70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawo wobec narodzin, życia i śmierci

Episkopat atakuje metodę zapłodnienia in vitro, ponieważ uważa, że sama ta procedura jest moralnie niedopuszczalna. Moim zdaniem jest to jednak sprawa etyki, która powinna zostać rozstrzygnięta w sumieniu konkretnej osoby. Czy z tego powodu, że jestem katolikiem i zgadzam się z nauką Kościoła, powinienem uznać tę metodę za naganną moralnie?

Medycyna i prawo

Omawiając kwestie początku i końca życia jako prawnik, mam – z jednej strony –zadanie łatwiejsze niż prof. Szczeklik, ponieważ prawo jest bardziej stabilne i nie podlega tak szybkim przemianom, jak medycyna czy inne nauki. To prawie niemożliwe, by na przestrzeni pięćdziesięciu lat zmieniła się połowa zasad, reguł i podstaw prawnych. Wiemy przecież, że prawo rzymskie – sformułowane kilka tysięcy lat temu – do dziś pozostaje fundamentem naszej kultury prawnej i cywilizacji. Z drugiej jednak strony, występując w roli prawnika mam zadanie trudniejsze, ponieważ prawo ma regulować nasze postępowanie i stosunki międzyludzkie, a te kształtowane są przecież przez różne dziedziny wiedzy. Prawnik nie ma wpływu na wyniki badań naukowych. Nie mamy wpływu na to, co biolog czy lekarz powie nam o życiu, a zarazem musimy być przygotowani na konieczność prawnego regulowania konsekwencji, które wynikają z ich działań.

W 1978 roku, gdy udało się przeprowadzić pierwsze zapłodnienie in vitro, prawnicy byli już bardzo spóźnieni. O takich możliwościach medycyny, ingerencji w moment poczęcia istoty ludzkiej, powinniśmy wiedzieć znacznie wcześniej, by przygotować odpowiednie regulacje. Dyskusja na temat zapłodnienia in vitro również powinna odbyć się w latach 60-tych, by w jej toku sformułować pytania i znaleźć na nie odpowiedzi w postaci adekwatnych rozwiązań prawnych. Trudno rozwiązać dziś pewne kontrowersyjne kwestie, ponieważ jesteśmy spóźnieni, mleko się rozlało. Jak uregulować sprawę in vitro? Projekty ustaw, które zostały przygotowane przez poszczególne partie polityczne, są bardzo różne. Niektóre ugrupowania opracowały nawet kilka alternatywnych projektów. Wszystkim tym propozycjom wspólne jest pewne podstawowe założenie – zagadnienie zapłodnienia in vitro należy prawnie uregulować, ponieważ w chwili obecnej panuje w tej kwestii absolutny nihilizm prawny. Nie mamy żadnych regulacji, wobec czego w Polsce wolno robić wszystko. Wielka Brytania – jak wspomniał prof. Szczeklik – jest dzisiaj państwem bardzo liberalnym w kwestiach dotyczących in vitro, komórek macierzystych, a nawet badań związanych z łączeniem gatunków. Rzeczywiście, brytyjskie prawo dopuszcza w tym aspekcie wiele kontrowersyjnych działań. Nic nie mówi się jednak o tym, że w Polsce można jeszcze więcej i w tym sensie sytuacja wygląda gorzej niż na Wyspach. Jako że nie mamy żadnych regulacji w sprawie komórek macierzystych i badań nad zarodkami, wolno produkować chimery i hybrydy, a nawet zabijać ludzkie zarodki, ponieważ te kwestie znajdują się poza sferą prawnej reglamentacji. Dyskusja o tym, jak uregulować te zagadnienia, nie jest dyskusją zero-jedynkową, która toczyłaby się wyłącznie o to, czy regulować, czy nie. Musimy je uregulować, bo jeśli tego nie zrobimy, to wkrótce znajdziemy się w bardzo dramatycznym położeniu. W Polsce istnieje jednak silne lobby, które usiłuje przekonać ustawodawców, by zaniechać działań w tej sprawie. Niektórzy przecież zarabiają na tej sytuacji horrendalne sumy i brak regulacji prawnych jest dla nich bardzo korzystny, bo gwarantuje rozwój interesu. Problem okazuje się zatem niezwykle trudny, a sprawa odpowiednich rozwiązań prawnych zależy od odpowiedzi na fundamentalne pytanie: czy zarodek jest człowiekiem i podlega ochronie jako człowiek? Innymi słowy, jeżeli 38 artykuł konstytucji mówi o ochronie życia, to czy ten przepis odnosi się także do zarodka, czy tylko do osoby urodzonej? Oto pytania, z którymi musi zmierzyć się prawnik. Bynajmniej nie są to problemy czysto teoretyczne, lecz sprawy, które domagają się pilnych rozwiązań.

Podam przykład: mamy w kodeksie karnym przepis, który mówi: „Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności (…)”1. Oto najprostszy przepis, który od tysięcy lat znajduje się w każdej kodyfikacji karnej. W polskim kodeksie karnym jest to artykuł 148. Mamy także przepis 160, który mówi o narażaniu życia ludzkiego na niebezpieczeństwo. Sąd Najwyższy rozpatrywał niedawno sprawę, w której podczas porodu, z zaniechania lekarza położnika, doszło do zgonu dziecka. Nie przeprowadzono cesarskiego cięcia, dziecko się udusiło i urodziło martwe. Pozostaje wobec tego zapytać: czy lekarz powinien odpowiadać za narażenie życia przez to, że zaniechał pewnych czynności? Czy lekarz powinien odpowiadać w tym przypadku za nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka, czy może za inne wykroczenie? Sąd Najwyższy, by rozwiązać te problemy, musiał odpowiedzieć najpierw na pytanie, co to znaczy „człowiek” w świetle artykułu 160 kodeksu karnego. Orzeczenie sądu brzmiało tak: człowiek w znaczeniu kodeksu karnego to istota ludzka od momentu rozpoczęcia bólów porodowych albo od momentu rozpoznania konieczności przeprowadzenia cesarskiego cięcia. Ten przypadek został rozstrzygnięty w taki sposób. Okazało się zatem, że pojęcie człowieka – w świetle kodeksu karnego – nie obejmuje okresu ciąży, a więc czasu od zapłodnienia do stanu porodowego. Sąd musiał wydać takie orzeczenie, ponieważ o przerywaniu ciąży i ochronie dziecka poczętego mówią zupełnie inne, odrębne przepisy. Jeżeli zatem dziecko poczęte nie jest człowiekiem w znaczeniu artykułu 160 kodeksu karnego, to wcale to nie oznacza, że nie jest człowiekiem w świetle artykułu 38 ustawy podstawowej, która mówi o ochronie życia ludzkiego. Kodeks karny może w różny sposób piętnować przerywanie ciąży i narażanie życia na niebezpieczeństwo, jednak w świetle konstytucji, która reguluje podstawowe kwestie natury aksjologicznej, życie ludzkie powinno podlegać ochronie od momentu poczęcia. Ten punkt widzenia spotyka się z krytyką wielu środowisk. Niektórzy twierdzą, że problem zarodka to problem zniszczenia, a nie pozbawienia życia, ponieważ jest to dopiero początek istnienia i trudno mówić w takim momencie o człowieku, który podlega ochronie prawnej. Właśnie z tego powodu tak ważna jest szybka ratyfikacja zawartej w 1997 roku konwencji Rady Europy o ochronie praw człowieka i godności istoty ludzkiej wobec zastosowań biologii i medycyny– Polska była jednym z jej pierwszych sygnatariuszy.

Do dziś, niestety, dokument ten nie został ratyfikowany przez Sejm, a prezydent bez takiej zgody nie może konwencji podpisać. Dlaczego ta ratyfikacja jest tak istotna? Dlatego, że w tym dokumencie bardzo wyraźnie mówi się o istocie ludzkiej, która jest człowiekiem od momentu zapłodnienia. Proszę zwrócić uwagę na precyzję języka – mówimy o momencie zapłodnienia, nie zaś o chwili poczęcia. Zapłodnienie może dokonać się pozaustrojowo, a poczęcie wskazuje na naturalny akt współżycia. Chodzi o to, by uniknąć takich interpretacji, które połączenia gamet poza organizmem, w warunkach laboratoryjnych, nie nazywałyby poczęciem, ale zapłodnieniem. Bezpieczniej mówić zatem o zapłodnieniu jako początku życia. Konwencja państw Rady Europy z 1997 roku stwierdza jednoznacznie, że istota ludzka jest chroniona od momentu zapłodnienia, a w konsekwencji zarodek ludzki jest podmiotem ochrony prawnej. W chwili obecnej takie prawo w Polsce nie obowiązuje. Można bezkarnie stworzyć dowolną ilość zarodków i je zamrozić po to, by wykorzystać je później do prób klonowania, tworzenia komórek macierzystych i innych eksperymentów, o których mówił prof. Szczeklik. Właśnie z tego powodu konieczne jest uregulowanie w Polsce ochrony prawnej zarodka. Uważam, że jest to zagadnienie absolutnie fundamentalne.

Przyznam, że akurat w tej sprawie zupełnie nie rozumiem oficjalnego stanowiska Episkopatu. Episkopat atakuje bowiem metodę zapłodnienia in vitro, ponieważ uważa, że sama ta procedura jest moralnie niedopuszczalna. Moim zdaniem jest to jednak sprawa etyki, która powinna zostać rozstrzygnięta w sumieniu konkretnej osoby. Czy z tego powodu, że jestem katolikiem i zgadzam się z nauką Kościoła, powinienem uznać tę metodę za naganną moralnie? – oto zaledwie jeden aspekt sprawy. Kwestia zupełnie inna to pytanie, czy procedura zapłodnienia in vitro powinna być dopuszczalna w świetle prawa stanowionego. To, co jest dozwolone prawnie, nie zawsze jest akceptowane z moralnego punktu widzenia przez wszystkie grupy składające się na pluralistyczne społeczeństwo. W państwie demokratycznym, które jest zróżnicowane światopoglądowo, nie istnieje całkowita zbieżność norm prawnych i norm moralnych. Uważam, że z punktu widzenia prawa brakuje argumentów, by całkowicie zakazać metody zapłodnienia in vitro. Państwo musi jednak troszczyć się o to, by w laboratoriach nie namnażać zarodków zapasowych. Potrzebna jest zmiana technologii pracy laboratoryjnej. Jeśli bowiem nie produkuje się zarodków nadliczbowych, to wówczas odpada argument, że metoda zapłodnienia in vitro i inne zabiegi z udziałem embrionów godzą w ludzkie życie. Kwestia in vitro byłaby w takiej sytuacji wyłącznie sprawą sumienia i indywidualnej decyzji, w jaki sposób przekazać życie drugiej osobie. Osobiście popieram w tej sprawie projekt, który został przygotowany przez posła Jarosława Gowina, ponieważ wszystkie te sprawy zostały w tym dokumencie starannie opisane. Zamrażanie zarodków, według tego projektu, dopuszczalne jest tylko wtedy, gdy po połączeniu komórek rozrodczych matka niespodziewanie wycofa się z całej procedury i nie wyrazi zgody na implantację embrionów. Wyłącznie w takiej sytuacji dopuszczalne jest zamrożenie zarodków. W pozostałych przypadkach taka praktyka pozostaje prawnie zakazana.

Biała plama ustawodawstwa

Sprawy związane z pozyskiwaniem komórek macierzystych w świetle polskiego prawa są również zupełnie nieuregulowane. W naszym ustawodawstwie mamy w tej kwestii białą plamę, a tym samym różne kontrowersyjne działania medyczne są możliwe. Prof. Szczeklik mówił o możliwościach związanych z tymi komórkami w sposób bardzo optymistyczny. Nadzieje medycyny związane z terapią za pomocą tych komórek są rzeczywiście olbrzymie. Optymistyczne jest również to, że być może już w niedalekiej przyszłości możliwe stanie się tworzenie komórek macierzystych bez konieczności niszczenia zarodków czy wykorzystywania życia innych osób. W przypadku zapłodnienia in vitro mamy niekiedy do czynienia z bardzo brutalnym postępowaniem. Proszę zwrócić uwagę, że w momencie, gdy dla zwiększenia skuteczności zabiegu umieścimy w macicy nie jeden, ale dwa albo trzy zarodki, to wówczas – o czym mówił prof. Szczeklik – możliwa jest ciąża wielokrotna. W takiej sytuacji bardzo często dokonuje się na prośbę pacjentki aborcji wybiórczej, czyli selekcji tego embrionu, który wydaje się mieć największe szanse na zdrowy rozwój, a tym samym eliminuje się pozostałe, które okazują się zbędne. To są bardzo poważne zagadnienia etyczne i prawne. Jeśli mamy pięć albo sześć zarodków, a wiemy, że taka liczba z pewnością nie zdoła zagnieździć się w organizmie kobiety, to dokonujemy selekcji. Zanim wszczepimy jeden lub dwa zarodki, musimy rozstrzygnąć, który z nich ma największe możliwości zdrowego rozwoju. To jest selekcja, a więc skrupulatna „kontrola techniczna”, która jest szalenie niebezpieczna, ponieważ rodzi instrumentalne i przedmiotowe podejście do osoby ludzkiej. Z pewnością znajdą się tacy, którzy postawią pytanie: dlaczego tego rodzaju selekcja ma być dopuszczalna wyłącznie na etapie zarodka? Dlaczego nie można dopuścić jej później, po dziewięciu miesiącach, albo po kilkudziesięciu latach, gdy człowiek nie jest już w pełni sił witalnych? Co zmienia ten czas? Oto pytania, które z punktu widzenia prawa okazują się współcześnie niezwykle ważne.

Jednym z moich największych przeżyć związanych z wykonywaniem zawodu prawnika był udział – w roli sprawozdawcy – w orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie konstytucyjności ustawy o planowaniu rodziny i ochronie płodu ludzkiego. Otóż w polskim ustawodawstwie przedwojennym mieliśmy zakaz przerywania ciąży – było to przestępstwo popełniane zarówno przez lekarza, jak i przez kobietę. Od 1956 roku przerwanie ciąży stało się jednak możliwe na żądanie kobiety w pewnych granicach czasowych, które zostały wyznaczone raczej dla ochrony życia kobiety niż z jakiegokolwiek innego powodu. W 1993 roku uchwalono natomiast ustawę, która położyła ogromny nacisk na ochronę dziecka poczętego jako podmiotu o charakterze prawnym. Ta ustawa była, rzecz jasna, pewnym kompromisem, ponieważ w trzech przypadkach dopuszczono możliwość przerwania ciąży. Kobieta mogła przeprowadzić aborcję w sytuacji, gdy – po pierwsze – ciąża stanowiła poważne zagrożenie dla jej życia lub zdrowia, po drugie, gdy ciąża była wynikiem przestępstwa, po trzecie zaś wtedy, gdy płód był poważnie uszkodzony lub chory, a choroba zagrażała jego życiu. Ten trzeci przypadek jest dla mnie najtrudniejszy do aksjologicznego wyjaśnienia. Nie mogę zrozumieć, dlaczego zabija się embrion, gdy jakaś choroba zagraża jego życiu. Następnie, w 1996 roku, gdy władzę przejęła lewica, ustawa z 1993 roku została znowelizowała przez wprowadzenie tzw. „społecznej implikacji”, czyli kolejnego przypadku, który zezwala na przerwanie ciąży wtedy, gdy trudne warunki życiowe i osobiste uniemożliwiają matce opiekę nad dzieckiem. W 1996 roku, za sprawą tej nowelizacji, wróciliśmy właściwie do stanu uregulowanego ustawą z 1956 roku.

Należy jednak pamiętać, że przepis, który dotyczył wersji z 1996 roku brzmiał tak: „Prawo do życia podlega ochronie w tym również w fazie prenatalnej w granicach określonych ustawą”2. A zatem według ustawy z 1996 roku ochrona życia obowiązuje wyłącznie w tych granicach, które ustanowi ustawodawca. Instancją, która rozstrzyga o granicach ochrony ludzkiego życia jest – w świetle tego zapisu – ustawodawca. Właśnie ten zapis został uznany przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodny z ustawą zasadniczą. Trybunał stwierdził, że organy ustawodawcze nie powinny decydować o prawie do życia. Prawo do życia jest podstawowym przywilejem każdego człowieka, które wynika z jego człowieczeństwa i nienaruszalnej godności, nie zaś z nadania jakiejkolwiek władzy. Nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób w 1996 roku udało się wprowadzić tak kontrowersyjne rozwiązanie do polskiego ustawodawstwa. Uważam, że naszym obowiązkiem jest obrona nienaruszalności artykułu 30 konstytucji, który stwierdza: „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych”3. Oto fundament społecznego porządku, w którym prawo do życia znajduje wyraźną podstawę w człowieczeństwie, a nie jest łaskawym darem ustawodawcy. Jeśli uznamy zatem, że zarodek jest człowiekiem, to dyskusja na temat produkcji zarodków nadliczbowych znajdzie pomyślny finał, zostanie jednoznacznie zamknięta. Największy problem tkwi jednak w tym, że nie ma powszechnej zgody co do tego, czy zarodek jest człowiekiem podlegającym ochronie prawnej, czy nie. W tej kwestii żadne ustępstwo nie jest możliwe. Kompromis możliwy jest w prawnym dopuszczeniu metody in vitro, ale wyłącznie pod warunkiem, że nie będzie związana z produkcją, zamrażaniem i unicestwianiem ludzkich zarodków.

W ostatnim czasie pojawił się także kolejny problem, który wymaga starannych regulacji prawnych. Okazuje się, że nie wiemy dziś z całą pewnością, w którym momencie kończy się ludzkie życie. Co to znaczy śmierć? Przed laty sprawa była stosunkowo prosta: ustała akcja serca, więc człowiek nie żyje. Dziś wiemy jednak, że nie jest to wcale prawda. Największy problem w tej kwestii mają Japończycy, którzy zgodnie z wielowiekową tradycją swojej kultury, mimo odkryć współczesnej medycyny, nadal twierdzą, że ustanie akcji serca jednoznacznie wskazuje na śmierć człowieka. Japoński chirurg, który po raz pierwszy dokonał przeszczepu serca, by uratować pacjentowi życie, miał ogromne kłopoty właśnie z tego powodu, że naruszył tabu dotyczące braku pracy serca jako momentu końca życia. W Polsce natomiast prawne określenie śmierci zmieniło się w minionym roku. To niezwykle ciekawe. W ustawie z 2005 roku o pobraniu komórek, tkanek lub narządów do przeszczepu mamy przepis, który mówi: „Pobranie komórek, tkanek i narządów do przeszczepiania jest dopuszczalne po stwierdzeniu trwałego i nieodwracalnego ustania funkcji pnia mózgu (śmierci mózgowej)”4. Okazuje się zatem, że śmierć mózgu jest momentem, w którym można stwierdzić, że nastąpiła śmierć człowieka. W lipcu 2009 roku dodano jednak przepis „9a”, który nie uchylając zapisu poprzedniego stwierdza: „pobranie komórek, tkanek lub narządów do przeszczepienia jest dopuszczalne po stwierdzeniu zgonu wskutek nieodwracalnego zatrzymania krążenia”5. Nie jestem lekarzem, więc nie wiem, czy nieodwracalne ustanie krążenia jest tym samym, co śmierć mózgu, czy też są to dwie różne sprawy. Jeżeli są to dwie równoznaczne sytuacje, to po co dwa odrębne zapisy? Jeżeli jednak są to zupełnie różne przypadki, to w którym momencie lekarz ma prawo dokonać pobrania narządu ze zwłok? Sprawa jest naprawdę skomplikowana. Jest to przede wszystkim problem, na który skarżą się transplantolodzy, ponieważ nie mają jasności, kiedy wolno im pobrać narządy lub tkanki zgodnie z prawem. Nie mamy dobrych rozstrzygnięć prawnych, które regulowałyby postępowanie lekarza w takich przypadkach. Nowelizacja z ubiegłego roku spowodowała w tej sprawie duże zamieszanie.

Wola pacjenta i sumienie lekarza

Chciałbym zwrócić uwagę na problem, o którym wspomniał prof. Szczeklik, a mianowicie – problem wolnej woli człowieka kończącego życie i kwestię tzw. „testamentu życia”. Lekarze coraz częściej spotykają się z tym zagadnieniem w praktyce. Znam tę sprawę także z własnego doświadczenia, ponieważ kiedyś, gdy pełniłem funkcję rzecznika praw obywatelskich, właśnie w tej sprawie zwróciła się do mnie pewna lekarka. Otóż do szpitala, w którym pracowała, przywieziono kiedyś ranną w wypadku, osiemnastoletnią dziewczynę, pełnoletnią i przytomną, która oznajmiła, że jest świadkiem Jehowy i absolutnie nie zgadza się na transfuzję krwi. Transfuzja była jednak konieczna, a środki zastępcze nie wchodziły w tym przypadku w grę. Lekarka nie miała wyjścia – spędziła z tą dziewczyną kilkanaście godzin, które upłynęły do momentu jej śmierci. Później zostało jednak wszczęte postępowanie przeciwko lekarce, która została oskarżona o nieudzielenie niezbędnej pomocy. Z prawnego punktu widzenia powinno mówić się w tym przypadku o nieumyślnym spowodowaniu śmierci. Mieliśmy w tej sprawie mnóstwo wątpliwości. Ostatecznie doprowadziliśmy jednak do umorzenia postępowania przeciwko lekarce uznając, że była ona wręcz zobowiązana do uszanowania woli tej przytomnej, pełnoletniej dziewczyny. Lekarka mogła ją wprawdzie przekonywać i namawiać do zgody na dokonanie transfuzji, ale nie mogła postąpić wbrew jej świadomej decyzji. W chwili obecnej mamy w kodeksie karnym przepis, który mówi, że jeśli lekarz stosuje zabiegi lecznicze bez zgody pacjenta, to ponosi odpowiedzialność karną. Nie może być takiej sytuacji, że jeśli lekarz coś zrobi, to odpowiada karnie, a jeśli nie zrobi, to również odpowiada karnie. Takie prawo obowiązywać nie może. Zagadnienie zarówno „testamentu życia”, jak i wolnej woli pacjenta przysparza wielu trudności prawnych.

W podobnej sprawie wypowiadał się niedawno Sąd Najwyższy. Zdarzył się taki przypadek, że do szpitala przywieziono nieprzytomną kobietę, świadka Jehowy, położono ją na stole operacyjnym i nagle okazało się, że w jej ubraniu znajduje się kartka – oświadczenie, że pacjentka w razie wypadku i utraty świadomości nie wyraża zgody na dokonanie transfuzji krwi. Ponieważ transfuzja była absolutnie konieczna dla ratowania życia, lekarz odrzucił tę deklarację, przetoczył krew i uratował kobiecie życie. Niedługo potem kobieta wytoczyła szpitalowi proces i przegrała zarówno w pierwszej, jak i w drugiej instancji, natomiast wygrała przed Sądem Najwyższym, który jednoznacznie stwierdził, że lekarze byli zobowiązani do uszanowania jej woli. Mamy w tej kwestii duże problemy prawne. Sytuacje mogą być doprawdy bardzo różne. Rozważmy taki przykład: jest człowiek, u którego zdiagnozowano guza mózgu. Przypadek jest nieoperacyjny, pacjent stopniowo traci świadomość. W stanie przytomności umysłu zdążył jeszcze napisać, że domaga się, by nie stosowano wobec niego żadnych środków przedłużających życie i by jak najszybciej pozwolono mu umrzeć. Czy lekarz powinien uszanować taką deklarację, czy też powinien przystąpić do operacji i za wszelką cenę próbować tego guza wyciąć? To szalenie skomplikowana kwestia.

Wróćmy jeszcze do projektu posła Jarosława Gowina, który zawiera propozycję rozwiązania tego problemu. Dzisiaj, w sytuacji, gdy mamy do czynienia z nieuleczalnie chorym pacjentem, który nie wyraża zgody na stosowanie wobec niego nadzwyczajnych metod utrzymujących go przy życiu w sytuacji utraty przytomności, lekarza obowiązuje testament sporządzony przez takiego człowieka w stanie świadomości. Projekt Gowina proponuje jednak, by w przypadku innych oświadczeń, które najczęściej formułowane są przez świadków Jehowy, pozostawiać decyzję sumieniu lekarza. A zatem, jeżeli lekarz przeprowadziłby zabieg, na przykład, transfuzji krwi, który uratowałby życie chorego, to nie odpowiadałby za naruszenie woli pacjenta, natomiast lekarz, który postąpiłby inaczej, a więc uszanowałby wolę pacjenta i nie dokonałby zabiegu, również nie odpowiadałby przed prawem. Taka propozycja została sformułowana w projekcie Gowina. Uważam, że jest to rozwiązanie optymalne. Pewne decyzje należy pozostawić sumieniu lekarza. Lekarz nie może działać pod nieustanną presją – „czy będę odpowiadał, czy nie będę odpowiadał przed sądem”. Taka sytuacja byłaby bardzo groźna przede wszystkim dla zdrowia pacjentów. Zostawmy zatem pewne decyzje lekarzom, a zarazem starajmy się o to, by działali w sposób etyczny.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata