70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Mistyka nadwiślańska

Mistycy nadwiślańscy odkryli mysterium iniquitatis ujawnione w systemach totalitarnych oraz metafizyczny dramat walki dobra ze złem. Odkryli też, że jedyną „taktyką” zdolną się mu przeciwstawić jest dobro, ofiara, miłość i miłosierdzie – czynem i słowem.

Myśl o „mistyce nadwiślańskiej” przyszła mi do głowy lata temu, gdy żył jeszcze ksiądz Józef Tischner. Zwierzyłem mu ją, będąc w Łopusznej – tuż przed ukazaniem się Dróg i bezdroży miłosierdzia. Żachnął się, gdy uznałem go za mistyka, jednak istnienie nadwiślańskiej mistyki przyjął. Mówiłem o niej na spotkaniu redakcji „Dekady Literackiej”[1], ale raczej nie wzbudziła entuzjazmu; potem Łukasz Tischner – po dłuższej rozmowie – zamówił tekst o „mistyce nadwiślańskiej”, cytując stryka: „Jakby tego, co Jasiek pomyśloł, nie było, toby było cuć, ze tego brakuje”[2]. Myśl pomyślałem dawno, ale to, co ona myśli, jest nierozpoznane – i „cuć, ze [jej] brakuje”.

Choć problem mnie przerasta, wiem, że muszę go poruszyć i że go upraszczam – muszę poruszyć nie po to, by epatować pomysłami, do których „nie mam prawa”, lecz po to, aby sprowokować ludzi kompetentnych, by wszczęli gruntowne badania, do których wzywa także Józef Tischner, pisząc wprost o potrzebie „naukowej refleksji nad mistyką”[3] Faustyny Kowalskiej. Myślę, że nie tylko jej.

Istnieje mistyka wieku XIV: romańska, czytelna w pismach Jana Gersona, profesora Uniwersytetu Paryskiego; angielska zawarta w Obłoku niewiedzy i pismach Julianny z Norwich. Jest też „mistyka flamandzka” Jana Ruysbroeka, Tomasza z Kempis i Dionizego Kartuza. Wreszcie dominikańska „niemiecka mistyka spekulatywna” (zwana nadreńską): Teodoryka z Freibergu, Jana Eckharta, Henryka Suzo i Jana Taulera. Centralną postacią mistyki niemieckiej i nadreńskiej był Jan Eckhart zwany Mistrzem; dla moich celów wystarczy przyjrzeć się jego myśli, dotykając najpierw myśli Teodoryka z Freibergu. Myśl Teodoryka i Eckharta także zwana jest mistyką spekulatywną, dodam: filozoficzną. Nie bez podstaw Władysław Tatarkiewicz omawia ją w swojej Historii filozofii, a Stefan Swieżawski w Dziejach europejskiej filozofii klasycznej. Ważna jest dla mnie nazwa: „mistyka nadreńska” – i to, że była ona spekulatywna.

Myślę, że na przełomie wieków XIX i XX, a głównie w wieku XX powstała w Polsce „mistyka nadwiślańska”. Podsuwając tę nazwę, wyobraźnia odsłoniła przede mną niektóre pokrewieństwa myśli i postaw jej kluczowych postaci: Adama Chmielowskiego, Faustyny Kowalskiej, Karola Wojtyły/Jana Pawła II, Jana Pietraszki i Józefa Tischnera. Mistyka nadwiślańska nie jest spekulatywna, choć nie stroni od filozofii, a zwłaszcza od mądrości… – uznając doniosłość i teorii, i praktyki, kładzie jednak nacisk na praxis. Charakterystyczna jest dla niej nie tyle spekulacja, ile eksplikacja, tłumaczenie pewnych religijnych faktów. Przede wszystkim jednak jest mistyką, w której centrum stoi więź dialogu serca Boga z sercem człowieka. Dialog z serca do serca.

W stronę Renu

Mistykę nadwiślańską łatwiej pojąć, zestawiając ją z mistyką nadreńską, która karmiła się metafizyką neoplatońską i stworzyła swoistą teorię człowieka oraz „budowy” duszy ludzkiej. Stefan Swieżawski, na którego wykładach całkowicie tu polegam, pisze o Teodoryku:

Emanatyzm Teodoryka można określić jako intelektualny. Bóg działa jak intelekt wyższy. Wprawdzie byty pośredniczą w stwarzaniu, ale wszystkie one są tworami Bożymi, i to substancjalnie różnymi od Boga. Teodoryk wprowadza pluralistyczną poprawkę do Proklosa: „Jak wszystko intelektualnie pochodzi od Boga, tak wszystko się do Niego zwraca”[4].

Mistrz Eckhart również wyznaje mistykę spekulatywną, choć nie chciałbym zawężać jego myśli.

Najważniejsze sfery refleksji Eckharta to Bóg i człowiek. Podkreślając Bożą transcendencję, powiada, że dwa pojęcia – poznanie i istnienie – pozwalają nam jakoś zbliżyć się do zrozumienia Boga. Poznanie Boże jest podstawą dla istnienia Boga, to znaczy, że istnienie w Bogu jest czymś wtórnym. (…) „Zatem wydaje mi się, że Bóg nie dlatego poznaje, że jest, ale jest, ponieważ poznaje, toteż Bóg jest intelektem i poznaniem, a owo poznawanie jest podstawą Jego istnienia”. (…) „Samo poznanie zajmuje pierwsze miejsce pośród doskonałości, a po nim są byt lub istnienie”[5].

Bóg jest więc intelektem, istnienie zaś jest dopiero stworzeniem. Nie ma na razie mowy o miłości i miłosierdziu, a unio mystica osiągalna jest dla człowieka dzięki intelektowi! Pisze Swieżawski: „Istoty rzeczy przed ich stworzeniem tkwią w Bogu jako idee. Wypowiadając w Słowie siebie, wypowiada Bóg również wszystkie rzeczy”[6]. Także człowieka, a jak stwierdza Swieżawski:

Pośród władz duszy najwyższą jest rozum (ratio). Za Augustynem wyróżnia Eckhart dwojaki rozum, wyższy i niższy (superior i inferior). (…) Szczytem owej ratio superior jest zjednoczenie rozumu, woli i pamięci oraz kontakt z Bóstwem. Szczyt ten nazywa Eckhart Seelenfünklein. Tak określa Eckhart owo abditum animae. Ów płomyczek duszy to pewna siła, dzięki której dusza otwiera się na prawdę Bożą, na Bożą dobroć, i dzięki której dusza jest naprawdę wolna. Jest to najgłębsze dno i otchłań duszy, poprzez którą nawiązujemy kontakt z istotą Bożą. Dzięki owemu płomyczkowi jest w nas obraz i podobieństwo Boga, obraz Trójcy polegający na zjednoczeniu rozumu, woli i pamięci[7].

Najważniejsze jest dla mnie przekonanie Eckharta, że droga do Boga prowadzi poprzez pracę nad świadomością – i szczególne rozłożenie akcentów! Ważna jest dusza, siedziba świadomości.

W naszej drodze do Boga wychodzimy od niższego rozumu, aby przejść do ratio superior i wreszcie do płomyczka duszy, do owego niestworzonego światła Bożego. Dążąc do niestworzonego, musi dusza porzucić wszystko, co stworzone. Wyjątkiem jest tylko nasza dusza, ja, które wiedzie nas do Boga. Najważniejsze w tej drodze jest uświadomienie sobie, że rzeczy same w sobie są niczym. Będąc z siebie nulleitas, całe swe istnienie mają byty od Boga. (…) Trzeba się dopiero całkowicie wyzwolić ze wszelkiego balastu rzeczy, stać się ubogim i tak wkroczyć w mistyczną ciemność niewiedzy[8].

Istotny jest nacisk na poznanie i swoistą bezcielesność, nieobecność ciała na drodze ku Bogu.

Mistyka serca

Mistyka nadwiślańska prawdę o człowieku ujawnia na innej drodze, nie poprzez odsłonięcie statycznej struktury ludzkiego bytu i „ulokowanie” w niej związku z Bogiem, wskazanie „Bożego mieszkania” w duszy, lecz poprzez ujawnienie dramatu wcielenia i odkupienia, w którym człowiek uczestniczy. Dramat nie jest pojęciem ogólnym, pod które się podpada, człowiek uczestniczy w nim w pełni swej egzystencji. Rozgrywa się on na scenie świata, ale nie o scenę tu chodzi, ale o uczestników: Boga i człowieka oraz przeciwnika Boga i przeciwnika człowieka.     Mistykę nadwiślańską – przynajmniej częściowo – stworzyli artyści: Adam Chmielowski i Karol Wojtyła, oraz filozof dramatu o duszy pisarza-poety: Józef Tischner. Mistyczne są niektóre pejzaże Chmielowskiego, w tym Zawale, bardziej jednak obraz Ecce Homo, ponieważ między fałdami „szkarłatnego płaszcza” kryje w sobie wizerunek Serca Jezusowego. Karol Wojtyła był poetą i aktorem. Osoba i czyn Adama Chmielowskiego odcisnęły na nim swe piętno, o czym świadczą teksty Wojtyły i jego późniejsze czyny – aż po kanonizację Brata Alberta. Piętno, znamię odcisnęła na Karolu Wojtyle także osoba i wizja Faustyny Kowalskiej, którą wolno postawić obok Adama Chmielowskiego, bo wnikała w to, co on czynił: w Miłosierdzie Boga, i stworzyła nabożeństwo, które nadaje sens takiemu działaniu. Adam Chmielowski owego nabożeństwa nie znał, ale zrealizował zawarte w nim domaganie się czynu. Jan Paweł II kanonizował i Adama Chmielowskiego, i Faustynę Kowalską. U Adama Chmielowskiego i u Faustyny Miłosierdzie wiąże się z malarstwem, z obrazem. Chmielowski Ecce Homo namalował sam, Faustyna wykonanie wizerunku Miłosierdzia Bożego zleciła Eugeniuszowi Kazimirowskiemu. Jan Paweł II – przekonany przez Faustynę Kowalską – powierzył w Łagiewnikach świat Bożemu Miłosierdziu. Najpierw jednak – inspirowany Dzienniczkiem – napisał encyklikę Dives in misericordia. Na stronie tytułowej każdego egzemplarza tego dokumentu powinien znajdować się obraz Rembrandta Powrót syna marnotrawnego; z nieznanych mi powodów nie sięgnięto jednak po to arcydzieło.

Z osobą Faustyny Kowalskiej nierozerwalnie wiąże się ikona Chrystusa zmartwychwstałego, czyli obraz Bożego Miłosierdzia. Tę namalował właśnie Eugeniusz Kazimirowski. Obraz jest artystycznie słaby, ale czuć w nim prawdę Najświętszego Oblicza, której brak w obrazie Hyły.

Obydwa obrazy: Ecce Homo i Jezu, ufam Tobie, łączy Serce – u Chmielowskiego czytelne wewnątrz kompozycji płótna (jaśniejsza, centralna partia sukni Jezusa „obrysowana” płaszczem), w obrazie Bożego Miłosierdzia ukryte jako niewidzialne źródło widzialnego światła. Mistyka nadwiślańska nie jest spekulatywna, choć nie jest bezrozumna. Jest mistyką ulokowaną w sercu jako centrum emocji – emocji rozumnych.

W przypadku Faustyny Kowalskiej doświadczenie miłosierdzia przybrało postać wizji, ona widziała Chrystusa. Nie ratio superior, ale serce w człowieku porozumiewa się z sercem Boga. Rozumienie z serca do serca. „Jezu, serce Twoje jest od dziś moją własnością, a moje serce jest Twoją wyłączną własnością”[9]. „Miłosierdzie Twoje sprawia, że znika między nami przepaść, która dzieli Stwórcę od stworzenia” – nie ratio superior, nie spekulacja, nie rozum teoretyczny. Jednak Faustyna nie wyrzeka się mądrości, choć jest to mądrość nie tyle spekulatywna, ile „serdeczna”. Pisze:

 

Jezu, daj mi rozum, wielki rozum (oświecony wiarą), jedynie po to, abym Cię lepiej poznała, bo im lepiej Cię poznam, tym goręcej Cię ukocham. Jezu, proszę Cię o potężny rozum w rozumieniu rzeczy Bożych i wyższych. Jezu, daj mi rozum wielki, którym poznawać będę Twą Boską Istotę i Twoje życie wewnętrzne, Troiste[10].

Faustyna, nie wiedząc o jej istnieniu, głosi zasadę fides quaerens intellectum! Prosta zakonnica z Łagiewnik odsłania tę prawdę: istotą Boga jest Miłość udzielająca się jako Miłosierdzie. Jest to swoiste odejście od teorii ku praxis: obraz ma „przypominać żądania mojego miłosierdzia, bo nawet wiara najsilniejsza nic nie pomoże bez uczynków”[11].

Siostra Faustyna była na sztukę chyba obojętna, jednak Chrystus kazał jej namalować obraz, ikonę przedstawiającą Jego samego – zmartwychwstałego. Obraz ten przedstawia frontalnie postać mężczyzny z brodą i wąsami, o długich włosach i pociągłej twarzy, ubranego w białą szatę, stojącego na mrocznym tle. Kazimirowski potraktował tę postać realistycznie; podobno pozował mu ksiądz Sopoćko w albie. Nierealne są tylko promienie światła wydobywające się spod sukni mężczyzny. Dzienniczek Faustyny Kowalskiej pozwala zinterpretować ową postać jako Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego, zaś miejsce, z którego wydobywają się promienie, określić jako ranę w boku, zadaną Ukrzyżowanemu włócznią. Barwy, którymi namalowano postać Jezusa, interpretujemy jako barwy przedmiotów przedstawionych w obrazie – ciała, sukni, tła… Barwy promieni nie są cechami przedmiotów, promienie te są białe i czerwone. Wiemy, co oznaczają: biały – wodę, która usprawiedliwia dusze, czerwony – krew, która jest życiem dusz. Promienie rozchodzą się z jednego miejsca, wytryskują z Serca Jezusa i rozchodzą się secundum modum emanationis – z góry na dół, tak namalowane zostały w obrazie, choć Faustyna pisze, że rozchodziły się raczej od centrum ku peryferiom. Obraz Bożego Miłosierdzia przywołuje neoplatońską metafizykę światła, głównie tę Dionizego Pseudo-Areopagity. Miłosierdzie wytryskuje z jednego serca, jednego centrum – i rozchodzi się na wielość bytów, ogarniając wszechświat. Na obrazie barwy rozchodzą się od centrum na zewnątrz. Tworzą kontinuum czerwieni oraz bieli blednących i słabnących, które tracą nasycenie na peryferiach. Nie można wyznaczyć granicy, na której się kończą.

Dlaczego Miłosierdzie przyjmuje postać światła, a nie jakiegoś wołania? Im bardziej o tym myślę, tym bardziej mnie to zdumiewa. Krew i woda z przebitego boku Jezusa zmieniają się w światła o dwóch barwach, bijące blaskiem z postaci (Gestalt!) Zmartwychwstałego. Co takiego tkwi w symbolu światła, że „użył” go sam Chrystus zmartwychwstały?[12] Oczywiście, Miłosierdzie udziela się, est diffusivum sui, i najłatwiej to pokazać, sięgając po metaforę światła – metafora wody bijącej ze źródła, używana do opisu łaski, gorzej się do tego nadaje. Myślę jednak, że kluczowe jest tu piękno Miłosierdzia, o którym się raczej nie wspomina, a do istoty którego należy blask, claritas. Blask piękna symbolizuje światło, nie głos, nie wypływ wody ze źródła. Ono udziela się ze swej istoty, niejako z konieczności, choć wpisane jest w nie oczekiwanie, że jednak ktoś obdarzony miłosierdziem nie odrzuci go, że odpowie… Tischner pokaże, że ono udziela się nie dlatego, iż musi, ale dlatego, że chce. Oczywiście, możliwe jest zamknięcie oczu na światło i wybór ciemności, jednak światło i tak świeci dalej i czeka… Owszem, Miłosierdzie jest odciśnięte w piśmie, w Dzienniczku, ale nie może się obyć bez malarstwa, bez obrazu światła, które są nierozerwalnie wpisane w kult Miłosierdzia.

Promienie, ogarniając wszechświat, przenikają go i wolno powiedzieć, że obraz pokazuje poznawanie wszystkiego (ludzi i nie-ludzi) sercem, swoiste rozumienie sercem. Sercem rozumnym, widzącym – widzeniem serdecznym.

Światłu Miłosierdzia padającemu z Serca Jezusa i rozumieniu sercem przeciwstawić trzeba światło, o którym mówi gnoza i które najlepiej ilustrują prace Williama Blake’a (zob. ilustracja na str.…). Jest to światło wiedzy, która – wedle gnozy – zbawia, która jednak może także dać władzę, co widać w symbolu zapalonej pochodni. To również światło, o którym mówi tzw. gnoza lucyferyczna.

Nie miejsce tu rozważać te sprawy. Interesujące jest tylko, że tak Miłosierdzie, jak i gnoza sięgają do symbolu światła. Z tą różnicą, że światło gnozy nie zakłada uprzedniej ofiary krzyżowej, zaś światło Miłosierdzia mogło wytrysnąć dopiero wtedy, gdy otwarto bok Chrystusa na krzyżu; blask Miłosierdzia oświeca wszystkich, jest diffusivum sui, oświeca dlatego, że chce, zaś światło gnozy świeci tylko wtajemniczonym i niekoniecznie łączy się z dobrem.

Trzeba jeszcze dodać, że obraz Bożego Miłosierdzia wprowadza neoplatonizm do wnętrza mistyki nadwiślańskiej, ale akcentuje nie udzielanie się rozumu czy bytu, tylko dobra, miłości, która przyjmuje postać miłosierdzia. Jest to udzielanie się wolne, nie z konieczności. Praxis miłości – oczywiście, nie bezrozumnej!

Inność Karola Wojtyły

Osoba, czyny i myśl Karola Wojtyły/Jana Pawła II była i jest przedmiotem wnikliwych badań wielu autorów na całym świecie. Nie będę z nimi konkurował, ograniczę się do myśli moich, co nie znaczy oryginalnych. „Widać” było jego zjednoczenie z Bogiem na modlitwie, Bóg jakby przez niego przezierał… Nie ma wątpliwości co do tego, że Jan Paweł II był mistykiem. Dlaczego jednak nadwiślańskim? Przecież należy on do całego świata. Myślę, że na analogicznej zasadzie jak Jezus – który należąc także do całego świata, był mistykiem żydowskim, który partycypuje w modlitwie Proroków i Psalmów, odchodząc „na górę, by się modlić”, idzie niejako na Synaj, żeby rozmawiać z Ojcem. Wstępuje na górę Tabor, odsłaniając swą postać[13]. A słowo na Synaju ciągle brzmi, Tabor trwa.

Było z Karolem Wojtyłą i papieżem Janem Pawłem II chyba tak, jakby widząc Jezusa na co dzień, widział jednocześnie Jego chwałę na Taborze i słyszał, co mówią do Niego Mojżesz i Eliasz. Był bowiem prorokiem, czyli widzącym sens, którego nie widzą inni. Jeszcze inaczej: po Komunii świętej żyje w nas Chrystus. Większość z nas nie widzi Go. Papież, widząc człowieka, widział zarazem żyjącego w nim Chrystusa. Dane mu były obie strony rzeczywistości niejako równocześnie.

Był inny. Jako wikary od św. Floriana spowiadał moją śmiertelnie chorą matkę. Gdy wyszedł, widziałem jej głębokie poruszenie: „Ten ksiądz jest inny”, szepnęła. Miała na myśli inność w stosunku do znanych jej księży, ale chyba i tę, której doświadczałem nawet z dala. Doświadczał jej także Józef Tischner, który powiedział kiedyś mniej więcej te słowa: „Jak jesteś daleko od Kardynała, to jego osoba cię przyciąga, jesteś mu bliski; w miarę jednak, jak się do niego zbliżasz, tężeje niewidzialna ściana, która staje się nieprzebyta, gdy zbliżysz się doń za bardzo”. Wojtyła mieszkał w twierdzy otoczonej zewsząd niewidzialnym murem. Jego inność polegała na tajemniczej relacji łączącej go z Bogiem. Bóg – na oczach świata – zawarł z nim mistyczne małżeństwo. Jak chcą ukochani przez Papieża mistycy Karmelu, polega ono na tym, że Bóg zespala się z duszą tak ściśle jak dwa zmieszane ze sobą światła.

Pamiętam też inny stosunek Karola Wojtyły do człowieka. Pamiętam spotkanie z nim w Zakopanem. Była zima, a Jacek Woźniakowski, dowiedziawszy się, że Kardynał jest u sióstr urszulanek w Borach, zaprosił go na Koziniec. Pojechaliśmy do klasztorku, Kardynał wzbraniał się, ale w końcu zaproszenie przyjął. Na Kozińcu siadł w kącie na wpół otulony płaszczem i prawie się nie odzywał – zagadywany przez Jacka Woźniakowskiego o sprawy Kościoła odpowiadał: „Dajcie mi spokój”. Karol Tarnowski mówił coś o teologii i filozofii, Kardynał rzucił chyba te słowa: „Dziś teologia nie ma narzędzia metafizyki”. Poza tym wtrącał urywane słowa i krótkie zdania, więcej jednak milczał. Doświadczałem obecności kogoś absolutnie autentycznego, bez maski. Wiedziałem, że on nic ze mną nie chce „zrobić”, nigdzie zapędzić, do niczego nakłonić, a tym bardziej zmusić. W niczym mi nie zagraża, niczego mi nie chce „wcisnąć”, nie było w nim cienia czegokolwiek, co mogłoby wzbudzić moją nieufność, podejrzenie, że on „teraz daje, ale potem zażąda”. Ukazało mi się „nagie” człowieczeństwo, bez „gęby”, nagie nagością nieosiągalną dla innych, człowieczeństwo to było jednym z sercem, które – jak się potem okazało – ukochało „do końca”. Jan Paweł II chętnie i z naciskiem powtarzał te słowa świętego Jana (por. J 13, 1), mając na myśli miłość Chrystusa. Jednak widzę także jego – Jana Pawła II –  miłość „do końca”, czyli „bez reszty”, bez wyznaczonej miary: miłość Boga i każdego człowieka.

Locus naturalis miłości jest serce i Papież je otwierał, co przed nim w Kościele wcale nie było częste. Serce i emocje należało ukrywać, ich odsłanianie – właśnie odsłanianie – potępiano. Dobrze pamiętam sztywnych, opancerzonych księży, naganę udzielaną przez nich moim emocjom, ściśnięte wewnętrznym gorsetem, zesznurowane zakonnice… Nie pozwalano sobie na odruchy serca, bo serce zwodzi na manowce, wszystkim miał rządzić intelekt czynny, emocje, a więc ich źródło – serce, a także wola miały mu być poddane. Wszystkich – z niewielkimi wyjątkami – trzymał w karbach Arystoteles ze Stagiry razem ze świętym Tomaszem z Akwinu i w pewnej mierze Immanuelem Kantem z Królewca. Naturalnie otwarte serce Jana Pawła II to nie było „serce na dłoni”, to było serce zamieszkałe w wewnętrznej twierdzy – i dlatego właśnie otwarte dla wszystkich.

Wiadomo, że Karol Wojtyła chciał wstąpić do Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, że przyjął szkaplerz, że dysertację doktorską poświęcił świętemu Janowi od Krzyża. Wiadomo, że bliska mu była siostra Teresa Benedykta od Krzyża – Edith Stein, której osoba i ofiara przyciągały jego uwagę już wtedy, gdy zainteresowanie nią nie wychodziło poza wąskie kręgi. Zaprosił Romana Ingardena do siebie na Franciszkańską, prosząc go o wspomnienie o niej. Przypominam, że głównym dziełem siostry Teresy Benedykty jest Wiedza Krzyża. Piszę o tym, bo Jan od Krzyża – a szerzej: Karmel – wiąże Karola Wojtyłę z Adamem Chmielowskim i wskazuje na oś jego duchowego życia.

Jednak w Polsce z Karmelem związało się wielu, wielu studiowało pisma Jana od Krzyża, wielu nosiło szkaplerz… Inność Karola Wojtyły wynikała z działającej w nim łaski, charyzmatu – wszak łaska to po grecku charis. Inność związku Karola Wojtyły z Krzyżem, z ofiarą Chrystusa polegała na tym, że uczynił on z Krzyża i ofiary ethos oporu przeciwko totalitarnemu zniewoleniu. Ofiarował siebie przeciw przemocy. Więcej: przeciw złu osobowemu, szatanowi, który tkwił i w faszyzmie – o czym wspominali ludzie z otoczenia Hitlera; i w komunizmie – o czym ponoć mówił kardynał Wyszyński i pisał Aleksander Wat. Zresztą i bez tych świadectw szatański korzeń drzewa faszyzmu i drzewa komunizmu poznać można po przerażających owocach.

Krzyż i ofiara w tajemniczy sposób wiążą Karola Wojtyłę z Faustyną Kowalską. On od początku ufał Faustynie i – wierząc jej wizjom – poświęcił świat Miłosierdziu Bożemu. Poświęcił w Krakowie – w Łagiewnikach! Dlaczego nie Rzymie, w „centrali”? Dlaczego Miłosierdzie Boże objawiło się w Polsce i w Krakowie, szczególnie tam, gdzie działał Brat Albert, gdzie miał żyć i działać Karol Wojtyła? Dlaczego to właśnie miasto wiąże te trzy postacie, do których dołączają Józef Tischner i Jan Pietraszko? Nie umiem sobie na te pytania odpowiedzieć, jestem jednak przekonany, że w pewnym okresie dziejów świata Kraków został wybrany po to chyba, by przyjąć te wielkie postacie mistyków – krakowskich i nadwiślańskich!

Serce Karola Wojtyły, które wraz z Chrystusem ofiarował „do końca” Ojcu Przedwiecznemu, zostało przyjęte jako żertwa ofiarna, nie dało się zwyciężyć Złemu; „orężem” Krzyża i Miłosierdzia walczyło z mysterium iniquitatis totalitaryzmów i pokonało je.

Dramat miłosierdzia

Józef Tischner tworzył filozofię dramatu, interesowała go literatura. Dlaczego jednak jest mistykiem? Dla mistyki Tischnera doniosłe są – jak mi się zdaje – trzy jego rozprawki: Mit samopoświęcającego się Bóstwa, Życie wewnętrzne Boga i O Duchu Świętym[14]. Otwiera je – jak i większość myśli Tischnera – klucz następujący: „Coś takiego [jak filozof katolicki] nie istnieje. Jednak dzieła Kartezjusza, Leibniza, Hegla (…) – to religia pisana filozoficznie”. Dodam: dzieła Józefa Tischnera, jeśli nie wszystkie, to na pewno większość, to „religia pisana filozoficznie”. Tischner podważa w Bogu prymat bytu, istnienia, buntuje się przeciw tomistycznemu twierdzeniu, że Bóg jest causa sui, głosi pierwszeństwo dobra. Bóg nie tyle jest ipsum esse, ile summum bonum, szczytem, pełnią dobra, które się udziela. Tischner głosi misterium dobra, a jego „ja aksjologiczne” ma swą siedzibę w sercu. Jednak dobro, które przynosi ze sobą wolność, nie udziela się „za darmo”. Dzieje tego udzielania się są ludzkim dramatem. Dlatego tworzy Tischner filozofię dramatu – dialogu dramatycznego. Pod koniec życia – pisząc Drogi i bezdroża miłosierdzia – wiąże swą filozofię dobra z tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Prymat dobra nie wynika u niego z systemu. On go doświadcza całym sobą, a doświadczenie to przenika całą jego myśl. Tischner jest mistykiem, ponieważ w jego myśli obecna jest tajemnica, i to odczuwana bezpośrednio – sercem, tajemnica i praktyka dobroci. Drogi i bezdroża miłosierdzia są zwornikiem sklepienia jego myśli. Komentując Dzienniczek Faustyny Kowalskiej, Józef Tischner napisał słowa, w których odsłania swoje wnętrze:

Zwróćmy uwagę na szczegół – na modlitwę do Miłosierdzia Bożego, którą wyniosła z jednej ze swoich wizji. „Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrzne: »Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego«”. Są w tej modlitwie słowa wstrząsające. Modlący się mówi do Boga-Ojca: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Co to znaczy? Znaczy to, że człowiek wkracza w wewnętrzne życie Trójcy Świętej, by podsunąć przed oczy Boga widok ukrzyżowanego Syna. Mówi: „patrz na Syna”. Patrząc na Syna, „dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie…” Dlaczego nad nami? Dlatego, bo cierpiał za nas. Popatrz, Boże, na nas poprzez Niego. Trzeba mieć odwagę mistyka, by uczyć ludzi takiej modlitwy[15].

Czytając słowa Tischnera i słowa Siostry Faustyny, które przytacza i określa jako „wstrząsające”, czuję, że wstrząsnęły one najpierw samym Józefem Tischnerem, i że to on się nimi modli… Faustyna ofiarowuje, Tischner ofiarowuje, każdy modlący się ofiarowuje… – co za niebywała zuchwałość, jednak Bóg jej żąda.

Tu wskażę jeszcze jeden element mistyki Tischnera – ofiarę obecną także w duchowości Brata Alberta, Siostry Faustyny i Karola Wojtyły. Mowa o niej w jego pismach późniejszych. Kiedyś, podczas rozmowy o Edith Stein – myśląc o jej Testamencie, w którym składa ona ofiarę ze swego życia – powiedziałem mu: „Chrześcijaństwo dopuszcza składanie ofiar z z ludzi!”. A on odparł: „Tak, ale dobrowolnych”. Nadwiślańską mistykę przenika nurt ofiary składanej z ciała i krwi – czego nie było (lub nie było w takim stopniu) w mistyce nadreńskiej. Ofiary składanej z własnego ciała i własnej krwi i uczestniczącej w tym, co cielesne i duchowe w Ofierze Chrystusa. Dobrowolną ofiarę z siebie złożyła Faustyna, Adam Chmielowski, Karol Wojtyła i Józef Tischner. Filozofia dała Tischnerowi umiejętność mówienia o tych sprawach z dystansem, który stwarza pozór niezaangażowania. To ułatwiało mu zadanie, on „tylko referował…” – czuć jednak, że podpisuje się pod tym, o czym mówi. Mit samopoświęcającego się Bóstwa jest odpowiedzią na pytania związane z miłosierdziem i jego rolą w tzw. ekonomii zbawienia dręczące kleryka Tischnera, którym „szarpnęło” na wykładach z dogmatyki to, że poddawała ona Boga regułom arytmetyki. Na odkrycie sensownej interpretacji trzeba było drogi całego życia, która pokazała, że „wyjaśnienia należy szukać w filozofii Dobra, a nie bytu”, i że „zasadą interpretacji nie jest ekonomia, lecz miłość”. Ksiądz Tischner napisał te słowa, komentując przesłaną mu książkę Heleny Eilstein Uwagi ateisty o micie Ukrzyżowania.

Myśl Józefa Tischnera krąży wokół inności, dialogu, wybrania, wolności, ofiary, miłości i miłosierdzia. Przede wszystkim prymatu Dobra, a nie bytu. „Niechęć” do bytu nie bierze się z oskarżeń o nadużywanie czy manipulowanie pojęciem bytu (zarzut koniunkcji bytu–prawdy–władzy). To raczej próba rozumienia samopoświęcającego się Bóstwa z pomocą filozofii współczesnej doprowadziła ks. Tischnera do odkrycia, że filozofia bytu nie jest w stanie sprostać zadaniu, iż „zaproponowane wyjaśnienie [samopoświęcenia] jest częścią filozofii Dobra, a nie bytu”. Pierwsza jest tu nauka o Trójcy Świętej, którą Tischner przejmuje zwłaszcza od Hansa Ursa von Balthasara. Wewnątrz Trójcy toczy się dialog Osób, które są dla siebie inne i jednocześnie wybierają się wzajem, miłują się wzajem, ofiarowują się sobie wzajem. Charakterystyczne, że Tischnera pociąga wątek ofiary, samopoświęcenia Boga. Najpierw więc „Syn jest inny, Ojciec jest inny, Duch jest inny – a nawet całkiem inny”. Jednak „w Bogu nieskończona inność łączy się z nieskończonym podobieństwem Osób”. Inność sprawia, że każda z Osób jest „posiadaczem siebie”, a to oznacza, że „każdej z Osób została przyznana wolność. (…) Wolność okazuje się wewnętrznym wymiarem Boga. (…) Bóg jest wewnętrznie wolny”. Wolni obdarowują się wzajem. Syn jest darem Ojca, Ojciec jest darem wdzięczności Syna, Duch jest darem miłości Ojca i Syna. Dar zakłada wolność, ale i potrzebę dobroci i miłości. Dobro w Bogu „świeci”, ale nie jak słońce, które świeci, bo inaczej nie może. Dobro „świeci”, bo chce.

Powiedziałem na początku, że chodzi mi w tym tekście o intelektualną prowokację rozumianą bardziej jako apelowanie do niż jako wyzywanie do walki… Nie mogę wgłębiać się w wizję Trójcy Świętej u Tischnera. Mam nadzieję, że udało mi się tylko pokazać, jak kluczowa dla mistyki nadwiślańskiej idea miłości miłosiernej i praktyki miłosierdzia rodzi się we wnętrzu samego Boga. To, co Józef Tischner napisał o miłosierdziu, jest werbalizacją jego kontemplacji tajemnicy Trójcy Świętej i w tej kontemplacji ma swoje korzenie. Miłosierdzie – krew i woda – wytrysnęło z rany w boku Chrystusa, jest owocem ofiary, bo

to, co dokonało się na krzyżu, jest ofiarą. Ofiara to coś więcej niż samo okrucieństwo. Ona świeci dodatkowym blaskiem i rzuca światło na poświęcenie, które stało się wielką możliwością człowieka. Ofiara to ból i śmierć – z sensem. Sens sprawia, że ofiara wyrasta ponad okrucieństwo. Człowiek jest istotą zdolną do ofiary. Właściwie tylko on. Kto wie, może właśnie dlatego Syn Boży stał się człowiekiem, że „pozazdrościł” człowiekowi zdolności do ofiary? Składając swą ofiarę, Syn Boży okrzykiem na krzyżu ukazał nie tylko to, jak bardzo Inny jest inny. Jednocześnie odsłonił, jak wielka siła tkwi w ofierze, którą składa się z miłości. Od takiej ofiary pustoszeje piekło i otwierają się bramy nieba. W akcie miłosnej ofiary ukazuje się również to, jak bardzo Inny jest inny, lecz taki sam i ten sam co Syn: „Kto widzi mnie, widzi Ojca”. Gdzie okrucieństwo dzieli, tam ofiara łączy[16].

To nie jest język analizy filozoficznej ani nawet język pisarza podejmującego religijną problematykę – to język mistyki. Język miłosierdzia. Sprawa jest szersza. Myśląc „miłosierdzie”, obok przypowieści o synu marnotrawnym przywołujemy przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Ktoś kogoś pobił, wrzucił do rowu i porzucił, Samarytanin okazał mu miłosierdzie. Pobity to dla nas, oczywiście, nędzarz, podobny temu, którego spotkał Adam Chmielowski na ulicy w Krakowie. Są jednak inni pobici. Ci opisani przez Czesława Miłosza w Zniewolonym umyśle, ci, którzy ulegli jakiejś iluzji, którzy poszli za głosem Wielkiego Inkwizytora… Ci, którzy łakną prawdy, szukają drogi. Nędzarz Chmielowskiego nie miał wyjścia, był na dnie – i Chmielowski, przygarniając go do serca, to wyjście mu pokazał. Ktoś zwiedziony, omamiony, także jest nędzarzem, tyle że duchowym. Słowo, które usłyszał i przyjął, zabiło jego ducha. Filozofia Tischnera, „religia pisana filozoficznie” jest czynem miłosierdzia wobec martwego ducha. Studium tej filozofii może być praktyką duchową. Ona usposabia do zrozumienia, a przez zrozumienie do wejścia w głębię życia duchowego. Szerzej: teksty Faustyny Kowalskiej, Józefa Tischnera, Karola Wojtyły, Jana Pietraszki mogą być traktowane jak lectio divina, która jest środkiem duchowego wzrostu, lectio, która – jak uczy święty Benedykt – nie kończy się na Piśmie Świętym, lecz obejmuje teksty zawierające intellectum fidei myślicieli chrześcijańskich.

Józef Tischner nie pozostawił traktatów o modlitwie, jednak wiele jego późniejszych tekstów jest przesiąkniętych modlitwą. Są one filozoficznym pisaniem o modlitwie, które Autor przypieczętował ofiarą złożoną Bogu ze swego umęczonego ciała.

Mistycy nadwiślańscy – szkic do portretu

Wszystkim mistykom nadwiślańskim wspólna jest głęboka emocjonalność, jednak nie żywiołowa, a „temperowana” rozumem, a także gorącość serca. Widzimy ją u Adama Chmielowskiego, który chciał być dobry jak chleb; u Faustyny Kowalskiej, która chce, by Chrystus sprawił, aby cała stała się miłosierna; u Karola Wojtyły, który umiłował do końca; u Józefa Tischnera – który lubił słowa: „polska dobroć”. Mistyka nadwiślańska jest ekspresją serca skierowanego ku dobru. Ale powtarzam: ani Chmielowski, ani Faustyna, ani Wojtyła, ani Tischner, nie są irracjonalni. Poruszając sprawy najważniejsze, czynią to w sposób rozumiejący. Jednak u wszystkich zasadą rozumienia jest miłość – to hermeneutyka miłości, wiary, która szuka zrozumienia miłością – i zrozumienie to znajduje! Każdy z nich szukał zrozumienia i każdy zrozumiał na innej drodze: wizji, malarstwa i czynnego miłosierdzia, poezji, teologii i filozofii – filozofii, teologii i teatru. Rozumność i „artystyczność” tej mistyki, jej związki z filozofią – nawet u Faustyny Kowalskiej, nie mówiąc już o Tischnerze i Wojtyle – to osobny temat badań[17].

Na koniec pojawiają się wątpliwości. Czy mistyka nadwiślańska jest aż tak bardzo odległa od mistyki spekulatywnej Mistrza Eckharta, że wolno przeciwstawić jedną drugiej? Tischner pisze, że Eckhart „postrzega Stwórcę wedle logiki dobra”[18], a więc według tej logiki, która miałaby wyróżniać mistykę nadwiślańską. Podobieństwa i różnice odsłonić może dopiero wnikliwa analiza, o którą mi właśnie chodzi. Dalej: Tischner jest w jakiś sensie „mistykiem spekulatywnym” – w jakim sensie? Może w takim, że spora część jego filozofii jest modlitwą myśli – myśli, która nieustająco myśli. „Ja właściwie cały czas rozmyślam”[19] – napisze. Karol Wojtyła podobnie – jest przecież filozofem, aczkolwiek jego mistyka ujawnia się także w wierszach, zwłaszcza tych późnych.

Ciągle jednak nie zamknąłem zwornikiem sklepienia nadwiślańskiej mistyki. Niepodobna ona do innych, ale i w pewnych punktach podobna. Tischner przybliżył na powrót mistykę nadreńską, a należy do nadwiślańskiej… Mistyka na ogół bierze się z jakiegoś nawrócenia. Idę drogą i widzę, że dalej nią iść nie mogę i nawracam, zawracam. Z różnych powodów: zdecydowanego wezwania – jak w przypadku Faustyny Kowalskiej, wejścia w siebie i odkrycia tam swego powołania – to przypadek Chmielowskiego, Wojtyły, Tischnera. Szli już jakąś drogą i odkryli, że jednak nie tędy, nie malarstwo, nie polonistyka i aktorstwo, nie prawo – a służenie nędzy, a kapłaństwo. Mistyka, życie mistyczne jest darem, nie można go osiągnąć drogą ćwiczenia. Mówi się: jest łaską, powiada się: jest życiem nadprzyrodzonym w pełni rozwiniętym. Kluczowa jest łaska, która jednak nie jest ideą łaski, czymś takim jak na przykład „trójkąt w ogóle”. Być może są jakieś rysy istotne łaski, tu jednak chodzi mi o tę szczególną łaskę, którą obdarzony został każdy z nadwiślańskich mistyków. Pojawili się oni w konkretnym momencie dziejów Polski i dana im łaska jakoś to uwzględnia.

Myślę, że była to łaska stawienia oporu złu. Złu nędzy ludzkiej tak ostrej w wieku XIX, na które – bez łaski – odpowiadano rewolucją i terrorem, złu wieku XX – które nie było złudzeniem Bacona, złośliwym geniuszem Kartezjusza, pułapkami Wielkiego Inkwizytora, nawet nie fatum i nawet nie pozaosobową strukturą, która zmusza człowieka do popełniania zła. Owszem, owa struktura była obecna w systemach totalitarnych, ale zrodziła ją uległość pokusie węża, propozycji rozwiązania wszystkich problemów, eliminacji nędzy tego świata poprzez eliminację złych struktur i zastąpienie ich strukturami dobrymi. Istota owych nowych struktur odsłoniła się nie od razu, „kąsały” skutecznie: faszyzm krócej, komunizm dłużej. Adam Chmielowski widział, na co się zanosi – rewolucja stała w drzwiach. Faustyna widziała toczącą się walkę duchową, która wcześniej objawiła się dzieciom w Fatimie, skąd wyszła modlitwa zbliżona do Koronki… – z tym, że Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Chrystusa ofiarowuje fatimska modlitwa Trójcy Świętej, a nie „samemu” Ojcu Przedwiecznemu. Faustyna rozumie, że za jej pośrednictwem Bóg odpowiada na szczególne, nowe zło jej epoki. Podobnie ksiądz Jan Pietraszko, o którym pisał Tischner:

Miał odwagę mówienia o dobroci Boga. A przecież jego świadomość zła i grzechu świata nie ma sobie równej. Pietraszko był świadkiem wojny, jest świadkiem stalinowskiego terroru, świadkiem zdrad i upadku wielu. Ponad niezwykłym „krajobrazem grzechu”, jaki w sobie nosi, góruje wizja Boga miłości, który unicestwia grzech[20].

Jan Paweł II mówi o mysterium iniquitatis, Tischner w filozofii szuka odpowiedzi na to, co oglądają jego oczy, fascynuje się złośliwym geniuszem u Kartezjusza, ostatecznie jednak dociera do „przestrzeni totalitarnej” wieku XX. Nie bez kozery w Sporze o istnienie człowieka znalazł się rozdział Kołyma i świat ją otaczający. Ponadto wszyscy oni obdarzają nas miłosiernym słowem.

W wieku XX ujawniło się zło, któremu przeciwstawić można było już tylko ofiarę Chrystusa i niezliczonych ludzi (jak na przykład ks. Jerzy Popiełuszko) oraz płynące z tej ofiary miłosierdzie; ethos ofiary i miłosierdzia. Ujawnić trzeba na nowo sens tej ofiary i miłosierdzia w wizjach Faustyny, czynach Chmielowskiego, nauce i czynach Karola Wojtyły, nauce Pietraszki i filozofii Tischnera. Wiele wskazuje na to, że w wieku XX w systemach totalitarnych ujawnił się autor zła: szatan. W walce z nim trzeba było sięgnąć po broń ostateczną, po miłość miłosierną płynącą z krzyża. Oblicze wieku XX odsłania się Chmielowskiemu, Faustynie, Wojtyle, Tischnerowi, Pietraszce. Oni widzą, jak naprawdę jest. Trwogą napełnia mnie wizja Faustyny, w której stanęła przed nią śmierć marszałka Piłsudskiego. Nie tyle sama jego agonia, ile odsłonięta w tej wizji druga strona człowieka. To, że po tej drugiej stronie dzieje się coś, czego nie widzimy, co jednak jest „prawdziwsze od naocznej prawdy”. Faustyna widziała, jak naprawdę jest, jakie są dzieje, co jest w człowieku…

Mistycy nadwiślańscy odkryli mysterium iniquitatis ujawnione w systemach totalitarnych, Pokazali, że zło komunizmu i faszyzmu to nie tylko – choć także – wynik splotu szczególnych warunków politycznych, ekonomicznych, społecznych i psychicznych w społeczeństwie niemieckim po pierwszej wojnie czy panujących w Rosji czasu wojny i rewolucji. Odkryli dramat metafizyczny walki (jednak!) – nie dialogu! – dobra ze złem (Faustyna), walki toczonej w wieku XIX i XX. Odkryli też, że jedyną „taktyką” zdolną się mu przeciwstawić jest dobro, ofiara, miłość i miłosierdzie – czynem i słowem. Owa „taktyka” miłosierdzia zwiera sklepienie nadwiślańskiej mistyki, tę „taktykę” najlepiej opisał Tischner w Drogach i bezdrożach…, a jako propozycję dla świata przedstawił Jan Paweł II w Dives in misericordia.

Jest to także „taktyka wyzwolenia”. Myśl o wyzwoleniu przenika pisma Karola Wojtyły i, oczywiście, jego działania, zwłaszcza jako papieża. Józef Tischner był filozofem wyzwolenia, Adam Chmielowski o wyzwoleniu nie mówił, ale wyrywał ludzi z niewoli nędzy i grzechu, z niewolników czynił wolnych. Faustyna Kowalska wskazała Karolowi Wojtyle i Józefowi Tischnerowi drogę wyzwolenia siebie i wyzwalania innych. Zwłaszcza Wojtyła i Tischner pokazali, że Chrystus wyzwala, a nie zniewala – a tak sądziło wielu – w tym myśliciele Oświecenia, a także Karl Marks i ci, którzy żywili się jego myślą. Pokazali, że Chrystus nie zastawia „pułapki” na człowieka, nie zwodzi go, nie produkuje resentymentów, że – przeciwnie – odkupia, wyzwala… Nie widziałem wielu ludzi tak wolnych, jak Karol Wojtyła czy Józef Tischner…

A wreszcie – last but not least – w mistykę nadwiślańską wpleciona jest sztuka. Nie chodzi tylko o to, że Brat Albert to Adam Chmielowski – malarz. W Janie Pawle II żyje poeta i ujawnia się w ostatnich jego latach z całą mocą. Jestem pewny, że był on w duchu artystą, co właśnie pozwalało mu wnikać w najprzepastniejsze tajemnice. Józef Tischner stara się zrozumieć człowieka, sięgając po metaforę teatru! Metaforę dramatu! W posłannictwo Faustyny Kowalskiej nierozerwalnie wpisane jest malarstwo – niestety, kiepskie, wolałbym, żeby obraz Bożego Miłosierdzia namalował Tycjan w swym późnym okresie, kiedy to powstała Pieta, znajdująca się dziś w weneckiej Galleria dell’Accademia. Tycjan umiał malować światło mistyczne! Ale obraz Bożego Miłosierdzia mógłby namalować i Rembrandt – kto wie, czy nie lepiej. Istnieje zresztą obraz zbliżony, tyle że bez promieni (Chrystus zmartwychwstały, zob. str….).

Jednego jestem pewien – mistyka nadwiślańska jest faktem i powinna zostać zbadana! Z braku kompetencji nie jestem w stanie samodzielnie się tego podjąć. Chcę namówić do tego innych. Spraw, które wiążą się z mistyką nadwiślańską – a może z mistyką polską – jest wiele, na pewno o wiele więcej, niż mogę pomyśleć. Wiele jest także postaci dla tego tematu znaczących, których nie wymieniłem i nie omówiłem – nawet szkicowo (na przykład o. Piotr Rostworowski). Wydobycie dalszych postaci, nakreślenie kolejnych problemów wymaga badań, i to rozległych – uwzględniających historyczny kontekst ich spuścizny, znajomość pism życia i czynów ich XIX-wiecznych poprzedników.


[1] Zob. „Dekada Literacka” 2004, nr 2 (204).

[2] J. Tischner, Historia filozofii po góralsku, Kraków 1999, s. 5.

[3] Zob. J. Tischner, Drogi i bezdroża miłosierdzia, Kraków 1999, s. 9.

[4] S. Swieżawski, Dzieje europejskiej filozofii klasycznej, Warszawa–Wrocław 2000, s. 743.

[5] Tamże, s. 747.

[6] Tamże, s. 752.

[7] Tamże, s. 752–753.

[8] Tamże, s. 754.

[9] Dzienniczek Sługi Bożej S.M. Faustyny Kowalskiej, zeszyt I, fragm. 239, Kraków–Stockbridge–Rzym 1981, s. 108.

[10] Tamże, zeszyt V, fragm. 1474, s. 480. Poznaniem wnętrza Trójcy obdarzony został Hans Urs von Balthasar (wspierany przez mistyczkę i stygmatyczkę Adrienne von Speyr) i przekazał je w swym monumentalnym dziele teologicznym Theodramatik, na które powołuje się Józef Tischner – zwłaszcza na opis Trójcy Świętej i Jej wewnętrznej wolności. Tamże, zeszyt II, fragm. 742, s. 279.

[11] [12] „A światło to należy do natury aniołów, najprzedniejszej natury świetlistej po Pierwszej, jaką jest Bóg – bo one z Niego czerpią światło. Było to światło samej Trójcy Świętej, gdyż z Niej pochodzi wszelkie światło, rozdzielane i rozszczepiane z niepodzielnego światła” (Grzegorz z Nazjanzu, Mowa 45, 2. 23).

[13] Słowo „postać” ma tu sens techniczny, jest polskim odpowiednikiem niemieckiego rzeczownika Gestalt, który obecny jest w myśli niemieckiej co najmniej od Goethego po Hansa Ursa von Balthasara.

[14] Zebrane w tomie Ksiądz na manowcach, Kraków 2009.

[15] J. Tischner, Drogi i bezdroża miłosierdzia, wyd. cyt., s. 51.

[16] J. Tischner, Ksiądz na manowcach, wyd. cyt. s. 100.

[17] Por. I. Różycki, Nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego: studium teologiczne Dzienniczka bł. s. Faustyny Kowalskiej na temat Nabożeństwa, Kraków 2007. Należy też uwzględnić dramatyczny apel Hansa Ursa von Balthasara o przywrócenie piękna myśleniu chrześcijan (zob. H.U. von Balthasar, Chwała. Estetyka teologiczna, Kraków 2008).

[18] J. Tischner, Ksiądz na manowcach, wyd. cyt., s. 193.

[19] Tamże, s. 188.

[20] Tamże, s. 83.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter