70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Głosy o Błońskim

Wydanie pamiętnika i zapisków dziennikowych profesora Jana Błońskiego to bez wątpienia jedno z ważniejszych wydarzeń rozpoczynającego się roku, zasługujące na szerszy komentarz. W związku z tym poprosiliśmy o wypowiedź na ten temat osoby, które Błońskiego bądź to znały z Gołębnika, siedziby krakowskiej polonistyki, bądź też zetknęły się z nim w innych okolicznościach. Pierwsze głosy w tym numerze, kolejne za miesiąc.

 

Wiele tekstów krytycznych Jana Błońskiego kończy się znakami zapytania. W ferworze czytania i opisywania tego, co właśnie przeczytał zdawał się nie zawsze być pewnym – może nie nadążał – stanowczej pointy. Ten szczególny i wyróżniający Błońskiego niepokój powtarza się w jego zapiskach dziennikowych – nieskończonych, ale pełnych pytań bez odpowiedzi, tym razem o siebie samego. My, to znaczy czytelnicy Błońskiego, pragnęliśmy niegdyś dowiedzieć się, co naprawdę Błoński o tym czy owym myśli. Bowiem w jego mistrzowskich narracjach kryła się szczególna nostalgia, którą można by nazwać szukaniem „czegoś więcej”. To samo w życiu osobistym, jak poświadczają niedokończone zapiski. Kim był ojciec? I kim jest Bóg? Jak mnie wychowano, co zrobiłem a co zmarnowałem? Do jakiego czasu historycznego należę? Jak kończy się moja epoka, gdzie znaki jej obumierania? Konstruując, z talentem epika, odpowiedzi na te pytania fundamentalne, Błoński odsłania siebie, ale też jednocześnie zakrywa. Przedziera się przez własną myśl, dając świadectwa jej oporu bądź własnej niegotowości.

Wydaje się, że powinien pisać powieści. Bowiem, jak sam przyznaje, oko jego jest syntetyczne. Ogląda idee, a nie uczucia. Nie potrafi dać wyrazu emocjom, ale znakomicie radzi sobie z myślą, z ideą. Gdyby dokończył swój dziennik, byłby on zapewne wyznaniem o egzystencji duchowej i umysłowej otoczonej społecznym roztworem.

Przewodnikiem po tych fragmentach może być takie oto zdanie: „Bliżej mi do Rodzinnej Europy niż do Barbarzyńcy w ogrodzie”. Ta przenikliwa autocharakterystyka wyjaśnia i rozjaśnia w znacznym stopniu formę i styl dziennikowej prozy Jana Błońskiego.

Z ducha Rodzinnej Europy wywodzi się odtworzona przez Błońskiego genealogia. Jest ona historią rodziny ukształtowanej w pewnych okolicznościach historycznych, antenatki tej rodziny, które zapisały się w pamięci autora to trzy młode Francuzki, udające się „za chlebem” z francuskiej prowincji do Petersburga. Jedna z nich, guwernantka w rosyjskich domach, to babka autora. Zakończy życie w powojennym Krakowie w roku 1946, zaś jej francusko-rosyjsko-polska peregrynacja okaże się częścią większego zbiorowego obrazu ludzkich losów na przełomie dwóch stuleci, częścią wędrówek ludów, jakie stały się udziałem tej generacji.

Inne pytanie Błońskiego: czy wychował mnie Uniwersytet Jagielloński? I odpowiedź: jak mógł mnie wychować, skoro wszyscy zajęci byli zmianą przekonań… Nowa rzeczywistość urastała aż do formy absurdalnej: kapitalna jest uwaga Błońskiego, że, w ramach tego przepoczwarczenia, Stefan Żółkiewski, teoretyk kultury i polityk (zupełnie skądinąd poczciwy człowiek) awansował do roli Ducha Dziejów. Przesada i chorobliwa małość kształtowały życie umysłowe PRL-u. Ale czyż inaczej było we Francji? Błoński, jak większość jego rówieśników, chciałby zrozumieć – a przecież miał po temu okazję wyjątkową – degradację i stopniowy upadek francuskiej Le Gauche. Przygląda się, w latach 60-tych, lewicowym profesorom z główką Mao Tse-tunga w klapie, którzy za amerykańskie stypendia grzmią na imperializm i kolonializm. Pisze we Francji, której nie ma, tej z jego wybranej literatury; tęskni za Francją Balzaca i Charlesa Péguy.

Rówieśnicy, podobnie jak on, kształtują uporczywie swój styl. Andrzej Kijowski staje się opowiadaczem, Ludwik Flaszen stawia na sztuczność. Pierwszy wydaje się lepszym strategiem, w sensie artystycznym. Drugi płaci za swój wybór pisaniem coraz rzadszym, aż po zamilknięcie. Błoński zauważył wcześnie, jak rozchodzą się ich drogi, co zresztą nie przeszkadza przyjaźni.

Tematem powracającym jest duchowość i religia i tutaj zapewne należy szukać klucza do osobowości Jana Błońskiego: „A najważniejsze były sprawy religijne, ta drzazga Boża, która tkwiła we mnie latami, w uśpieniu albo też jątrząc, ale zawsze obecna. Ja też wiary nie ukrywałem, choć nie było jej znać po moich wypowiedziach; stąd zdziwienie przyjaciół (…) którzy prosili nieraz, abym im «wyjaśnił» swoje przekonania. Ale nie można wyjaśnić wiary, przestałaby być łaską. Można natomiast uchwycić jej niedoskonałości”.

Inny temat tych zapisków to sny. Akcja snów Jana Błońskiego rozgrywa się w Paryżu i trudno byłoby zapewne w polskiej literaturze znaleźć równie wyraziste i celne obrazy paryskich dzielnic, podobne do tych, które relacjonuje śniący Błoński. Błoński nie może w swoim śnie odnaleźć własnego domu, mieszkania i łóżka. Ale nie jest to bynajmniej sen wygnańca. Jest to sen flâneura, który błądzi z upodobaniem, bo przecież dobrze zna okolice swojego błądzenia. Tropi więc w tym dobrze skonstruowanym śnie ślady własnej autentyczności, dopytuje się o pewnego Polonais, ulgę zaś ostateczną przynosi mu wkroczenie w sen żony, Teresy.

Streszczam tutaj, dość bezładnie, główne wątki Dziennika Jana Błońskiego, dzieła niedokończonego, które mogłoby odegrać podobną rolę jak niegdyś Rodzinna Europa Miłosza, aczkolwiek scena okazałaby się odmienna i dla innych czytelników ważna.

Ale nawet z fragmentów da się odczytać inteligenckie przesłanie, które, jak się wydaje, nie zostało już przez nikogo podjęte i pozostanie zapewne w archiwum myśli, chyba że zechcemy, za pomocą nowoczesnej narracji krytycznej, przywracać je, w zmienionej postaci, dzisiejszym czasom. Wtedy zapewne mówiłoby się o sposobach inteligenckiej obrony przed sytuacją skolonizowania.

Ja jednakowoż nie mam na to specjalnej ochoty. Narracja Błońskiego, socjologiczna w gruncie rzeczy, w tym więc podobna do narracji Miłoszowej, nie potrzebuje nadpisywania nad nią dykcji nowoczesności.

Błoński bowiem miał ostrą świadomość, iż żyje w czasach, które, niezależnie od tego czy PRL upadnie, czy też skostnieje, zmierzają do pewnego umysłowego finału. Był specjalistą od wielkich narracji i metafor krytycznych, które chciały objąć „świat” a tymczasem świat ten przestał się poddawać uogólnieniom.

Błońskiego dochodzenie do krytycznego warsztatu było, jak sądzę, efektem głębokiego i uświadomionego doświadczenia związanego z naturą procesów społecznych które, tak czy owak, kształtują jednostkę i wpływają na życie rodziny, miasta, kraju. Błoński opisał to znakomicie: właśnie na przykładzie własnych rodzinnych losów.

Ale narzekał też, że nie dopisuje mu pamięć, a wspomnienia z przeszłości szybko się zamazują. Nie chciał więc, jak mówił, gonić za wspomnieniami. Podjął się większego trudu i być może to Błoński właśnie miał napisać intelektualną biografię swojego pokolenia.

Pozostał z niej niedokończony szkic – ale niedokończony w sensie skromnego wymiaru tekstu. Bowiem to, co zostało przez Błońskiego napisane, domaga się bacznej uwagi. Czyli podróże, polityka, nauczanie, czytanie, życie rodzinne, swary koleżeńskie, umieszczone w atmosferze niesprecyzowanej do końca dekadencji… Rozkładał się co prawda PRL jako fenomen dziejowy, ale, poniekąd wraz z nim, zacierały się kontury „dawnej” Europy. Ubodzy pięciodolarowi stypendyści otrzymywali co prawda szansę, aby stać się obywatelami Europy, ale w międzyczasie ich marzenie marniało w oczach. To był dramat i paradoks pokolenia Błońskiego i jego wybitnych przyjaciół.

„Moja Europa kończy się” – pisał Błoński. Miał rację. Zapewne już się skończyła.

Marta Wyka


W jednym z opublikowanych właśnie listów do Jerzego Stempowskiego Maria Dąbrowska czyni takie oto spostrzeżenie: „Widzę dwa dramaty naszej współczesności wykraczające daleko poza kwestie ustrojów, polityki etc., choć zazębiające się o te rzeczy. Jedno – to zupełny rozbrat między zdolnością myślenia a zdolnością działania, który kiedyś w czasach bardziej integralnie humanistycznej cywilizacji był mniejszy. Drugie – to zupełne nieudanie się stworzenia jakiejkolwiek rozsądnej harmonii między życiem publicznym a życiem prywatnym, by tak powiedzieć – domowym.”

Do tych dwu rodzajów napięć dołączyć można także trzecią ich odmianę, niemniej dramatyczną, a z poprzednimi współbieżną: napięcie między moralnością a myśleniem, trudność, jaką napotykać może pojednanie między człowiekiem etycznym a jego upodobaniem intelektualnym i estetycznym.

Pisanie, także pisanie o literaturze, jest zawodem, w którym splot biografii i etyki osobistej oraz aktywności profesjonalnej bywa ściślejszy niż w innych zawodach. I choć świadomość moralną listonosza, lekarza, księgowego czy konstruktora mostów trudno uznać za rzecz obojętną, bo w jakiejś mierze zawsze się gdzieś styka z etyką zawodową, to ich stosunek do świata, ich życiowe czy polityczne wybory są mało istotne dla tych, co korzystają z ich usług i umiejętności. Krytyk literacki zaś nie tylko jawnie sprzedaje swój gust; najczęściej wydzierżawia też swoją osobowość i moralny instynkt, choć na pewno nie każdy czyni to w równym stopniu. Są tacy, którzy jak cnotliwe kobiety i szczęśliwe narody niemające historii obchodzą się w swym fachu bez życia osobistego i dylematów moralnych, zadowalając się (a także innych) życiem intelektualnym, sprowadzonym do przeczytanych i napisanych książek, które układają się w ich umysłach w bezkonfliktowe i klarowne konfiguracje; są inni, którzy czytane książki karmią własną krwią, a życie nieustannie przesączają przez literaturę; są tacy wreszcie, u których związek między „ja” czytającym i piszącym a „ja” egzystencjalnym i moralnym stanowi dla postronnych – niepokojącą zagadkę, dla nich samych – dręczące wyzwanie.

Jan Błoński był – przynajmniej dla mnie – taką właśnie intrygującą postacią, ponieważ nie dawał się gładko zespolić w jednowymiarową całość. Polak, katolik, światły obywatel, przykładny ojciec rodziny, autorytet moralny, a równocześnie znawca i przenikliwy komentator twórców, którzy karmią się perwersją – erotyczną, moralną, intelektualną, którzy nie krzepią, lecz szydzą, raczej spoglądają w otchłań, niż patrzą w gwiazdy. Błyskotliwy umysł, opiniotwórczy, bądź – jak się dawniej mawiało: czołowy krytyk, uczony profesor, Europejczyk, jedna z ważniejszych postaci intelektualnego i kulturalnego życia – wszystkie te role solidnie wykonywał i od wszystkich się w jakiś sposób dystansował krótkim, ironicznym spojrzeniem, czy słynnym swoim śmiechem, którego nagłe, wsysane do wnętrza parsknięcia otwierały niepokojące szczeliny w potoczystej narracji wykładu czy w towarzyskim dialogu. Jakby formy, jakie przyjmował i wcielał, nie domykały się na nim, lecz poddawane były nieustannemu testowaniu; jakby kształt tej instytucji, jaką sobą stanowił, tak wydawało się pełny i wsparty na mocnych fundamentach, nie został ostatecznie zarysowany, a zespolenie egzystencji i esencji wciąż było problemem do rozwiązania.

Lektura pozostawionych fragmentów dziennika i osobistych zapisków pozwala sądzić, że nie było to wrażenie mylne.

Dziennik ten, pisany kapryśnie i obejmujący krótkie, oddzielone od siebie odcinki czasowe oraz luźne narracyjne całostki, daje jedynie przedsmak tego, co mogliśmy otrzymać, gdyby Błoński zechciał był być diarystą cierpliwym i konsekwentnym. Ale i te punktowe, by tak rzec, odwierty poczynione w teraźniejszości lat 60. i w przeszłości własnej i rodzinnej (bo część tekstu stanowią wspomnienia przybierające miejscami postać genealogii i autobiografii) odsłaniają wciągające epizody życia i myśli, z których da się ułożyć fragmenty osobistej biografii, odsyłającej równocześnie do obszerniejszej figury losu polskiej inteligencji twórczej okresu powojennego. Ten młody inteligent o „pstrym pochodzeniu” przeżywający wojnę jako dziecko, wychodzący z niej jako kilkunastolatek, już w czasie studiów zderza się z nową rzeczywistością polityczną, która wypowiada walkę tym wartościom i temu obrazowi świata, w jaki wyposażyło go środowisko rodzinne i który on sam przyswoił i zaakceptował. Musi więc podjąć grę: tak ułożyć się z tą rzeczywistością, by móc prowadzić aktywne życie intelektualne i zarazem minimalizować straty własne. Dylemat powszechny, dla ogromnej części inteligencji polskiej emblematyczny. Ale intelektualna aktywność Błońskiego ma także wyraźne wiązanie religijne; myśli on i pisze pod okiem Transcendencji. Musi tedy mieć na względzie nie tylko przyzwoitość, prawdę, styl (gdzie jakże wdzięk się liczy!), ale i rachunek sumienia. Dziennik ukazuje taką właśnie napiętą świadomość zaprzęgniętą do autorefleksji.

Błoński – autobiograf i diarysta jest znakomitym obserwatorem i przenikliwym diagnostą życia literackiego i społecznego, co nie dziwi, bo takim go znamy z jego książek, artykułów, esejów i towarzyskich spotkań. Tyle że w dzienniku ostrze jego intelektu wydaje się jeszcze cieńsze, refleksja – swobodniejsza i bardziej osobista. Dla przykładu: po wszystkim, co Błoński napisał i powiedział o Gombrowiczu, fragment poświęcony autorowi Kosmosu czyta się w niemałym napięciu, bo zawiera on nie tylko celującą w sedno charakterystykę Gombrowiczowskiej filozofii, ale jest też opowieścią o psychomachii rozgrywającej się między krytykiem a pisarzem, która jest w tej samej mierze walką o formę, co i o duszę. Bo w głąb siebie spogląda Błoński z tą samą przenikliwością, z jaką opisuje i ocenia świat i innych ludzi. Tym samym ostrym narzędziem dobiera się do własnych odczuć, motywów, pobudek. W jego autoanalizie czuje się francuski chłód i pogodną lekkość, ale i psychologiczną dociekliwość, której nie brak bezwzględności. Jest w niej jednak także, niemająca nic wspólnego z pobłażliwością, ludzka wyrozumiałość dla samego siebie, jakiej uczą mądrzy spowiednicy, sprawiająca, że osąd własnego postępowania, swoich moralnych i artystycznych wyborów, nawet jeśli miejscami surowy, nie zamienia się nigdy w teatr samobiczowania.

Szczerość jest u Błońskiego silnie zaprawiona ciekawością; czyta on siebie jak czytywał książki – z uwagą, z zainteresowaniem i w dobrej wierze. I ten sam tryb lektury podejmuje po drugiej stronie czytelnik dziennika śledzący jego ruchy. Błoński pyta siebie: Kim jestem? Skąd się wywodzę? Dlaczego pisałem/piszę? Czy piszę tak, jak powinienem? Czy moja religijność i pisarska działalność są ze sobą uzgodnione i czy dbałem o to, by je uzgodnić? Czy kompromis, jaki zawieram z życiem nie jest zbyt daleko posunięty? Płodny jest czy jałowy? W czym moja słabość, w czym siła? Rzecz jasna odpowiedzi na takie pytania nie są proste ani oczywiste. Gdzie się jednak da, autor dziennika stara się je przyszpilić, ująć w konstatację przejrzystą i twardą jak szkło: Zabrałem się do tych wspomnień, bo uprzytomniłem sobie, że w życiu pisałem nie o tym, co było dla mnie najważniejsze, ale o tym, co sprawiało mi przyjemność. Przyczyn było pewnie sporo, ale jedną z najważniejszych było to, że bałem się rzucić na głęboką wodę. Dana mi została tylko zdolność biernego oporu połączona z trzeźwością. (…) Ale też nie umiałem być do końca estetą i do końca chrześcijaninem. To jest właśnie niedostatek odwagi”. Niełatwe wyznanie. A przez to nakłaniające czytelnika, by i on podjął podobny wysiłek samopoznania. I w tym też widzę wartość osobistych zapisków Błońskiego. Nie tylko w przenikliwości spojrzenia, trafności sądu, w samym geście odsłonięcia intymnych treści swojego „ja”, ale właśnie w owej niedopuszczającej taryfy ulgowej pracy intelektu zaglądającego we własne trzewia, pracy, którą każdy z nas ma do wykonania.

Błońskiemu – jak większości krytyków – marzy się napisanie powieści, choć odmawia on sobie beletrystycznego talentu i myśl o przyszłym dziele odsuwa w bliżej nieokreśloną i wątpliwą przyszłość. Kto wie, może byłby ją napisał; wszak tylu jego kolegów po fachu było lub okazało się prozaikami. Dziennik jest na pewno świadectwem znakomitej pisarskiej formy, którą zresztą Błoński jako krytyk i uczony zawsze prezentował, choć sam ma zastrzeżenia do swojego Stylu, nie widząc u siebie tej absolutnej jedności słowa, prawdy i zasady moralnej, która daje mu prawdziwą pieczęć indywidualizmu. Niektóre fragmenty dziennika, będące zresztą z zamierzenia narracyjno-tematycznymi całościami, stanowią znakomite prozatorskie etiudy – jak fragment poświęcony okupacyjnemu wyjazdowi na obóz czy niezwykły opis snu wzbogacony o własną jego interpretację, co rzecz jasna otwiera drzwi kolejnym interpretatorom i snu i jego objaśnienia.

Dziennik Błońskiego, podobnie jak inne tego rodzaju dokumenty osobiste, których sporo ukazało się w ostatnich latach, należy do świadectw duchowej kultury, jaką w swoim długim trwaniu ukształtowała nowożytna Europa. Czy wzorzec ten zachowuje czy traci dziś swoją moc – to jedno z pytań, które czytelnik tego dziennika, jeśli chce dotrzymać kroku jego autorowi, będzie sobie musiał postawić.

Teresa Walas


Obraz Jana Błońskiego w pamięci zbiorowej na Gołębiej jest nadal żywy, nawet jeśli najczęściej miewa okolicznościowy charakter. Wciąż powtarza się tu anegdoty, w których powracają jego niemożliwe do pomylenia w swojej kokietliwości zwyczaje, niepospolite żarty i typowe gesty, czasem jakby nazbyt prywatne jak na publiczne okazje. Pamięta się też o nadmiernej skłonności do zakazanych ciastek ze śmietaną i zawsze uwieńczonych sukcesem, choć niekiedy długotrwałych poszukiwaniach miejsca zaparkowania samochodu. Mnie jednak Błoński przypomina się najczęściej w momentach, kiedy zupełnie nieoczekiwanie przyłapuję się na tym, że podobnie jak on formułuję jakąś myśl, zagaduję studentów na zajęciach, kiedy uparcie milczą, czy pisząc, sięgam po jakiś zwrot z rejestru pozorowanego „gadania”, którym zapewne on mógłby się posłużyć… Wszystko to jednak dość powierzchowne i byle jakie, by nie powiedzieć, że ledwo anegdotyczne i dalekie od tego, czym Błoński charakteryzował się jako jedyna w swoim rodzaju osobowość. Nie tłumaczy to też w żaden sposób, jak na trwale potrafił wpływać na ludzi, którzy na dłużej znaleźli się w jego otoczeniu, na ich – by posłużyć się mocno staroświeckim określeniem – ciała i dusze.

Siła atrakcji profesora Jana Błońskiego polegała przecież na czymś zgoła innym, choć to, co przechowuje pamięć anegdotyczna, niewątpliwie zabarwiało ją czy dosmaczało po swojemu. Błoński tak na Gołębiej, jak w gabinecie rektora w Collegium Novum był zawsze podobny jedynie do samego siebie, nigdy nie ginął w tle. Nie tylko dlatego, że ubierał się staranniej i bardziej elegancko niż inni, a „zagraniczna” jakość jego garniturów, krawatów i nawet skarpetek rzucała się w oczy. Błoński przyciągał uwagę jako – w dobrym sensie tego słowa – osobliwość. Wcale nie dlatego, że wiedział więcej czy lepiej od swoich koleżanek i kolegów profesorów. Ba, czasem nawet można było odnieść wrażenie, że im swoją wiedzą ustępował, nazbyt chętnie bowiem i z jakimś dziwnie rozkosznym rozbawieniem przyznawał się do tego, że czegoś nie wie, o czymś znów udało mu się z kretesem zapomnieć, coś przekręcić czy czegoś nie potrafić (choćby zatrzymać w pamięci kolejnych sytuacji, zmian dekoracji czy innych szczegółów z oglądanego przed chwilą przedstawienia teatralnego). Nie, Błoński z pewnością nie wiedział więcej czy lepiej niż inni. Błoński wiedział inaczej i inaczej swoją wiedzę przekazywał, tak przy publicznych, jak i bardziej prywatnych okazjach. Mówił nie tylko o literaturze, ale także o jej związkach z innymi sferami życia, i to życia wcale nie artystycznego – z ekonomią, polityką, międzyludzką codziennością. I to właśnie przede wszystkim nas jako studentów i jego uczniów uwodziło. Nie życiowa mądrość i wiedza nabyta z ksiąg, choć i jej mu przecież nie brakowało. Nas uwodziło to, że wreszcie ktoś potrafił zobaczyć tak zwane dzieła w ich życiowych i żywych otulinach, w czymś, co Stephen Greenblatt uczenie nazwał potem obiegiem energii społecznych. Wtedy wreszcie mieliśmy poczucie, że wszystko zaczyna nabierać sensu poza strukturami i typową dla akademii produkcją wiedzy z wiedzy, bo badany w izolacji przez specjalistów fragment staje się częścią jakiejś większej całości.

Z zapisków Błońskiego wynika, że on o tym dobrze wiedział. Wiedział, że brak mu „chytrości szczegółu”, ale „jak na człowieka literatury” nazbierał wcale „sporo wiadomości z ekonomii, demografii, historii czy socjologii; znacznie więcej aniżeli fabuł powieści czy nazwisk bohaterów”, bo – jak zaraz dodaje – odczuwał „społeczności – swoje i obce – jako zagadki do przeniknięcia… albo raczej jako całości żądające interpretacji”. Kiedy jednak interpretował dla siebie i dla nas te wyłaniające się jako kuszące zagadki całości, myśmy uwiedzieni nietypowością i pożytkami takiego podejścia do literatury w otulinie świata, ekonomii i polityki, nie wiedzieli, że on się po cichu tej swojej nietypowości myślenia i wykładania swoich myśli bardzo wstydził. Wstydził się, że nie potrafi jak inni i powszechnie szanowani uczeni zagospodarować dla siebie jakiegoś jednego obszaru z wybranej dyscypliny. Że miast skupić całe swoje siły i umiejętności na analizie wybranego dzieła wciąż zerka w bok, by nie samą strukturą artystyczną, lecz tym, co wobec dzieła zewnętrzne, sensy tego dzieła wyłożyć, oświetlić, zaprezentować jako świadectwo jakiegoś innego, dawniejszego życia, a nie tylko godny uczczenia płód artystycznych talentów…

Z dzisiejszej perspektywy rozpasanej interdyscyplinarności, która już nawet przestała być słowem-kluczem gwarantującym przyznanie grantu badawczego, niegdysiejszy wstyd Błońskiego wydać się może czymś dalece niezrozumiałym. Ewentualnie dobrze się zrymować potrafi z losem tych wszystkich pionierów, co z często niezrozumiałych nawet dla nich samych powodów muszą i chcą zabierać się do wypełniania swoich zadań trochę inaczej, niż to powszechnie przyjęto i niż robią to koledzy. Pewnie to jakiś skutek tego, że częściej niż jego koledzy ocierał się – czasem boleśnie (z powodu horrendalnych jak na kieszeń Polaka cen), czasem z wyraźnym zadowoleniem (cóż, luksus i wielki świat zawsze nęci) – o rzeczywistość zza żelaznej kurtyny. Myślę więc sobie dzisiaj, że Błoński pod wieloma względami był pionierem tego, co dzisiaj wydaje się nam ogólnie zrozumiałe i w tej ogólnej zrozumiałości wprost naturalne. Szkoda może tylko, że bodaj nikt wtedy mu nie powiedział, że to, co go tak męczy i wstydzi jako jawny dowód badawczego i profesorskiego „niepozbierania”, dla nas miało niebywałą siłę atrakcji. Choć była to – niestety – taka atrakcja, przed którą wzdryga się anegdota, a to przecież głównie anegdota przechowuje obrazy tych czasów, które niczym drobny piasek przeleciały bez śladu przez sito historii.

Małgorzata Sugiera

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter