70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

W oparach toksycznej mentalności

Mam wrażenie, że polski Kościół poddany jest działaniu chmury toksycznej mentalności. Chmura ta uniemożliwia mu refleksję czy może raczej: istotnie ją ogranicza i zniekształca.

Nie było nigdy podobnego wzlotu w historii polskiego Kościoła: wielkość świadka, męża stanu i człowieka splotły się w jedną i przekonującą całość w osobowości polskiego biskupa, następcy świętego Piotra. Czy jednak ten moment chwały nie staje się dla nas z każdym rokiem w coraz większym stopniu wyrzutem i oskarżeniem? Czy nie jest bowiem tak, że mimo dziesiątków tysięcy akcji, T-shirtów, baloników i albumów, dziedzictwo Jana Pawła II okazuje się coraz bardziej niewchłonięte i nieprzetrawione, a szansa na ewangelizację, jaką otworzyło, coraz mniej wykorzystana? Najpierw napiszę, co każe mi skłaniać się ku pozytywnej odpowiedzi na to pytanie. Na końcu zaś – wspominam o tym na potrzeby przeciwników czarnowidztwa – postaram się zasygnalizować, co może być dla nas źródłem nadziei na inny scenariusz.

Chmura toksycznej mentalności

Stanisław Lem w Niezwyciężonym opisuje zmaganie kosmicznej ekspedycji na wyimaginowanej planecie z chmurą, która powstaje z opiłków żelaza, by zwalczać wszelkie przejawy świadomości. Wokół głów nieszczęśników poddawanych jej działaniu tworzy ona pole wysokiego napięcia, które doprowadza do „rozmagnesowania” mózgu. Ofiary tej chmury – mimo że poza mózgiem reszcie ich ciała nie przydarza się żadne nieszczęście – stają się na stałe niezdolne do refleksji, pozbawione zdolności do samodzielności.

Wiem, że to obraz dość drastyczny, ale mam wrażenie, iż polski Kościół poddany jest działaniu tego rodzaju chmury toksycznej mentalności. Nie pozbawia go ona wprawdzie fizycznej integralności, ale uniemożliwia mu refleksję czy może raczej: istotnie ją ogranicza i zniekształca. To właśnie dlatego impulsy, jakie płynęły i płyną z dziedzictwa Jana Pawła II, są za mało „wdrożone”, a szanse na „rzeczy wielkie”, jakie otworzył przed nami niezwykły pontyfikat – marnie spożytkowane.

Toksyczna mentalność, której działaniu jesteśmy poddawani, wyraża się, moim zdaniem, w trzech „zamiast”: „pobożność zamiast wiary”, „prawo zamiast sumienia” i „autorytet zamiast rozumu”. Kluczowe jest słówko „zamiast”. Katolicka duchowość winna być prowadzona przez koniunkcję: pobożność i wiara razem mają kształtować praktykę naszego życia, prawo we współdziałaniu z sumieniem może poprowadzić nas do dojrzałych moralnie rozstrzygnięć, a tylko autorytet działający wraz z rozumem, a nie przeciw niemu, może ofiarować nam satysfakcjonujący model wyjaśniania tajemnic wiary.

Niestety, spotkanie nauczania Kościoła z nowożytnością może łatwo prowadzić do wykoślawień. U jej zarania propozycje reformatorów przyniosły bowiem przeciwstawienie nadprzyrodzonej wiary naturalnej pobożności (sola fides), Oświecenie zaś artykułowało wrażliwość, którą można by było streścić jako „rozum zamiast autorytetu” i „indywidualne sumienie zamiast prawa” (wyrażającego dominację wspólnoty nad jednostką). Kościół w swoim nauczaniu nigdy nie poddał się wprawdzie presji tej kontestacji, redukując swoją koniunkcję do odwróconych, polemicznych „zamiast” (pomyślmy choćby o Fides et ratio). Praktyka kościelnego życia obsuwa się jednak łatwo poniżej ideałów wskazywanych przez oficjalne dokumenty.

Pobożność zamiast wiary

Kościół w Polsce rytem stoi. Wystarczy zajrzeć do jakiejkolwiek świątyni, by się o tym przekonać: msze święte i nabożeństwa, odprawiane wielokrotnie w ciągu dnia, sprawowane są z dyscypliną i godnością. Proboszczowie zwykle dbają o naczynia liturgiczne, biel obrusów i czystość wnętrza. Kościoły jako ośrodki kultu pracują jak dobrze naoliwione maszyny.

Należy się z tego cieszyć, możliwość przystępowania do sakramentów jest z pewnością wielką wartością polskiej sytuacji. Nie zapominajmy wszakże, iż jest to jedynie „zewnętrzna strona misy”. Ze srtoną wewnętrzną zaś jest już znacznie gorzej. Sam kult i troska o niego bywają bowiem murem, przy pomocy którego można bezpiecznie odgrodzić się od wiernych. Posługa wielu pasterzy degraduje się więc często do troski o rytualną poprawność i strzyżenia owieczek posłusznych wezwaniom kościelnych dzwonów. Rzadko prowadzone są interesujące katechezy dla dorosłych, czasem nawet duże zakonne parafie nie są w stanie się na nie zdobyć. Pomysły duszpasterskiego wychodzenia poza kościelne mury w poszukiwaniu ludzi niewierzących – o ile nie chodzi o papieską pielgrzymkę, święcenie kolejnych sal ratusza czy małe grupki zapaleńców jeżdżących do Jarocina lub Kostrzynia – należy w Polsce kojarzyć wyłącznie z sektami.

Warto przy tym zaznaczyć, że rytualizm w podejściu do misji Kościoła odegrał w Polsce powojennej bardzo pozytywną rolę. To przecież właśnie związek z kultem jest podstawą ludowej pobożności, dzięki której udało się Kościołowi przetrwać starcie z komunizmem i ocalić katolicyzm w postaci masowej. Z pewnością zresztą pamięć tamtej doniosłej wygranej jest dla współczesnych duszpasterzy ważną zachętą do podtrzymywania nastrojonego na ryt modelu funkcjonowania kościelnych wspólnot.

Prawo zamiast sumienia

Predylekcja do masowego katolicyzmu każe pasterzom koncentrować się na wielkich strukturach życia społecznego. Wydaje im się bowiem, że to wpływ na aparat państwa może zagwarantować działalności duszpasterskiej najwięcej trwałych owoców. Można nierzadko odnieść wrażenie, że zwycięstwo w legislacyjnych sporach o aborcję, małżeństwa homoseksualne i in vitro są najważniejszymi celami stawianymi sobie przez polską hierarchię w zmaganiach o duszę narodu.

Naturalnie nie należy lekceważyć roli, którą w społeczeństwie może odegrać dobre prawo. Absurdalne jest zresztą – proponowane czasem przez skądinąd inteligentnych publicystów – przeciwstawianie sobie sumienia i prawa, tak jakby sumienie mogło działać dopiero wtedy, gdy jakaś norma nie została promulgowana lub jest niepewna. Sumienie nie jest konkurencyjnym prawodawcą, który arbitralnie zapełnia luki prawne. Jego rola ogranicza się do aplikowania norm do konkretnego „tu i teraz”, w którym przychodzi prawo zrealizować. Jeśli nie ma norm szczegółowych, dobrze uformowane sumienie pozwala ocenić sytuację w świetle ogólniejszej normy i właściwie wybrać rozwiązanie.

Należy więc pamiętać, że dobre prawo jest sprzymierzeńcem sumienia, ale nie można przeceniać roli prawa. Prawo nigdy nie uwzględni wszystkich możliwych sytuacji, jakie mogą zdarzyć się w drodze człowieka do Boga. Nauczenie wiernych posługiwania się sumieniem jest więc równie ważnym zadaniem duszpasterza jak troska o dostarczenie ludziom wyrazistych norm postępowania. Właściwe używanie sumienia jest zaś niemałą sztuką. Domaga się zarówno intelektualnej przenikliwości, jak i emocjonalnej integralności. Wiąże się z ryzykiem popełnienia błędu. Trzeba przecież ominąć Scyllę laksyzmu, który rodzi się z lekceważenia dla istniejącego prawa, jak i Charybdę legalizmu, który każe interpretować je literalnie i bezdusznie.

Praca polskich pasterzy wciąż skoncentrowana jest przede wszystkim na wskazywaniu norm i na bardziej lub mniej formalnych próbach ich „wdrażania”. Odłogiem natomiast leży formowanie do posługiwania się sumieniem. Nie jest to bynajmniej mało istotne zaniedbanie. Utrwala ono bowiem model, w którym wierny traktowany jest mało partnersko: nie uczestniczy we wspólnym poszukiwaniu prawdy, jest obsadzany wyłącznie w roli pouczanego. Musi prowadzić to do bierności w podejmowaniu zaangażowań w Kościele i nieść poważne niebezpieczeństwo na przyszłość: niećwiczone w samodzielności sumienie nie widzi hierarchii praw(d) głoszonych przez Kościół; kiedy przychodzi czas próby, bardzo łatwo odrzuca je en bloc, wszystkie.

Autorytet zamiast rozumu

Bez wątpienia najniebezpieczniejszą komponentą toksycznej mentalności, która dławi działania polskiego Kościoła, jest przeciwstawienie autorytetu (wiary) rozumowi. Może wydawać się ono skuteczną odpowiedzią na nowożytny kult racjonalizmu, wprowadza jednak styl refleksji, który kompromituje propozycje Kościoła i ma niewiele wspólnego z horyzontami myślenia ukazywanymi od wieków przez katolicyzm. Niestety, tak zredukowana odpowiedź na meandry nowożytnych poszukiwań ma swoją atrakcyjność – na krótką metę ułatwia sprawowanie władzy[1].

Konfrontacja autorytetu wiary z rozumem znajduje zresztą w Kościele polskim dobrze znany każdemu katolikowi wyraz. Jest nim wszechobecne moralizowanie. Uważam zresztą, że powtarzające się pod adresem polskiego duchowieństwa krytyki moralizowania nie są sprzeciwem wobec tematu „jak żyć?”, który przechodzi raczej swój renesans, sądząc po organizowanych także poza Kościołem wykładach i spotkaniach. Chodzi raczej o sposób podejmowania tej tematyki – często mentorski, arogancki i antyintelektualny.

Porażki ostatnich lat

Rytualizm, niedowartościowanie sumienia w duchowym rozwoju, antyintelektualne moralizowanie… Wydaje się, że wspomniane zjawiska nie mają w sobie nic na tyle spektakularnego, by bić w dzwony na alarm. Kościół w swojej historii przecież nie takie rzeczy już widział, a katoliccy publicyści wraz z duszpasterzami nie jeden raz przedstawione problemy opisali.

Nie o same te zjawiska wszakże tym razem mi chodzi. Mają one jedynie pomóc odsłonić istotne składowe mentalności, która „zabija” siłę papieskiego przesłania i nie pozwoliła się po 1989 roku zmierzyć z kilkoma niezwykle ważnymi wyzwaniami przyniesionymi przez nową sytuację społeczną.

Moim zdaniem, Kościół poniósł trzy ważne porażki w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Pierwsza dotyczy stosunku do polityki. Mimo wypracowanego w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych rozróżnienia na zaangażowanie polityczne ludzi świeckich i metapolityczne nauczanie duchownych nie udało się go dotąd konsekwentnie wprowadzić w życie. Poszczególni biskupi – na szczęście są tu wyjątki –  kojarzeni są wciąż często z określonymi partiami politycznymi.

Druga porażka dotyczy odpowiedzi na bezrobocie i biedę. Wprawdzie rozwija się nieźle prosperująca Caritas, ale biorąc pod uwagę skalę zjawiska i możliwości, jakie daje kościelna infrastruktura, nie udało się Kościołowi odegrać na skalę masową roli katalizatora społecznej solidarności. Zabrakło – z jednym, o ile mnie pamięć nie myli, wyjątkiem – ofensywnych listów pasterskich wzywających do pomocy ludziom dotkniętym ubóstwem. Poza pochwałą uczciwego bogacenia się kościelna refleksja społeczna okazała się niezdolna do ofiarowania społeczeństwu programów chroniących nieuniknione (?) ofiary przemian. A przecież rozbudowana struktura parafialna i dobra wola wielu kapłanów dałyby się znakomicie wyzyskać dla ożywienia społecznej wrażliwości. Naturalnie pod warunkiem, że księża dostaliby w seminariach czy dzięki kurialnym inicjatywom niezbędne know how.

Bez wątpienia najbardziej bolesna i upokarzająca jest jednak trzecia przegrana. Dlatego chciałbym ją omówić nieco bardziej szczegółowo.

Lustracyjna katastrofa

Jak wiadomo, problem zdrady ludzi uwikłanych w działania operacyjne służb specjalnych był i wciąż jest jednym z najważniejszych wyzwań moralnych, które stanęły przed polskim społeczeństwem w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Gołym okiem widać, że sobie z nim nie radzimy: miotamy się między bagatelizowaniem sprawy a podejmowanymi w poczuciu jawnej niesprawiedliwości samosądami. Stosunek do lustracji wyznacza zresztą dziś w debacie publicznej jedną z najbardziej obciążonych emocjonalnie linii podziału.

Kościół zaś – przypomnijmy – od początku buduje swoją tożsamość dzięki opowieściom o zdradzie i przebaczeniu, o grzechu i pojednaniu. Pierwszą głosicielką dobrej nowiny o zmartwychwstaniu była Maria Magdalena, z której Chrystus wyrzucił „siedem złych duchów”, a pierwszym przywódcą został apostoł, o którego zdradzie Ewangelie informują nas nieprzyzwoicie szczegółowo. Powtarzamy – i słusznie! – jak mantrę, że Kościół jest wspólnotą nawracających się grzeszników. Jakaż instytucja lepiej nadaje się, by w sytuacji lustracyjnego pogubienia zabrać głos i pomóc zdezorientowanemu społeczeństwu?

Wydarzenia ostatnich kilku lat pokazały, że ta centralna dla misji Kościoła nauka jest dla nas pustym frazesem. Chociaż można wskazać kilka faktów, które ratują honor katolików w Polsce – dobry dokument komisji powołanej przez Episkopat, podejście redakcji „Więzi” do informacji o współpracy ks. Michała Czajkowskiego, odważne oświadczenie biskupa Skworca – polski Kościół nie potrafił pokazać społeczeństwu w praktyce, w jaki sposób buduje się swoje doświadczenie na prośbie o przebaczenie. I to mimo że jest depozytariuszem jednego z najpiękniejszych i najnośniejszych przesłań dla świata – kultu Bożego miłosierdzia.

Najboleśniejsze stały się wydarzenia stycznia 2007 roku. Jako jeden z kapłanów pracujących w Warszawie byłem wtedy zmuszony przeczytać z ambony list arcybiskupa Wielgusa, który obejmując rządy w diecezji, przyznawał się do współpracy ze służbami specjalnymi. Uważam zresztą, że wspomniany list, w którym hierarcha wyrażał żal w związku ze swym uwikłaniem i deklarował chęć służby także i szczególnie tym, którzy upadli, byłby normalnym i pożądanym zachowaniem pasterza, który chce rozliczyć się ze swoją przeszłością i dalej służyć powierzonym swojej trosce wiernym, gdyby oczywiście jeszcze poprzedniego dnia wszystkie media nie przekazywały jego zapewnień o niewinności. Nagła zmiana oceny swojej przeszłości przez Arcybiskupa robiła wrażenie, jak gdyby wbrew zdrowemu rozsądkowi domagał się, by wierni nie powiązali ze sobą faktów i nie dostrzegli widocznej gołym okiem sprzeczności wydawanych dzień po dniu komunikatów.

Nie przywołuję tego wydarzenia, by pastwić się nad przeszłością Arcybiskupa. W świetle dostępnych dokumentów współpraca tego bez wątpienia zasłużonego dla Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego człowieka wydaje się zresztą mieć znaczenie incydentalne i mało istotne. Styczeń 2007 był ważny, ponieważ obnażył lekceważący stosunek wyższego duchowieństwa do lustracji i w sposób najbardziej chyba spektakularny z możliwych okazał jego niezdolność do postawienia sobie wymagań na miarę pełnionej misji.

To bowiem bynajmniej nie wciąż zmieniające się komunikaty na temat współpracy wraz z odwołaniem ingresu bolały najbardziej. W końcu każdej instytucji może zdarzyć się „wypadek przy pracy”. Znacznie bardziej bolesne było, że w Kościele zabrakło autorytetów wśród duchowieństwa. Wyłącznie katoliccy dziennikarze zdali egzamin – niezależnie od opcji wystąpili niemalże „jak jeden mąż”, nawołując Kościół do zachowania minimum przyzwoitości. Poza wypowiedziami moich współbraci dominikanów i głosami kilku marginalizowanych w Episkopacie hierarchów zabrakło poważnego głosu wybitnych duchownych, którzy uderzyliby pięścią w stół, mówiąc jakieś „nie tak będzie między wami”. Co gorzej, głosy niektórych moich braci w kapłaństwie, których chwalebna przeszłość dowodzi, że mogliby odegrać dziś dla nas rolę autorytetu, wpisują się w lustracyjne spory wyłącznie w przepychanki typu „winny – niewinny”, jak gdyby w całej dyskusji chodziło jedynie i przede wszystkim o dobre imię kolegów.

Wiem, zakonnikom jest łatwiej. Ksiądz diecezjalny musi liczyć się w dużo większym stopniu z niezadowoleniem swego ordynariusza, kiedy zdecyduje się na wyrażenie swoich politycznie niepoprawnych poglądów. Ale przecież z drugiej strony bywają sytuacje, w których trzeba – niezależnie od ceny – mieć odwagę coś powiedzieć, a poza tym nie brak przecież w naszym kraju duchownych, którzy nie muszą się bać przeniesienia następnego dnia na drugi kraniec diecezji. Nie chce mi się też wierzyć, by nie było w Polsce biskupów, którzy z ulgą przyjmą próby ponazywania przyczyn choroby.

To zresztą z tego względu tak szeroko do stycznia 2007 roku wracam. Moim zdaniem, to nie strona personalna przywoływanych wydarzeń jest najistotniejsza, choć musi dziwić i niepokoić, że wydarzenie to nie zostało w ciągu półtora roku personalnie rozliczone. Dużo istotniejsze jest ideowe tło, toksyczna mentalność, która sprawiła, że do czegoś takiego w ogóle mogło dojść, a potem, że wydarzenie to nie spotkało się z adekwatną reakcją. Moim zdaniem, to chmura opisanych przeze mnie trzech „zamiast”, która od lat dławi życie Kościoła, znalazła w styczniu 2007 roku i w reakcji nań swój najbardziej dosadny wyraz. Czyż bowiem obrona wygodnego dla szafarzy sakramentów „pobożnego” punktu widzenia nie okazała się istotniejsza niż trudny proces oczyszczania się ze swoich słabości, do którego może prowadzić tylko prawdziwa i głęboka wiara? Czy walka sumienia o równe traktowanie wszystkich wierzących nie została przegrana na rzecz rozwiązań dyktowanych przez prawa korporacyjnych zależności? Czy wreszcie obrona autorytetu nie przybrała form, które kazały podeptać zdrowy rozsądek?

Co na to „nasz” Papież?

Rodzi się oczywiste pytanie: jeśli ta diagnoza jest słuszna, to jak pogodzić opisany stan rzeczy – istnienie chmury toksycznej mentalności – z wielkością Jana Pawła II? Czy opisanych problemów nie dostrzegał? Czy je lekceważył? I najbardziej istotne – czy w jakiś sposób się do nich nie przyczynił?

Wystarczy wziąć do ręki którekolwiek z przemówień wygłoszonych do kapłanów, by się przekonać, że Papież chciał od pasterzy świętości i życia Ewangelią. To nie ulega najmniejszej wątpliwości. Musimy wszakże pamiętać, że Karol Wojtyła wyjechał z Polski w 1978 roku, w czasie, gdy problemy inne niż te opisane wyżej zaprzątały uwagę hierarchów. Wracał wprawdzie często, ale przecież skazany był na zapoznawanie się z sytuacją w Polsce z wysokości papieskiego tronu i helikoptera. Starał się z całą pewnością dotrzeć do wiarygodnych informacji, ale przecież to dla papieża nie jest łatwe. Wystarczy przypomnieć, co głosi „wieść gminna”, że o problemach z poznańskim hierarchą molestującym kleryków w seminarium miał dowiedzieć się dopiero od doktor Wandy Półtawskiej…

Naturalnie, duże znaczenie dla sposobu podejścia Jana Pawła II do Kościoła w Polsce miała także obrana przez niego, wielokrotnie już opisana, strategia działania. Przychodząc do Rzymu z zewnątrz, nie poświęcił swojej energii reformowaniu kurii, ale postawił na bezpośredni kontakt z wiernymi. Taki styl działania dopasowany był z pewnością do jego osobowości: Karol Wojtyła nie był przecież typem administratora, który uwielbia sprawdzać działanie poddanych swej władzy agend. Był wykładowcą, poetą, świadkiem, który zniewalał autentycznością swego gestu i słowa. Za obraniem takiej, a nie innej strategii stał zresztą nie tylko pragmatyzm. Wiązała się ona także z teologicznym wyborem.

Jan Paweł II lubił myśleć o swoich zadaniach, odwołując się do zdania wypowiedzianego przez Jezusa do Piotra: „Umacniaj swoich braci”. Jak je rozumiał, widać było bardzo dobrze w czasie pożegnania z polskim Episkopatem po pielgrzymce w 1991 roku. Wizyta odbywała się w czasie, gdy panowało duże napięcie między Kościołem a społeczeństwem, Papież zaś poświęcił swoje wystąpienia komentowaniu Dekalogu. Na sam koniec pobytu w Polsce z ostentacyjną serdecznością żegnał się na płycie lotniska z polskimi hierarchami, żartując i klepiąc ich po dość pokaźnych brzuszkach, jak gdyby chciał powiedzieć całemu społeczeństwu: nie wolno wam oddzielać mnie od nich, Kościół jest jeden. Myślę, że taki sposób podejścia polskiego Papieża do współpracowników wiązał się z jego głębokim, powiedziałbym wręcz: mistycznym, przekonaniem, że rozwój Kościoła nie dokonuje się przez zmiany personalne i strukturalne, że reformować Kościół może tylko świadectwo i świętość.

Człowiekowi wierzącemu trudno się z taką tezą nie zgodzić. Sam zresztą lubię czasem przypominać sobie i innym, że i dobry kapłan, i zły, mogą być dla nas Bożym darem. Ten dobry podpowiada nam bowiem, choć w sposób niedoskonały, jak piękne musiało być człowieczeństwo Jezusa, ten niedobry zaś nie pozwala zapomnieć o tym, że sakramenty Kościoła to naprawdę coś więcej niż człowiek, który je sprawuje. Niech mi jednak będzie wolno też dodać: Twoja strategia działania, Janie Pawle, miała swoją cenę. I przyznam się, że czasem, gdy widzę mianowanych przez Ciebie hierarchów polskiego Kościoła, którzy zamiast dobrego słowa adresowanego do tych, którzy nie odkryli jeszcze Chrystusa, wolą pełen narcyzmu agresywny jazgot, a zamiast troski o sierocińce i domy samotnej matki – tworzenie kolekcji dzieł sztuki i fotografowanie się na różnego rodzaju „kasztankach”, to robi mi się smutno i mam do Ciebie o to żal.

Papieska szczepionka

Na szczęście dziedzictwo Jana Pawła II zawiera w sobie szczepionkę wobec opisanego wyżej stanu rzeczy, czy też – jeśli wrócić do metafory toksycznej chmury – kilka pocisków, które mogą ją rozproszyć. Najważniejsze są, moim zdaniem, dwa elementy papieskiego przesłania: model ojcostwa, jaki nam pozostawił, i odwaga czynu, jakiej do końca swych dni uczył.

Pisząc o ojcowaniu Papieża, wylano morze atramentu. Było ono darem Opatrzności Bożej dla Zachodu, który w maju ‘68 dokonał zbiorowego ojcobójstwa, ale przecież w sposób szczególny oddziałało na kraj nad Wisłą, gdzie Jan Paweł II był nie tylko „wielkim Polakiem”, ale wobec którego – nawet jeśli nie miało się z nim okazji nigdy osobiście porozmawiać – ma się ochotę użyć synowskiego „Ty”. Było to ojcostwo pełne autorytetu, ale partnerskie, bez paternalizmu – wyrażające każdym gestem i słowem szacunek dla wszelkiego rzetelnego poszukiwania prawdy i wyborów sumienia.

Podobnie zauważona i opisana została papieska, a zarazem tak bardzo polska, romantyczna odwaga. Nie była ona kawaleryjską brawurą, znajdowała swe źródło w głębokim duchowym przeświadczeniu, że należy z absolutną wielkodusznością służyć planom Opatrzności. Ten urodzony niemalże w przeddzień bitwy warszawskiej polski biskup wiedział, że są sprawy, które nie pozwalają na kompromis, że czasem trzeba dla nich zaryzykować i rzucić na szalę cały swój autorytet i los.

Musimy dziś nauczyć się wszyscy – i duchowni, i świeccy, każdy zgodnie z powierzonym sobie zadaniem w Kościele – konsekwentnie walczyć o piękne, niezredukowane przez słabość i brak wyobraźni ojcostwo polskich pasterzy. Nie jest to zadanie łatwe, bo przecież nie zawsze można liczyć na współpracę… Ale jestem optymistą. Przede wszystkim dlatego, że papieskie świadectwo przeniknęło nas – mimo podkreślanego czasem braku refleksji nad nim – bardzo głęboko.

Jeden z moich współbraci opowiadał mi, że niedawno próbował pocieszać bliską sobie osobę, cierpiącą na chorobę Parkinsona. Nie bardzo mu to wychodziło, bo cóż wiarygodnego może powiedzieć ktoś całkowicie zdrowy choremu? Nagle pojawił się błysk w oku pocieszanego rozmówcy i zacytował sam sobie papieskie zdanie wypowiedziane w czasie jednej z ostatnich pielgrzymek na lotnisku: „Pan Prezydent stoi, Pani Prezydentowa stoi, a papież siedzi”. Tyle wystarczyło.

Na szczęście nosimy w sobie dziesiątki, ba, setki takich wypowiedzianych przy różnych okazjach fraz, przetrawiliśmy setki czy tysiące zjedzonych „z” i w imię Jana Pawła II kremówek. Czasem te nasze „papieskie rytuały” mogą wydać się nieistotne, śmieszne, banalne. Ale to przecież na nich – nie piszę tego ani z przekąsem, ani z goryczą – polega siła oddziaływania dziedzictwa Papieża. Każde z takich słów czy gestów zawiera w sobie wspomnienie spotkania z niezwykłym, pełnym Boga człowiekiem. To spotkanie, które wciąż w naszej pamięci trwa, to nasz największy duchowy i masowy kapitał. Jestem pewien, że przyniesie on jeszcze niejeden owoc.


[1]    Pisałem już o tym wcześniej. Zob.: Czy jesteśmy Titanikiem? Rzecz o Kościele w Polsce, „Więź” 6 (596), 2008, s. 17–22.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata