70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wojna i pokój

,,Afryka to tysiące sytuacji – pisał w Hebanie Ryszard Kapuściński – najróżniejszych, odmiennych, najbardziej sobie przeciwnych. Ktoś powie: – Tam jest wojna. I będzie miał rację. Ktoś inny: – Tam jest spokojnie. I też będzie miał rację. Bo wszystko zależy od tego – gdzie i kiedy”. Myślałem o tych słowach w ostatnich tygodniach, gdy sczytywałem wiadomości agencyjne z Zimbabwe, Kenii, Ugandy i Konga.

Spokój i wojna nie są tam wcale pojęciami ostrymi; w gmatwaninie sprzecznych interesów: plemiennych, klanowych, a często najzwyczajniej mafijnych, linie podziału bywają bardzo płynne, zaś przeobrażenia względnego spokoju w otwarty konflikt – błyskawiczne. Zwłaszcza gdy brakuje demokratycznych mechanizmów rozładowywania napięć czy zadośćuczynienia krzywdom, a ten brak doskwiera prawie całemu kontynentowi.

W Zimbabwe wciąż gęstnieje atmosfera przed wyborczą dogrywką,  której wynik zawczasu próbują ustalić bojówki lojalne wobec Roberta Mugabego, 84-letniego autokraty przywiązanego do władzy jak do wiary przodków.

W Kenii przez kilka miesięcy przerabiano podobny scenariusz: po przegranych wyborach rząd ociągał się z podaniem wyników, gniew opozycji przerodził się w zamieszki, kraj spłynął krwią… Teraz – w bólach – zrodził się wreszcie powyborczy kompromis, ale jego trwałość wcale nie jest pewna. I nim zdążyły zasklepić się rany, już dochodzi do nowych starć. Tym razem na ulice Nairobi i miast Wielkiego Rowu wyszli członkowie zdelegalizowanej sekty Mungiki, rozwścieczeni zabójstwem żony swego uwięzionego przywódcy. W ogniu stanęły sklepy i komisariaty, wykoleił się nawet pociąg, gdy manifestanci zerwali tory do wznoszenia barykad. Zastrzelono – jak podała agencja AFP – co najmniej 12 osób…  Mungiki (w wolnym przekładzie ,,tłum”) od lat stanowi poważną siłę sytuującą się na obrzeżach kenijskiego życia politycznego i społecznego. Sekta powstała (ponoć, bo w przypadku podziemnych struktur trudno o niepodważalną precyzję) w późnych latach 80. jako organizacja religijna wymierzona w skorumpowany reżim prezydenta Daniela Arapa Moi. Wzorowana na antykolonialnym ruchu Mau Mau, odwoływała się do tradycyjnych wierzeń i obyczajowości, a swych członków rekrutowała z plemienia Kikuju, najczęściej z przeludnionych miejskich slumsów, gdzie pełno bezczynnych młodych mężczyzn. W jakiejś mierze ten ruch wpisywał się w fenomen przebudzenia religijnego, które ogarnęło w ostatnim ćwierćwieczu Afrykę, od Algierii aż po RPA. Ale równie typowe, zwłaszcza dla organizacji niejawnych o ambicjach politycznych, było też zjawisko stopniowej brutalizacji i ,,gangsteryzacji”; na pewno taką metamorfozę przeszli radykalni islamiści w Algierii czy w Egipcie – członkowie Mungiki też z czasem zdawali się porzucać modlitwy z twarzą zwróconą w stronę świętej góry Kenya i skupiać na ściąganiu haraczy od przedsiębiorców transportowych czy mordowaniu opornych. ,,Religijność jest tu tylko kamuflażem – twierdzi kenijski socjolog Ken Ouko – to bardziej przypomina jednostkę wojskową”. Sęk w tym, że niemałą, gdyż liczbę członków szacuje się w setkach tysięcy, a do sympatyków zaliczają się wpływowe osobistości polityczne, które w momentach kryzysów lub przesileń mogą posługiwać się rzeszami wyznawców Mungiki jako skutecznym straszakiem, albo co gorsza – bronią masowego rażenia.

Pokrewne niebezpieczeństwo skłoniło ostatnio władze Demokratycznej Republiki Konga (dawny Zair) do podjęcia ostrej akcji represyjnej przeciwko strukturom Bundu Dia Kongo (Lud Konga), organizacji religijno-politycznej aktywnej na zachodzie kraju. Tam też mamy do czynienia ze splotem tradycyjnych wierzeń, opartej na kulcie przodków tożsamości plemiennej i społecznego sprzeciwu wobec korupcji władzy uznawanej za ,,obcą”. Bundu Dia Kongo odwołuje się także do panafrykańskich idei Simona Kimbangu (działał w pierwszej połowie XX wieku), uważanego za proroka, który twierdził między innymi, że w odróżnieniu od ,,białego” Jezusa, przyszedł tylko do Czarnych, aby ich zbawić. Jego ideologiczni spadkobiercy chcą przywrócenia dawnego królestwa Konga, w granicach jeszcze sprzed epoki kolonialnej, które obejmowałyby również tereny dzisiejszego Gabonu i Angoli. Na razie jednak koncentrowali swoje wysiłki na prowincji Bakongo (zdominowanej przez lud o tej samej nazwie), gdzie władze centralne przypuściły w marcu i kwietniu ofensywę przeciwko sekcie i jej zbrojnej milicji. Oficjalnie mówiło się o ,,operacji policyjnej”, ale według pracowników oenzetowskich agencji w Kongu, w wyniku działań sił bezpieczeństwa zginęło ok. 70 osób, a w prowincjonalnej stolicy, Matadi – głównym bastionie sekty – doszło do regularnej bitwy. Przedstawiciele regionalnych organizacji praw człowieka informują przy tym o odkryciu masowych mogił w rejonach konfliktu, co wraz z doniesieniami o planowym niszczeniu świątyń i domów modlitwy Bundu Dia Kongo może być zapowiedzią nowego frontu w kongijskiej wojnie domowej, która zdawała się już przecież dogasać.

Taki nagły zwrot i załamanie się nadziei na trwalszy pokój przeżyła również w ostatnich tygodniach Uganda, gdzie dosłownie w ostatniej chwili z podpisania porozumienia pokojowego z rządem wycofał się przywódca owianej złą sławą Armii Oporu Pana (LRA – Lord’s Resistance Army) Joseph Kony. Nieprzerwanie od bodaj 20 lat jego oddziały prowadziły wojnę partyzancką w północnej części kraju, atakując z jednej strony siły rządowe, a z drugiej terroryzując mieszkańców okolicznych wiosek. Rebelia Kony’ego też miała swe źródła w odruchach sprzeciwu wobec władzy centralnej (prezydenta Yoweri Museveniego – pochodzącego z południa Ugandy, z ludu Nkole), plemiennej solidarności (Aczolich – bo z tego ludu wywodzi się Kony) oraz w mało przejrzystej ideologii religijnej, w której między innymi kładzie się nacisk na wizję rządów opartych na Dekalogu. Droga, którą Armia Kony’ego dążyła do tak określonego celu, dość daleko jednak odbiegała od Dziesięciorga Przykazań, gdyż jego ludzie notorycznie porywali i wcielali do swych szeregów dzieci, uprowadzone dziewczęta wykorzystywali jako niewolnice seksualne, a wieśniaków usiłujących bronić dobytku i osad karali obcinaniem uszu, warg i nosów. Koszt działań zbrojnych Armii Oporu Pana to także dziesiątki tysięcy zabitych i przeszło 2 miliony uchodźców, co rzecz jasna nie mogło ujść uwadze opinii międzynarodowej. W 2005 roku ICC (Międzynarodowy Trybunał Karny) rozesłał listy gończe za ugandyjskim ,,prorokiem” i jego najbliższymi współpracownikami. Podobno w ostatnich negocjacjach rozejmowych rozpatrywano możliwość zawieszenia procedur ICC i przekazania spraw dotyczących zbrodni popełnionych przez partyzantkę Kony’ego sądom ugandyjskim, ale miało to być przedmiotem szczegółowych ustaleń dopiero po podpisaniu porozumienia, do którego nie doszło… Teraz mieszkańcom ugandyjskiego pogranicza z Sudanem pozostaje nadzieja, że powrót do najkrwawszych ekscesów Armii Oporu Pana nie leży w niczyim interesie i że – prędzej czy później – w kraju Aczolich, jeszcze niedawno przypominającym conradowskie Kongo z Jądra ciemności, będzie wreszcie ,,normalnie”.

Tyle że w terroryzowanych latami wioskach i miasteczkach, gdzie zapamiętane obrazy i zdarzenia podpowiadają dorastającym tam dzieciom późniejsze scenariusze zemsty, normalność niekoniecznie musi oznaczać spokój, bo to wojna wydaje się normą. Wojna i spokój, dwie afrykańskie kategorie, o których pisał w Hebanie Kapuściński: ,,wszystko zależy od tego – gdzie i kiedy”. Dziś: na zachodzie Konga, w północnej Ugandzie, w centrum Kenii. Wojna i spokój, czyli Afryka.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata