70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Strategie wyjścia

Gołym okiem dziś widać, jak Zachód – zmęczony zaangażowaniem zbrojnym w dwa najpoważniejsze  „międzynarodowe” konflikty ostatnich lat – coraz wyraźniej obmyśla (lub wprowadza) strategie wycofywania się z nich.

W przypadku Iraku najbardziej czytelnym zwiastunem tego scenariusza było zwycięstwo w amerykańskich wyborach prezydenckich w ubiegłym roku kandydata, który najpierw sprzeciwiał się interwencji nad Eufratem i Tygrysem, później deklarował wolę ewakuacji i od tamtej pory konsekwentnie zdaje się realizować ten zamysł. Choć, gwoli historycznej ścisłości, wypada zaznaczyć, że pod programem stopniowego wycofywania sił amerykańskich z Iraku do końca 2011 roku podpisał się (aczkolwiek niechętnie) jeszcze George W. Bush.

Casus Afganistanu wydaje się pozornie przeczyć tezie o chęci „wycofywania się Zachodu na z góry upatrzone pozycje”, gdyż Waszyngton zmierza do (równie konsekwentnie zapowiadanego przez Baracka Obamę) wzmocnienia swego kontyngentu. Nie ulega jednak wątpliwości, że tak jak w przypadku krótkotrwałego zasilenia wojsk amerykańskich w Iraku w 2007 roku (czemu towarzyszyły realne wysiłki przeciągnięcia sunnickich rebeliantów na stronę koalicji), w Afganistanie również chodzi o tymczasowe wzmożenie operacji przeciwko talibom z jednoczesnym zamiarem umacniania rządu centralnego w Kabulu. Rząd ten w przyszłości powinien w pełni (a przynajmniej w bardzo poważnym stopniu) przejąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo w obrębie własnych granic. W tym sensie zasadnicze cele koalicji na obydwu frontach wydają się zbliżone.

Zdecydowane różnice pojawiają się natomiast w realizacji poszczególnych etapów tego planu, co dało o sobie znać w ostatnich tygodniach, dowodząc jednocześnie skali problemów, z jakimi muszą borykać się koalicyjni politycy i stratedzy. W Iraku, gdzie – po przekazaniu siłom rządowym kontroli nad miastami (z końcem czerwca) – sytuacja wyglądała na bardziej ustabilizowaną, sierpień przyniósł całą serię zamachów, których kulminacją były skoordynowane ataki na gmachy kluczowych ministerstw w Bagdadzie. Zginęło w nich prawie sto osób, ponad pięćset odniosło obrażenia, a reputacja irackich służb bezpieczeństwa oraz samego premiera Nouri al-Malikiego zaczęła po 19 sierpnia przypominać gruzy budynków zniszczonych tego dnia w stolicy Iraku. Podejrzenia dotyczące przejazdu „za łapówki” ciężarówek wyładowanych materiałami wybuchowymi bynajmniej nie poprawiały nastrojów. Wprawdzie iracki rząd dość szybko wskazał na powiązania zamachowców z zagranicą, schładzając jednocześnie stosunki z Syrią, która w jego ocenie miała udzielać im gościny, ale to żadną miarą nie zmieniało istoty problemu. Pozostaje nią w dalszym ciągu kruchość państwowych struktur Iraku i ich słabość wynikająca z wewnętrznych podziałów.

Niemniej w Iraku, mimo utrzymujących się napięć między głównymi społecznościami szyitów, sunnitów i Kurdów, a także wewnątrz nich, i tak należy mówić o bardziej zaawansowanej stabilizacji aniżeli w Afganistanie, gdzie interwencja Zachodu (dwa lata „starsza” od irackiej, bo bezpośrednio spowodowana atakami terrorystycznymi z września 2001 roku) również doprowadziła do zastąpienia poprzedniej władzy rządem bardziej otwartym na współpracę z Zachodem i z pewnością bardziej od niego uzależnionym. Na pewno udało się osiągnąć cel osłabienia (czy jak chcą sceptycy: rozproszenia) Al-Kaidy, dla której rządzony przez mułłę Omara Afganistan stanowił bazę szkoleniową i wypadową, ale osadzenie w Kabulu prezydenta Hamida Karzaja było już sukcesem bardzo niepełnym. Mozaika sprzecznych interesów etniczno-klanowych czy wyznaniowych, jaką stanowi Afganistan, nie po raz pierwszy okazała się materiałem opornym na próby centralizacji i modernizacji. Nowym władzom w Kabulu nie udało się – mimo upływu lat – rozciągnąć swej zwierzchności nawet nad połową terytorium kraju; co gorsza, z czasem pogłębił się stopień ich skorumpowania, zacieśniły się więzy z plantatorami i przemytnikami opium, a po drugiej stronie rozrosła się i umocniła antyrządowa partyzantka. Nowego ducha w wielki projekt stabilizacyjny w Afganistanie miały tchnąć sierpniowe wybory, ale w atmosferze eskalacji walk z talibami oraz częstych doniesień o  rozpowszechnionym kupczeniu głosami i kartami do głosowania (po wyborach z 20 sierpnia Komisja Wyborcza ma jeszcze do rozpatrzenia kilka tysięcy skarg) nadzieje na trwalszą legitymizację władzy dość szybko się rozwiały. Na dodatek rozczarowanie Zachodu Karzajem (do obiegu publicznego przedostały się nawet wiadomości o jego gwałtownych scysjach ze specjalnym wysłannikiem Waszyngtonu Richardem Holbrookiem) pogłębiały informacje o jego pobłażliwości wobec rekinów afgańskiego narkobiznesu, egzotycznych sojuszach z politykami o reputacji zbrodniarzy wojennych czy o forsowaniu zmian legislacyjnych ograniczających prawa kobiet (łącznie z faktyczną legalizacją gwałtu w małżeństwie) w pogoni za głosami muzułmańskich „tradycjonalistów”. Wszystko to sprawiło, że w krajach koalicyjnych, włącznie z Polską czy Wielką Brytanią, gdzie akurat piszę te słowa, na nowo rozgorzały dyskusje nad kształtem strategii (coraz głośniej mówi się o konieczności rozmów przynajmniej z częścią talibów) czy choćby bardziej realistycznymi celami możliwymi do osiągnięcia w Afganistanie. Ich podtekstem pozostają nurtujące opinię publiczną pytania o związek pomiędzy jej bezpieczeństwem a zaangażowaniem zbrojnym w odległych kulturowo i geograficznie rejonach. Zważywszy na rosnące koszty, tak ludzkie, jak i czysto finansowe (dotychczasowe straty koalicji: w Afganistanie – ponad 1300 żołnierzy, w Iraku – przeszło 4 tysiące zabitych, zaś najostrożniejsze szacunki kosztów obu operacji przekraczają bilion dolarów!), staje się to palącym problemem politycznym. Czasu na znalezienie trafnych odpowiedzi w zaciszu gabinetów jest coraz mniej. Kapitulacja nie wchodzi raczej w rachubę, gdyż stawka jest zbyt wysoka, ale wyrazicieli teorii umiarkowanego sukcesu, mierzonego głównie w kategoriach w miarę trwałej stabilizacji politycznej, coraz trudniej spotkać wśród realistów.

7 września 2009

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata