70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dialog gęsi z prosięciem

Dawno, dawno temu – gdy z plecakiem na grzbiecie podróżowałem dookoła świata – zaprzyjaźniłem się z krajowcami na wyspie Vanua Levu, drugiej co do wielkości w archipelagu Fidżi.

Nie jest to trudne, bo rodowici Fidżyjczycy to ludzie mili i towarzyscy, którzy – jak to zwykle w tropikach – do upływającego czasu nie przywiązują większego znaczenia. Kontakty międzyludzkie i międzyrasowe ułatwia zresztą łagodny narkotyk miejscowego wyrobu. Trudniej zaprzyjaźnić się z miejscowymi Hindusami (w sporej części muzułmanami), uważającymi się za prześladowaną mniejszość, a jednocześnie – jak to z mniejszościami bywa – za lepszych i inteligentniejszych od tubylczych „ćwoków”. Rodowici Fidżyjczycy mają na ogół usposobienie dobroduszne, a przy tym ziemię i władzę zagwarantowaną przez dość skomplikowaną konstytucję. Hindusi trzymają za to w ręku kasę i wpływy, opanowując dziedziny wymagające połączenia sprytu z wykształceniem – jak biznes, medycyna i prawo. Tyle wystarczy, by inspirować wieczne niesnaski, a nieraz zamachy stanu, w ostateczności opanowywane przez niewielką, ale dobrze zorganizowaną armię stojącą na straży interesów tubylczych, bo do wojska Hindusów się nie przyjmuje. Ponieważ wojacy też mają charakter spokojny, a przy tym zwykle nadwagę, rozstrzygnięcia nie bywają drastyczne, więc kolejne odsłony zapewne nastąpią. Ale to już zupełnie inna historia.

Pewnego dnia mój gospodarz – przyjacielski i zawsze ubrany w przewiewną spódnicę sulu – kręcił się po chacie pokrytej palmowymi liśćmi jakby zafrasowany. Od słowa do słowa, wyjawił mi, że następnego dnia ma przedstawić jakiś postulat wodzowi plemienia, który załatwia tutaj od ręki sprawy w innych częściach świata, leżące w kompetencji urzędów i regulowane biurokratycznymi procedurami. Dziedziczni kacykowie plemienni mają tu pozycję nie tylko ugruntowaną odwiecznym zwyczajem, ale i konstytucją, bo zgodnie z nią właśnie ich wysoka rada wybiera z własnego grona prezydenta wyspiarskiej republiki. Zwietrzyłem okazję i wyprosiłem przywilej towarzyszenia mu przed wodzowskim obliczem. Trochę marudził, bo petent występuje zwykle w otoczeniu „leve ni vale”, czyli domowników zasiedlających na stałe jego chatę. Jest to pojęcie nieco szersze niż rodzina, która ma tutaj charakter dość płynny, tym bardziej, że małżeństwa – chociaż aranżowane przez ojców rodzin – są traktowane z tropikalną wyrozumiałością dla ludzkich chuci i grzechów. Podobnie oczywiście i dzieci będące owocem tych związków.

Kiedy w końcu dotarliśmy (samochodem oczywiście) do wioski kacyka, zobaczyłem, że mój gospodarz bynajmniej nie ustawia się w kolejce do audiencji, lecz żywo pertraktuje z jakimś opasłym (nawet jak na tutejsze standardy) dżentelmenem w garniturze. Kiedy nadszedł czas, usiadł sobie beztrosko na trawie obok mnie, a do kręgu otaczającego wodza wstąpił ów grubas, który jeszcze owiązał sobie „sulu” wokół przyciasnego ubrania. O co chodzi? Zrazu trudno mi było uzyskać jasność, bo gospodarz pokrzykiwał i gestykulował, zagrzewając ugarniturowanego grubasa niczym kibic na stadionie swojego zawodnika. Ten wygłaszał orację – nie wiadomo, czy bardziej do tłumu wioskowych gapiów, czy do jaśnie kacyka, a kiedy ten zechciał zadać jakieś pytanie, nie odpowiadał sam zainteresowany, lecz ów mówca. W końcu gospodarz wpadł w entuzjazm, bo kacyk wydał pomyślny werdykt. Spocony grubas w garniturze ozdobionym tropikalną spódnicą podbiegł do niego i odbierał honorarium za występ, po czym pognał do następnego mocodawcy.

– Aha… – wydawało mi się, że coś rozumiem. – To tak jak u nas wynajmuje się adwokata, żeby wystąpił przed sądem?

– Skądże! – zastopował mnie gospodarz, który powoli wracał do świata po odniesionym sukcesie. – Jeślibym miał sprawę w sądzie, też wynajmę adwokata, cholernego Hindusa. Ten jest zawodowym mówcą. Adwokat zna sztuczki prawne, ten oratorskie. Nie wynajmują mówcy dla przedstawienia swojej sprawy tylko prawdziwi biedacy.

Takie było moje zetknięcie z dialogiem w tropikach. Najemni mówcy nie tylko przedstawiają racje swoich klientów kacykowi. Wygłaszają mowy pogrzebowe i weselne, uczestniczą nawet w sporach sąsiedzkich. Przecież dialog to rozmowa, wzajemne przekonywanie się, spotkanie ludzi reprezentujących różne stanowiska, lecz pragnących się porozumieć. Dlaczego tutaj przybrał tak sztuczną formę? Jak przebiega i jak jest pojmowany w innych kulturach i częściach świata? Przecież najemnym oratorstwem parali się nawet starogreccy sofiści, zwykle zarabiający na życie jako wędrowni nauczyciele.

Dialog i posłannictwo

Prowincja Surat Thani w Tajlandii nie jest szczególnie znana turystom, choć położona na ich utartych szlakach. Najwyżej przelotnie zapamiętają miasto o tej nazwie, bo z jego przystani odpływają promy na popularne wyspy Samui i Phangan. Półwysep Malajski – zrazu wąski – rozszerza się tutaj w zieloną, górzystą i słabo dostępną przestrzeń. Jeśli dążysz dalej na południe ku plażom Pukhetu albo Krabi, to zwykle przelatujesz ponad tym wszystkim samolotem, zamiast pchać się żmudną i wąską drogą przez dżunglę. Ja jednak podróżowałem lądem i za kolejnym zakrętem omijającego strome zbocza asfaltu zobaczyłem w bocznej dolinie wielki biały kościół. Trudno o równie obcy akcent na tym odludziu – tutaj nawet nieliczne świątynie chrześcijańskie przypominają stylem buddyjskie pagody, co teologicznie nazywa się inkulturacją. Ten kościół zdecydowanie przywodził na myśl Europę i rzeczywiście, kiedy zboczyłem ku otwartej dolinie, życzliwie przyjęli mnie włoscy misjonarze zadomowieni od lat w tym odległym kącie.

– Jak przyjmują Chrystusa ludzie od pokoleń przywykli do swojego dobrotliwego, ale odległego od spraw tego świata Buddy?

Po tak postawionym pytaniu zapadło kłopotliwe milczenie, lecz starszy z dwóch pracujących tu misjonarzy zaczął barwnie opowiadać o dorobku misji. Piękny, biały, kamienny kościół postawiła amerykańska fundacja, ona też dba o zaopatrzenie w wodę, co ma podstawowe znaczenie dla dżunglowych rolników, jakimi są okoliczni mieszkańcy.

– Czym ich pozyskaliście?

– Wodą właśnie! – zawołali jeden przez drugiego sympatyczni ojcowie. No i znowu popłynęła gładka opowieść o paru już katolickich wioskach usytuowanych wokół kościoła, w których osiedlają się coraz to nowi przybysze, chętnie poddający się ceremonii chrztu. No bo woda jest najpotężniejszym magnesem, nie ta święcona oczywiście, lecz z lokalnego wodociągu – czysta, przefiltrowana, wolna do zarazków i tropikalnych insektów. Mieszkańcy chrześcijańskich wiosek mają ją za darmo, obcy muszą płacić. Nic więc dziwnego, że przez święconą uzyskują wymarzony dostęp do wody pitnej.

– Także szkołą, oczywiście – wtrącił się drugi z misjonarzy. – Katolicka ma wyższy poziom od wiejskich szkółek w rzadko zaludnionej okolicy, daje dzieciom realną szansę wyjścia w świat z tej zapadłej dziury. Takie jest przecież nasze posłannictwo!

– No dobrze… – usiłowałem nie w porę wtrącić swoje trzy grosze. – Przecież wasza misja jest laboratorium dialogu chrześcijańsko-buddyjskiego. Jak on wygląda, jakie postawy, jakie argumenty, jaka filozofia?

– Tak właśnie! – znowu zawołali zgodnie obaj ojcowie. – Mamy lepszą wodę i lepszą szkołę. Wspiera nas amerykańska fundacja. Nawróceń przybywa!

Tak sobie podialogowaliśmy w dusznym upale prowincji Surat Thani. Można by powiedzieć, że jak gęś z prosięciem, ale wszak misjonarze byli sympatyczni, a włoska kuchnia – którą mnie uczęstowali – znakomita.

Na północy tego samego kraju leży średniej wielkości miasto Lampang, a w nim filia największego w Bangkoku uniwersytetu Thammasat. Lampang to miejsce mistyczne. Choć mniej znane niż niedalekie Chiang Mai, także jest pełne zabytków upadłej już dawno kultury Lanna, która przed wiekami rozkwitała na północy dzisiejszej Tajlandii i w Laosie, a pozostawiła po sobie świątynne budowle cudownie rzeźbione w drewnie i kamieniu. Z uniwersytetem Thammasat łączyły mnie stosunki wręcz przyjacielskie, udało mi się tu zorganizować festiwal filmów Andrzeja Wajdy w związku z przyznaniem mu w roku 2000 Oskara za całokształt twórczości. Filmy o człowieku z żelaza i z marmuru zainicjowały dyskusję o „Solidarności” – ruchu zadziwiająco dobrze zrozumiałym dla tutejszych ludzi. Filia w Lampang wciąż jednak prosiła o jakąś filmową nowość, czemu nie było łatwo sprostać ze względu na finansową mizerię naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (przynajmniej na początku nowego wieku). Mojej warszawskiej centrali największą trudność sprawiało zdobycie polskich filmów z anglojęzycznymi napisami. Ale wreszcie przysłano mi z łaski cykl godzinnych filmów telewizyjnych Krzysztofa Zanussiego Opowieści weekendowe.

Projekcję przewidziano po zajęciach. Kampus został wzorowo obwieszony afiszami, ale widziałem, że studenci ładują się do autobusów, a mało kto zmierza na projekcję. W sukurs przyszły mi niebiosa: choć był to styczeń (sam środek pory chłodnej i suchej), nagle huknął grom i lunęła ulewa jak w jakimś maju albo sierpniu. Tropikalny deszcz to nie nasza letnia burza, przeciw której od biedy wystarczy parasol: to oberwanie chmury kojarzące się z biblijnym potopem (na szczęście dość krótkotrwałe). W ten sposób obszerna sala projekcyjna nie tylko została zapełniona, ale młodzież rozsiadła się na schodach. No i oglądali: film o tym, czy ważniejsze są pieniądze, czy ludzka przyjaźń? Zaraz potem o dylemacie wiary w wymagającego, ale niekoniecznie miłosiernego Boga, jakiego stwarza nasz strach i wyobraźnia. Rozważania filmowe, ale jednocześnie filozoficzne. Grzmoty już dawno ucichły, deszcz ustał, a oni wciąż oglądali, bo ekran ukazywał rozdarcie młodego człowieka między miłością a karierą. I tak dalej, i tak dalej… Zapadła ciemność, ale sala troszeczkę tylko opustoszała. W krótkich przerwach podchodzili do mnie młodzi ludzie, prosili o następną projekcję i zamiast komplementów wzdychali: „ach, jakież to buddyjskie!”

Siedziałem cicho, bo są takie chwile, kiedy ambasador powinien milczeć. Mówił tylko z ekranu mistrz Krzysztof. Nikt nikogo nie nawracał. Ale to był właśnie dialog chrześcijańsko-buddyjski.

Zaciągnij się fajką i pomilcz

Moi znajomi Amerykanie o indiańskich korzeniach znowu zebrali się w niewielkim rezerwacie, gdzie z dawnych czasów została tylko pamięć wymarłego plemienia, kultywowana przez tę kurczącą się garstkę. Zabrałem się z nimi, bo wiedziałem że będą omawiać sprawy swojego szczepu i zastanawiać się nad przyszłością. Ale nad czym właściwie tutaj się zastanawiać? Wszak na ich pokoleniu skończy się zapewne tradycja, zapomniane zostaną zwyczaje, rytuały i ich wyższy sens. Przecież tylko pojedyncze – a od razu wiadomo, że niezbyt chętne – niedorostki towarzyszą w spotkaniach i obrzędach swoim tracącym siły ojcom; zniknie ich presja, ucichną namowy, młodzi jak wiatr polecą za swoimi młodymi sprawami. Jeśli nawet zapamiętają i powtórzą ojcowskie rytuały, to zanik wiary w ich sens uczyni je daremnymi.

– O nas też tak mówiono przed dwudziestu z górą laty – zbił moje obawy jeden ze starszych.

Dlatego znowu zabrałem się z nimi. Powiedziano mi jednak, że podczas dyskusji członków plemienia obcy winien milczeć. Zaczęło się jak zwykle od szałasu pary, rąbania właściwych drew dla rozpalenia ogniska w jego wnętrzu, doboru odpowiednich ziół na kadzidlaną mieszankę, którą sypać będziemy w ogień.

– Po co tak długo się przygotowywać, skoro nawet ja, obcy, wiem, że to, co macie sobie do powiedzenia, jest krótkie i niewesołe? – spytałem, gdy już wspólnie pociliśmy się przy rozgrzanych kamieniach polewanych wodą i wdychaliśmy dym żarzących się ziół.

– Właśnie dlatego – odpowiedział mi jeden z nich. – Im cięższe sprawy, tym dłużej trzeba pomilczeć. Oczyścić się, wypocić gniewy i złą krew. Więc lepiej nic nie mów.

Wreszcie zaczęli wychodzić, rozsiedli się w kręgu wokół plemiennego totemu. W obieg poszła fajka.

– Zaciągnij się – powiedział mi tamten znowu. – Już wiesz, że to nie żadna fajka pokoju, jak wy bajdurzycie, ale modlitwy. My nie poważamy modlitw wyuczonych, jak chrześcijanie. Każdy powinien modlić się w sercu najbliższymi mu słowami. Zaciągnij się więc i pomódl po swojemu do Wielkiego Ducha.

Tak trwali w milczeniu, popykując z krążącej fajki. Nastał zmierzch i zdziwiłem się, że nie jest mi zimno. Wreszcie ten sam człowiek zwrócił się do mnie:

– Nadchodzi pora. Za chwilę zaczniemy rozważać nasze sprawy. Ty nie zabieraj głosu, chociaż jesteś gotowy na dialog. Mógłbyś teraz zacząć poważną i płodną w rozstrzygnięcia rozmowę ze swoją żoną albo z szefem. Ale ona czy też on, nie są na to przygotowani, nie oczyścili ciała i duszy tak jak ty, targają nimi niepotrzebne żądze. Więc lepiej zaciągnij się jeszcze raz i pomilcz.

Dialog jako spotkanie grzesznych

Czym jest w istocie dialog? Rozmową? Wymianą myśli? Próbą przekonania innego człowieka? A może pokonania go orężem słowa? Ma szacowną tradycję, bo idącą od starogreckich filozofów, Platona zwłaszcza. Czy się rozwinął od tamtych czasów? Przecież w telewizji i w Internecie wciąż ścierają się poglądy różnych osób i słuchający ma dość materiału, by wyrobić sobie własną opinię. Ale u Platona dialogował na przykład Fajdros z Sokratesem i każdy występował we własnym imieniu. Ktoś rozmawiał z kimś, ktoś przekonywał kogoś. Dziś nie zawsze tak jest: najczęściej mówi się w imieniu zbiorowości, a przynajmniej stwarza się wrażenie reprezentatywności: „w imieniu ludzi pracy”, „związkowcy domagają się”, „Kraków żąda”, „my Polacy nie pozwolimy”, „jako członek partii takiej to a takiej”… Bowiem mówiąc tylko we własnym imieniu, nie można wykluczyć omylności albo niepełnej wiedzy. Zbiorowość, która upoważnia kogoś do mówienia – jak mój gospodarz z Fidżi najemnego mówcę – zawsze musi mieć rację. Zbiorowość się nie myli, może najwyżej paść ofiarą spisku, podstępu lub czyjejś złej woli, co trzeba zdemaskować i potępić. Liczą się nie argumenty, ale reprezentatywność. Ilu ludzi możesz wyprowadzić na ulicę albo ilu odda głos na twoją partię? Jeśli niewielu, nie masz racji z samej istoty tak rozumianego dialogu.

Ale to nie jedyne niebezpieczeństwo. Dialog wymaga nie tylko umiejętności mówienia, lecz w tym samym stopniu słuchania. Mowa jest srebrem, ale milczenie złotem. Przysłowie nie dodaje, że zwłaszcza wtedy, gdy słuchasz. Tylko słuchając, możesz rozważyć, czy twój przeciwnik nie ma w czymś racji. Ale słuchając – nie mówisz. On mówi, a więc przyciąga uwagę słuchaczy, ma szansę ich przekonać. To niebezpieczne: trzeba więc mu przerwać. Trzeba nauczyć się mówić jak najwięcej i jak najszybciej, choćby byle co, aby swoim gadulstwem zagłuszyć poglądy, które z góry uznajemy za niesłuszne. To jest klucz do pyskówek, które przez nieporozumienie nazywamy dzisiaj dialogiem albo dyskusją. Zwłaszcza polityków.

Ale bywa jeszcze gorzej. Dialog – jeśli ma przebiegać bez krzyków i manipulacji – jest nudny, bo nie może się obyć bez wyważania racji. Typowy dla dialogu jest zwrot: „zgadzam się, ale…”, albo „lecz z drugiej strony…” Jaka telewizja to zniesie? Kto nie przełączy odbiornika na ciekawszy program, gdy pojawi się jakiś Fajdros z Sokratesem? Jaki poseł nie opuści sejmowej sali, gdy tak niemrawo gadają? Ma być szybko i błyskotliwie, jak kiedyś w maglu. Dlatego w epoce telewizji dialog zszedł do tego właśnie poziomu.

Dialog tylko pozornie jest dwustronną wymianą poglądów. Zawsze uczestniczy w nim audytorium, choćby nakazano mu milczenie – jak mnie na indiańskim zebraniu. Dobrze, jeśli audytorium stanowią ludzie myślący, nieuprzedzeni i chętni do poznania czegoś nowego – obojętnie czy w greckim gimnazjonie, czy w XIX-wiecznej kawiarni artystycznej. Dziś jest to publiczność telewizyjna, jacyś kibice albo jeszcze częściej elektorat. Ten wedle polityków ma proste emocje, najchętniej negatywne, więc trzeba się odwoływać do żądzy przewagi, potępienia i poniżenia, nie do potrzeby zrozumienia. Dlatego walczy się dziś na złe emocje, nie na rozumne argumenty.

Ale Platon też manipulował, choćby poglądami Sokratesa – swego wielkiego nauczyciela otrutego cykutą z wyroku bezmyślnej demokracji, która z samej istoty nie znosi jednostek wybitnych i jeśli nawet nie posyła takich na zatracenie, to ogranicza ich społeczną rolę na rzecz miernot. Można by powiedzieć, że łagodna tendencyjność Platona znalazła radykalne rozwinięcie dopiero dzisiaj: cywilizację dialogu zastąpiła cywilizacja mentorstwa. Przysłowiowa gęś rozmawia z prosięciem.

Dialog wymaga nie tylko wyrzeczenia się misjonarstwa, wewnętrznego oczyszczenia, ale – i to właśnie najtrudniejsze – niepewności, poczucia własnej niedoskonałości, przekonania o niepełnej wiedzy każdej ze stron, czyli po prostu skromności i wstydu. Albo inaczej: wymaga przynajmniej częściowej wspólnoty aspiracji dialogujących, z których najważniejsza jest jedność w dążeniu do mądrości.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata