70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Marzenia o „piątym imperium”

Nawet w tych środowiskach, w których wzrasta rozczarowanie Putinem czy Miedwiediewem, nie przekłada się ono na poparcie dla liberałów. Umacniają się natomiast ugrupowania nacjonalistyczne: wyraźnie widać, że Rosjanie pragną silnego państwa, z którym będzie się liczył świat.

Pierwsze kilkanaście lat po rozpadzie Związku Radzieckiego oznaczało dla Federacji Rosyjskiej swego rodzaju walkę o przetrwanie. Na początku dekady lat 90. nowe państwo stanęło przed problemem zachowania jedności terytorialnej: istniała obawa, że w ślad za piętnastoma republikami związkowymi niezależności zażądają, wchodzące w skład Rosji, republiki autonomiczne. Problem separatyzmu dotyczył wielu regionów – na przykład Tatarstanu, Baszkirii czy Jakucji – ale jego najbardziej jaskrawym i tragicznym przykładem stały się niepodległościowe dążenia Czeczenii, zakończone w 1994 roku wybuchem pierwszej wojny czeczeńskiej i klęską sił federalnych. Na mocy podpisanego w 1996 roku rozejmu w Chasawjurcie Moskwa musiała wycofać swoją armię z Czeczenii, która, pozostając oficjalnie republiką autonomiczną w składzie Federacji Rosyjskiej, de facto stała się państwem niepodległym. Dopiero druga wojna czeczeńska, rozpoczęta w 1999 roku i zakończona zwycięstwem wojsk federalnych oraz powstrzymaniem separatyzmu (który z punktu widzenia Kremla zagrażał istnieniu państwa rosyjskiego) sprawiła, że na politycznej scenie Rosji pojawił się Władimir Putin. To z jego osobą zaczęto szybko kojarzyć wydarzenia, które zapobiegły rozpadowi kraju. Dwie kadencje rządów tego polityka przypadły również na okres koniunktury gospodarczej oraz utrzymywania się wysokich cen na surowce naturalne, których eksport pozwolił Kremlowi skutecznie realizować politykę wzmacniania struktur państwa. Przy obecnej strukturze gospodarki gwałtowany spadek cen ropy i gazu oznaczałby dla Rosji poważne problemy gospodarcze. Kiedy Władimir Putin w roku 2000 ogłosił swój słynny tekst Rosja na przełomie tysiącleci, mówił w nim między innymi o potrzebie dywersyfikacji rosyjskiej gospodarki – o zmniejszeniu, jeśli nie o całkowitym uwolnieniu kraju od tego narkotyku, jakim są łatwo osiągalne wpływy z eksportu bogactw naturalnych.

Minęło dziesięć lat, a słowa Putina pozostały na papierze. Niewielu oligarchów inwestuje w inne gałęzie gospodarki niż rynek naftowy. Od czasu do czasu próbują to robić ci bardziej lojalni wobec Kremla. Nawet cieszący się uznaniem na Kremlu Roman Abramowicz wcale się do tego nie kwapi, woląc sponsorować piłkarski klub Chelsea Londyn niż rosyjską gospodarkę. Wcześniej, w czasie swoich rządów na Czukotce, zrobił wiele dobrego. Było to dobre pole do działania: teren zamieszkany przez 60 tysięcy mieszkańców – zapewnienie im przyzwoitych domów, dobrych szkół i infrastruktury nie musiało wiązać się z wielkimi nakładami. Efekt zaś był taki, że gdy w 2004 roku przeprowadzono wśród Czukczów sondaż na temat Abramowicza, 60 procent z nich uznało go za bóstwo! Jest to jednak odosobniony przypadek. Nie ma w Rosji zwyczaju, aby oligarcha obejmował swój region tego rodzaju patronatem. Nie tędy zresztą droga. Rosji potrzebne są bardzo poważne zmiany strukturalne.

Problem lat dziewięćdziesiątych

Największą wewnętrzną rosyjską słabością, która do tej pory nie została jeszcze przezwyciężona, jest brak ideologii mogącej scalić państwo. Paradoksalnie wydaje się, że szukać takich idei należy raczej w środowisku narodowo-patriotycznym, a nie liberalnym. Liberałowie zaniedbali kwestię wypracowania nowej wizji państwa, skupiając się w latach 90. niemal wyłącznie na gospodarce, z której kryzysem, co gorsza, poradzili sobie bardzo słabo. Trzeba przy tym pamiętać, że ich rządy przypadły na okres braku koniunktury oraz konieczności zintegrowania gospodarki. Systemy gospodarcze byłych republik radzieckich były ze sobą ściśle powiązane. Podczas gdy w spadku po Związku Radzieckim Rosja zachowała arsenał jądrowy, silniki do rakiet i statków kosmicznych wciąż były produkowane na Ukrainie, a kosmodrom Bajkonur pozostał w Kazachstanie…

Innym problemem Rosji pozostaje fakt, iż wszelkiego rodzaju przemiany są w tym kraju inspirowane odgórnie. Nawet gdy na przełomie lat 80. i 90. członkowie ruchu dysydenckiego aktywnie uczestniczyli w życiu politycznym, nie byli identyfikowani z większością społeczeństwa. Stanowili oddzielną, niewielką grupę ludzi, w sposób świadomy walczącą z systemem. Pokonali go, lecz pozostali obcy zarówno dla nowej władzy, jak i dla samego społeczeństwa, które rozpad Związku Radzieckiego przyjęło w końcu jako fakt, choć niekoniecznie go zaakceptowało. Ruch dysydencki uległ także podziałowi wewnętrznemu. Wśród byłych opozycjonistów byli i tacy, którzy, choć walczyli z komunizmem, wcale nie dążyli do demokracji, lecz marzyli po prostu o silnym państwie. Przykładem jest Aleksander Sołżenicyn, którego dziś nikt już nie nazywa demokratą w zachodnim rozumieniu tego słowa. Był myślicielem o zdecydowanie mocarstwowych poglądach, który wierzył w silne państwo i do końca życia pozostał rozczarowany Zachodem.

Wreszcie, trzecim nierozwiązanym od czasu likwidacji Związku Radzieckiego problemem jest kosztowna polityka socjalna. Po swoim poprzedniku Rosja odziedziczyła rozbudowany system ulg socjalnych i pomocowych. Mieszkańcy Związku Radzieckiego praktycznie nie posiadali możliwości bogacenia się, dysponowali jednak przywilejami innego rodzaju: w zasadzie darmowymi mieszkaniami i niskimi opłatami za usługi komunalne. Kiedy już w niepodległej Rosji podjęto reformy gospodarcze i kiedy okazało się, że w portfelach milionów obywateli nagle zrobiło się pusto, jedynym, co mogła zaoferować społeczeństwu władza, było utrzymanie ogromnych ulg socjalnych, które do dziś bardzo obciążają budżet państwa oraz budżety regionalne. Rosyjska sfera budżetowa jest bardzo rozbudowana: z przywilejów branżowych korzystają miliony obecnych i byłych pracowników administracji, wojska i innych służb mundurowych. Miejscowe rozmowy telefoniczne są w Moskwie darmowe, abonament telefoniczny, czynsze i opłaty komunalne – stosunkowo niewysokie. Za to wszystko musi jednak płacić budżet. Władimir Putin, zapowiadając w roku 2000 jedną ze swoich wielkich reform, wskazał na konieczność zmian w sektorze mieszkalno-komunalnym. Reforma zakłada, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat w Rosji stopniowo będzie się zwiększać opłaty komunalne, aby doprowadzić do sytuacji, w której obywatele będą ponosić wszystkie koszty utrzymania mieszkania i opłat za media.

Ta reforma może stać się czymś w rodzaju bomby zegarowej. Na razie jest dobrze kontrolowana przez władze: proces uwalniania cen stopniowany, opłaty rosną po kilka procent rocznie. Nie zmienia to jednak faktu, że zdarzają się w Rosji protesty społeczne, o których w oficjalnych mediach mówi się niewiele: na ulice, zwłaszcza w regionach, wychodzą emeryci, mieszkańcy wielu miast organizują się w komitety osiedlowe i piszą petycje do władz. Z drugiej strony trzeba przyznać, że rząd dość skutecznie tłumaczył powody wzrostu opłat i reakcja społeczna nie jest jak dotąd na tyle gwałtowna, żeby groziła masowymi wystąpieniami. Kontroli społecznej służą między innymi ogromne dochody z eksportu bogactw naturalnych. Bez tych pieniędzy władza rosyjska nie mogłaby sobie prawdopodobnie pozwolić na hamowanie procesów demokratycznych.

To nie jest tak, że w Rosji zupełnie nie ma demokracji. Rosyjska demokracja została „zamrożona”. System, który obecnie panuje w tym kraju, można z pewnością nazwać autorytarnym, ale nie – totalitarnym. Mieszkańcy Rosji mają prawo poruszania się, wyjazdu z kraju, prawo do działalności gospodarczej. Oczywiście, jest to system skorumpowany, biznesmeni skazani są na płacenie łapówek; jest to poważny problem, który z jednej strony ma swe korzenie w rosyjskiej tradycji, z drugiej jednak dotyka również inne kraje: pamiętajmy o świeżym przykładzie Grecji.

Nawet sondaże przeprowadzane przez niezależne instytucje potwierdzają fakt, iż popularność Władimira Putina wśród Rosjan jest olbrzymia. Czy zgoda na jego rządy jest świadoma czy też raczej pozostaje przejawem apatii społeczeństwa? To złożony problem: w historii Rosji świadomość społeczna zawsze była niska. Rewolucje w Rosji zawsze organizowane były przez garstki ludzi. Spontaniczne, masowe bunty chłopskie XVII i XVIII wieku to dzisiaj niemal mityczna przeszłość. W swojej większości społeczeństwo rosyjskie przyjmowało po prostu to, co się działo, jako rzecz oczywistą.

Choć w Polsce mówi się o tym niewiele, w latach 90. w wolnych mediach rosyjskich dało się zauważyć tendencję do ciągłego podkreślania negatywnych cech społeczeństwa. Powtarzano społeczeństwu: żyjemy tak źle, dajemy się oszukiwać – ponieważ mamy pewne stałe, określone cechy. Zdarzały się oczywiście trafne spostrzeżenia. Problem polegał jednak na tym, że rysując tak negatywny obraz, media nie dawały ludziom alternatywy. Dla wielu mieszkańców Rosji lata 90. były okresem ciągłego poniżenia. Ponadto Rosjan irytowało, że o wszystkim „dowiadywał się” Zachód. Dla tych, z którymi rozmawiałem w latach 90., były to prawdziwie traumatyczne przeżycia. W tym kontekście propaganda sukcesu Władimira Putina, której symbolem są organizowane za cztery lata zimowe igrzyska w Soczi, wychodzi naprzeciw oczekiwaniom Rosjan. Do tej pory brakowało im poczucia, że drzemie w nich pozytywny potencjał.

Pomysły na nową Rosję

Spróbujmy przyjrzeć się niektórym ideom politycznym, wokół których toczy się dziś poważna debata. W przypadku współczesnej Rosji ideologie te można podzielić na demokratyczne i niedemokratyczne. Wśród tych pierwszych mamy do czynienia z różnymi odłamami liberalizmu i okcydentalizmu, a także z pomniejszymi nurtami, które można nazwać rosyjskim demokratycznym konserwatyzmem. Do drugiej grupy zaliczają się natomiast wszelkie nurty narodowo-patriotyczne czy też nacjonalistyczne: próba ich jednoznacznej klasyfikacji jest trudna, ponieważ owe nurty często nawzajem się przenikają.

Co w tej chwili mają do zaproponowania Rosji liberałowie? Ich niewątpliwym atutem jest głoszenie haseł wolności gospodarczej, możliwości swobodnego rozwijania własnego biznesu, walki z biurokracją. Ruchy liberalne mają jednak za sobą bagaż lat 90., kiedy w czasie swoich rządów nie poradziły sobie z korupcją, nie zdążyły też na ruinach gospodarki radzieckiej zbudować nowego systemu, który w społeczeństwie miałby dodatnie konotacje. Wprawdzie wśród inteligencji i małego oraz średniego biznesu wpływowy pozostaje nurt, który uważa reformy za konieczne i byłby nawet skłonny poprzeć liberałów, lecz na przeszkodzie stoją dwa czynniki: po pierwsze, dochodzi do sytuacji, w której coraz mniej ludzi głosuje na mało dziś znaczące partie liberalne w obawie przed tym, że nie wejdą one do parlamentu i głos wyborcy pójdzie na marne. Po drugie, pamiętajmy, że także na szczytach władzy, zwłaszcza w otoczeniu prezydenta Miedwiediewa, są ludzie o liberalnych poglądach stanowiący pewną alternatywę dla tych partii.

Miesiąc temu, w dziesiątą rocznicę śmierci Anatolija Sobczaka, człowieka z jednej strony kojarzonego z przemianami liberalnymi, z drugiej – polityka o etatystycznym spojrzeniu na państwo, największe media rosyjskie lansowały obraz Miedwiediewa i Putina jako jego uczniów. W ubiegłym roku interesująca była też obserwacja reakcji mediów państwowych na śmierć Jegora Gajdara. Byłego premiera starano się przedstawić jako nieco naiwnego romantyka, który chciał dobrze, a – jak lubi mówić Wiktor Czernomyrdin – „wyszło mu jak zawsze”. Śmierć Gajdara wywołała dyskusje wśród elit politycznych. Propozycja części deputowanych, by uczcić w Dumie jego pamięć, spotkała się z odmową prezydium. Równie wymownym wydarzeniem była styczniowa publikacja w „Moskiewskim Komsomolcu” artykułu podpisanego wspólnie przez Gawriła Popowa, pierwszego mera Moskwy po upadku komunizmu, oraz obecnego mera, Jurija Łużkowa, w którym skrytykowali oni dziedzictwo Gajdara. Kreml nie zabierał głosu: było to pewnie związane z faktem, że poprzeć Gajdara nie mógł, gdyż ten w ostatnich latach był związany z opozycją, z drugiej strony – potępiać go również byłoby mu trudno. Był on w końcu jednym z architektów systemu, w którym dziś swobodnie działają prezydent Miedwiediew i premier Putin.

Z polskiego punktu widzenia byłoby oczywiście najlepiej, gdyby Rosja wybrała drogę zbliżenia z Zachodem, drogę liberalną, rezygnując z imperializmu. Aby stała się kolejną demokracją w stylu zachodnim. Problem w tym że Rosjanom demokracja w stylu zachodnim kojarzy się głównie z rozpadem państwa, zapaścią gospodarczą oraz wywożeniem za granicę kapitału, który w świadomości przeciętnych Rosjan był przez ostatnie kilkadziesiąt wypracowywany przez całe społeczeństwo. Owa świadomość z okresu radzieckiego nakłada się tu bardzo wyraźnie.

Jelcyn nie zawsze zgadzał się z liberałami, ale negatywna ocena jego rządów kładzie się również cieniem na pamięci o tej grupie polityków. Z epoką pierwszego prezydenta Federacji Rosyjskiej kojarzone są nazwiska oligarchów: Borysa Bieriezowskiego czy Władimira Gusińskiego, ale w świadomości społeczeństwa do „drużyny Jelcyna” należą także Anatolij Czubajs i Jegor Gajdar. Dla ruchu liberalnego szansą na „wejście na nowo” mógłby być ruch Inna Rosja – cóż jednak z tego, jeśli jest on ideowo bardzo niejednolity. Paradoksalnie, siłą Innej Rosji nie są jej liderzy – Gari Kasparow czy Michaił Kasjanow (którzy często spierają się ze sobą) – lecz narodowi bolszewicy pod przywództwem Eduarda Limonowa. To oni posiadają potencjał ludzki wystarczający do przeprowadzania zorganizowanych akcji politycznych, oni z reguły stanowią trzon demonstracji organizowanych przez Inną Rosję. Nazwa ich partii źle się nam oczywiście kojarzy, nie należy jednak zapominać, że narodowi bolszewicy przeszli wyraźną ideologiczną przemianę i zwrócili się ku liberalnym ideom narodowym. Wzywają wprawdzie do budowy silnego państwa, ale równocześnie opowiadają się za ideą wolnego rynku i polityczną demokracją. Większość z pozostałych ugrupowań liberalnych wchodzących w skład koalicji Inna Rosja to niewielkie, kanapowe partyjki bez struktur i realnej siły.

Nawet w tych środowiskach, w których wzrasta rozczarowanie Putinem czy Miedwiediewem, nie przekłada się ono na poparcie dla liberałów. Umacniają się natomiast ugrupowania nacjonalistyczne: wyraźnie widać, że Rosjanie pragną silnego państwa, z którym będzie się liczył świat. Idee te rozbudził Putin, choć nie do końca jest w stanie im sprostać. Narodowi patrioci wypracowali natomiast konkretne propozycje, w jaki sposób idee te można realizować, propozycje, dodajmy, bardzo nieatrakcyjne z naszego, zachodniego punktu widzenia.

Pod hasłem „narodowi patrioci” również kryją się partie i ugrupowania różniące się często od siebie. Działają tu na przykład nacjonaliści, których można określić mianem politycznych szowinistów – tacy jak Stanisław Kunajew, od wielu lat walczący między innymi z „Nową Polszą” Jerzego Pomianowskiego – ale stanowią jednak ewidentny margines. Pogląd, zgodnie z którym Żydzi, Polacy czy Amerykanie dążą do zniszczenia Rosji i narodu rosyjskiego, nie jest akceptowany przez liderów narodowego patriotyzmu w Rosji: Aleksandra Prochanowa czy, stojącego na czele ruchu euroazjatyckiego, Aleksandra Dugina.

Pod względem intelektualnym nurt opozycji patriotycznej ma o wiele więcej do zaoferowania Rosji niż liberałowie. Wielu polityków tego nurtu cechuje erudycja, znajomość kontekstu historycznego, kulturowego i geopolitycznego. Przyznają to nawet ci przeciwnicy Prochanowa, którzy określają wydawaną przezeń gazetę „Zawtra” mianem faszystowskiej. W poglądach Dugina również pojawia się wątek przyszłego konfliktu między Wschodem a Zachodem, tam ma on jednak charakter sporu politycznego, nie zaś nacjonalistyczno-rasowego. Nie jest to już szalony, zwierzęcy nacjonalizm, lecz propozycja bardziej wyrafinowana. Prochanow jest często zapraszany do mediów, prowadzi programy w radiu Echo Moskwy, występuje w debatach telewizyjnych, a jeżeli w ich trakcie odbywa się głosowanie publiczności – z kimkolwiek by się nie mierzył, zawsze wygrywa.

Jest to na pewno nietuzinkowa postać: awanturnik, pisarz, a jednocześnie człowiek niezwykle odważny. Elementem z biografii Prochanowa, który wywarł na mnie wielkie wrażenie, był jego bezpośredni udział w akcji ratunkowej w Czarnobylu. Pojechał tam jako dziennikarz, ale ubrał skafander, razem ze strażakami i ratownikami wchodził pod sarkofag. Innym razem, kiedy pojechał do sandinistów w Nikaragui, szedł razem z nimi na front i walczył z rebeliantami. W pewnym stopniu przypomina naszego Radosława Sikorskiego – zresztą, kto wie, mogli się nawet ze sobą spotkać w Afganistanie, Prochanow przebywał tam wielokrotnie w okresie inwazji armii radzieckiej w tym kraju.

W obrębie patriotyzmu „legalnego”, czyli takiego, który ma dostęp do rosyjskich mediów, idąc za podziałem wprowadzonym przez Władimira Bondarenkę, można wydzielić trzy nurty: patriotyzm „czerwony”, „biały” i „rosyjski”. „Czerwoni” to są patrioci odwołujący się do dziedzictwa radzieckiego. „Biali” to ci, którzy za wzór stawiają Rosję przedrewolucyjną (dużą rolę odgrywają wśród nich monarchiści). Z kolei patriotyzm „rosyjski” za nadrzędny cel stawia sobie stworzenie państwa narodowego, co wiąże się również z polityką opresji wobec mniejszych etnosów. Najbardziej radykalnymi przejawami tego nurtu są niewielkie, kilkudziesięcioosobowe grupki neonazistów i skinheadów, które dokonują napadów czy morderstw.

Aleksandr Prochanow na łamach swojej gazety „Zawtra” wysunął propozycję zbudowania zjednoczonego frontu patriotycznego, a zatem historycznego pogodzenia się czerwonych z białymi i stworzenia alternatywy wobec liberałów. Prochanow przez całe lata 90. bronił dziedzictwa Związku Radzieckiego, ale w 2004 roku zerwał z komunistami. W 2006 roku opracował koncepcję „piątego imperium”. Zgodnie z nią jedynym kontekstem, w którym Rosja może funkcjonować, jest kontekst imperialny. Rosja, twierdzi Prochanow, ma za sobą cztery fazy imperialne: Ruś Kijowską, Ruś Moskiewską, carstwo Romanowów oraz czerwone imperium Stalina. Obecnie można w Rosji zauważyć zalążki piątego imperium, które Prochanow postrzega w dość nowoczesny sposób, myśląc nie tyle o odzyskaniu utraconych przez Rosję terytoriów, ale o imperium gospodarczym, rozwijaniu najnowszej technologii, w zakresie nanotechnologii i biomechaniki. W tym drugim przypadku chodzi o technologie, które pozwalałyby rozszerzać możliwości ludzkiego organizmu i intelektu.

Przyszła Rosja Prochanowa jest „imperium sieciowym”, z kilkoma, terytorialnie rozproszonymi, ośrodkami władzy w Moskwie, Petersburgu, ale również w stolicach narodowych: Kazaniu, Groznym i Jakucku. Jest to państwo, w którym wszystkie liczące się etnosy zyskają status narodów imperiotwórczych, a zatem zostaną zrównane w prawach z Rosjanami. Pod koniec lutego tego roku Prochanow poszedł jeszcze dalej, proponując w artykule redakcyjnym na łamach „Zawtry” (opublikowanym pod wrażeniem wizyty w znanym z zagranicznych inwestycji obwodzie kałuskim) sprowadzenie głównej idei „piątego imperium” do hasła: „westernizacja gospodarki, rusyfikacja kultury”. Przez rusyfikację kultury rozumie on przede wszystkim odrodzenie religijne (zwłaszcza prawosławne) oraz przywrócenie kulturze rosyjskiej statusu kultury scalającej narody. Prochanow nie daje odpowiedzi, w jaki sposób te idee powinny być realizowane, oczekując raczej, że inni podejmą się realizacji niektórych jego pomysłów.

Imperializm u Prochanowa wyraża się przede wszystkim w militaryzmie. Wprawdzie podkreśla, że w jego ideach imperialnych nie gra roli zdobywanie nowych terytoriów, ale równocześnie jest apologetą armii i siły militarnej. Zdaniem Prochanowa, każde imperium jest żywym organizmem, pulsuje tak jak serce: rozszerza się i kurczy, może więc istnieć w różnych fazach. Dwukrotnie rozmawiałem z nim na temat Polski. Prochanow zdaje sobie sprawę z tego, że jego wizja Rosji imperialnej nie jest dla nas niczym korzystnym. Najważniejsza jednak jest dla niego Rosja, to o nią musi dbać. Dopóki, jak powiedział, Polska będzie w sferze wpływów Zachodu, dopóty pozostanie przeciwnikiem Rosji. Trzeba również dodać, że przykłada on też wagę do zagrożenia ze strony Chin; ich armia już teraz organizuje manewry, w czasie których ćwiczy się różne warianty wkraczania na terytoria północne, nawet na odległość tysiąca kilometrów w głąb Syberii. Z drugiej strony, lansuje pomysł współpracy w ramach przymierza Rosji z Brazylią, Indiami i Chinami.

Chociaż ruch skupiony wokół Prochanowa określa się mianem opozycji patriotycznej, nie jest to opozycja w ścisłym sensie tego słowa – to raczej kontrpropozycja, rodzaj alternatywy wobec całej elity politycznej Rosji. Kreml zaprasza na przykład Prochanowa czy Dugina do konsultacji, prowadzi z nimi dyskusje, wysłuchuje (podobnie zresztą jak liberałów). Najbardziej jaskrawym przykładem opozycyjności tego nurtu jest zdecydowany sprzeciw wobec dialogu ze Stanami Zjednoczonymi, a w niektórych kręgach – także wrogość w stosunku do Izraela. Należy jednak pamiętać, że antysemityzm głównego nurtu opozycji patriotycznej nie ma podłoża rasowego, a raczej, jeśli można to tak nazwać, podłoże mistyczne. W powieściach Prochanowa politycy pochodzenia żydowskiego są zawsze przedstawiani jako ci, którzy próbują zniszczyć religijnego ducha narodu. Nawiązując do idei „Trzeciego Rzymu”, Prochanow uważa, że drugie nadejście Chrystusa nastąpi w Rosji, a zbudowany przez patriarchę Nikona monastyr Nowa Jerozolima określa mianem „kosmodromu drugiego przyjścia Chrystusa”. Spór z Żydami jest więc w istocie sporem o Jerozolimę…

Idee ruchu euroazjatyckiego – drugiego filaru opozycji patriotycznej, na którego czele stoi Aleksandr Dugin – są bardziej dopracowane politycznie, a nawet analizowane i w pewien sposób wręcz realizowane przez Kreml. Dugin jest doradcą prezydenta Miedwiediewa, powszechnie uważa się, że odpowiada za kremlowską propagandę antyzachodnią. To przy jej pomocy realizuje jedną z głównych idei ruchu euroazjatyckiego: ideę konfliktu z Zachodem. Występuje również z pomysłem zwrócenia większej uwagi na Wschód, zbliżenia Rosji do państw Azji Środkowej. Miejmy przy tym świadomość, że nie mówi o wyższości rasowej czy kulturowej Rosji – jego pomysł „adaptacji” narodów azjatyckich opiera się raczej na mechanizmie symbiozy.

Pomysły Dugina i Prochanowa pozostawały dotąd na marginesie rosyjskiego życia politycznego, nie wydaje się również, aby kiedykolwiek zdołały uzyskać status idei wiodących. Niemniej jednak, jeżeli Rosja wciąż będzie się rozwijać w ramach dotychczasowego, dążącego do autorytaryzmu, systemu, będzie to zapewne nurt cieszący się w społeczeństwie stałą popularnością. Idee Eurazji i patriotyzmu narodowego w wydaniu Prochanowa są do siebie pod wieloma względami zbliżone. Podczas gdy jednak Dugin postępuje pragmatycznie, dążąc do politycznej realizacji swoich celów, Prochanow wzywa do połączenia ruchu euroazjatyckiego z komunistami i monarchistami oraz stworzenia szerokiego frontu patriotycznego – zdając sobie przy tym sprawę, że jest to mało realne ze względu na partykularne ambicje liderów owych odłamów. Dugin nie tyle stawia na stworzenie własnej partii, ile raczej na zrealizowanie przynajmniej części swoich pomysłów przez ugrupowania już istniejące. Choćby nawet przez partię władzy – Jedną Rosję, ugrupowanie eklektyczne ideowo, które, jeśli zajdzie taka potrzeba, może być również „euroazjatyckie”.

Między Europą a Azją

Należy zwrócić uwagę, że to właśnie wielowątkowość współczesnej polityki rosyjskiej jest jednym z jej największych wyróżników. Z jednej strony, niedawno ukazał się raport Instytutu Rozwoju Współczesnego na temat konieczności modernizacji Rosji w stylu zachodnim, z drugiej – powstała również nowa doktryna wojskowa, wskazująca na NATO jako źródło potencjalnego zagrożenia.

Nowa doktryna wojskowa stanowi raczej dokument obliczony na wewnętrzne potrzeby Rosji. Jest to ukłon w stronę społeczeństwa, w którym wciąż utrzymuje się pewien opór wobec zbliżenia z Zachodem. Rosyjska armia jest pogrążona w głębokim kryzysie, co pokazała wojna w Gruzji w 2008 roku. Gdyby było inaczej, Rosjanie nie potrzebowaliby antynatowskiej retoryki. Rosja jest dziś po prostu zmuszona do prowadzenia takiej polityki zagranicznej, która będzie jej pozwalać na ostrożne manewrowanie między Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Unią Europejską. Należy też pamiętać, że wielkim problemem dla tego kraju jest demografia. Nie tylko stopniowo zmienia się liczba ludności, ale olbrzymie zmiany zachodzą w jej strukturze: przybywa na przykład ludności muzułmańskiej, ubywa natomiast słowiańskiej.

Jaki wpływ może mieć obecna sytuacja polityczna w Rosji na kwestie aktualnego zbliżenie polsko-rosyjskiego? Przede wszystkim, mówiąc o pojednaniu opartym na relacjach między Kościołami obu krajów, musimy brać pod uwagę fakt silnego związku Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej z państwem. Jeżeli więc dochodzi do tego dialogu, oznacza to również, że jest na to odpowiednie przyzwolenie z Kremla. Rosyjska Cerkiew znajduje się w fazie odrodzenia. Jeszcze nie odzyskała w społeczeństwie wpływu, którym dysponowała wcześniej, nie jest też pewne, czy go w ogóle odzyska. Po wielkiej fali powrotu do Cerkwi na przełomie lat 80. i 90. ten proces nagle się zatrzymał. W stosunku do ogółu społeczeństwa praktykujących wiernych jest w Cerkwi tylko kilkanaście procent. Nawet stosunek liberalnej inteligencji do Cerkwi nie jest jednoznaczny. Dla wielu jej przedstawicieli samo uczestnictwo w nabożeństwach za bardzo kojarzy się z utożsamianiem się z hierarchią.

Do dużych miast dociera powoli fala laicyzacji, dobrze widoczna na Zachodzie. Z kolei prowincja ulega stopniowemu wyludnieniu. Młodsze pokolenia Rosjan, żyjąc w czasie kryzysu materialnego, przeżywają również kryzys duchowy i społeczny. Cerkiew, jak na razie, nie radzi sobie dobrze z tymi wyzwaniami, nie potrafi stworzyć alternatywy dla takich ludzi. Brakuje w Rosji aktywnej działalności duszpasterskiej, nie tworzy się – tak jak to miało kiedyś miejsce w Polsce – nowych wspólnot czy ruchów młodzieżowych.

W rosyjskiej Cerkwi jest coraz bardziej widoczny ruch intelektualny, choć w dużym stopniu ma on również odcienie narodowo-patriotyczne. Mam tu na myśli środowisko skupione wokół spowiednika Putina, archimandryty Tichona, czy diakona Andrieja Kurajewa. Oczywiście, niewątpliwą gwiazdą jest tutaj sam patriarcha. Cyryl jest jakościowo kimś zupełnie innym niż Aleksy II: lepiej wykształcony, bardziej otwarty na świat. Ale pytanie, w jaki sposób będzie wykorzystywał swoje walory, pozostaje wciąż otwarte. Jest duża szansa na pozytywne zmiany wewnątrz Cerkwi, pamiętajmy jednak, że proces odradzania się intelektualnego duchownych dopiero się rozpoczął.

 

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter