70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Powrót do Monneta

Jaka Unia wyłoni się z trwającego obecnie kryzysu? Paradoksalnie odpowiedź na to pytanie leży być może u źródeł Unii, czyli w myśli jednego z ojców założycieli zjednoczonej Europy – Jeana Monneta. Jak mówi w rozmowie ze „Znakiem” prezes Fundacji Batorego, Aleksander Smolar, narzucenie reżimu ograniczonej suwerenności na kraje strefy euro paradoksalnie oznacza wzmocnienie integracji politycznej Unii, wprowadzenie znacznie większej liczby elementów federalistycznych do jej funkcjonowania. To zaś model tradycyjnej, Monnetowskiej, strategii integracji politycznej.

Niedługo, bo już pierwszego lipca, Polska obejmie przewodnictwo, tzw. prezydencję, w Unii Europejskiej. Unia 27 państw nie jest jednak organizmem jednorodnym, którym łatwo kierować, wręcz przeciwnie istniejące w Unii wewnętrzne podziały skłaniają raczej do sformułowania hipotezy o możliwości jej rozpadu lub przynajmniej pojawienia się na dobre Europy dwóch prędkości – Unii krajów strefy euro i reszty.

Unia zawsze była tworem wewnętrznie zróżnicowanym, choć przez długi czas udawało się zachować przekonanie o dominacji sił integracji nad siłami dezintegracji. Co dziś jest podstawowym problemem? Kryzys ujawnił silne napięcia gospodarcze i finansowe w Unii. Podstawowy problem wiąże się z funkcjonowaniem wspólnej dla 17 państw waluty – euro. U początków wprowadzania euro leżała podstawowa sprzeczność. Historia nie zna bowiem przypadku, w którym wspólnej walucie nie towarzyszyłaby wspólna władza polityczna. Innymi słowy, nie można posiadać waluty, jeżeli równocześnie nie można podejmować paru bardzo istotnych decyzji dotyczących możliwości jej funkcjonowania. Jeżeli w danym państwie mamy wspólną walutę, to musi istnieć także mechanizm wyrównywania szans w poszczególnych różniących się od siebie regionach tego państwa, np. poprzez proces przepływu kapitału, redystrybucji dochodów i mobilności sily roboczej. Ale Europa nie jest państwem! W Unii zarówno proces wewnętrznej mobilności, jak i redystrybucji ma znaczenie bardzo ograniczone. Różnice językowe i kulturowe ograniczają mobilność siły roboczej, budżet Unii Europejskiej jest bardzo skromny, istnieją też bardzo zróżnicowane systemy podatkowe w ramach UE. Kryzys ujawnił głębokie różnice sytuacji i interesów państw członkowskich.

Dla nas jako państwa-członka Unii pozostającego poza strefą euro taki stan rzeczy może być w pewnych sytuacjach korzystny, ale dla Unii jako całości, jako organizmu odgrywającego pewną rolę w polityce i gospodarce światowej, to fatalna wiadomość.

Tak. Myśmy skorzystali w okresie najsilniejszego kryzysu z pozostawania poza strefą euro. Spadek kursu złotego umożliwił utrzymanie naszego eksportu na stosunkowo wysokim poziomie, co przyczyniło się do utrzymania względnie dobrej koniunktury. Ale dla całej Unii jest to źródłem poważnych problemów i nieprzewidywalności co do jej losów. Bo nie jest w niej przezwyciężony ten fundamentalny konflikt wewnętrzny związany z charakterem euro, dzielący Europę na kraje strefy euro i resztę. Ale to nie jest jedyny podział. Wewnątrz samej strefy euro mamy do czynienia z poważnym zróżnicowaniem, które chwieje całą konstrukcją. Widzę następujące scenariusze i ograniczę się teraz tylko do krajów strefy euro, a potem powiem parę słów o krajach spoza eurozony. Jakie są możliwości wyjścia z obecnego kryzysu? Są trzy. Pierwsza to ta, o której Pan wspomniał na początku, ale która nie jest chyba zbyt realistyczna, czyli rozpad. Inicjatywa może pochodzić ze strony krajów znajdujących się w bardzo trudnej sytuacji, które nie mogą podołać bardzo ostrej dyscyplinie narzuconej na nie przez Unię i międzynarodowe organizacje finansowe. Wyjście ze strefy euro i dewaluacja waluty narodowej może ułatwić odzyskanie konkurencyjności. Z drugiej strony (albo równocześnie) inicjatywa może wyjść ze strony Niemiec, które już dziś czerpią znacznie mniejsze korzyści z przynależności do Unii i płacą poważną cenę za ratowanie krajów pogrążonych w kryzysie. Niemcy mogą więc odmówić dalszego finansowania takich krajow jak Grecja, gdzie trzeba mieć niewiele ponad pięćdziesiąt lat, by przejść na emeryturę. Druga możliwość jest taka, że działamy od kryzysu do kryzysu, w razie konieczności pomagamy krajom, które znajdują się w tarapatach, nie mając żadnej gwarancji, że na kolejnym wirażu nie popełnią kolejnego głupstwa. Wreszcie trzeci wariant to w gruncie rzeczy narzucenie reżimu ograniczonej suwerenności na kraje, które prowadziły dość nieroztropną politykę budżetową i wymuszenie na nich dyscypliny z jednoczesnym planem pomocowym. Ta możliwość oznacza paradoksalnie wzmocnienie integracji politycznej, to jest wprowadzenie znacznie większej liczby elementów federalistycznych do funkcjonowania Unii. Wtedy to władze strefy euro narzucałyby dyscyplinę i decydowały, czy można pomóc danemu krajowi, czy też nie. Ten model paradoksalnie realizuje tradycyjną strategię politycznej integracji, sformułowaną kiedyś przez Jean Monneta. Jego celem nie była integracja gospodarcza, lecz stworzenie europejskiej wspólnoty politycznej. Wedlug strategii, którą sformułował, kolejne kroki integrujące gospodarkę, wytrącając cały system z równowagi prowadzić muszą do pogłębienia integracji politycznej. Paradoks polega na tym, że model przemian Monneta nabiera znów cech wiarygodności w czasie, gdy od dawna nikt już nie wierzył w postęp integracji politycznej. Nawet najbardziej zagorzali federaliści przestali o tym mówić. Od dziesięciu lub więcej lat dominował pesymizm, że tak wielka i tak zróżnicowana Unia nie ma szans na integrację polityczną. A teraz, jeżeli nie ma dojść do katastrofy euro, co by pociągnęło za sobą ogromne koszty, pewien przynajmniej postęp integracji politycznej staje się czymś nieuchronnym. Tylko tu pojawia się problem, który Pan postawił na początku…

Problem krajów, które są z tego modelu wyłączone, a dotyczy to prawie wszystkich nowych członków Unii.

Możemy dołączyć. To jest problem warunków, które w naszym interesie zostaną uwzględnione. Można powiedzieć, że jak dotąd nie mieliśmy wszystkich praw w Unii Europejskiej, bo pewne podstawowe decyzje były podejmowane przez kraje, które przyjęły euro. Rzecz polega na tym, by w wyniku procesów integracji politycznej bariera dzieląca nas od krajów strefy euro nie została postawiona zbyt wysoko, by te zmiany nie blokowały możliwości naszego wstąpienia. Mnie się wydaje, że to jest kwestia negocjacji, walki, ale też kwestia świadomej decyzji, jeśli chodzi o nasze władze, o wstąpieniu do strefy euro. Losy tej decyzji były dotąd niestety dość przypadkowe. A dziś pewne przyspieszenie z naszej strony staje się – moim zdaniem – dramatyczną koniecznością. Oczywiście, Niemcy i inne kraje, płatnicy Unii, są w sytuacji siły, dlatego że oni mówią, i to jest prawda: „my nie możemy płacić, jeżeli nie będziemy mieli gwarancji. Nasze kraje są krajami demokratycznymi, nie możemy robić rzeczy, które są sprzeczne z wolą naszych obywateli”. Chodzi o stworzenie systemu gwarantującego, że strumień pieniędzy, który będzie przepływał z krajów takich jak Niemcy, do krajów znajdujących się w trudniejszej sytuacji, nie będzie zmarnowany, tylko że będzie służył tym krajom i całej Europie. Ale nie sądzę, by negocjacje w sprawach zasadniczych reform Unii szybko się skończyły. I powiem więcej. Przecież nie jest tak, że Unia się rozpadnie, że nasza część Unii – znajdująca się poza strefą euro – zostanie w jakimś sensie wyrzucona, czy zmarginalizowana. Pozostaniemy w Unii, ale to moze być Unia dwóch prędkości, co jest rzecz jasna rodzajem metafory. Od nas zależy, czy my znajdziemy się w tej części Unii, która będzie miała mniej zobowiązań, ale też znacznie mniej praw.

Czym zatem ma być nasza prezydencja w Unii Europejskiej, jeśli z góry wiadomo, że nie znajdujemy się w pierwszej lidze państw strefy euro? Poza oczywiście pewnym prestiżem, jaki jest związany z przewodniczeniem pracom Unii w danym czasie.

Można powiedzieć, że jesteśmy ciągle w okresie formacyjnym, również prezydentury, której znaczenie nieuchronnie zmalało wraz z powołaniem do życia nowych władz Unii. Na początku, po wprowadzeniu traktatu lizbońskiego, mieliśmy prezydenturę hiszpańską i Hiszpanie jeszcze walczyli o zachowanie tradycyjnych praw. Później już prezydentura Belgii i teraz Węgier jest znacznie mniej widoczna, jest już słabszą prezydenturą i my wchodzimy w tę fazę, w której na pewno prezydentura będzie odgrywała mniejszą rolę. Ale zagrożenia dla naszego przewodnictwa w Unii płyną prawdopodobnie z innej strony niż ta, którą Pan wymienił. Nie dotyczą kwestii strukturalnych, modyfikacji w nieformalnej konstytucji Unii Europejskiej, zwłaszcza w odniesieniu do strefy euro. One płyną po prostu z zapewne nieuchronnej, radykalnej zmiany priorytetów, w wyniku tego wszystkiego, co się dzisiaj dzieje na południu, w rejonie Morza Śródziemnego i na Bliskim Wschodzie: w Egipcie, Tunisie, Libii… Centrum uwagi Unii przesunie się ku południu, zmniejszając niestety znaczenie polityki wschodniej, Partnerstwa Wschodniego. Na Bliskim Wschodzie, w regionie, który jest strategicznie istotny nie tylko dla Europy, ale dla całego świata, otwierają się niezwykłe szanse, ale i zagrożenia. To tam sa ogromne złoża ropy naftowej i gazu, strategicznie kluczowe są ziemie położone między trzema kontynentami. Ponadto, z tego regionu napływa do Europy masowa, legalna i nielegalna, imigracja. A to jest wielki problem dla Europy.

Tylko nie dla naszej części Europy.

Bezpośrednio dotyczy to przede wszystkim Hiszpanii, Francji, Włoch, Portugalii, ale pośrednio całej Unii. Nad starą Europą wisi teraz ogromne poczucie zagrożenia. Dla przykładu Europa miała cicha umowę z Kaddafim, że on będzie powstrzymywał nielegalną emigrację do Europy z Afryki subsaharyjskiej przez Libię. Bez względu na to, co się będzie teraz działo w Libii, problem nielegalnej imigracji może wymknąć się spod kontroli. Nie wiadomo, czy nowa Libia – jeżeli powstanie i jeżeli utrzyma integralność terytorialną – będzie w stanie powstrzymać potok ludzi płynący z południa.

Poza problemem demograficznym jest też wielki kłopot energetyczny, który należy do naszych priorytetów, ale zmieniają się radykalnie okolicznosci. W tej chwili w Libii dramatycznie spadł eksport ropy naftowej, nie tylko do Europy, ale też do Stanów Zjednoczonych i Chin. Jezeli proces rewolucyjny obejmie również inne państwa naftowe, to będzie to stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla europejskiej i globalnej koniunktury. Skutkiem będzie m.in. wzrost siły Rosji i wzrost uzależnienia Unii Europejskiej od dostaw energii z tego kraju. Konsekwencją może być większa wrażliwość na naciski Moskwy. To oczywiście nieuchronnie na dalszy plan spycha Partnerstwo Wschodnie, zakładając, że jest ono rzeczywistym priorytetem Polski, bo polska polityka nie zawsze na to wskazuje. Znikł język strategicznych stosunków na przykład z Ukrainą, mamy zaostrzenie stosunków z Litwą. Partnerstwo Wschodnie jest wymieniane jako istotny priorytet Polski, ale czy to odpowiada realnym możliwościom, jakie się przed nami rysują? Ani sytuacja na Białorusi, ani na Ukrainie nie zachęcają specjalnie do tego, żeby Unia z Partnerstwa Wschodniego czyniła obecnie priorytet. I podobnie można powiedzieć o bardziej oddalonych krajach – Azerbejdżanie, Armenii czy Gruzji.

Jak zatem Pańskim zdaniem mamy prowadzić realistyczną politykę w sytuacji, gdy wiele wyznaczonych przez nas priorytetów traci na ważności? Czym powinna być dla nas taka realistyczna polityka?

Realizm polega między innymi – bo to jest trochę takie pojęcie obrotowe – na umiejętności dostosowania się do okoliczności. Polityki nie prowadzi się niezależnie od okoliczności. Trzeba mieć oczywiście jakąś strategię, linię kierunkową, dobrze zdefiniowane interesy, ale trzeba pamiętać, że prezydencja nie oznacza przede wszystkim realizowania interesów narodowych; kolejne kraje przewodniczą przez pół roku dla dobra całej Unii. Starając się budować jak najszersze koalicje.

Ale dominuje chyba myślenie, że dzięki prezydencji możemy jak najwięcej „ugrać” dla siebie, dla naszych narodowych interesów, a dopiero w drugiej kolejności myśleć o całej Unii?

Oczywiście, każdy kraj stara się wyjść na tym jak najlepiej, tyle tylko, że trzeba szukać równowagi między interesami narodowymi i interesem Unii. Trzeba przy tym jeszcze zdefiniować, co jest tym interesem, a tu mamy dwadzieścia siedem interpretacji. Możliwości narzucenia naszych priorytetów są ograniczone, ale bardzo ważnym elementem, wzmacniającym też naszą pozycję, jest pokazanie zdolności budowania koalicji dla realizacji celów, które są wspólne dla jak najszerszej grupy państw europejskich. Innymi słowy, zdolność budowania szerokiego porozumienia wokół dobrze zdefiniowanych celów będzie egzaminem polskiej polityki zagranicznej. Drugi cel – według mnie – to pokazanie, że Polska jest w stanie zbudować całą konieczną infrastrukturę. Prezydencja to jest wielka operacja, setki specjalistów, którzy będą towarzyszyli polskiej delegacji w różnych komisjach, którzy będą prowadzili w kompetentny sposób przeróżne europejskie mniejsze lub większe sprawy. Dzisiaj prezydencja to jest bardziej ciągłość niż modyfikacja. Każdy przewodniczący Unii kraj będzie próbował dorzucić coś własnego, ale Unia to przede wszystkim potężny organizm, który nie wytrzyma żadnych brutalnych zmian. I my mamy zapewnić jej ciągłość. Wreszcie trzeci cel – prezydencja to jest moment, kiedy Polska będzie znacznie bardziej widzialna niż w normalnych warunkach i to jest moment uczenia innych krajow nowej geografii politycznej, w której takie państwo jak Polska ogrywa ważną rolę.

Ale czy Pańskim zdaniem poza budowaniem i koordynowaniem koalicji, co jest pewną umiejętnością potrzebną nie tylko w okresie prezydencji, ale też później, czy my rzeczywiście mamy pomysł na to, jakiej chcemy Europy?

To jest interesujące pytanie, na które ja nie mam pełnej odpowiedzi.

Pytam o to, ponieważ obawiam się, że nie mamy żadnego pomysłu, nie mamy też żadnego celu tej prezydencji, poza oczywiście tym, że chcemy wygrać jak najwięcej dla siebie, a potem się zobaczy.

Wie Pan, w związku z tym, że jeżdżę bez przerwy między Polską a Francją, to też widzę, że na Zachodzie mamy do czynienia z podobnymi zjawiskami. Jest to przede wszystkim wynik bardzo wysokiego poziomu niepewności. W takich warunkach działamy nie ze względu na cel, który sobie stawiamy – bo my w ogóle nie znamy tych etapów przejściowych, nie jesteśmy w stanie ich zdefiniować – tylko nasze działania muszą być zdeterminowane punktem wyjścia, czyli kolejnymi krokami. Kto mógł przewidzieć głęboki kryzys? Szybki awans Chin? Czy fakt, że problem integracji politycznej znów pojawi się na agendzie? Nikt o tym nie myślał… Ale to nie jest tylko kwestia wiedzy, ale też woli. Nawet potężne państwa, takie jak Stany Zjednoczone, nie są dziś w stanie samodzielnie realizować polityki. Często tam, gdzie kiedyś wystarczyło – mówiąc kolokwialnie – jedno słowo, żeby wymusić posłuszeństwo różnych państw, dzisiaj można podać długą listę krajów i regionów, w których Stany Zjednoczone doznały niepowodzeń w ostatnich latach. Po prostu żyjemy w epoce całkiem nieprzewidywalnej i nie jesteśmy przygotowani na nagłe zmiany sytuacji. One zawsze nas zaskakują, nie ma reguł dla zmiany reguł. Problem polega na tym, czy dysponujemy wystarczającą elastycznością, kapitałem intelektualnym, który pozwoli nam szybko znajdywać odpowiedzi, szybko się dostosować, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie antycypować tych sytuacji zmiany.

ALEKSANDER SMOLAR, publicysta, politolog, prezes Fundacji im. Stefana Batorego.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata