można by zarzucić jedynie pewną nadgorliwość, to musimy się liczyć z tym, że następnych na jego miejscu będziemy sądzić za znieczulicę. Zawsze łatwiej jest zostać w dyżurce, gdy wyżej zamieć i „diabły się żenią”, niż podjąć decyzję o wyruszeniu na akcję. Wszystko się w człowieku buntuje, gdy pojawia się wezwanie, aby o dziesiątej wieczór, w zimie, w czasie huraganowej śnieżycy, wychodzić ze schroniska. Wszystko w człowieku wyje, żeby tego nie robić. Łatwo się poddać. Jeszcze łatwiej taką decyzję o pozostaniu zracjonalizować.

Szefowie akcji ratowniczych nie są „świętymi krowami”. Można ich oceniać, ale pamiętać też trzeba o okolicznościach, w jakich podejmują decyzje. Nasza ocena, wystawiana w fotelu studia telewizyjnego zawsze się będzie różnić od tej, którą oni podejmują w górach. Ratownik zresztą i tak sam się z tego rozlicza. To nie jest tak, że świadomość popełnienia ewentualnego błędu przechodzi zupełnie bez echa. Przecież w każdym z nas, których los wrzucił w taką niejednoznaczną sytuację, to wciąż siedzi, uwiera. Pamiętajmy o całej złożoności czynników rozważanych w czasie akcji ratunkowych, o presji czasu, o tej nieustannej grze, jaka się toczy między człowiekiem a warunkami atmosferycznymi, trudnościami terenu, dynamizmem zmian.

To kolejny fenomen taterników i ratowników: jest to wciąż środowisko o wysokiej autokontroli. Na przykład niemal nie zdarzają się tam oszustwa, takie na przykład, że ktoś powie, że zrobił jakąś drogę wspinaczkową, a to nieprawda. Wielu moich znajomych spoza gór nie mogło -pojąć, dlaczego napisałem w „Taterniku”, że gdy robiliśmy jakiś zimowy wariant, w dwóch miejscach łapaliśmy się haków. Dlaczego tak napisałeś? – pytali. Dlatego, że się złapałem – odpowiadałem. Oszustów w górach jest niewielu.

Co powoduje, że środowisko ratowników jest wspólnotą ludzi o szczególnej wrażliwości etycznej? Czy to pochodna owej wrażliwości, która sprawiła, że w ogóle trafili w góry? Są to przecież „charakterni” ludzie…

Są tu trzy grupy: rdzenni górale, zasiedziali zakopiańczycy oraz osoby spoza gór. Jeśli chodzi o górali, przynależność do TOPR-u, swego rodzaju superuniwersytetu życia, jest dla nich pewną nobilitacją. Poza tym, prowadzenie ludzi po górach to często ich zawód od pokoleń. Mam więc robić tak, jak robili mój ojciec i dziadek: chodzić tak, żeby „nie ubić gościa”, bo raz – że szkoda, dwa – że wstyd, a trzy – już nikt mnie wtedy w przyszłości nie zaangażuje. Bez wielkich słów: po prostu presja ekononomiczna pozostaje w zgodzie z wymogami etycznymi.

Dla zasiedziałych zakopiańczyków, którzy nie są góralami, ale mieszkają tu od jakiegoś czasu, poczucie społecznego awansu związanego z przynależnością do TOPR-u nie jest już tak wyraźne. Oni na pierwszym miejscu stawiają możliwość zaspokajania swoich potrzeb, w dodatku w takim krajobrazie.

Wyczynowi wspinacze to zwykle osoby z zewnątrz. Górale rzadko podchodzą do gór ze sportowym zacięciem, bo na wyczyn trzeba mieć pieniądze i czas, a poza tym, to jest urazogenne, nawet i zabić się można. I tylko nieliczni spośród górali i z zasiedziałych zakopiańczyków stale poświęcają własny czas na taternictwo wyczynowe.

Wszystko to są czynniki, które mocno zakorzeniły w toprowcach dość abstrakcyjne na co dzień pojęcia etyczne. Ratownicy nie dyskutują o etyce na sympozjach, oni praktykują ją na co dzień. Ta służba działa pod wielką społeczną kontrolą, która zresztą bywa dolegliwa. Bywa, że nasze stacje radiowe są na nasłuchu i gdy coś zaczyna się dziać, dzwonią do TOPR-u dziennikarze i pytają, gdzie mają podjechać z kamerą. Możemy nawet śmigłowiec wynająć! – mówią.

Bardzo się góry zmieniły przez ostatnie lata?

To jest już inny świat. Pracę w TOPR-ze zaczynałem, gdy nie było jeszcze nawet radiotelefonów. W trudnej akcji na Kazalnicy, w lecie 1964 r., porozumiewaliśmy się krzykiem. Albo opuszczany w ścianę umawiał się z kolegami przy stanowisku zjazdowym: jeśli na końcu stalowej liny, którą wyciągniecie, będzie moja chusteczka do nosa, to znaczy, że gość nie żyje.

Teoretycznie była łączność telefoniczna z Morskim Okiem, „Murowańcem” i Doliną Chochołowską, ale często zrywał ją wiatr. Najprostsza kontuzja czy niedyspozycja w Pięciu Stawach oznaczała zajęcie na pół dnia. Ktoś ze schroniska zbiegał do Roztoki. Jeśli tam nie było łączności, biegł dalej, na Łysą Polanę. W centrali wsiadało się do gazika, jazda do Wodogrzmotów, podejście do góry. Łyk herbaty, pakowanie pani lub pana do bambusa, znoszenie do samochodu i jazda do szpitala. Co najmniej sześć godzin.

I pomyśleć, że kiedyś bałem się wprowadzenia w góry śmigłowca… Zastanawiałem się, czy nie zdemobilizuje on młodych ratowników, czy nie będą za bardzo liczyli na „śmigło”. Na szczęście tak się nie stało. Śmigłowiec uratował życie dziesiątkom osób, przyniósł ulgę rannym, którzy czasem dosłownie w godzinę od wezwania mogą być ściągnięci do szpitala.

Najlepszym symbolem zmian, a przy okazji fantastyczną rzeczą, która uratowała życie niejednemu, jest telefon komórkowy. Ale on zmienił też pracę ratowników, zdarza się teraz, że dyżurny w centrali odbiera telefony: „jestem tu i tu, sprowadźcie mnie, bo zbliża się noc”. Albo nawet zamienia się w konsultanta telefonicznego…

Żaden z nas nie ma wątpliwości, że bilans telefonu komórkowego jest korzystny. Oczywiście, zdarzają się czasem niefrasobliwe wezwania pomocy. Być może ludzie stają się nieco nonszalanccy, mając w kieszeni telefon i numer alarmowy. Trzeba jednak pamiętać, że nie z każdego miejsca w Tatrach można się dodzwonić, a nieodpowiednie, czyli za wczesne, niepotrzebne wezwanie ratowników i zaangażowanie ich w jednym miejscu może oznaczać, że zabraknie ich gdzie indziej… Zawodowych ratowników jest tylko dwudziestu pięciu. Niewątpliwie natomiast telefon komórkowy sprawił, że ratownicy docierają szybciej do potrzebujących pomocy, a ci z kolei szybciej lądują w szpitalu.

Czy techniczne nowinki – na przykład GPS – nie sprawiły, że teraz turyści czują się zwolnieni z odpowiedzialności za swoje decyzje?

Wprost przeciwnie. Wydaje mi się, że młode pokolenie jest coraz bardziej świadome. Razem z moim 12-letnim wnukiem chodzimy po tatrzańskich szlakach z asekuracją. Antek nie mógł się doczekać, kiedy dorośnie na tyle, żeby jakakolwiek najmniejsza uprząż była dla niego dobra. Co ważne: nie bywamy na szlaku jedynymi związanymi liną. Spotykaliśmy się z akceptacją, niektórzy młodzi mówili nam, że jak sami będą mieli dzieci, to też będą tak chodzić. To dobrze, że wchodzi taka moda.

Badania, które wiele lat temu przeprowadził socjolog, pisarz i taternik Andrzej Ziemiański, pokazały to, co aktualne pozostaje do dziś: im wyżej w Tatrach, tym mniej ludzi, ale i wyższy stopień ich wykształcenia. Po perciach chodzi inteligencja. Przybywa ludzi w wieku 20–35 lat, którzy przyjeżdżają w Tatry na 2–3 dni i wychodzą na Orlą Perć. Są coraz lepiej przygotowani kondycyjnie, na co dzień jeżdżą na rowerze, biegają. Przybywa też kobiet. Nawet późną jesienią spotykam samotne turystki, dobrze wyposażone, pochodzące ze sfer inteligenckich. Coraz częściej słyszę, że są to singielki. Przybywa kobiet, które cenią sobie wolność, realizują ją właśnie w górach. A jeśli pogoda nie dopisuje, jadą do spa na Słowacji. To całkiem nowe zjawisko.

Chętniej angażuje się przewodników. Ceni się tych, którzy są również ratownikami. Ludzie wiedzą, że tacy będą mieli cywilną odwagę powiedzieć: dzisiaj nie wyjdziemy, bo pogoda zła, nie będą się popisywali. Przybywa też osób, które chcą chodzić poza szlakami, na Mięguszowiecki, Wysoką czy Lodowy. Są to ludzie wolnych zawodów: ekonomiści, prawnicy, lekarze, którzy ciężko pracują i mają tylko kilka dni wolnego w roku. Wyjeżdżają z Zakopanego o piątej rano, z hotelu górskiego Śląski Dom zjeżdża w odpowiednie miejsce samochód terenowy, wywozi ich do góry i przed ósmą oni już startują ze schroniska. Najpóźniej w południe są na szczycie, a o piątej po południu piją już piwo w Zakopanem. To ich kosztuje tysiąc złotych za trzyosobową grupę. Przybywa tych, którzy w ten sposób chcą odreagowywać stresy swojej dość intensywnej pracy.

Odchodzi już do historii styl pisania przewodników Józefa Nyki, rysowania map panoramicznych Edwarda Moskały, nikt już nie opisze tak jak Władysław Krygowski wypraw w Czarnohorę i pierwszych wycieczek w Bieszczady… Co będzie w zamian?

Współcześni polscy poeci wciąż sięgają po motyw tatrzański. W opracowanej przeze mnie antologii Tatry i poeci są utwory Julii Hartwig, Ewy Lipskiej czy Anny Piwkowskiej – a więc przedstawicielek różnych pokoleń. Są też wiersze Tomasza Łubieńskiego i Piotra Wojciechowskiego, Piotra Matywieckiego i Piotra Szewca. Czyli inspiracja górami jest wciąż żywa. Ja staram się dokładać do tej „tatrzańskiej biblioteki” swoje książki i artykuły. Ostatnio – także i wiersze. Jest we mnie pokora wobec żywiołu gór i wobec poprzedników, artystów słowa, ale jest także we mnie iskierka przeświadczenia, że coś potrafię dodawać od siebie.

Tatry najczęściej dzieliły – różne narody, regiony, języki.

Dziś Tatry można pokazywać jako przykład wspaniałej polityki transgranicznej, prowadzonej na terenie wielojęzycznym, wielokulturowym, a częściowo również wielowyznaniowym. Wielu z nas nie wyobraża sobie, że etniczny Polak mógł kiedyś wybrać słowackość. A przecież tak się stało: w XIX w. ziemia na Orawie i w Liptowie kosztowała mniej niż po stronie galicyjskiej. I polscy górale z okolic Białego Dunajca zabierali swoich proboszczów i masowo osiedlali się po tamtej stronie.

Traf chciał, że był to okres tworzenia się nowoczesnych narodów. Górale byli analfabetami – dopóki żył z nimi ksiądz, modlili się po polsku. Ale gdy umierał, na jego miejsce przychodził Węgier lub Słowak. Dzieci osadników uczyły się już po węgiersku lub słowacku. Na początku nowego stulecia część elit Krakowa – ksiądz Ferdynand Machay, Feliks Koneczny – próbowała ich „odzyskać” dla Polski. Jeździli tam z modlitewnikami i różańcami, chcieli repolonizować.

Polakom trudno jest tak po prostu zaakceptować, że na dużą część polskiej Orawy, Spisza, a nawet Podhala, silne wpływy cywilizacyjne wywarła góralska kultura słowacka. Skąd wzięłyby się u nas legenda o Janosiku albo malarstwo na szkle, gdyby nie Słowacy? Przyznajmy wreszcie: tak, były silne wpływy słowackie na część południowej Polski – i bardzo dobrze!

Napięcia na pograniczu odchodzą do historii wraz ze starszymi pokoleniami. Dla młodych dawne spory są już niezrozumiałe. Moją dwutomową monografię Słowacy w polskich oczach. Obraz Słowaków w piśmiennictwie polskim czytają przewodnicy i ratownicy z obu krajów. Tatry znów zaczynają łączyć.


MICHAŁ JAGIEŁŁO – toprowiec, b. naczelnik Grupy Tatrzańskiej GOPR, pisarz, publicysta.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata