70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Porzućcie romantyzm!

Niewielu jest polityków, którzy wciąż posługują się zaproponowanym przez papieża Benedykta XVI językiem wartości nienegocjowanych, a ci, którzy przy tym trwają, pozostają poza parlamentem. Marginalizacja, która jest ich udziałem, nie stanowi jednak dowodu nieskuteczności. Swoją postawą są raczej świadectwem nędzy środowisk katolickich, które tracą swój sensus catholicus i nie potrafią przeciwstawić się poganizacji języka polityki po katastrofie smoleńskiej, nie potrafią przypominać, że od symbolicznego zwycięstwa w wirtualnej wojnie ważniejsze jest czynienie polskiego prawa bardziej sprawiedliwym.

Wydarzenia, które wstrząsnęły Polską w ostatnim roku, w roku nietypowym i symbolicznym, ponieważ zapoczątkowanym 10 kwietnia, wywołały zarówno polityczną, jak i medialną polaryzację postaw polskiego społeczeństwa. Silna reakcja różnych środowisk, najpierw na śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a potem na wywołaną przez tę tragedię żałobę narodową, pobudziła do postawiania pytania, czy nie byliśmy świadkami ujawnienia się sprzecznych tradycji w polskim myśleniu o treści i formie naszego politycznego bytu, z jednej strony narodowo-romantycznej, z drugiej ­– liberalnej. Trzeba na tę sprawę, jak sądzę, spojrzeć inaczej – owszem ujawniły się dwie aktualne wizje, ale trudno równorzędnie nadawać im miano „tradycji”. Zbyt wiele w nich doraźnych akcentów. Zresztą sprawa jest prawdopodobnie jeszcze bardziej skomplikowana i wymaga odrębnego spojrzenia.

Czy istnieje w Polsce liberalizm?

Być może trzeba najpierw twardo powiedzieć, że w Polsce nie ma żadnej tradycji liberalnej, której moglibyśmy przypisać jakieś większe i samodzielne znaczenie. W eseju Polska opowieść. Rozważania o podmiotowej narracji Polaków w czasach pesymizmu[1], który był pewnego rodzaju próbą hermeneutyki polskości i udzielenia odpowiedzi na pytanie, czym „w zasadzie” jest polskość, nazwałem te różne impulsy polityczne i społeczne stojące wyraźnie w opozycji do głównego prądu naszych tradycji społecznych i politycznych „narracjami drugimi”. Analiza rzeczywistości i ludzkiej świadomości wyrażona w tekstach, ale i praktycznych postawach Polaków, każe stwierdzić, że „narracje drugie” są niespójne, rozproszone, a przez to dość marginalne. Oczywiście ich reprezentanci próbują budować, obecny także w mediach, narracyjny wizerunek istnienia jakiejś Polski kontrpatriotycznej, czy kontrkatolickiej trwającej przez wieki. To fałszywa wizja. Próbowali tego przed paru laty we wspólnym wywiadzie – by podać jakiś konkretny przykład – Sławomir Sierakowski i Andrzej Walicki[2]. Oczywiście skupiali się oni na wątku lewicy liberalnej, ale nawet spotkanie w takim kontekście tych dwóch rozmówców wydaje się pewnego rodzaju rekonstrukcją i „teatrem” ciągłości tradycji, której nie ma. Co wspólnego mają ze sobą lider środowiska nowej lewicy, walczącego o prawa gejów i obsługującego agendę młodzieży uniwersyteckiej, z wiekowym profesorem, którego kariera naukowa nieuchronnie powiązana jest z bronioną przez niego Polską komunistyczną. Widzę tu pewien wizerunkowy deal, a nie ciągłość liberalnej tradycji. Chyba że wspólny jest im profesor Kroński, jakiego znamy z korespondencji z Miłoszem, marzący o „wymianie Polski” sowieckimi kolbami. Tyle że to żaden liberalizm.

Pokolenie JP?

Nasz świadomy liberalizm to przede wszystkim środowiska inteligencji różnych pokoleń, które formułują swoje diagnozy na temat Polski przez pryzmat liberalnych tekstów kultury zachodniej. Polska kultura nie posiada tradycji autorów „liberalnych”, którzy wprowadziliby dzięki swoim dziełom kulturową odrębność od zasadniczego zrębu romantycznego etosu, z jakim mamy do czynienia w Polsce. Po katastrofie w Smoleńsku wydawało się, że powstaje w Polsce, skupiony wokół Ruchu Poparcia Janusza Palikota, sojusz niektórych kręgów intelektualnych i ludzi młodych, reprezentujących wykształcone, wielkomiejskie nowe pokolenie. Okazało się, że mieliśmy do czynienia ze złudzeniem – pokazały to badania opublikowane przez „Rzeczpospolitą”[3]. Palikota popierają przede wszystkim ludzie słabiej wykształceni, a więc łatwiej poddający się wykorzenieniu, mniej odporni na medialny spektakl i kulturowe wzorce przychodzące do nich poprzez kulturę masową. Wzorce te nie zawsze explicite są obyczajowo integralnie liberalne, a przecież liberalizm obyczajowy jest ważnym elementem dzisiejszego dyskursu politycznego. Trudno tu nawet powiedzieć, że to tendencje „Zachodu”, raczej tego odrębnego i globalnego świata, jakim jest telewizja czy Internet. Byliśmy zatem świadkami, podczas żenujących scen na Krakowskim Przedmieściu wiosną i latem 2010 roku chwilowego, w zasadzie wirtualnego zjednoczenia grup, które normalnie się ze sobą nie stykają. A jednak wokół tej medialnej quasi-rzeczywistości próbowano wykreować rzeczywistość polityczną.

Wykorzeniona inteligencja

Wykorzenienie dotyka także inteligencję. Oczywiście nie całą, ale wystarczy spojrzeć na to, co czyta się na wydziałach humanistycznych polskich uczelni. Cóż, sam studiując historię idei i socjologię, polskich autorów zacząłem czytać późno, sam też – bez niczyjej instytucjonalnej zachęty – po nich sięgnąłem, uniwersytet nie odegrał w tym prawie żadnej roli. Wynika to oczywiście z przeraźliwej słabości polskiego uniwersytetu, który nie miał szans zachować trwającej stulecia ciągłości, jak choćby uniwersytety francuskie. Straty poniesione w XIX wieku są szczególnie dotkliwe. Z tego też powodu tożsamość polskich uczelni jest tak samo rozchwiana jak tożsamość Polaków. Polska inteligencja czuje się bardzo niepewnie, boi się zaściankowości, dlatego woli myśleć wzorami z zewnątrz. Czasem bywają one przydatne, czasem zwyczajnie głupie i fałszywe lub niepasujące do naszej rzeczywistości.

Bolesne losy naszego uniwersytetu wyznaczają szlak polskiego myślenia. Ci, których można by nazwać polskimi „liberałami”, to ludzie oświecenia Pierwszej Rzeczpospolitej, tacy jak Kołłątaj, Staszic, ale tak naprawdę nie są oni prawdziwymi liberałami, tylko katolikami.

Być może byli oni już nieco „postchrześcijańscy”, ale z pewnością nie tworzyli żadnej Polski politycznie wrogiej Kościołowi i ostatecznie przyczynili się do powstania Konstytucji 3 maja, która odwołuje się do Boga, więcej – do Boga w Trójcy jedynego!

Rozbiory stanowią pierwszą granicę, kiedy zerwana jest nić tworząca polską, jeszcze szlachecką inteligencję, a więc i jej nurt „liberalny”. Ten cudzysłów trzeba tu mocno podkreślić. Przestaje, jak już zaznaczyłem, istnieć polska infrastruktura akademicka i formacyjna poza przestrzenią Kościoła. Potem „liberałami”, i to w sensie dosłownym, gdy spojrzeć na ich dążenia wyzwoleńcze i usytuowanie polityczne na tle europejskim, byli nasi romantycy, ale to dzisiejszym liberałom i lewicy w większości zupełnie nie pasuje, ponieważ romantyczny idealizm ugruntował polityczne uzasadnienie państwa narodowego, bez którego trudno dziś mówić o polityce. Jednocześnie ani liberałom, ani lewicy te romantyczne korzenie zjednoczonych państwa i narodu nie są w smak. Druga połowa XIX wieku to rozwój tajnego nauczania i nowej inteligencji wyrosłej z młodych pokoleń drobnej szlachty przenoszącej się do miast. Wniosek z tego jest taki, że inteligencja pokolenia pozytywistów i socjalistów, którzy niejednokrotnie posługiwali się w swoich wystąpieniach retoryką ewangeliczną, także wywodzi się z doświadczenia wykorzenienia, a nie studiowania rodowych księgozbiorów czy liberalnego wykształcenia uniwersyteckiego. Inteligencja ta niejednokrotnie pozostaje katolicka, tyle że jej katolicyzm był, jak pisał ojciec Jacek Woroniecki, fideistyczny[4] – nie szukał uzgodnienia religii z resztą światopoglądu. Nawet agnostycy czy ateiści, którzy stali dalej od Kościoła lub mu się przeciwstawiali, mając poglądy scjentystyczne, socjalistyczne czy modernistyczne, poza ograniczonym marginesem, także nie odrzucali moralnego przesłania czy „piękna” Ewangelii. Ostatecznie nawet jeśli to robili, to przecież pozostaje pytanie, co ich łączyło choćby z lewicą obyczajową dnia dzisiejszego, czy była tu jakaś ciągłość? Moim zdaniem nie było żadnej. Gdy Wydawnictwo Krytyki Politycznej wydaje książkę o Adamie Ciołkoszu, tomy Brzozowskiego, dzieła Jacka Kuronia, zapowiada edycję beletrystyki Andrzeja Struga, to zastanawiam się, co tych wszystkich ludzi łączy między sobą i jeszcze dodatkowo ze współczesnymi przedstawicielami lewicy liberalnej. Pozostaje jeszcze drugie pytanie, bardziej zasadnicze: czy mamy w tym gronie choć jednego liberała? Jest to o tyle ciekawe, że trudno jest zdefiniować, kim jest polski liberał. Czy to po prostu antyklerykał? Ktoś może zauważyć, że przywołanie środowiska Krytyki Politycznej i pozostałych nazwisk wydaje się przecież bezsensowne – lewica to wszak nie liberałowie. A przecież działania Janusza Palikota utożsamiono z nowym ruchem liberalnym w Polsce. Równocześnie w sferze postulatów powtórzył on tylko to, co symbolicznie określa „nową lewicę”, czyli hasła liberalizacji prawa w kwestiach obyczaju, etyki i ściągnięcie cugli Kościołowi. Plus pakiet propozycji gospodarczych opakowanych liberalnie.

Wróćmy jeszcze do przeszłości

Okres międzywojenny uformował nową inteligencję polską, w nikłym stopniu liberalną w pooświeceniowym czy poromantycznym sensie. Raczej patriotyczną i romantyczną, przychylną Kościołowi. Inteligencja ta przepadła jednak razem z wojną wygubiona przez hitlerowców i bolszewików. Dzisiejsza inteligencja w znacznej mierze jest dzieckiem, także mentalnym, PRL-u, a więc i nasz liberalizm, myślę o liberalizmie elit, jest dzieckiem komunistycznego wykorzenienia, uniwersytetu, który wyrodził się z niczego, z pustki. Skuteczność tego wykorzenienia zobaczyliśmy przy Okrągłym Stole, kiedy próbowano zbudować liberalne państwo narodowi, który nie ma tradycji liberalnych. Były też w Polsce inne liberalizmy – katolicki Dzielskiego, libertarianizm Korwin-Mikkego. Żadnego z nich jednak nie widzieliśmy na Krakowskim Przedmieściu po katastrofie smoleńskiej po stronie przeciwników krzyża. Tam był populistyczny liberalizm wykorzenionych, któremu wydaje się, że nic nie jest ważne. To samo można powiedzieć o popierających ich intelektualistach – jaka wielka polska tradycja stoi za Palikotem, czy Wodzińskim, autorem Listu do Janusza Palikota[5] (nie wystarczy odwołać się do Gombrowicza by się zakorzenić, tam gdzie się chce, przewrotny Gombro też jest romantykiem), czy Agatą Bielik-Robson[6] krytykującą żałobę? To, co od nich słyszymy, to odpryski romantycznej narracji często zapośredniczonej przez postromantyzm francuskiej czy niemieckiej psychoanalizy. A jaka polska tradycja stoi za dzisiejszą Platformą Obywatelską,  pragmatyczną partią władzy? Gdański liberalizm? Republikański postliberalizm? To wszystko formy minione. Także dla polskich „liberałów” odniesieniem jest nie język liberalizmu, ale zapośredniczonego postromantyzmu.

Struktury romantyzmu

Polska ma problem bardziej złożony. Polskie myślenie jest wyraźnie przeniknięte strukturami umysłowymi, jakie dziedziczymy po epoce romantycznej. Jak widać, nawet ci, którzy chcieliby je porzucić, zasysają je z zewnętrznych źródeł. Co charakteryzuje postromantyczność? Niechęć do codziennego wysiłku politycznego, umiłowanie mitologii politycznych, to ciągłe poruszanie się po „narodowym niebie” albo „piekle”, w zależności od reprezentowanej opcji politycznej. Te trzy elementy romantyczne, które podaję w przybliżeniu z pamięci, zanotował przed wielu laty Konrad Górski w swoim eseju O pierwiastkach sprzecznych z katolicyzmem w kulturze polskiej[7]. Oglądamy je także obecnie, powtarzają się i dotyczą dzisiejszych narracji, określonych jako narodowo-romantyczne, a reprezentowanych przez mesjanistyczne nadzieje związane z konkretną siłą polityczną. Zwykle dodaje się do określenia narodowo-romantyczny także słowo „katolicki”, co faktycznie oddaje w ogólnym sensie stop polskiej tradycji.

Często zapominamy, że to właśnie element katolicki jest najstarszy i założycielski dla naszej polityczności.

Przypominały o tym obchody milenijne w roku 1966. Wydaje się, że analizując dzisiejszą sytuację, trzeba się powstrzymać przed jednoznacznym łączeniem tych trzech elementów. Z katolickością w jej wymiarze politycznym jest pewien problem. Zwyczajnie zanika, a my zadowalamy się romantycznym „futerałem” zamiast dbać o to, co jest rzeczywistym nośnikiem zasad myślenia i działania, a także wychowywania.

Niepodległościowy ruch romantyczny w XIX wieku w Polsce zrodził się ze spoiwa religijnego, tak też stało się po 10 kwietnia. Zresztą działo się to wielokrotnie w historii, ponieważ to katolickość określa, jak postrzegamy naszą polskość. Zatem odprawiamy msze, modlimy się i uważamy, że są to zwykłe środki wyrazu politycznego i duchowego w trudnych dla narodu chwilach. Nie sądzimy jednak, że to tylko teatr w służbie państwa, ale że państwo – nawet jeśli nie poprzez swoją obecną konstytucję, to poprzez postawę swoich obywateli – rozpoznaje Boga. Można powiedzieć, że to dobry przykład nieadekwatności formy naszego państwa i formy naszego narodu. Jest u Polaków także ta strona romantycznego przeżywania, która ma nowożytny komponent pogański i jeśli nie zostaje ona dobrze teologicznie poprowadzona, choćby przez głos biskupów, i ukierunkowana na realne budowanie jedności narodowej i chrześcijańskiego porządku, przeradza się w narodowe bałwochwalstwo[8]. Mylimy wtedy to, co nadprzyrodzone, z duchami naszych tęsknot, naród z Chrystusem, a budowanie sprawiedliwego katolickiego państwa z mitycznymi wewnętrznymi „wojnami ostatniej szansy”, mającymi uratować Polskę. W rzeczywistości porzucamy wtedy Polskę prawdziwą i zajmujemy się urojoną. Nie chodzi jednak tylko o bałwochwalstwo, ale także o jakieś szalone marnotrawstwo sił, które idą ślepymi torami wyobrażonych batalii. Dzisiejszy ruch posmoleński okazał się tak samo problematyczny, jak problematyczny był w przeszłości romantyzm. Mickiewicz i Słowacki nie okazali się najlepszymi teologami i zepchnęli nas na manowce mesjanistycznego marzenia, które wiele kosztowało, ale równocześnie wytworzyło mit Polski, który inni potrafili dźwignąć w państwo. Jednocześnie Mickiewicz jest autorem powtarzanego dziś obłędnie fałszywego twierdzenia: „Dwie Polski – ta o której wiedzieli prorocy/ I ta którą w objęcia bierze car północy”[9], z którego wyciąga się wniosek, że są też tacy Polacy, których Polska nie potrzebuje. Dotyczy to, prawdę powiedziawszy, obu stron mitopolitycznego sporu. Dziś wielu Polaków swoje nadzieje oparło na przedziwnym złudzeniu zawartym w niemal mistycznym zdaniu Rymkiewicza: „Wszystko, co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski”. To przecież romantyczny, niemal nietzscheański kult nadczłowieka. Do tego włącza się kult śmierci, tej dawniejszej, jak w Powstaniu Warszawskim czy w przypadku Samuela Zborowskiego, ale i nowszej – katyńskiej, smoleńskiej – jako warunku aktualizacji polskiej wolności i polskiego istnienia. Marek Jurek w jednym ze swoich tekstów słusznie zauważył: „Szkoda, że Powstanie tak często przywoływane jest jako godna podziwu walka straceńcza. Szkoda, że obchody Powstania Warszawskiego nie odbywają się pod hasłem »Nigdy więcej płonącej Warszawy!«”[10]. Pojawił się też ostatnio wątek konieczności budowy „nowego państwa podziemnego”. To niebezpieczne mitologie i urojenia – polityczny eskapizm. Aktualizacją polskiej wolności i polskiego istnienia powinna być praca nad odbudową katolickiego ładu w naszym kraju, ochroną życia, rodziny, utrwalaniem prawych zasad postępowania w życiu politycznym, społecznym i prywatnym. Nie mamy innych korzeni i zasad, także w sensie historycznym, jak zanurzenie w chrzcie Mieszka, aktualizowanych przez wieki w ustawach, konstytucjach, decyzjach politycznych czy papieskich wizytach w 1979 i 1991 roku. Niestety znów zbłądziliśmy i całą swoją energię popchnęliśmy w mity, które niczego nie zmieniają i niczego nie budują, ponieważ są tylko epifenomenami, produktami naszej wyobraźni. By to stwierdzić, wystarczy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy przytoczone zdanie Rymkiewicza o Jarosławie Kaczyńskim jest prawdziwe, czy mamy także do czynienia w życiu publicznym z „polityką miłości”. Polacy znów poszli za głosami swoich wieszczów, a nie biskupów, którzy w trudnej sytuacji i na różne sposoby próbowali zatrzymać w naszej romantyczno-narodowej narracji sensus catholicus. Niestety prawie wszyscy posłuchaliśmy postromantycznych rozwiązań i takie podjęliśmy wybory polityczne, myląc romantyczny estetyzm Kaczyńskiego z własnym katolicyzmem. Być może przyszedł czas rozdzielenia tych dwóch żywiołów.

Smoleńska druga strona lustra

Czy możemy zatem w prosty sposób odnieść się do krytyków naszych tradycji i ich diagnoz? Problem polega na tym, że ci, których określiliśmy mianem „liberałów”, także hołdują myśleniu postromantycznemu, choć przyniesionemu z zewnątrz. Ta jego geneza czyni je nieadekwatnymi i nieskutecznymi dla polskiego życia umysłowego i politycznego. Nieskuteczność liberałów jest jednym z głównych powodów ich irytacji. Jeśli choć pobieżnie uświadomimy sobie, jakie procesy zaszły w Europie w ostatnich dwustu latach, zobaczymy, że romantyzm jako etap kultury europejskiej dokonał, na dobre, ale i na złe, mitologizacji religii i kultury. To, co duchowe, kulturalne i psychiczne, złączyło się w pewnego rodzaju patchworku mentalności romantycznej. Drogą tą zarówno Bóg i Kościół, jak i naród, choć w rzeczywistości pochodzące z innych porządków (nadprzyrodzonego i przyrodzonego), znalazły się w przestrzeni tego samego orbitowania (to obecna w romantyzmie spuścizna oświecenia) – najpierw jako prawdziwa mitologia (choćby u naszych wieszczów) uznawana faktycznie za prawdziwą (na tym polegał ruch fideistyczny – widział wiarę jako prawdziwą, ale odrzucał jej powiązania z rozumem, a także często z praktyką życia), potem jako archetypy ludzkiej umysłowości, aż w końcu jako przedmiot psychoanalizy, czyli konstrukty, które należy zdekonstruować dla lepszego życia. Ten nurt znajdujemy choćby w głośnych krytykach żałoby Agaty Bielik-Robson czy Cezarego Michalskiego[11]. Niestety jest to mitologia narodowo-smoleńska, tylko że „na odwrót”. Zasada się nie zmienia. Dalej nie dzieje się nic więcej poza zajmowaniem się wytworami umysłu jako procesem politycznym. Wiele realnym problemów kraju nie pojawia się nawet na horyzoncie dyskursu[12]. W obu przypadkach widoczny jest jeszcze jeden błąd – istnieje przekonanie, że manipulacje umysłowe zmieniają rzeczywistość i że konstrukcja mitu lub jego dekonstrukcja określa to, co rzeczywiste – kto jest Bogiem, co jest Kościołem, czy naród istnieje. To nas, jako naród, prowadzi całkowicie donikąd, ale wciąż się temu poddajemy i prowadzimy wojny na fikcje.

Nasze mitologie

Był rok 1989 i Polacy wierzyli, że wszystko się zmieniło – nagle po latach odkryli, że postkomunistyczno-liberalne państwo, w którym żyją, nie do końca zostało odzyskane i wolność jest raczej piękną narracją ułudą niż polityczną rzeczywistością. Przez długi czas ważniejsza była wiara w mit odrodzenia, zerwania z komunizmem niż analiza procesów, jakie wtedy zaszły – niepokój, który wzbudził Jan Paweł II podczas pielgrzymki w 1991 roku, gdy mówił o Dekalogu jako programie dla Polski, szybko zdławiono. Komisja Rywina i śmierć papieża znów zrodziły wrażenie, że Polska się odradza, że jesteśmy jak „dawni wielcy Polacy” – wcale tak nie było, wszystko szło dawnym torem – romantyczne nadzieje odwracały tylko nasz wzrok od rzeczywistości. Śmierć Lecha Kaczyńskiego wyzwoliła kolejne wyobrażenia o zmianie, ale wszystko ograniczyło się do postromantycznych igraszek. Poddając się tym mitom, zapominamy o katolickim realizmie pracy nad wspólnym dobrem, dobrym katolickim prawem, odnowionymi instytucjami. Ekscytując się wielkością zmarłych i minionych pokoleń, zapominamy, że od samej ekscytacji nie nabieramy ich cnót, lecz jedynie narkotyzujemy się ich wielkością. Owszem, powinniśmy o nich pamiętać, ale nie tylko w Muzeum Powstania Warszawskiego, ale także poprzez codzienne praktykowanie katolickiego życia. Nie tylko prywatnie, ale także publicznie i politycznie. Tego nie widzę ani u katolickich polityków, ani u inteligencji. Lekarstwem na mitomanię nie jest odrzucenie narodu, państwa, Kościoła. Co by to było za lekarstwo, które zamyka ludziom oczy na rzeczywistość tego, co istnieje, a w dodatku jest konieczne dla funkcjonowania społeczności w wymiarze politycznym zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Nie można zastąpić mitu Polski niebiańskiej, mesjańskiej mitem zapomnienia – efektem tego mitu są barbarzyńcy, jakich mogliśmy oglądać na Krakowskim Przedmieściu. Trzeba wrócić na ziemię, do rzeczywistości.

Wnioski

Wnioskiem zasadniczym dla nas jest to, że w Polsce nie ma inteligencji katolickiej, nie ma prawie ludzi, którzy by spełniali dwa zasadnicze warunki – byli odporni na pokusy polityki, jej pogańskich i fałszywych narracji, którzy potrafiliby odróżnić to, co jest w niej katolickie, od tego, co już nie jest, i umieliby publicznie swoje rozeznanie głosić. Niestety, jeśli sumienie przegrywa ze strategią, i to w sprawach zasadniczych, nie może też być mowy o inteligencji katolickiej jako formacji etycznej. Znaczna część katolików uczestniczących w życiu publicznym poszła albo za idolem Jarosława Kaczyńskiego (tu przykład katolickiego poety Wojciecha Wencla), wierząc w jego mesjanistyczną opowieść o bezpośrednim zagrożeniu istnienia naszego państwa przez Rosję lub przez rządy Platformy Obywatelskiej, z którego to zagrożenia wyzwolić nas może tylko on sam, albo wybrała święty spokój z partią władzy, przedkładając „pokój społeczny” nad zasady sprawiedliwości. Inni wybierali środowiskowo, jak choćby intelektualiści Teologii Politycznej, którzy milcząco trwali przy Kaczyńskim pomimo odgrywanego przez niego teatru, dopóki wspierał ich politycznych przyjaciół, pomimo że od dawna ignorował sprawy zasadnicze dla katolickiego rozumienia polityki. Sądzę, że obowiązkiem katolików jest przede wszystkim zabieganie w porę i nie w porę o sprawy fundamentalne, bez porzucania spraw pomniejszych, ale także unikanie sytuacji, kiedy sprawy większe poświęca się dla mniejszych. Mówiąc wprost – jak można spokojnie budować autostrady, czy nawet muzea, kiedy życie ludzkie nie jest dostatecznie prawnie chronione, kiedy Polska na arenie międzynarodowej nie sprzeciwia się różnego rodzaju aktom wrogości prawnej i fizycznej wobec chrześcijan. Jak można prowadzić mityczne wojny wobec słabości instytucjonalnej naszego kraju. Niewielu jest polityków, którzy wciąż posługują się zaproponowanym przez papieża Benedykta XVI językiem wartości nienegocjowanych, a ci, którzy przy tym trwają, pozostają poza parlamentem. Marginalizacja, która jest ich udziałem, nie stanowi jednak dowodu nieskuteczności. Swoją postawą są raczej świadectwem nędzy środowisk katolickich, które tracą swój sensus catholicus i nie potrafią przeciwstawić się poganizacji języka polityki po katastrofie smoleńskiej, nie potrafią przypominać, że od symbolicznego zwycięstwa w wirtualnej wojnie ważniejsze jest czynienie polskiego prawa bardziej sprawiedliwym szczególnie tam, gdzie widać liczne zaniedbania (in vitro, adopcja prenatalna, upominanie się o prawa chrześcijan na forum europejskim). Powtórzę za świętym Augustynem – niesprawiedliwe państwa nie są niczym więcej jak bandami rozbójników. Oczywiście ta przebudzona pogańska część polskiej duszy przycichnie z czasem, ale Polak, inteligent i fideista (zupełnie jakby nic się nie zmieniło od czasów ojca Jacka Woronieckiego OP) nie znajdujący katolickich treści u katolickich publicystów, zamiast zajmować się rzeczywistością, będzie tęsknił do kolejnych ekstaz, złudzeń i mistycznych smaków – śmierci, klęsk, rozbiorów. Będzie marzył, by z nich samemu nie wrócić na ziemię, ale nie wrócić to umrzeć. Pozostanie pytanie – w imię jakiego boga będzie ta śmierć.

 


[1] T. Rowiński, Polska opowieść. Rozważania o podmiotowej narracji Polaków w czasach pesymizmu, „Christianitas” 2010, nr 44, s. 322–346.

[2] Katolicyzm nie był jedyną polską tradycją. Z Andrzejem Walickim rozmawia Sławomir Sierakowski, „Europa – Tygodnik Idei” 2006, nr 138.

 

[3] Tomasz Nieśpiał, Wyborca Palikota to młody mężczyzna po podstawówce, http://www.rp.pl/artykul/613349.html, data dostępu 16.02.2011.

[4] J. Woroniecki OP, Życie religijne współczesnej inteligencji polskiej, w: tenże, Wychowanie człowieka, Kraków 1961.

[5] C. Wodziński, Kapłana błaznem. List do Janusza Palikota, Warszawa 2010.

[6] A. Bielik-Robson, Polski triumf Tanatosa oraz Tanato-mesjano-faszyzm. O ostatnich odsłonach polskiej symboliki mesjańskiej, w: Żałoba, red. S. Sierakowski, A. Szczęśniak, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

[7] Konrad Górski, O pierwiastkach sprzecznych z katolicyzmem w kulturze polskiej, „Przegląd Powszechny”1948,  nr 225, , przedruk w „Przegląd Powszechny”, numer specjalny, kwiecień 2010.

[8] Więcej o głosie polskiego Kościoła po tragedii smoleńskiej pisał Paweł Milcarek w tekście Kościół, prawica, demony, Christianitas 45-46, s. 32-34.

[9] Por. W. Wencel, Dwie Polski, dwie Rosje, 44.org.pl, data dostępu 10.05.2010.

[10] M. Jurek, Tradycja: sprawa przeszłości czy przyszłości?, „Christianitas” 2009, nr 43, s 70.

[11] C. Michalski, Polityka śmierci w: Żałoba, dz. cyt., s. 12–14.

[12] Temat ten szerzej rozwinąłem w eseju Postkomunizm, neokomunizm i mity III RP, „Christianitas” 2011, nr 45–46.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata