70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O chlebie i wodzie

Nigdy bym się nie spodziewał, że poranny wypad do lokalnej piekarni w Londynie, w której od lat zaopatruję się w jeszcze ciepłe bajgle, podsunie mi temat do „Powiększeń” w tym miesiącu. Rzeczona piekarnia nie należy do najbardziej urokliwych miejsc w Anglii; z zewnątrz raczej straszy bylejakością, ale jej atutem jest świeże i niedrogie pieczywo dostępne przez całą dobę bez względu na dzień tygodnia.

Zawsze tu można spotkać taksówkarzy po nocnych zmianach, zabłąkanych kloszardów albo studentów wracających z okolicznych klubów. Bardzo się zatem zdumiałem, kiedy zamówiwszy: „bajgle, sztuk cztery” i podając pani przy kontuarze monetę jednofuntową (poprzednio cena wynosiła 20 pensów za sztukę), usłyszałem w odpowiedzi, że muszę jeszcze wysupłać dodatkowe drobne, a nie czekać na resztę, bo… zdrożało. Oczywiście zapłaciłem, bez szemrania za to z wyrazem lekkiego zawstydzenia na twarzy – to bardzo angielskie – żeby, broń Boże, nikt mnie nie posądził, iż udając nieświadomego chciałem na przykład oszukać. W głowie natomiast kłębiły mi się myśli z gatunku środkowoeuropejskich: Podwyżka? O 50% w ciągu paru tygodni?! Chyba im rozum odjęło?! Traf chciał, że jeszcze tego samego dnia znalazłem dość solidne „globalistyczne” odpowiedzi na nurtujące mnie pytania w dodatku do brytyjskiego „Observera” (z prze-drukowanymi artykułami z „New York Timesa”), który informował o brakach na rynku żywnościowym, wzroście cen zbóż i pierwszych poważnych rozruchach na tym tle, do jakich doszło w stolicy Mozambiku na początku września (w zamieszkach w Maputo, wywołanych podwyżką ceny chleba o 30%, zginęło co najmniej 10 osób, a 300 zostało rannych). Skala produkcji rolnej jest z natury rzeczy uzależniona od pogody i okresowe anomalie, a szczególnie klęski żywiołowe (susze, powodzie), muszą prowadzić do wahań podaży i cen. Rynki reagują na wszelkie oznaki kłopotów w regionach „eksportowych”, zwłaszcza że obracają nie tylko ziarnem liczonym w setkach tysięcy ton, lecz również przyszłymi transakcjami na jego zakup. Tym razem przyczyną zawirowań była letnia susza oraz plaga pożarów w Rosji (ok. jednej trzeciej pszenicy na międzynarodowych giełdach towarowych pochodzi z żyznych rejonów na północ od Morza Czarnego), po których władze w Moskwie podjęły decyzję o całkowitym wstrzymaniu eksportu zbóż, co najmniej do końca roku. Ceny pszenicy błyskawicznie skoczyły o przeszło 30%, a po kolejnych ostrzeżeniach Władimira Putina, już z września, o możliwym przedłużeniu zakazu eksportu do połowy 2011 r., o dalszych 7%. Właściciele londyńskiej piekarni z bajglami najwyraźniej ugięli się przed „dyktatem Kremla”, zresztą trudno ich winić skoro przyszło im drożej płacić za podstawowy składnik do wyrobu ciasta. Znamienne przy tym, że – zdaniem ekspertów – Rosja dysponuje ponoć zapasami zbliżonymi do poniesionych strat w tym roku, a Europa, USA i Australia też mogłyby skutecznie uzupełnić powstałą na rynku lukę własnymi nadwyżkami produkcji, ale wielkim graczom niespieszno jakoś do tego typu interwencji…

Zamieszki z Mozambiku wymusiły jednak nadzwyczajne spotkanie oenzetowskiej agencji ds. rolnictwa i żywności (FAO), którego uczestnicy wydali 24. września uspokajające oświadczenie, że widmo żywnościowego kryzysu jest na razie odległe, wszystko jest pod kontrolą, choć ostatnie rynkowe tąpnięcie było jak najbardziej realne i niepokojące. W oświadczeniu znalazły się też sformułowania krytyczne zarówno wobec działań państw jak i niepaństwowych podmiotów rynkowych, które przyczyniły się do windowania cen (m.in. traktowanie zbóż jako intratnej lokaty po „wpadkach” inwestycyjnych z nieruchomościami lub technologiami internetowymi w ostatnich latach), poza zwyczajowymi utyskiwaniami na brak precyzyjnych danych dotyczących zbiorów, czy stanu magazynów, co rzecz jasna utrudnia koordynację działań w sytuacji kryzowej. Problem wszakże w tym, że ustalenia FAO mają charakter doradczy i stanowią – co częste na forum międzynarodowym – raczej listę postulatów, a nie wiążących decyzji. Sygnały alarmowe, jakie ta sprawa uruchomiła w bardzo wielu punktach globu, dobitnie świadczą przy tym o politycznej randze rynków żywnościowych jako absolutnie fundamentalnego czynnika wpływu na stan globalnego bezpieczeństwa. Ideałem pozostaje oczywiście wewnątrz-systemowa stabilizacja, zapewniająca ciągłość dostaw i zdolność konsumentów do zakupów (w Mozambiku ewidentnie przeszarżowano ze skalą podwyżek, z których władze zdążyły się już wycofać). Z punktu widzenia „szarego zjadacza chleba”, owa stabilność ma jednak też i poważny minus, szczególnie wtedy gdy nadejdzie nowy sezon urodzaju, a podniesione w poprzednim ceny bynajmniej nie zaczną spadać…

Już miałem pisać puentę, która błyskotliwie połączyłaby żywnościowe niepokoje Południa z przywiązaniem londyńskiej klienteli do bajgli z Brick Lane (początkowo nie zamierzałem zdradzać adresu tej kultowej piekarni, ale niech tam…), gdy w witrynie BBC wpadł mi w oko materiał o nowym raporcie (na łamach prestiżowego tygodnika „Nature” z końca września), sugerującym, że ponad połowa ludzkości (3,4 mld) żyje w rejonach „ryzyka”, bez gwarancji stałego dostępu do wody (zwłaszcza pitnej). W ocenie autorów raportu, trudności dotyczą nie tylko regionów takich jak Bliski Wschód, południe Azji, czy saharyjskie połacie Afryki, od dawna kojarzonych z brakami wody, lecz również znacznych obszarów Europy. Żeby im zapobiec (bądź ograniczyć skalę przyszłych problemów), już teraz postulują ogromne inwestycje w infrastrukturę (wodociągi, studnie głębinowe, regulacja rzek, ochrona bagien). Tylko w krajach Zachodu oraz Brazylii, Rosji, Indiach i Chinach miałyby to być nakłady rzędu 800 mld USD do 2015 r. Na takie wydatki trudno jednak liczyć w czasach powszechnego łatania dziur budżetowych, więc i pod tym względem prawdopodobna wydaje się perspektywa: od kryzysu do kryzysu.

5 października 2010

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter