70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Arka dla świata

Zapytano kiedyś Martina Luthera Kinga, czy zawsze będzie tak, że jedna grupa będzie się uważać za najwspanialszą i pogardzać innymi. Odpowiedział, że będzie tak, dopóki nie rozpoznamy, nie zaakceptujemy i nie pokochamy tego, co w nas pęknięte, czym gardzimy i co ukrywamy.

45 lat temu wraz z dwoma mężczyznami z upośledzeniem umysłowym stworzył Pan pierwszą wspólnotę Arki (L’Arche). Teraz takie wspólnoty są już na całym świecie. Czym dzisiaj jest Arka? Czy ten projekt się powiódł? 

Istota Arki polega na tym, że ona nigdy nie będzie sukcesem. Ona po prostu jest. Zdarzają się chwile piękne i bolesne. Mamy 134 wspólnoty, wkrótce będzie ich 150 – ze wszystkimi komplikacjami, jakie ten rozwój ze sobą niesie. Trudno sobie nawet wyobrazić problemy, jakie pojawiają się w takich miejscach jak na Zimbabwe czy Wybrzeże Kości Słoniowej… Nigdy zatem nie będzie można powiedzieć, że osiągnęliśmy sukces. Mogę tylko przyznać, że to zdumiewające, iż tak wiele naszych wspólnot rozkwitło. Były bardzo małe, ale wzrosły.

Zadziwia mnie, jak bardzo Bóg się nami opiekuje. Arka znacznie bardziej niż inne ruchy zależy od Boga. Nie możemy zapewnić dobrej formacji, bo nie prowadzimy seminariów, jak Legioniści Chrystusa lub neokatechumenat. Mamy bardzo mało pieniędzy… Nie związaliśmy się z żadną bogatą instytucją – nie korzystamy na przykład z pieniędzy amerykańskich konserwatystów. Zawsze będziemy mieli wielu ludzi z upośledzeniami, ale kto będzie z nimi przebywał? Niektórzy nasi asystenci decydują się mieszkać z nami przez kilka miesięcy, inni zostają na całe życie. Od czego to zależy? Przecież nie od czasu zatrudnienia czy wynagrodzenia… Chodzi o ubogie życie z ubogimi.

Wielkim wyzwaniem są stosunki z państwem. Otrzymujemy od niego spore sumy; państwo ma zatem nad nami władzę i ważne jest, jak z nim współpracujemy. Musimy pomóc urzędnikom zrozumieć naszą wizję, znaleźć właściwych ludzi, by nam pomagali. Wiele kwestii pozostało jeszcze do uregulowania. W tej chwili walczymy o to, by francuski parlament uchwalił nowe prawo dotyczące wolontariatu.

Druga kwestia dotyczy równowagi między kompetencją i duchowością. W Kościele przez lata duchowość dominowała nad kompetencją. Siostry ze zgromadzenia Matki Teresy z Kalkuty były wspaniałymi kobietami, ale nie miały kompetencji, by opiekować się ludźmi niepełnosprawnymi. Nie wiedziały, jak rozwiązywać konflikty. Zdarzało się, że pięć sterroryzowanych sióstr prowadziło dom opieki z osiemdziesięcioma wariującymi dziećmi… Taka jest historia Kościoła. My musimy wiedzieć, jak w danym momencie reagować – na przykład na problemy dotyczące seksualności albo zaburzeń psychotycznych. Musimy współpracować z lekarzami. W Arce i jej otoczeniu jest wielu kompetentnych ludzi, którzy nie są chrześcijanami, a jednak sympatyzują z naszą wizją.

W ubiegłym roku [w 2007 czy w 2008 roku?] zmarł wspaniały psychiatra, który był z nami przez 27 lat. Nie był chrześcijaninem, ale był fantastycznym psychiatrą, niezwykle otwartym na innych i posiadającym znakomitą intuicję. Chciał być z nami, bo powtarzał, że podoba mu się nasz sposób bycia razem. Niezwykły był czas jego umierania. Przeżył w odstępie tygodnia dwa zawały. Po pierwszym zadzwoniliśmy do jego żony, żeby powiedzieć, że Arka modli się za niego. Kiedy mu to powtórzyła, rozpłakał się. Żona powiedziała nam potem, że pierwszy raz w życiu widziała go płaczącego.

Ale państwa nie obchodzi dziś duchowość. Czy dla urzędników Arka nie jest „zbyt religijna”? 

Oczywiście, jesteśmy postrzegani jako chrześcijanie. Podejrzewa się nas o przymuszanie podopiecznych do praktyk religijnych. Mamy jednak dobry zwyczaj, że w Arce nie nakłaniamy ludzi do chrztu. Czekamy, by sami o niego poprosili. To zasadnicza różnica. Ktoś przecież może chcieć się ochrzcić, by być lepiej przyjętym przez grupę. W czasach kolonialnych przyjęcie chrztu od misjonarzy mogło gwarantować lepszą pozycję finansową… Benjamin [kto to jest?], który poprosił nas o chrzest po dziewięciu latach pobytu w Arce, powiedział, że chce lepiej poznać Chrystusa.

Z jednej strony mamy więc kwestię państwa, z drugiej – napięcia między wolnością i przynależnością. W dawnych czasach istniały klasztory, w których poczucie przynależności zasadzało się na winie, jaką dana osoba miała odpokutować. My nie chcemy takiej pokuty. Jeśli ktoś ma być tu z nami, to dlatego, że tak po prostu chce. Dajemy naszym asystentom możliwość, by poszukiwali swojego miejsca także gdzie indziej. Kiedy jednak już się jest tutaj, trzeba być cały dzień. Bez przerwy.

Przeciw kulturze lęku

Czy Arka jest modelem ludzkiej wspólnoty, czy też raczej jakimś wyjątkiem, swoistym schronieniem przed światem i jego okrucieństwem? 

Mam nadzieję, że może być modelem ludzkiej wspólnoty. Chodzi o to, by pomóc ludziom być sobą. Niektórzy „arkowicze” pobierają się i współpracują potem z nami jako małżeństwa… Jesteśmy bardzo zanurzeni w bałaganie rzeczywistości. Jest to nie tyle miejsce ochrony, ile raczej uspokojenia, szczęścia. Chcemy, by ludzie byli tu wolni, a jeśli nie są, próbujemy pomóc im odkryć wolność. Pokazujemy, jak kierować pożądaniami, jak o nich rozmawiać. Jeśli mężczyzna jest oczarowany kobietą i chce z nią  sypiać, to nie mówimy po prostu „nie”, ale zaczynamy rozmowę. Pytamy, czy ona tego chce, a jeśli tak, to czy on chce ją poślubić. Jeśli chce ją poślubić, czy wie, jakiej potrzebuje formacji… Tak wchodzimy w bliski kontakt.

Taka rozmowa może być bardzo twarda.

Oczywiście. Wielu ludzi nie ma w zwyczaju rozmawiać o kwestiach seksualności i małżeństwa. Po prostu się pobierają… Istnieją psychotyczne pożądania, kiedy mężczyzna chce zawładnąć kobietą lub kobieta mężczyzną. Dlatego korzystamy z fachowej pomocy.

Zawsze istnieje niebezpieczeństwo zamknięcia się w sobie. Bycie we wspólnocie zapobiega temu. W Arce dyrektorzy są wybierani na cztery, pięć lat, a co trzy lata każdy z nich jest oceniany w ankiecie przez asystentów. Przekazujemy im później, jakie opinie zebraliśmy. U nas nawet księża są oceniani.

To byłoby nie do wyobrażenia w Polsce.

To jest nie do wyobrażenia również we Francji. Pewien biskup powiedział nam, że chciałby w ten sposób oceniać księży w swojej diecezji, ale to jest niewykonalne. Wierni mogliby wtedy na przykład powiedzieć, że nie lubią jego kazań…

Tak więc mamy dyrektorów, którzy wiedzą, co się dzieje, pracują z nami psychiatrzy i psychologowie, dysponujemy systemem oceniania. Nie zawsze działa on prawidłowo, ale na przykład w jednej ze wspólnot na południu Francji pewien dyrektor przeżył po takiej ocenie całkowitą przemianę. Asystenci napisali, że nie współpracuje z nimi, lecz stawia siebie na piedestale i z góry nakazuje, co trzeba robić. On miał w sobie na tyle pokory, że przyznał, iż potrzebuje pomocy. Ewaluacja jest więc potrzebna. Nawiasem mówiąc, we Francji, w Kanadzie czy w Wielkiej Brytanii ludzie są do niej przyzwyczajeni. W Afryce – już nie.

Chodzi pewnie o szczególny model komunikacji.

Tak, ale również akceptacji, powitania ludzi, którzy są zranieni, i kochania ich w ich zranieniu. Aby odkryć, że każdy jest zraniony, potrzeba czasu.

Zastanawiamy się, czy model, który funkcjonuje w Arce, dałoby się przenieść na całe społeczeństwo… Albo inaczej: czy można edukować ludzi do tego rodzaju współczucia, akceptacji, solidarności? 

Ważny jest system edukacji. Jak upowszechniać w  szkołach wrażliwość non-violence? W jaki sposób leczyć z agresji? ONZ sugerowała, by w obliczu konfliktów i narastania agresji do 2010 roku w każdej szkole uczyć postaw non-violence. Lecz niewiele szkół zastosowało się do tego zalecenia. Także niewiele szkół katolickich. One nie są tym zainteresowane, skupiają się na tym, żeby mieć jak największy odsetek uczniów z dobrymi ocenami. Ale bardzo mało szkół katolickich posiada wizję. Owszem, są takie, które mają wizję pełni modlitwy i wiary, ale czy kierują się wizją ubogiego, zranionego? Wizją tego, co to znaczy być człowiekiem? Wkrótce będę przemawiał w Uniwersytecie Katolickim w Paryżu na temat tego, czym jest społeczeństwo głęboko ludzkie. To społeczeństwo, które nie jest oparte na strachu, lecz na powitaniu. Jak jednak trafić z tym przesłaniem? Nie wiem.

Odnoszę wrażenie, że również szkoły katolickie przede wszystkim wdrażają uczniów do rywalizacji. Na fali rozruchów studenckich lat 60. pytano, jakiego chcemy społeczeństwa. Dzisiaj, w świecie zglobalizowanym, nikt już o to nie pyta. Współczesne pytania dotyczą tego, jak osiągnąć sukces, zdobyć wymarzoną pracę, i dopiero potem, ewentualnie, jak być dobrym katolikiem. Ale jaka ma być wizja społeczeństwa? Jan Paweł II taką wizję posiadał. Miał siłę, by jej szukać.

Kultura sukcesu szybko staje się kulturą depresji, udręki, lęku. Jedni osiągają sukces, a inni nie. W kulturze lęku chodzi przede wszystkim o to, jak zagwarantować sobie poczucie bezpieczeństwa. Szukamy pomocy u lekarzy, ale tracimy poczucie oczarowania światem, ciekawości, pasji, poszukiwania rozwiązań. Żeby wyjść z impasu, musimy tworzyć modele ludzkich relacji, które mogłyby pociągać ludzi.

Bardzo cenię Andreę Riccardiego ze Wspólnoty Sant Egidio, który mówi, że współczesnym odpowiednikiem cudów Jezusa, które pociągały ludzi jest zaangażowanie na rzecz ubogich i zranionych, które naprawdę zmienia ich życie. Chodzi o to, żeby być skutecznym. Jezus czynił cuda i one działały. Kościół powinien czynić cuda, żeby ludzie chcieli go usłyszeć. Jan Paweł II był człowiekiem, który czynił cuda. Dlatego na jego pogrzebie byli wszyscy. Wystarczy przypomnieć jego wpływ na rewolucję „Solidarności”, upadek muru berlińskiego… On był prorokiem.

A zatem Arka chce być modelem. Przychodzą do nas ludzie niewierzący i mówią, że tu wszyscy są szczęśliwi – i osoby z upośledzeniem, i asystenci. Że to mały raj na ziemi. To oczywiście nie oznacza, że za dziesięć lat nadal tak będzie. Ale to osobny problem. Jean-Baptiste de Foucauld mówi o wspólnotach w rodzaju Arki, że one „zaczarowują” świat. Są ludzie, którzy to widzą.

Mówi Pan wiele o wizji. Jaka wizja człowieka leży u podstaw Arki?

Istota sprawy tkwi w pytaniach, czym jest ludzka słabość oraz jaka jest relacja między siłą i słabością. Osoby z upośledzeniem na ogół nie są świadome swej siły, natomiast posiadają bardzo mocną świadomość miłości i więzi. Ponieważ społeczeństwo nie chce ich aktywności, ich naturalnym obszarem rozwoju jest przyjaźń. Są „wydajne” jeśli chodzi o relacje z innymi, ofiarują im całą swoją wewnętrzną energię. W świecie, który staje się coraz twardszy i bardziej zatomizowany, [upośledzeni] stają się ekspertami od budowania więzi. Może się wydawać, że są słabe, że są dla innych ciężarem. W istocie jednak wspierają „silnych”, którzy często są zagubieni, osamotnieni, spragnieni bliskości, a równocześnie pełni obaw z nią związanych.

Problem naszego stosunku do słabości to wielka kwestia, która nie jest już li tylko kwestią przyszłości. We Francji kilka lat temu jeden człowiek na pięciu był w podeszłym wieku. Dziś – już jeden na trzech. Jak wielu spośród nich ma Alzheimera? Będziemy żyli w świecie, który zamieszkiwać będzie rosnąca grupa ludzi starych, mała populacja ludzi aktywnych i niewielki procent dzieci. W Nigerii i Brazylii jest dokładnie odwrotnie, lecz ludzie w Europie nie są tego świadomi. I wielkie pytanie brzmi: jakie znaczenie mają ci słabi ludzie dla Kościoła? Nie chodzi o ich ewangelizację, ale o spotkanie ze słabością.

Kryzys może uratować człowieczeństwo

Czy polityka może pomóc w tym spotkaniu? Czy może służyć wspólnemu dobru? Obok Pańskiego fotela leży kilka książek o Gandhim… 

Powinniśmy spoglądać na przykład Gandhiego. Ale są też inne postacie – jak Robert Schuman czy zmarły niedawno Bronisław Geremek. Również ktoś taki jak Jacques Delors, nie mówiąc już o Nelsonie Mandeli.

Myśli Pan najwyraźniej o pewnej postawie, a nie tylko o skutecznej praktyce politycznej.

Słabość dzisiejszej polityki polega na tym, że straciła ona poczucie, czym jest tworzenie ludzkiego społeczeństwa. Popadamy w nacjonalizmy, by chronić się przed tym, co inne. Stajemy przed wielkimi problemami migracji, które są nierozwiązywalne, bo zawsze znajdą się łodzie podwodne czy samoloty, na których będą przybywać uchodźcy. Jak w takiej sytuacji być mądrym?

Z wielką uwagą przysłuchuję się temu, co mówi Elena Lasida, która zajmuje się zrównoważonym rozwojem (development durable). Ta znakomita kobieta, która jest równocześnie ekonomistką i teologiem, zwraca uwagę, że nadzieja na utrzymanie ciągłego wzrostu gospodarczego to kompletna mrzonka. Widzimy, co się dziś dzieje z cenami ropy. Pędzimy wprost na ścianę! Co się stanie, gdy dojdzie do kryzysu? Wedle Lasidy kryzys może uratować człowieczeństwo. Bo kiedy nastanie, nikt nie będzie wiedział, co robić. I wtedy zaczniemy rozmawiać. Przychodzi mi do głowy przykład zimy w Montrealu w 1998 roku, kiedy miasto pozostawało dwa tygodnie bez prądu. Ludzie zaczęli wychodzić z mieszkań, gromadzić się przy ulicznych piecykach, wspólnie gotować. Nagle przestali być dla siebie obcy. Po dwóch tygodniach, kiedy przywrócono zasilanie, wszystko się skończyło, ludzie wrócili do swoich mieszkań i telewizorów!  To, co udało się osiągnąć poprzez te spotkania, zostało stracone. Lasida mówi, że nasza przyszłość to wielki kryzys, pod wpływem którego zaczniemy rozmawiać. Przestaniemy się przechwalać: ja wiem, więc mnie słuchajcie. Zaczniemy rozmawiać, bo będziemy potrzebować siebie nawzajem.

Rozmowa jest konieczna. Ostatnio Irlandia powiedziała w referendum „nie” Unii Europejskiej. Europa chciała za jednym razem przeforsować zbyt wiele, regulować nie tylko kwestie ekonomiczne czy administracyjne, ale też na przykład kwestię aborcji. I Irlandczycy powiedzieli: „stop, nie chcemy, żeby w pewnych kwestiach coś nam dyktowano!”. Europa jest w znacznym stopniu sterowana przez pewną socjalistyczną wizję, która nie dla wszystkich jest do przyjęcia. Trzeba o tym rozmawiać. Potrzebujemy wiele mądrości, ale nasi politycy na ogół nie są mądrzy. Myślą przede wszystkim o reelekcji. Nicolas Sarkozy ma pewną wizję, ale za dużo w nim ambicji, potrzeby, by być na piedestale. Wielcy ludzie w rodzaju de Gasperiego, Adenauera czy Schumana mieli wizję i równocześnie zdolność słuchania i łączenia ludzi. Na czym polega sukces Baracka Obamy? Obama wychował się na wizji tworzenia wspólnoty. Włożył wiele pracy w to, by zmienić rzeczywistość wielkomiejską w przestrzeń bardziej ludzką. W tym celu odbył studia prawnicze na Harwardzie. Kiedy pojawił się Obama, nagle wszystko się zmieniło. Polityka przestała być domeną zamożnych klanów, jak klany Kennedych czy Bushów. To daje mi nadzieję, że inni ludzie z wizją także się pojawią.

Czy polityka może się opierać na pokorze zamiast na sile? 

Istnieje coś takiego, jak elementarne poczucie człowieczeństwa i prawdy o ludzkiej kondycji. Jeśli utożsamimy tę prawdę z pokorą, to mogę odpowiedzieć twierdząco. Polityka może się opierać na ambicji, ale może się też opierać na prawdzie. Otwarcie na prawdę zakłada pokorę. Dlaczego Amerykanie tak tłumnie popierają Obamę? Bo jest w nim coś prawdziwego. Przemawia z autorytetem i szczerością. Nie twierdzę, że jest człowiekiem pokornym, ale on chce prawdy. Jest gotów podjąć trudne wyzwania. Myślę, że jedną z zalet demokracji jest to, że ludzie rozpoznają, co jest prawdą i co jest mądrością. Chodzi o stworzenie sprawiedliwego prawa. I próbę zredukowania potężnej przepaści między ubogimi a bogatymi. Busha zdyskredytowała polityka schlebiania zamożnym republikanom. Bush ma pewną wizję moralności, ale nie odnosi jej do imigrantów z Meksyku. Niektórzy ludzie Kościoła lubią Busha za jego religijne deklaracje, ale nie widzą drugiej strony medalu. Cała pomoc społeczna została zahamowana z powodu wydatków na zbrojenia.

Gandhi opowiadał, że kiedy ma podjąć jakąś ważną decyzję, zawsze wyjmuje z kieszeni pewien przedmiot (coś w rodzaju talizmanu), który każe mu zapytać, jak dana decyzja wpłynie na los najuboższych. I zawsze podejmuje decyzję, pamiętając o nich. Jak wcielić w życie wizję Gandhiego? Nie wiem, ale chodzi o świadomość, że jednym z największych problemów współczesnego świata jest przepaść między bogatymi a ubogimi.

W tym miejscu nasuwa się pytanie, jak w historii działa Jezus.

Warto w tym kontekście przyjrzeć się temu, co zrobił Nelson Mandela. Myślę o Komisji Prawdy i Pojednania. Żeby zagoić rany przeszłości, stworzył warunki do rozmowy. Chodziło o to, by upokorzenie i zło nie stały się tematem tabu. Potem mamy Jana Pawła II, wcześniej jeszcze Jana XXIII… Musimy słuchać ludzi różnych wizji – słuchać muzułmanów, byłych komunistów. Być człowiekiem to znaczy otwierać się, a nie zamykać w obawie, że moje plemię zostanie pobite. Otwarcie to istota człowieczeństwa. Taki jest duch Jezusa. Duch Jezusa to duch miłości, czyli otwarcia. Musimy to odkrywać.

Kościół zamyka się w swojej doktrynie i zbyt rzadko zadaje pytanie o to, co znaczy być człowiekiem. Warto pod tym kątem przyjrzeć się historii Kościoła. W średniowieczu relacja między tym, co duchowe, i tym, co doczesne, była zaburzona. Papieże posiadali armie, biskupi mieszkali w pałacach, podróżowali ze służbą i sekretarzami, a opatami klasztorów mianowano trzynastoletnich chłopców… Przeciw temu wystąpili katarzy i albigensi, „czyści” – to był rodzaj New Age’u. Panował prawdziwy zamęt. Potem były trzy sobory laterańskie, które miały wprowadzić porządek, ale niczego takiego nie wprowadziły. Zebrali się biskupi i zarządzili: macie postępować tak i tak. Ale nikt ich nie słuchał. Wtedy pojawił się św. Franciszek – i wszystko się zmieniło!

Mówi się, że święty Franciszek z Asyżu przeżył trzy nawrócenia. Pierwsze podczas spotkania z trędowatym, drugie – kiedy uciekł przed złoczyńcami w lesie, by ich ponownie spotkać, a trzecie w Damietta, kiedy rozmawiał z sułtanem. Pod wpływem spotkania z sułtanem coś się w nim zmieniło. Być może chciał go nawrócić – i był zdziwiony nim jako człowiekiem, zaskoczony jego pobożnością. Sułtan powiedział mu, że może wędrować przez całą Syrię i czynić, co zechce. Te trzy nawrócenia oznaczały stopniowe pogłębianie wolności: kiedy nie jesteśmy już chronieni przez mechanizmy obronne, jesteśmy wolni, by żyć w prawdzie.

Tak właśnie działa Bóg. Jan Paweł II mówił, że historia Kościoła to dzieje świętych. Bóg niekoniecznie działa poprzez wielkie zgromadzenia na szczycie. II Sobór Watykański był tu wyjątkiem, choć i on raczej coś uwolnił: był krzykiem z głębi człowieczeństwa, który otworzył Kościół na współczesny świat. To, co słyszę o Polsce, bardzo mnie niepokoi. Myślę o sympatii sporej części biskupów dla Radia Maryja, które propaguje co prawda różaniec, ale zarazem niesie niebezpieczeństwo nacjonalizmu i antysemityzmu. To samo dzieje się w przypadku biskupów amerykańskich, którzy nie ośmielili się zabrać głosu w sprawie pedofilii. Reputacja Kościoła była dla nich ważniejsza niż prawda. Jan Paweł II i Benedykt XVI byli w tej sprawie jednoznaczni i radykalni: prawda i jeszcze raz prawda. Czytałem interesującą książkę M. Scotta Pecka People of the Lie: The Hope for Healing Human Evil. O tym, jak ludzie instytucji, która broni siebie samej, stają się ludźmi kłamstwa. Nie chcą, by widziano, że w łonie instytucji dzieje się coś złego. Dotyczyło to Pentagonu i przypadków milczenia w sprawie nadużyć, jakich dopuszczali się amerykańscy żołnierze. Chodziło o ochronę reputacji… To samo, niestety, widzimy w Kościele. Ale to Kościół Chrystusa! Jesteśmy powołani do tego, by być ludźmi prawdy.

Religia to otwarcie na inność

Jak opisałby Pan sposób, w jaki Duch Święty obecny jest w historii dzisiaj? Gdzie rozpoznaje Pan Jego tchnienie? 

Pojawiło się coś zupełnie nowego, co zrodziło się pod wpływem tragedii Auschwitz i Nagasaki: upowszechniła się świadomość, że każda osoba jest ważna, zaczęto mówić o powszechnych prawach człowieka. W istocie chodzi tu o to samo, o co chodziło Jezusowi. On nie przybył, by uwolnić Żydów od Rzymian, ale by wyzwolić każdego człowieka: Żyda, Rzymianina, Samarytanina, Greka, celnika, trędowatego… To pragnienie leży u źródła wielu zjawisk, które obserwujemy. Dostrzeżenie ludzi niepełnosprawnych, Romów, emigrantów. Zorganizowane przez Jana Pawła II spotkanie przedstawicieli różnych religii w Asyżu. Świadomość, że każda osoba jest ważna, staje się czymś oczywistym.

Ale musimy pójść jeszcze dalej. Nauczanie Jezusa mówi o miłości nieprzyjaciół. I tu potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy pomocy Kościoła, różnych wspólnot, grup i stowarzyszeń. Wszystkich tych ruchów, które skupiają się wokół dialogu, poszanowania godności innych ludzi, które kierują się ku najbiedniejszym i najsłabszym. Musimy zacząć dzielić się naszymi doświadczeniami. Bo nikt nie zdoła tego zrobić w pojedynkę.

Społeczeństwa mogą się otworzyć. Pisałem kiedyś o czymś, czego doświadczyłem w Nairobi. Okazało się, że żyje tam około 2 000 osób niepełnosprawnych skrywanych przez rodziny. To, że ludzie ze wspólnoty zaczęli się zajmować niektórymi z nich, uruchomiło cały proces, który doprowadził tamtejszą społeczność do uznania wartości tych osób. Jest w biegu historii coś, co ludzi zamyka, i coś, co ich otwiera. Jest fenomen ekumenizmu. To głęboki ruch, który należy mądrze prowadzić. Jeśli katolicy, wchodząc na drogę ekumenizmu, tracą własną wiarę, to znaczy, że nie przeszli prawdziwej wewnętrznej formacji. Chodzi o to, by wiedzieć, co to znaczy być katolikiem, by kochać Eucharystię. Eucharystia jest czymś, co nie zamyka ludzi, lecz ich otwiera i pozwala przekraczać rozmaite granice.

Są granice, które przekroczyć bardzo trudno. Co musi się stać, by można było pokochać wroga? 

Mogę opowiedzieć pewną historię. Byłem na spotkaniu w Irlandii Północnej i słuchałem tam Izraelczyka, który dawał świadectwo. Miał dwóch synów. Młodszy został zabity przez Hamas w południowym Libanie, starszy widział straszne zbrodnie w strefie Gazy, a po śmierci brata zapadł na chorobę psychiczną i trafił do szpitala. Ten Izraelczyk wpadł na pomysł, żeby odszukać innego Izraelczyka, który także stracił dwóch synów, i razem z nim założył izraelsko-palestyńskie stowarzyszenie na rzecz pokoju. Nasuwa się pytanie: co takiego się stało? Zginęli ich synowie, więc jako ojcowie mogli szukać zemsty na Palestyńczykach… A tymczasem – pach! Wybrali inną drogę. Dlaczego? Kiedy nie kierujemy się prawem, ale czymś innym – obecnością ducha, obecnością Boga – może nagle pojawić się coś, co nie jest zrozumiałe, co szokuje, a jednocześnie nas przemienia.

Mówiliśmy o Mahatmie Gandhim… Wszystko w jego życiu zaczęło się od doświadczenia upokorzenia, kiedy został wyrzucony z pociągu w Afryce Południowej. W miarę jak spotykał innych ludzi, którzy też zostali upokorzeni, zaczęło narastać w nim poczucie misji. Ale ponieważ był wewnętrznie wolny, nie była to misja zemsty. Doświadczenie upokorzenia stało się dlań źródłem przemiany.

Zapytano kiedyś Martina Luthera Kinga, czy zawsze będzie tak, że jedna grupa będzie się uważać za najwspanialszą i pogardzać innymi. Odpowiedział, że będzie tak, dopóki nie rozpoznamy, nie zaakceptujemy i nie pokochamy tego, co w nas pęknięte, czym gardzimy i co ukrywamy. Doświadczeniu pęknięcia musi jednak towarzyszyć świadomość, że jestem kochany taki, jaki jestem. Nie muszę być taki, jakim chcą mnie widzieć inni, bo Jezus kocha mnie takiego, jaki jestem.

Ale od czego miałby się rozpocząć taki proces uzdrowienia?

Często opowiadam o kobiecie z Ruandy, której zamordowano całą rodzinę. Zapytałem ją, czy chce, aby sprawcy zostali zabici, a ona powiedziała, że nie. To jest początek odwrotu od zemsty. Resztę musisz dopiero odkryć. Znam małe siostry Jezusa pracujące w Ruandzie, które co tydzień spotykają się z kobietami Tutsi i Hutu, żeby słuchać ich opowieści. Nie możemy oczekiwać, że ludzie od razu będą zdolni do przebaczenia, ale możemy słuchać ich bólu i rozumieć, co się stało. W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie pracuje się nad restorative justice („sprawiedliwością naprawczą”). Chodzi o to, aby człowiek, który dopuścił się morderstwa, mógł spotkać żonę lub męża ofiary albo jej rodziców. Okazuje się, że zachodzi wówczas obustronna przemiana: zarówno w bliskich ofiary, którzy przestają żyć nienawiścią, jak i w tym, który dopuścił się zbrodni, a który teraz prosi o przebaczenie. Chodzi o to, aby spotkać się i rozmawiać. To samo może dotyczyć Polaków i Niemców, Polaków i Rosjan… Wystarczy, że pojawią się małe grupy, które w obliczu sił rywalizacji i prawa będą niczym strumyki współczucia, zrozumienia i pokoju.

Św. Augustyn napisał kiedyś, że dwie rzeczy zabijają duszę – fałszywa nadzieja i rozpacz. Jak odróżnić fałszywą nadzieję od prawdziwej? 

Nie chcę powiedzieć, że istnieje jakaś formuła, ale kiedy wzrastamy w wolności, możemy z mniejszym lękiem spoglądać na zło. Ono wciąż istnieje, ale równocześnie widzimy znaki nadziei w dzisiejszym świecie. Te znaki pokazywali Nelson Mandela, Martin Luther King, ludzie z Irlandii Północnej – wspaniali ludzie przebaczenia. Musimy wyostrzać wzrok, by dostrzegać te znaki.

Jaką zatem rolę powinien pełnić Kościół we współczesnym świecie? 

Przypominać ludziom, by byli w jedności z Jezusem. A wizja Jezusa to obwieszczenie dobrej nowiny ubogim. Kościół nie może zamknąć się w konserwowaniu wiary. Dzieje się tak, kiedy jest bardziej zainteresowany tożsamością niż misją. Tożsamość powinna płynąć z misji. Niebezpieczeństwo polega na zamykaniu się w tożsamości i zapomnieniu o misji. Misją jest dobra nowina dla ubogich, wyzwolenie dla zniewolonych, uzdrowienie niewidzących…

Czy chrześcijaństwo nie pozostaje dziś na marginesie kluczowych dyskusji – na temat przyszłości planety, ochrony środowiska, globalnej polityki, kwestii etycznych? W tych dyskusjach perspektywa religijna często jest wykluczana. 

Wszystko zależy od tego, przez jakie okulary patrzymy na religię. Istnieje typ chrześcijaństwa sprowadzający się do troski o własne zbawienie, której towarzyszy lęk przed światem. Ale można też spojrzeć na religię na przykład oczami Etty Hillesum. Religia nie jest wtedy źródłem konfliktów i podziałów, ale otwarcia na inność. Istotą przesłania Jezusa jest miłość bliźniego, w tym zwłaszcza miłość wroga. „Dam ci nowego ducha. Zamienię serce z kamienia w serce z ciała”. To przepiękna wizja. To początek otwarcia, o którym mówię. Nie twierdzę, że wszystko inne jest niepotrzebne – są listy św. Pawła, jest nauczanie Ojców Kościoła itd. Ale u źródła wszystkiego leży to zasadnicze otwarcie. 

O tym otwarciu mówi na przykład przypowieść o dobrym Samarytaninie. Jezus przytoczył ją, odpowiadając na pytanie, kto jest moim bliźnim. Myślę, że mamy z nią problem. Czy chrześcijaństwo wzięło tę opowieść poważnie? Co ona dokładnie znaczy? 

Chodzi o to, by zmienić wroga w przyjaciela. Jezus mówi: kochaj nieprzyjaciół i czyń dobro tym, którzy cię nienawidzą. Ale można to robić tylko z mocą Ducha. Warto przypomnieć, że Samarytanie i Żydzi naprawdę się nienawidzili. Nawet bardziej niż dawniej Polacy i Niemcy. To historia siedmiuset lat konfliktu. I kiedy Jezus opowiada o Samarytaninie, zna siłę tego konfliktu i mówi: nie zdołasz zamienić serca z kamienia w serce z ciała samodzielnie. Potrzebujesz nowej siły. Zapominamy o tym. Zapominamy o działaniu Ducha Świętego. Może dlatego, że ruch charyzmatyczny w jakimś sensie Go zawłaszczył. Podczas gdy to Duch Święty pozwala nam porzucić swój system ochronny i pokochać wroga. Jesteśmy jednak tak bardzo zamknięci w tym systemie ochronnym!

Wszyscy mamy kłopot ze zrozumieniem tej przypowieści. Chodzi bowiem o całą wizję. Jezus mówi: bądź współczujący jak mój Ojciec jest współczujący, nie osądzaj, nie potępiaj, przebaczaj… To jest istota przesłania współczucia i dobra. Więc powinniśmy tworzyć wspólnoty, które pomogą nam być współczującymi, pomogą nam kochać tego, kto jest inny. Jeśli tego zrobimy, powrócimy do tożsamości bez misji. Ponieważ cała wizja Chrystusa sprowadza się do misji. „Jak Ojciec mnie posłał, tak i ja was posyłam” (J 20, 21). By spełnić misję – obwieścić dobrą nowinę – musimy być razem. Szkopuł w tym, że czasem jesteśmy razem, by wykazać, że jesteśmy najlepsi. A nie wychodzimy z misją, która jest bolesna. Jej istotą jest wychodzenie do ubogich i poranionych.

W przypowieści o dobrym Samarytaninie ciekawe jest to, że nie znamy właściwie powodu, dla którego on tak postąpił. 

On po prostu poczuł, że tak powinien. Nie mógł przejść obok. Bo gdyby był na miejscu leżącego, chciałby, aby ktoś się zatrzymał. Był może raczej narzędziem czegoś, co się w nim odezwało? Może to była intuicja, która przyszła gdzieś z góry? Poczucie, że ludzkość jest jednością?

Byłem kiedyś na północy Serbii we wsi, w której mieszkali obok siebie: prawosławni Serbowie i Węgrzy katolicy. Katolicy mieli swój kościół, szkołę, bank i sklepy, a obok Serbowie mieli swój kościół, szkołę, bank, sklepy… Czy wy się gdzieś spotykacie – zapytałem? Nie. Podobnie mieszkali Tutsi i Hutu, którzy żyli obok siebie, ale w pewnym momencie zaczęli się wzajemnie masakrować… Podobnie jest z Palestyńczykami i Izraelczykami. Praca na rzecz pokoju jest bardzo ciężka. Trzeba poznać język drugiego. Bardzo szczególna jest sytuacja w Belgii. Tam także istnieje trwałe napięcie między francuskojęzycznymi Walonami i Flamandami mówiącymi po flamandzku. Kiedy miałem wykłady w części flamandzkiej, głosiłem je po angielsku, bo Flamandowie nie mówią po francusku.

Czy jestem zainteresowany człowieczeństwem czy moją własną grupą? Objawienie Jezusa pokazuje, że mamy być zainteresowani człowieczeństwem. Mamy przejść od nacjonalizmu do uniwersalizmu. I na tym polega katolicyzm. To Kościół powszechny.

Taki jest ideał, ale dzisiejszy Kościół zdaje się tracić zaufanie do świata, stając się często Kościołem rezygnacji, Kościołem bez nadziei. Czasem ludzie zachowują się zgodnie z religijnymi zaleceniami, ale w głębi ducha chyba nie bardzo w nie wierzą.

Dlatego, powtarzam, musimy znajdować dla siebie małe wspólnoty ludzi, którzy kochają. Oczywiście istnieją także wspólnoty, które się zamykają. Ale ja myślę o tych dynamicznych. Takich, które chcą na przykład kontaktu z muzułmanami – nie po to, by ich nawracać, ale by okazać im, że są ludźmi. Groźba polega na tym, że ideologia może zmiażdżyć człowieczeństwo. Są katolicy, którym ideologia przysłania człowieczeństwo. Zapominamy, że Słowo stało się ciałem, że Jezus stał się człowiekiem. Że istnieją powszechne prawa, zasady dotyczące ludzkiego rozwoju, otwartości, miłości…

Dla niektórych ludzi, na przykład części konserwatywnych intelektualistów, religia jest tylko rezerwuarem wartości. Być może to dla nich jedyny możliwy sposób akceptacji religii. Co Pan myśli o takim podejściu?

Niektórzy mówią, że chrzczą dzieci, bo dzięki temu będą miały poczucie porządku. Ale dodają cicho: mamy nadzieję, że nie pójdą mieszkać z ludźmi niepełnosprawnymi… Mamy czasem problem z rodzicami naszych asystentów. Oni się cieszą, że ich dzieci przyjeżdżają tu na rok czy dwa, ale jak tu zostają, to jest gorzej.

Byłem w czerwcu na Kongresie Eucharystycznym w Quebecu i zauważyłem, że ludzie Kościoła miewają trudność w łączeniu pobożności z zaangażowaniem. Tymczasem te dwie sfery mogą się niestety od siebie oderwać. Mamy wtedy pobożność bez zaangażowania i zaangażowanie bez pobożności. Mieszkańcy Quebecu to bardzo oddani, dobrzy ludzie, którzy porzucili religię, bo dostrzegli, że pobożność, kult dominują nad zaangażowaniem na rzecz ubogich. Zauważyłem, że Kongres nie dość mocno uwypuklał jedność między Eucharystią i ubogimi. A przecież Eucharystia jest momentem, w którym spożywamy Ciało Chrystusa, by stać się podobnymi Jezusowi, czyli ludźmi oddanymi ubogim.

W encyklice Gaudium et spes zapisano, że „przyszły los ludzkości leży w ręku tych, którzy potrafią podać następnym pokoleniom motywy życia i nadziei”. Na słowa te powoływał się często Jan Paweł II. Jak to zrobić? 

Znów powtórzę: trzeba powrócić do tworzenia wspólnot, w których ludzie kochają się wzajemnie, są zaangażowani i otwarci na ubogich, zranionych. Jest coś bardzo prawdziwego w ruchu Sant’Egidio. Oni stawiają na trzy elementy: wspólnotę modlitwy, oddanie ludziom niepełnosprawnym i ubogim, a wreszcie pracę na rzecz pokoju. Mają bardzo elastyczną i prostą strukturę. To bardzo prawdziwy ruch. Wszystko opiera się na życiu modlitewnym w komunii z Jezusem, co przekłada się na zaangażowanie na rzecz ubogich i pokoju w świecie – na przykład w Mozambiku, gdzie negocjatorzy ze Wspólnoty doprowadzili do podpisania porozumienia kończącego wojnę domową

Myśląc o nowych generacjach, trzeba jednak wyzwolić się od złej przeszłości. Wspaniałą rzecz zrobił Jan Paweł II, mówiąc o oczyszczeniu pamięci i zapisując 100 próśb o przebaczenie. Nie wolno nam być więźniami pamięci, nadal nienawidzić: ty zrobiłeś to, to ja zrobię to… Wyzwolenie i oczyszczenie pamięci – ze względu na Żydów, niewolników, prawosławnych, Galileusza, krucjaty… Jan Paweł II był nadzwyczajny. I była w nim tak wielka wolność! Powinniśmy naprawdę żyć jego dziedzictwem, bo było to dziedzictwo prawdy.

 


Jean Vanier – syn generalnego gubernatora Kanady, Studiował teologię i filozofię, , związał swoje życie z osobami z upośledzeniem umysłowym. W 1964 r. zamieszkał z dwójką niepełnosprawnych mężczyzn w małym domku w wiosce Trosly-Breuil na północny wschód od Paryża. Tak powstała pierwsza wspólnota Arki. Dziś na całym świecie jest około 130 wspólnot, w których asystenci mieszkają razem z podopiecznymi. W 1971 r. uczestniczył w powołaniu nowego ruchu, „Wiara i Światło”, również skupionego wokół niepełnosprawnych. Jest autorem wielu książek, ostatnio opublikował Tajemnicę Jezusa (2008), jest też bohaterem książki Kathryn Spink Cud, przesłanie i historia. Jean Vanier i Arka (2008).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata